Relacja z koncertu Hypnotic Brass Ensemble w warszawskim klubie PalladiumW ubiegłym tygodniu informowałem na stronie o koncertowej uczcie dla koneserów, czyli dwóch występach w Polsce niezrównanego zespołu Hypnotic Brass Ensemble. Dzięki uprzejmości pana o pseudonimie say what???, współprowadzącego stronę Like That Yo!, w tym miejscu podzielę się relacją z koncertu chicagowskiego kolektywu w warszawskim klubie Palladium.

Tekst: say what??? (Like That Yo!)

Sun Ra to prawdziwa legenda, człowiek którego wkład zarówno w jazz jak i w to co dzieje się obecnie w muzyce jest niezaprzeczalnie wielki. Jednym z członków powołanej przez niego grupy The Arkestra był Kelan Phil Cohran, świetny trębacz oraz ojciec ósemki bardzo utalentowanych ludzi, których to koncert mieliśmy okazję obejrzeć 19 listopada w warszawskim klubie Palladium.

Pierwszy człon nazwy zespołu (w skład którego wchodzi jeszcze nie spokrewniony z nimi perkusista Christopher Anderson) Hypnotic Brass Ensemble, w pełni oddaje to co tego wieczoru stało się z wypełnionym po brzegi klubem. Wszyscy obecni jak w transie powtarzali zawołania, kucali na ziemię czy klaskali. Robili wszystko, co zespół tylko chciał, gdyż Ci kupili sobie publiczność niemal od pierwszego numeru. W przerwach pomiędzy kawałkami (w których to musieli zapewne nabrać trochę oddechu do płuc) prowadzili dialog z publicznością ucząc ich np. kilku zwrotów prosto z ich rodzinnego miasta Chicago. Wróćmy jednak do tego co najważniejsze czyli do muzyki. Perfekcyjnie zgranie dęciaków plus naprawdę świetny perkusista robiło naprawdę kolosalne wrażenie. Grający na suzafonie koleżka sprawił że można było odnieść wrażenie że w zespole był basista. Potężne brzmienie big bandu łączące jazz z funkową wibracją które nie pozwala ustać w miejscu. Panowie pokazali też że w ich sercach jest również miłość do hip hopu i równie dobrze radzą sobie na mikrofonie. Co jakiś kilku z nich rymowało, pokazując naprawdę spore umiejętności i wywołując tym bardzo duży aplauz. Wykorzystywali oni też sprawdzone na koncertach elementy zabawy z tłumem, takie jak pojedynek na okrzyki podzielonej sali, skakanie w tłum czy śpiewanie „Ole, ole”. Nie czuć było jednak w tym ani trochę rutyny i widać było że sprawia im to bardzo wielką przyjemność. Tak wielką, że po dość długim czasie, gdy spora część widowni opuściła już salę wyszli nawet na drugi bis wywołani przez najbardziej zagorzałych fanów.

Jeżeli mam wytknąć jakiś minus to mi osobiście zabrakło mojego ulubionego numeru „Jupiter” który zwykle pojawia się na ich koncertach. Zrekompensowali to jednak przedstawiając małą dawkę materiału z nadchodzącej płyty, na którą czekam tak samo jak na ich powrót do naszego kraju, bo z pewnością chciałbym to przeżyć jeszcze raz.