Stali Czytelnicy U Call That Love już dawno spostrzegli, iż rzadko trafiają na stronę rodzime płyty. Jednak dzięki pewnej osobie sięgnąłem ostatnio po album, którego z wielką chęcią przesłuchałem ponownie, odświeżyłem, zapoznałem się na nowo. Jest to wydawnictwo na tyle wybitne i wyprzedzające pozostałe polskie płyty, że bez dwóch zdań należy się jemu zaszczytne miejsce w dziale poświęconemu recenzjom longplayów. Zastanawiacie się o czyim LP jest mowa? Odpowiedzi należy szukać we Wrocławiu, skąd pochodzi Siny i jego dzieło, „W siną dal”.
Pierwsze zetknięcie z twórczością Sinego może być lekkim szokiem dla przeciętnego polskiego słuchacza muzyki. Wysoki głos wrocławskiego artysty, nieokiełznane flow, odważne rozwiązania muzyczne, specyficzne akcentowanie wyrazów, tematyka utworów obca dla lwiej większości polskiej sceny. Awangarda pełną gębą, która przeznaczona jest dla koneserów, nie zaś dla szerszego spektrum odbiorców. Nic w tym dziwnego, ponieważ Siny z daleka omijał sztampę, monotematyczność, wytyczając przy tym ścieżki niedostępne do dzisiaj dla pozostałych rodzimych przedstawicieli hip hopu. Koncepty, pomysły na nagrania i na siebie są znakiem rozpoznawczym na „W siną dal”. Już od samego początku Siny prezentuje taki wachlarz umiejętności, możliwości, pokazując, że jest raperem wartym dziesięciu innych. Jak to określa artysta w utworze „Ćma”:
„Reprezentuję total schizo, leszcze tego nie widzą.”
Z drugiej jest to powód braku sukcesu komercyjnego i przełożenia na większe zainteresowanie płytą, co z pewnością zakładano przy „Pracy u podstaw” nad albumem. Jednak, to wcale nie obchodziło Sinego, który stwierdza, iż nie przejmuje się w żadnym stopniu polską sceną, bo nie ma do kogo się porównywać. Dzisiaj raper mógłby podeprzeć to popularnym sloganem: „Moja racja jest najmojsza”. W pełni miałby w tym rację, gdyż nawet po 8 latach od premiery „W siną dal” próżno szukać drugiego takiego artysty jak właśnie on. Opowieści artysty bawią, interesują rozbudowanymi metaforami jak w „Zakładzie fryzjerskim”, czy szczerością jak w przypadku ww. „Pracy u podstaw”. Razem z Tymonem, Roszją i Jotem tworzy uzupełniające się duety, w barwny sposób opisujące „Anonimowy Wrocław”, prowadzące przez „Aleję Życia” i przedstawiające elementy sztuki hip hopowej w „Hip-Hopart”.
Producencka strona albumu wypada co najmniej dobrze, w pełni oddając emocje, którymi przesączone są wersy Sinego. Tomek „Cóq” Kuc i Marcin „Łosiu” Kuc przygotowali najbardziej eksperymentalne brzmienia, momentami genialne, miejscami dla niektórych odbiorców niedopracowane („Styl wioski / Niszcz nawsizm!”). Wyróżnić należy także Magierę, autora bardziej korzennych nagrań, choć i u niego na pierwsze miejsce wybija się stworzony podkład w „-71 °C”. Pozostałe dwie produkcje dorzucili Jarosz ze Sfondu Squnksa i Marcin Cichy ze Skalpela, któremu przypadł także mastering płyty.
„W siną dal” (uwaga na świetną okładkę!) przeszło bokiem i nie narobiła wielkiego szumu w mediach. Album udowodnił tym samym, że Polacy nie są przygotowani na eklektyczne produkcje, wybiegające daleko poza przyjęte standardy. Gdyby ten longplay ukazał się obecnie, podejście ludzi do niego zapewne diametralnie nie zmieniłoby się. Natomiast Siny na zawsze pozostanie opozycją do polskiej sceny, bo nic nie wskazuje na to, żeby tacy artyści jak, mogli wypłynąć na szersze wody, zamiast zniknąć gdzieś w sinej dali.
- Coraz bardziej siny
- Instytut – Ślepa Sowa
- Hip-Hopart
- Kuchnia dla konesera
- Zakład frajerski
- -71 °C
- Aleja życia
- Styl wioski / Niszcz nawsizm!
- Anonimowy Wrocław
- Ekranizacja
- Zakurzona muzyka Wrocławia
- Ćma
- Praca u podstaw
- W siną dal
- Outrock

