[php function=1]

W oczekiwaniu na "Peace Of Soul" - wywiad z KondoremW drugiej połowie września 2010 roku opublikowałem na stronie artykuł o drugim albumie polskiego producenta, Kondora, zatytułowanym „Peace Of Body”. Na koniec wpisu poinformowałem o tym, iż w przyszłości szczegółowo przedstawię sylwetkę Konrada Gogosza. Jedną z najlepszych form ukazania artysty są wywiady i właśnie w ten sposób pragnę zapoznać bliżej Czytelników U Call That Love z Kondorem.

Witam Ciebie serdecznie. Zastanawiając się w jaki sposób najlepiej byłoby przedstawić Twoją postać polskim czytelnikom, doszedłem do wniosku, że można dokonać parafrazy słów Peji: „biały chłopak, z czarną muzą, w japońskiej wytwórni płytowej”. Twoim zdaniem jest to adekwatne podsumowanie?

Lepiej by brzmiało „biały chłopak z żółtą muzą” (śmiech), bo raczej ciężko nazywać muzykę, którą tworzę „czarną” z racji całkiem odmiennego stylu.

W 2008 roku nikomu nieznany polski producent debiutuje albumem „Peace Of Mind”, który zostaje wydany nakładem japońskiej wytwórni Yanese Productions. Historię nawiązania kontaktu z Japończykami niektórzy zapewne znają lecz zasługuje ona na szersze zaprezentowanie polskim Czytelnikom.

To był niewątpliwie jeden z najlepszych dni w moim życiu. Wszystko zaczęło się od tego że swoje produkcje wrzucałem na MySpace by móc czasem podesłać komuś linka do odtworzenia swoich projektów. W międzyczasie chciałem sprawić prezent swojej byłej dziewczynie i zrobić dla niej instrumentalny album. Miałem już gotowych paręnaście kawałków, a kolega przygotował dla mnie okładkę. Nigdy moje myśli nie sięgały tak daleko że kiedyś ten album będzie oficjalnie wydany, to było poza wszelkimi marzeniami. Zwykły prezent, nic wielkiego ponieważ zawsze uważałem ze to co robię nie będzie się nikomu podobać. Kiedy album był już prawie gotowy, wchodząc na konto MySpace zauważyłem wiadomość w języku angielskim. Była to wiadomość od Philipa Potza, człowieka zajmującego się sprawami różnych wytworni muzycznych w Japonii, w tym Yanase. Zaproponował mi kontrakt na wydanie albumu w Kraju Kwitnącej Wiśni. Dla mnie to był jakiś żart, aczkolwiek odesłałem wiadomość, aby dowiedzieć się więcej szczegółów. Poprosili mnie o podesłanie kilku tracków, a że aktualnie miałem gotowa płytę, wysłałem im cały materiał, który zgodzili się wydać bez zastanowienia. Podpisałem kontrakt i mogłem się cieszyć moim debiutanckim albumem.

Japoński rynek fonograficzny jest bardzo rozbudowany i przebić się tam nie jest łatwą sztuką. Jak wygląda ta sprawa w Twoim wypadku, gdyż z pewnością otrzymałeś już feedbacki z Kraju Kwitnącej Wiśni i masz pewne rozeznanie w odbiorze Twojej twórczości w tym kraju.

Skoro udało się z moją płytą to chyba tak bardzo trudno nie było. To był okres, w którym ten rodzaj muzyki był w powijakach. Z czasem zaczęło pojawiło się coraz więcej artystów na rynku tworzących muzykę w podobnym stylu.

Jeżeli chodzi o odbiór, ludzie często stawiają mnie obok tych artystów, którzy są dla mnie inspiracją, co nobilituje mnie w pewnym sensie. Dodatkowo na moim MySpace pojawiają się ciągle wiadomości od ludzi z całego świata, wyrażających zafascynowanie moją muzyką i czekających z niecierpliwością na kolejne albumy.

Jak wygląda współpraca z Japończykami od kuchni? Czy komunikacja „na odległość” z przedstawicielami Yanese Productions odbywa się bez żadnych przeszkód?

Komunikacja z Yanase odbywała się tylko i wyłącznie drogą mailową. I to w pełni wystarczyło. Moje rozmowy toczone były głównie z Philipem Potzem, który był pośrednikiem między mną a Yanase. Miałem oczywiście kontakt z wytwórnią, ale okres oczekiwania na odpowiedzi był o wiele dłuższy niż Philipa. Na początku współpracy nie pojmowałem jeszcze jej zasad, a poza tym byłem zbyt podekscytowany wydaniem debiutanckiego krążka.

Jednak w momencie przygotowań do wydania drugiej płyty pojawił się problem w postaci narzuconych przez Yanase warunków. Chcieli by na płycie znalazło się więcej utworów niż zaplanowałem i musiałem przystać na ich warunki, pomimo wyrażania sprzeciwu. Mam teraz nauczkę by nie chwalić się od razu wszystkimi moimi utworami na przyszłość. Obecnie mój kontrakt z Yanase wygasa.

Czy nadal znajdujesz notki w sieci, w których przypisuje się Tobie inną narodowość niż polska? Jak odnoszą się do Twojej twórczości znajomi z rodzinnego Jasła – czy wszyscy zdają sobie sprawę, że pod pseudonimem Kondor kryje się Konrad Gogosz?

Na szczęście już od dłuższego czasu nie spotkałem się z przypisywaniem mi innej narodowości, a najczęściej zdarzało się to na YouTube pod filmami z moją muzyką, aczkolwiek ludzie się za mną wstawiali i dopisywali: „Kondor is a Polish producer!!!”. Sądzę że już nie będzie z tym żadnego problemu.

Moja twórczość jest już dosyć znana w Jaśle zwłaszcza, że Kondor jest moim na co dzień używanym pseudonimem. Dużo osób dowiedziało się o mnie również z jasielskiej strony Jaslo4u, na której został zamieszczony wywiad z „Magazynu Hip Hop”.

Niektórzy starają się unikać porównań i uciekają od szufladkowania muzyki. Jednak w Twoim wypadku odniesienie do Nomaka, czy Nujabesa jest na miejscu. Nie jesteś już przypadkiem znużony porównaniami do wymienionych artystów, czy nadal traktujesz to jako nobilitację i słowa uznania?

Zawsze jestem dumny z tego, kiedy porównuje się mnie do tych dwóch artystów. Lecz najpierw trzeba dokładnie przesłuchać ich kawałki, a później się zastanowić, czy na miejscu jest porównywanie mnie z nimi. Różnica jest widoczna, a ja szczerze to nie dorastam im do pięt. (śmiech). Może to być dziwne porównanie, ale to tak jakby powiedzieć, że Zakościelny jest polskim Bradem Pittem. Może i jest dobrym aktorem, ale w porównaniu z Pittem… Tak samo uważam jest ze mną. Nujabes i Nomak byli, są i będą moją inspiracją na całe życie, a głównie Nujabes, bo to od niego wszystko się zaczęło. Ten człowiek jest dla mnie magiczny mimo, że nie ma go już na tym świecie, jego muzyka jest zawsze ze mną.

Twój drugi longplay, „Peace Of Body” ukazał się w czerwcu 2010 roku. Czym różni się ten album od Twojej debiutanckiej płyty i jak doszło do współpracy z duetem The 49ers?

Różnica jest spora. Album „Peace Of Body” jest lepszy technicznie, bardziej melodyjny i może troszkę weselszy. Nie jest już tak monotonny jak album „Peace Of Mind”, w którym niektóre kawałki mogły naprawdę szybko się znudzić. Do grupy The 49ers napisałem na MySpace z propozycją współpracy związanej z nagraniem kawałka „Four Corners”. Wiem, że zawsze mogę na nich liczyć w przyszłości, bo są profesjonalistami i bardzo miłymi ludźmi, z którymi się wspaniale współpracuje.

„Peace Of Mind” oraz „Peace Of Body” to produkcje instrumentalne, niemal bez dodatkowych udziałów innych artystów. Czy zatem „Peace Of Soul” będzie kontynuacją tej drogi, czy znajdzie się tam miejsce dla większej ilości utworów z gościnnymi udziałami raperów bądź innych muzyków?

Koncepcji co do „Peace of Soul” było sporo. Dążyłem w pewnym sensie do tego, aby każdy album różnił się od poprzedniego. Na krążku „Peace Of Soul” spotkamy się z kilkoma wykonawcami, ponieważ artyści w dużym stopniu urozmaicają album. Będzie to album można powiedzieć pół na pół instrumentalny i z wokalem. Jest to album kończący trylogię związana z osiągnięciem wewnętrznego pokoju i akceptacją siebie.

[php function=1]