Wieczorem przy herbacie - artyści i ich darmowa muzykaPrzy licznych artykułach ukazujących się na stronie, często poruszanymi tematami są zagadnienia współczesnego kształtu przemysłu fonograficznego, niezależnej sceny muzycznej i darmowych wydawnictw z całego świata. Obserwując popularne trendy kształtujące się na świecie oraz tematykę bezpośrednio związaną z prawami autorskimi (patrz: zachowanie „obrońców” wolności słowa i internetu wobec SOPA/PIPA/ACTA), można dojść do wielu różnych wniosków. Swoje trzy grosze dorzuciły reakcje opinii publicznej na zamknięcie Megauploadu (jeżeli nadal uważacie, iż serwis został zamknięty z powodu piractwa, to żyjecie w błędzie). Tak naprawdę, to wszystkie sprawy wystarczy sprowadzić do odpowiedzi na pytanie: jakie relacje panują na linii artysta-darmowa muzyka-słuchacze? Niby takie proste, ale tylko powierzchownie.

Gdzie teraz znajduje się miejsce artystów muzycznych w dzisiejszym świecie? Czy to powinno być (domowe) studio nagraniowe, scena muzyczna kameralnego klubu lub ogromnego plenerowego festiwalu? Odpowiedź na powyższe pytania jest bardzo prozaiczna: wykonawcy znaleźli swoją przystań w sieci internetowej. Nieważne, czy mamy na myśli niezależnych twórców, czy też światowe gwiazdy, doskonale rozpoznawalne w Singapurze, Rostocku, Lagos, czy La Paz – wszystko sprowadza się teraz do internetu. Prywatność postaci przemysłu muzycznego już dawno została naruszona. Obecnie niemal każdy może przynajmniej spróbować skontaktować z poszczególnymi przedstawicielami sceny muzycznej, nie dbając przy tym, czy mają do przekazania istotne informacje, czy też zupełnie nikomu niepotrzebne typu – Cześć, lubię twoją muzykę, nagrasz ze mną singiel? Już mniejsza o to, że dochodzi do kuriozalnych sytuacji i raperów prosi się o wysmażenie dobrego beatu, a DJ’ów o dogranie zwrotki do utworu. W związku z powyższym, muzyka w postrzeganiu artystów też egzystuje głównie w formie elektronicznej (sprzedaż płyt CD, to temat na odrębną publikację, podobnie jak „renesans” winyli – moda na retro i old school też przeminie). To również jedna z przyczyn znacznego wzrostu darmowych płyt w ostatnich latach.

Darmowa muzyka jest ukłonem artystów w stronę słuchaczy, chociaż ze strony twórców, to nie powinno używać się takiego określenia. Nagrywając niszowy aż do bólu projekt, trzeba liczyć się z zapłatą rachunków za światło (chyba, że żyje się w świecie Method Mana i Redmana), poświęceniem czasu na przygotowanie okładki, nadaniem ostatecznych szlifów materiałowi. Proces twórczy wymaga wyrzeczeń i często rezygnacji ze wszelkich innych spraw codziennych na rzecz powstania danej kompilacji, EP-ki, LP, mixtape’u, beat tape’u. Trzeba liczyć się też z tym, iż szalenie popularny Bandcamp już dawno wprowadził ścisły limit dla darmowych pobrań nagrań muzycznych, a rozszerzając działalność na Soundcloudzie należy mieć na uwadze obowiązek opłaty wysokich (czytaj: złodziejskich) stawek za dodatkowe minuty uploadu na tym serwisie. Tysiące osób na całym globie decyduje się na to, nie mając pewności, iż zostaną przez kogokolwiek zauważeni, a co dopiero docenieni. Nawet ci powszechnie znani wykonawcy muszą liczyć się z ogromną konkurencją na rynku muzycznym. Przynajmniej w ich przypadku, muzyka rozdawana za darmo może przełożyć się na większą liczbę ofert koncertowych, ale też nie zawsze do tego dochodzi. Pozostaje tylko kwestia tego, co z wydawnictwami, za które należy zapłacić?

Z punktu widzenia (ponad) przeciętnego odbiorcy muzyki – wszystkie wydawnictwa są dzisiaj darmowe. Ludzie nie przykładają wagi do tego, czy poszczególne nagrania są dostępne do pobrania za free, czy też należy za nie zapłacić. Przecież muzyka, to jak filmy pełnometrażowe i seriale, jest powszechnym dobrem, do którego dostęp powinien mieć ogół użytkowników sieci internetowej. Słuchaczy nawet nie interesuje to, czy artyści umieszczają swoje produkcje do darmowego odsłuchu na jednym z przeznaczonych ku temu serwisów, czy też dbają o to, aby materiał nie wyciekł przed premierą do internetu (to już należy do rzadkości). Nie ma mowy tutaj o żadnej symbiozie, o przejawach jakiegokolwiek szacunku, czy też pozytywnych relacji na linii słuchacze-artyści. Zresztą, po co płacić za cokolwiek, skoro inni mają to „za darmo”? Podpieranie się argumentami rzucanymi przez niektórych wykonawców, wręcz zachęcających do pobierania z różnych serwerów ich wydawnictw jest śmieszne. Takie stwierdzenia pochodzą najczęściej od osób i tak zarabiających swoje ma muzyce, grających mnóstwo koncertów lub postaci za wszelką cenę próbujących dotrzeć do szerokiego spektrum odbiorców. „Darmowa muzyka” w tym znaczeniu dotyczy zarówno bezpłatnych projektów praktycznie nikomu nieznanych producentów/raperów (w wymiarze międzynarodowym) lub artystów będących na firmamencie. W końcu, co za różnica, ponieważ pierwszemu-lepszemu użytkownikowi internetu przecież wszystko wolno.

W tym wszystkim wcale nie chodzi o to, aby piętnować zachowanie ludzi kradnących muzykę, tylko zrozumienie poszczególnych zależności pomiędzy artystami wydającymi nagrania za free oraz ludzi, do których są skierowane tego typu wydawnictwa. Jeżeli ktokolwiek decyduje się na wypuszczenie bezpłatnego projektu, to wypada docenić taką inicjatywę. Jeżeli ten sam twórca wyda następnie projekt, za który należy zapłacić, to nie można reagować z oburzeniem, domagając się wciąż od niego wszystkiego, co ma etykietę „darmowe”. Ogół muzyki nie powinien nigdy stać się darmowy, gdyż w żaden sposób nie wynagrodzi wykonawcom trudu włożonego w postanie całości materiału. Zjawisko tzw. kultury słuchania powinno zostać upowszechnione, wszelkie ustawy o prawach autorskich – od zarania dziejów faworyzujące korporacje, właścicieli wytwórni płytowych, a nie artystów – zmienione. Jednak wygląda na to, że wszystko zmierza w przeciwnym kierunku i prędzej doczekamy się apokalipsy niż poprawy tego stanu rzeczy. Z drugiej strony, przy obecnym zachowaniu internetu, niebawem dostęp do „darmowej muzyki” może zostać znacznie utrudniony niż po śmierci Megauploadu.

Pytanie tylko: co się dzieje z pojęciem „muzyka za free” po odejściu od komputera i zetknięciu się ze światem rzeczywistym? W zderzeniu z rzeczami materialnymi odpowiedź jest prosta – nie pozostaje po niej nic, tylko pustka.