Kategoria: Recenzje LP’s

  • Recenzja LP: Sparrow The Movement – The Jacob Theology (Book 1)

    Recenzja LP: Sparrow The Movement – The Jacob Theology (Book 1)

    4–6 minut

    Jamdan Records | 2015

    Boom-bap, to słowo-wytrych dla każdego purysty hip hopowego. Onomatopeja brzmienia perkusji powstała we wczesnej fazie kształtowania się hip hopu, a jedną z prominentnych osób odpowiedzialnych za upowszechnienie się tego zwrotu był T La Rock. W czasach Złotej Ery i do późnych lat 90.tych płyty z tego nurtu zdobywały ogromną popularność w USA i w pozostałych zakątkach świata. Po wielu transformacjach, jakie przez lata dotknęły branżę rapową, boom-bap całkowicie zniknął z mainstreamu i dobrze trzyma się jedynie w undergroundzie. Nowi twórcy starają się definiować tę starą formę na nowo, ale nie można zapominać, że stare wygi hip hopowe świetnie sobie radzą z nadawaniem swoim utworom korzennego wymiaru (jeżeli tylko nie są to wypaleni wykonawcy). W lutym ub.r. ukazała się płyta „The Jacob Theology (Book 1)” Sparrow The Movement, która udowadnia, że doświadczeni artyści nie zapomnieli, jak powinien brzmieć rasowy boom-bap.

    W latach 90.tych wykształciła się mocno rozbudowana scenę undergroundowa, która wychowała mnóstwo szalenie interesujących i oryginalnych twórców. Z drugiej strony, dwie dekady temu ukazało się pełno singli, EP-ek i longplayów zupełnie nieznanych w tamtych czasach artystów, nie posiadających większych szans na przebicie się nawet w drugim obiegu w rapie. Po latach część z nagrań przypisanych do tej niszy powszechnie jest uważanych za kapitalne nagrania. Natomiast pojedyncze postaci z tego okresu dalej działają w branży, niekiedy z większym powodzeniem niż to miało miejsce dawniej.

    Sparrow The Movement znakomicie pasuje do tej kategorii. O istnieniu formacji wywodzącej się z amerykańskiego Baltimore przez długie lata miała pojęcie jedynie garstka zagorzałych sympatyków undergroundu. Współzałożyciele grupy, raper Fla Fla i producent SO12, systematycznie nagrywali muzykę, aczkolwiek tylko kilkakrotnie ich utwory doczekały się wydania fizycznego. Zespół powstały po rozwiązaniu projektu The Runaway Slaves (ważna formacja dla środowiska muzycznego z Baltimore) opublikował w drugiej połowie lat 90.tych trzy dwunastki – „Physics” b/w „Rhyme Impotence”, „Inheritance” i „Get Your Ass Up” b/w „What You Expect”. Wszystkie ścieżki były utrzymane w korzennym stylu i nie odbiegały od undergroundowych standardów sprzed dwóch dekad.

    Pomimo tego dopiero kilka lat temu Sparrow The Movement przebiło się w niezależnych kręgach, do czego doprowadziła współpraca grupy z amerykańskim Six2Six Records. Przy współpracy z tą wytwórnią płytową w 2013 roku ukazał się debiutancki album formacji, „Physics”. Pełnowartościowy boom-bap w wydaniu duetu doceniono głównie na Starym Kontynencie, co nie stanowiło żadnego zaskoczenia zresztą. Po pozytywnym odbiorze płyty duet poszedł za ciosem, nagrywając drugi, a przy tym niemniej udany, longplay. Opublikowane 1,5 roku temu „The Jacob Theology (Book 1)” dowodzi temu, że artyści hip hopowi po 40-stce potrafią wciąż tworzyć pełnowartościowe wydawnictwa.

    Przy tego typu wydawnictwach nasuwa się natychmiastowo zasadnicze pytanie. Jakim sposobem Sparrow The Movement przez blisko dwie dekady działalności pozostawało niemal nieznane, skoro produkują oni rap w znakomitym wydaniu, niczym nieustępujące innym twórcom neo boom-bapowym? Ponadto, przez brak szerszych informacji odnośnie STM znaczna część mediów i słuchaczy wzięła ten zespół za tzw. newcomerów, co jest wierutną bzdurą. Wytrawni odbiorcy rapu szybko spostrzegą, iż na „The Jacob Theology (Book 1)” mamy do czynienia z rasowym i doświadczonym Emceem. Fla Fla prezentuje się na tyle dobrze, że pod pewnymi względami można śmiało jego porównać do Ka, nawet jeżeli operuje on zupełnie innym stylem niż wywołany do tablicy artysta.

    Amerykanowi daleko do narzekania i popadania w manierę wyobcowanego tetryka, o co przecież nietrudno wśród raperów po 40-stce. Zamiast nagrywać muzykę z posępną twarzą i nie czerpać z tego radości, mieszkaniec Baltimore pokazuje ogromną miłość do kultury hip hopowej. Właśnie w tym tkwi szczegół longplaya – przez całą długość krążka Sparrow The Movement co rusz nawiązuje do tytułu płyty, przenosząc elementy biblijne na grunt muzyczny. Na projekcie widoczne są odniesienia do wiary i boga, a także powiązań ich ze sztuką władania słowem. Fla Fla na szczęście daleko do roli kaznodziei i opierania się na wyświechtanych patentach. Na drugim albumie grupy stara się on przemycać muzykę z duszą, sięgającą spraw doczesnych, które są bliskie każdemu człowiekowi. Niby tak niewiele, ale w dzisiejszych czasach przyda się trochę oddechu od taniego populizmu, nieustannych wzajemnych ataków, blichtru i sączącej się z głośników popeliny. Stąd też „The Jacob Theology (Book 1)” bliżej do wydawnictw tworzonych w latach 90.tych, niż do współczesnego rapu. Do największych zalet materiału należy również zaliczyć umiejętne opowiadanie o relacjach damsko-męskich (patrz: „Kryptonite”, „Brianna”, „Like That”). Przez pryzmat tych nagrań łatwo zauważyć przepaść pomiędzy sposobem tworzenia utworów dotykających tej tematyki przez młodsze pokolenia, a wykonawców pokroju STM.

    Od strony muzycznej „The Jacob Theology (Book 1)” również wypada więcej niż tylko porządnie. Pomimo tego iż na LP od tej strony nie udziela się SO12 (nadal pozostaje on pełnoprawnym członkiem grupy, pomagając w całości prac nad tym albumem), to podkłady brzmią treściwie i nie można zbyt wiele się do nich przyczepić. Warstwą muzyczną na  podzielili się Custodian Of Records, SWC, DJ Cutt i M.I.C. (obaj z Constant Deviants). Producenci odpowiednio przygotowali beaty współgrające z flow Fla Fla. Płyta nie brzmi monotonnie – zdarzają się tutaj utwory spokojne, ale i te posiadające cięższe brzmienie, co pomogło uwydatnić zalety STM.

    Do neo boom-bapu ludzie na całym świecie mają odmienny stosunek. Jedni całkowicie negują sens istnienia tego nurtu we współczesnym świecie, inni w ogóle nie mają pojęcia, że tego rodzaju wydawnictwa nadal trafiają do obiegu. Z drugiej strony, część osób pozostaje wierna zasadom starej szkoły hip hopu. Sparrow The Movement należy przy tym do wyjątkowych zespołów, które łączą stare czasy z nowymi. W końcu coraz mniej artystów dorastających w czasach Złotej Ery, tworzących inteligenty rap, na który w dalszym ciągu pozostaje pewien popyt. Owszem, występuje jedynie znikome zapotrzebowanie na wydawnictwa pokroju „The Jacob Theology (Book 1)”, jednak wciąż nisza odbiorców nie zachowuje się niczym zaprogramowane roboty, a przy wyborze kieruje się sercem.

    Ocena: 4/5

    Odsłuchaj „The Jacob Theology (Book 1)” w całości na Spotify, Deezerze lub Bandcampie.

    Tracklista

    1. Amazing (Chapter 1)
    2. I Got More Rhymes Intro (Chapter 2)
    3. God Sound (Chapter 3)
    4. Love In War (Chapter 4)
    5. Frienemies (Chapter 5)
    6. Latitude (Chapter 6)
    7. All Is Well (Chapter 7)
    8. On & On & On (Chapter 8)
    9. Hold My Own (Chapter 9)
    10. Scream (Chapter 10)
    11. Kryptonite (Chapter 11)
    12. Brianna (Chapter 12)
    13. Like That (Chapter 13)
    14. Doe See Doe (Chapter 14)
  • Recenzja LP: Murs – The End Of The Beginning

    Recenzja LP: Murs – The End Of The Beginning

    5–8 minut

    Definitive Jux | 2003

    W branży hip hopowej wciąż znaczącą rolę odgrywają postaci, które rozpoczynały swoją działalność wydawniczą naście lat temu. W tym miejscu mam na myśli nie tyle artystów wydających płyty od czasów Złotej Ery, co twórców przez lata kojarzonych ze ścisłym undergroundem. Większość z nich nieustannie pilnuje swojej niezależności, ale po dłuższym okresie spędzonym na scenie muzycznej, trudno przypiąć im łatkę niszowych wykonawców. MF Doom, Madlib, J-Live, Atmosphere, Aesop Rock, Sage Francis, ILL Bill, Jedi Mind Tricks, CunninLynguists, People Under The Stairs i podobni im twórcy startowali z podobnego pułapu, a dzisiaj posiadają tysiące sympatyków na całym świecie. Do tego grona należy też zaliczyć Mursa. Jednak dzisiaj nie skupię się na jego ostatnich projektach, a pokuszę się o recenzję jednej z jego wcześniejszych płyt, „The End Of The Beginning”.

    W środowisku hip hopowym nie brakuje solistów i grup wydających projekty przez długie lata. W tym zaszczytnym gronie znajduje się bohater tego artykułu. Pochodzący z owianego złą sławą South Central wykonawca zalicza się również do elity stale eksperymentujących twórców, co dotyczy jego nie w krótkim, a naprawdę długim rozrachunku. Przebogata dyskografia Mursa to wdzięczny temat, o którym można byłoby długo rozprawiać. Jak pokazują losy nieszablonowego wykonawcy, już we wczesnym stadium jego działalności widać było, że posiada on papiery na zrobienie niemałej kariery, i to nie tylko w undergroundzie.

    Kalifornijczyk nagrywa muzykę od połowy lat 90.tych. W pierwszej kolejności Murs (uwielbiam ten akronim, rozwijający się jako Making Underground Raw Shit) nie wychodził poza lokalną niezależną niszę w Los Angeles, nagrywając przeważnie dla najbliższego grona znajomych. Ot, wypisz-wymaluj początki identyczne, jak w przypadku większości undergroundowych artystów na świecie. W takich przypadkach każdy twórca oprócz talentu i umiejętności powinien też posiadać przysłowiowy łut szczęścia, bez czego nigdy nie jest możliwe szersze zaistnienie w świadomości odbiorców. Nickowi Carterowi (imię i nazwisko kojarzące się z członkiem boysbandu, a nie z dumnym backpackowcem) dopisała fortuna, o czym później niejednokrotnie wspominał w wywiadach i na płytach.

    Po serii pierwszych solowych wydawnictw publikowanych własnym sumptem – m.in. „F’Real”, „Good Music” i „Murs Rules the World” – zaczęto jego dostrzegać na krajowej scenie undergroundowej w USA. Do tego przyczyniło się również wydanie przez niego projektów w ramach formacji The Netherworlds („Pals”) i 3 Melancholy Gypsys („Gypsy’ Luck”). Murs zaczął nagrywać z innymi osobami i często koncertował, co ostatecznie doprowadziło do zainteresowania ze strony El-P. Od niego właśnie mieszkaniec Cali otrzymał propozycję wejścia w szeregi Definitive Jux z czego skwapliwie skorzystał, współpracując jednocześnie z Rhymesayers Entertainment (ten label wypuścił wszystkie albumy grupy Felt, które nagrał on ze Slugiem). Przy okazji albumu nagranego dla wytwórni o ogólnokrajowym zasięgu zdecydował się on na niecodzienny zabieg. „The End Of The Beginning” stanowiło podsumowanie dotychczasowej aktywności w hip hopie Mursa, aczkolwiek niewielu twórców zdecydowałoby się na rozpoczęcie nowego etapu w swojej działalności zaledwie 5 lat po wydaniu debiutanckiego albumu.

    Na początku wieku scena hip hopowa wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Ponad dekadę temu różnice pomiędzy mainstreamem a undergroundem nie były tak bardzo widoczne, jak obecnie. W związku z tym, nawet powszechnie uznani artyści usilnie pracowali na swoje nazwisko. Jeszcze większa konkurencja panowała właśnie w niezależnych kręgach hip hopowych, co zmuszało poszczególnych artystów do jak najcięższej pracy nad swoimi nagraniami. Bez tego trudno było cokolwiek uzyskać. Murs zdawał sobie z tego sprawę i pomimo tego iż „The End Of The Beginning” było jego 4 longplayem, to nie zamierzał on wywyższać się ponad innymi, tylko w dalszym ciągu pozostawał tą samą osobą, co przy wydaniu „F’Real”.

    Przy tej produkcji wszyscy sympatycy twórczości artysty, a także osoby niezaznajomione w pełni z jego wcześniejszymi dokonaniami, przekonali się o tym, że jego wielkość tkwi w autentyczności. W żadnym stopniu nie można powiedzieć o Mursie, że zachowuje się buńczucznie, wywyższa się, czy też pozostaje nieprawdziwy. „The End Of The Beginning” przekonało opinię publiczną, że to zwykły facet z okolicy, którego spotkasz na zakupach w sklepie osiedlowym i nawet nie pomyślisz, iż może być tak wyśmienitym raperem. Pełnię realizmu Kalifornijczyk osiągnął za sprawą licznych opowieści dotyczących życia (nie)zwykłego każdego człowieka. Z drugiej strony, na pewno pojawią się głosy mówiące o tym, iż taki dobór tematyki nie stanowił żadnego novum w rapie. Jednak w przypadku Mursa mamy również do czynienia z kapitalnym podaniem tych treści. W końcu nie bez kozery określa się jego mianem jednego z najwybitniejszych specjalistów od storytellingów. „The Night Before” oraz „Risky Business” są koronnymi dowodami na potwierdzenie powyższych słów.

    Na tym nie kończą się zalety „The End Of The Beginning”. Nawiązując do tytułu płyty Murs nadał większości utworom iście rodzinny klimat. Widać to zarówno po producentach, jacy zagościli na albumie, jak i gościnnych udziałach raperów na LP. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na zamykające LP nagranie z pozostałymi członkami 3 Melancholy Gypsys, „Done Deal”, traktowane w formie swoistej puenty albumu. Nie zabrakło nawet dosadnych odwołań do osób pomagających w stworzeniu materiału („Dibbs Did This Shit”). Właśnie obsada beatmakerów na „The End Of The Beginning” Nicka Cartera wzbudzała duże zainteresowanie mediów i słuchaczy. Oh No, Blockhead, RJD2, Ant, Mum’s the Word, Sunspot Jonz, El-P i pozostali zadbali o świeże i przyciągające uwagę podkłady, idealnie dopasowane do warsztatu Mursa. Część z tych producentów zadbało o warstwę muzyczną przypominającą o wcześniejszych wydawnictwach rapera, zaś pozostali (szczególnie El Producto) pozwolili sobie na odrobinę szaleństwa (patrz: „The Dance”). Dzięki temu zabiegowi przedstawiono mieszkańca Los Angeles w starym wydaniu, jak również pokazano jego w zupełnie innym świetle. W obu przypadkach Murs pokazał pełnię swojego talentu, uwydatnionego ciężką pracą włożoną w zrealizowanie tego longplaya (patrz: „You & I”). W ogólnym rozrachunku wypada postawić tę płytę tuż obok uznawanego za najlepsze dokonanie weterana undergroundu, „Murs 3:16: The 9th Edition”.

    „The End Of The Beginning” okazało się naprawdę końcem pewnej epoki w początkowym rozwoju muzycznym Mursa. Po wydaniu czwartego albumu rozpoczął się zupełnie nowy etap w karierze muzycznej Kalifornijczyka. Przez dłuższy czas Emcee wypuszczał wspólne materiały nagrywane odpowiednio z 9th Wonderem („Murs 3:16: The 9th Edition”, „Murray’s Revenge”, „Sweet Lord”) i Slugiem w ramach istnienia formacji Felt („2: A Tribute To Lisa Bonet”). Jego kolejny solowy longplay ukazał się na rynku płytowym dopiero w 2008 roku („Murs for President”), wzbudzając przy tym liczne dyskusje na temat drogi, jaką obrał ten wykonawca (produkcja trafiła do obiegu nakładem Def Jamu). W ostatnim czasie opublikował on solowe „Have a Nice Day” i płytę-niespodziankę z 9th Wonderem, „Brighter Daze”. Jednak pod wieloma względami „The End Of The Beginning” pozostaje w czołówce najwybitniejszych wydawnictw wykonawcy z Cali, o którym wypada pamiętać, choćby ze względu na fakt, iż stanowi pomost pomiędzy pierwszymi dokonaniami artystami, a jego dalszymi materiałami. Warto odświeżyć sobie lub zapoznać się całkowicie na nowo z albumem pochodzącym z czasu, kiedy Murs znajdował się w wybornej formie, czego nie można powiedzieć o jego współczesnych dokonaniach.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. You & I (prod. Tate the Example)
    2. Dibbs Did This Shit (prod. Mr. Dibbs)
    3. What Do You Know? (prod. Belief)
    4. The Scuffle (prod. Oh No)
    5. The Night Before (prod. Jizzm High Definition)
    6. Transitionz az a Ridah (prod. Patchwerk)
    7. Happy Pillz feat. Aesop Rock (prod. Blockhead)
    8. Risky Business feat. Shock G (prod. Shock G)
    9. The Dance feat. El-P (prod. El-P)
    10. God’s Work (prod. Belief)
    11. Def Cover (prod. Oh No)
    12. Please Leave (prod. El-P)
    13. Sore Losers (prod. RJD2)
    14. BT$ (prod. Sunspot Jonz)
    15. 18 w/ a Bullet (prod. Ant)
    16. Brotherly Love (prod. Belief)
    17. Got Damned? (prod. Ant)
    18. Done Deal feat. 3 Melancholy Gypsys (prod. Mum’s the Word)
  • Recenzja LP: String Theory  – String Theory

    Recenzja LP: String Theory – String Theory

    4–6 minut

    Mic-Theory Records | 2014

    W ostatnich latach pojawiło się mnóstwo dyskusji na temat tego, w którą stronę zmierza muzyka hip hopowa. Młode pokolenie artystów usiłuje nadać swoim nagraniom wyrazistego i mocnego pazura, co wielokrotnie sprowadza się do sięgania po średnio wyszukane formy muzyczne. Oczywiście część współczesnych raperów i producentów potrafi wnieść do muzyki powiew świeżości, ale nie są to zbyt częste przypadki. Nie należy przy tym zapominać także o tym, że obok twórców stawiających na nowoczesne odmiany hip hopu, nadal można natrafić na wykonawców, których twórczość wspaniale odwołuje się do lat 90.tych. The Doppelgangaz, Apollo Brown, Timeless Truth, Joey Bada$$ to tylko niektóre przykłady na potwierdzenie powyższych słów. W podobnym tonie wypada wyrażać się o formacji z Florydy, Epidemic. W kwietniu 2014 roku połowa tej grupy, Hex One, nagrał stricte boom-bapowy projekt z BBZ Darneyem, „String Theory”.

    Wśród artystów i grup przypisanych do neo boom-bapu panuje silna konkurencja. Jeżeli miałbym grupę z tego nurtu, która zrobiła na mnie największe wrażenie w ostatnich 3-5 latach, to mój wybór padłby na Epidemic. Amerykańska formacja to przy tym jeden z nielicznych zespołów z Florydy nawiązujących do klasycznego rapu (jak powszechnie wiadomo, w tej części USA zawsze rządziło zupełnie inne brzmienie).

    Hex One & Tek-nition zaskoczyli odbiorców wypracowanym i naprawdę znakomitym flow, a także umiejętnością tworzenia tłustych i bogatych pod względem lirycznym i muzycznym płyt. Epidemic postawiło przy tym na kilka znaków rozpoznawczych – wszystkie projekty wydają w założonym przez siebie labelu Mic Theory Records, a każde dotychczasowe wydawnictwo zrealizowali z innym producentem. W kolejności chronologicznej duet współpracował z 5th Elementem („Illin Spree”), Jesse Jamesem („Monochrome Skies”), Tantu („The Soulution EP”) i Esco („Somethin For Tha Listeners”). Po opublikowaniu w połowie 2013 roku ostatniego z tych materiałów Hex One pokusił się o nagranie solowych płyt. Obok „Hologramz” z 5th Elementem raper przygotował również „String Theory” z B.B.Z. Darneyem. Okazało się, że nawet bez pomocy Tek-nitiona florydzki Emcee potrafi nagrać kawał dobrego rapu.

    Kluczowe pytanie przy płycie wydanej w kwietniu 2014 roku dotyczyło tego, jak Hex One poradzi sobie bez swojego partnera muzycznego z Epidemic. Ogromną zaletą każdego wydawnictwa amerykańskiej formacji jest kapitalna chemia i wymienność funkcji pomiędzy raperami, wzajemne ich uzupełnianie się i kontrastujące ze sobą style. Tek-nition charakteryzuje się płynnym flow i nigdy nie odbiega od tematów przewodnich poszczególnych utworów. W porównaniu do niego Hex One kładzie większy nacisk na technikę i dostarczenie odbiorcom głębszych tekstów. Właśnie w tym kierunku podążył on na „String Theory”, starając się za wszelką cenę udowodnić, że Emcee przypisany do boom-bapu nie musi wcale być schematyczny.

    Na płycie sprzed blisko dwóch lat raper nie tylko potwierdził wszystkie zalety z jakich był już znany, ale także pokazał, iż sprawdza się w nagraniach bez Tek-nitiona. W dodatku Hex One pokusił się o stworzenie albumu skonstruowanego wokół przemyśleń odnośnie miejsca człowieka we wszech świecie i na ojczystej planecie. Wydaje się to nonsensem, gdyż artyści hołdujący latom 90.tych przeważnie jedynie narzekają i powtarzają utarte schematy, nieprawdaż? Jednak na „String Theory” jest zupełnie inaczej. Złożone opowieści o człowieczeństwie – „Theory of Everything”, „Rhythm of the Planet”, „Reminisce” – wymieszane z kultywowaniem prawdziwej sztuki hip hopowej – „Art of Rap” – przełożyły się na doskonały produkt końcowy. Styl, jakim posługuje się Hex One, wymaga od słuchaczy wnikliwego zapoznania się z zawartością projektu, w czym można znaleźć wiele przyjemności ze względu na rozważnie skonstruowane rymy, a także odpowiedniej jakości warstwę muzyczną. Co więcej, raper dobrze wypadł w zestawieniu ze swoimi gośćmi (Tek-nition, uMaNg, Halfcut, Self The Bluest Eye, D-Rev), którzy dodatkowo urozmaicili ten materiał.

    B.B.Z. Darney stanął przed podwójnym wyzwaniem. Po pierwsze, szwedzki producent musiał zmierzyć się z nagraniem płyty z raperem, który dotychczas w ramach istnienia Epidemic niemal perfekcyjnie dobierał sobie beatmakerów. Po drugie, Boom Bappin’ Zombie Darney pozostawił po sobie dobre wrażenie, produkując w całości dwa projekty Umanga„Lasting Impressions” i „The Revisited” – przez co oczekiwania wobec niego natychmiastowo wzrosły. Jak sobie poradził szwedzki artysta? Ano naprawdę więcej niż jedynie porządnie, dzięki czemu poradził on sobie z całkiem wysoko postawioną poprzeczką. Przede wszystkim B.B.Z. Darney zadbał o właściwie przygotowane beaty, który pomogły uwydatnić wszystkie zalety stylu Hex One’a. Nie znajdziecie na „String Theory” hardcore’owego, ani też siermiężnego brzmienia; obyło się tutaj również bez niedbale tworzonych beatów. Podkłady drugiej połowy String Theory posiadają boom-bapową ikrę (w końcu pseudonim do czegoś zobowiązuje), nie są monotonne (patrz: „Intergalactix” i „All Beautiful”) i nie można ich nazwać odgrzewanymi kotletami. Pomimo tego iż miejscami przydałby się lepszy mix i mastering, ewentualnie inny dobór perkusji, to i tak B.B.Z. Darney wyszedł z tego obronną ręką, w czym również pomogły cuty egzekwowane przez DJ-a Tha Bossa i DJ-a GJazzhoppę. Owszem, nie jest to poziom prezentowany przez Esco na „Somethin For Tha Listeners” Epidemic, ale i tak dzięki tak dobranym podkładom Hex One w pełni mógł rozwinąć skrzydła.

    Większość młodych i nieposiadających odpowiedniej wiedzy muzycznej słuchaczy uzna współczesne płyty boom-bapowe za relikt przeszłości. Porównując jednak albumy przypisane do nowych nurtów rapowych do produkcji opartych o brzmienie z lat 90.tych szybko można zauważyć znaczną różnicę w nastawieniu do tworzenia muzyki. Wydawnictwo String Theory to idealny przykład na to, iż w dzisiejszym hip hopie nadal pozostaje miejsce na prawdziwe emocje i artystów wkładających w to całe serce. „String Theory” trafia do szuflady z najbardziej wyrazistymi materiałami boom-bapowymi z lat współczesnych. Warto też zaznaczyć, że coraz więcej osób zaczyna doceniać płyty pokazujące to, co jest najpiękniejszego, aczkolwiek zapomnianego przez wielu, w muzyce hip hopowej.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. String Theory
    2. Theory of Everything
    3. Currents
    4. Intergalactix feat. uMaNg
    5. All Beautiful
    6. Art of Rap feat. Halfcut
    7. Used to Be feat. Tek-nition, Self The Bluest Eye
    8. Rhythm of the Planet feat. Tek-nition, D-Rev
    9. Reminisce
    10. Lucid Dreams feat. Tek-nition
    11. The 11th Dimension
    12. Realities
  • Recenzja LP: Igor Boxx – Delirium

    Recenzja LP: Igor Boxx – Delirium

    2–4 minut

    PlugAudio | 2015

    Tekst: Emilia Falkowska

    Każdy zgodzi się ze stwierdzeniem, że jazz to silna karta w historii polskiej muzyki. Takie osobistości, jak Krzysztof Komeda czy Zbigniew Namysłowski są powodami do dumy dla całych pokoleń. Zainteresowanie tym gatunkiem nie skończyło się wraz z opadnięciem emocji po „Astigmatic”, co to, to nie. Korzenie ruchu jazzowego w Polsce sięgają głęboko, jednak sam gatunek nie przestaje ewoluować. Świeże brzmienie nadaje mu obecnie nie kto inny, jak Igor Boxx, bez wątpienia jeden z najważniejszych współczesnych polskich muzyków, ½ szanowanego i wielokrotnie nagradzanego duetu Skalpel oraz świetnie radzący sobie solowy artysta. Artysta przez wielkie „A”.

    Każdy jego projekt to ujście dla szerokiej wyobraźni i genialna mieszanka stylów prowokująca wyjątkowe doznania. Perfekcyjnie łączony jazz z elektroniką i hip hopem jest wizytówką panów z Wrocławia. Igor Pudło wraz z Marcinem Cichym ponad dekadę temu zostali dostrzeżeni przez kultową londyńską wytwórnię płytową Ninja Tune, dzięki której usłyszeliśmy „Skalpel” czy też „Konfusion” – albumy rozpoznawalne na świecie i kultywowane w kraju. Warto wspomnieć, że ich „Virtual Cuts” jest uważany za najlepszy mixtape w historii polskiej muzyki elektronicznej.

    Światowy poziom projektów został dostrzeżony i doceniony, a Igorowi Boxxowi otworzył drzwi do solowej kariery. Człowiek, który, jak sam mówi, był świadkiem narodzin punk rocka i złotej ery hip hopu, pamięta przejście Polski z komunizmu na kapitalizm i wersji analogowych na cyfrowe, w 2010 roku wydał solowy album „Breslau”, osobistą ekspresję na temat historii Wrocławia. Debiut jakich mało. Wydawnictwo ruszyło w świat i przyciągnęło tłumy zainteresowanych muzyką zza żelaznej kurtyny, połączeniem klasyki z nowoczesnością, historii i emocjonalnych związków artysty z rodzinnym miastem.

    To, co w Igorze wyjątkowe, to nieposkromiona kreatywność. Dowodem na jej ogrom (jakby komukolwiek jeszcze takowy był potrzebny po wcześniejszych sukcesach) jest „Delirium” – nowy album wydany 6 listopada dzięki PlugAudio. Album dojrzały (tak samo jak jego autor, swoją drogą tworzący muzykę już od 24 lat), dopieszczony, zdecydowanie satysfakcjonujący, acz nieprzerwanie intrygujący. Wszystko to dzięki jazzowym samplom i psychodelicznym elementom, które wylewają się z głośników dosłownie, jak obrazy z ram po substancjach psychoaktywnych.

    „Delirium” to płyta ewidentnie wychodząca poza ramy, niekonwencjonalna i fascynująca. Materiał bardziej burzliwy niż dzieci Skalpela (w ub.r. ukazały się dwa nowe projekty grupy – „Transit” i „Simple”), jednak jakościowo tak samo sięga najwyższej półki łącząc jazz, krautrock i new wave. „Delirium” to dziesięć hipnotyzujących utworów tworzących psychologiczny autoportret Igora Boxxa. Zmysł kompozycyjny pełen spontaniczności i smaku pozwolił mu stworzyć futurystyczny materiał, za punkt wyjścia mający old-schoolowe brzmienia.

    Pierwszy utwór, „Nordic Crime”, to porządna dawka delirycznych dźwięków, którym nie da się oprzeć. Po pierwszym zastrzyku psychodelicznych beatów przychodzi pora na trzeci numer „Metabolix”, wymuszający całkowitą zmianę koncepcji na odbiór tego albumu. Klimatem powraca na chwilę do poprzedniego solowego wydawnictwa Igora Boxxa, „Dream Logic”, przyśpieszając tempo i dodając taneczne elementy. Podobny zabieg słychać w „Stolen Moments”. „Twisted Childhood” to kolejny ciekawy utwór, nagle w tym narkotycznym świecie słychać odrobinę dziecinności i marzeń. Dwa ostatnie utwory – „Delirious Material” i „Swamp Forever” – przybliżone są klimatem do „Nordic Crime”. W tym drugim jednak warto zwrócić uwagę na dodatkowy element wprowadzony na końcu wydawnictwa, wyjaśniający nieco całą tę grę wyobraźni.

    „Delirium” zaskakuje różnorodnością, ale i kunsztem wykonania. Najmniejsze elementy dobrane są tu by subtelnie nadać smaku całości. Fantastyczny klimat stworzony przez Igora mógłby być genialną ścieżką dźwiękową filmu lub po prostu soundtrackiem niezapomnianego jesiennego wieczoru.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Nordic Crime
    2. Paranoia
    3. Metabolix
    4. Moonbase Alpha
    5. Sorrow Tomorrow
    6. Twisted Childhood
    7. Stolen Moments
    8. Nightbreak
    9. Delirious Material
    10. Swamp Forever

    Zapisz

  • Recenzja LP: Kista & Glad2Mecha – Collecting Dust

    Recenzja LP: Kista & Glad2Mecha – Collecting Dust

    4–6 minut

    Soundweight Records/Dusty Platter | 2014

    Wraz z postępem technologicznym i przemianom pokoleniowym uległo zmianie mnóstwo rzeczy dotyczących tworzenia muzyki. W tym momencie nie trzeba wiele zachodu, aby stać się raperem, producentem czy DJ’em. Wystarczy tylko posiadać stały dostęp do internetu, zapoznać się z kilkoma samouczkami, poczytać nieco o wybranych elementach muzycznego rzemiosła, zainstalować odpowiednie oprogramowanie i voila! Zdecydowanie za wiele osób wybiera drogę na skróty przystępując do nagrywania utworów bez jakichkolwiek podstaw. Wyroby twórców pretendujących jedynie do miana artystów zalewają sieć i są prawdziwą zmorą dla wykonawców spędzających niekiedy długie tygodnie na dobraniu sampli i napisaniu właściwych tekstów. Dlatego też warto doceniać płyty tworzone w oparciu o rozległą wiedzę muzyczną, w których czuć serce i duszę. Właśnie tego typu wydawnictwem jest wspólny album Kisty & Glad2Mechy – „Collecting Dust”.

    Płyty tworzone wspólnymi siłami przez amerykańskich i brytyjskich artystów nie należą do rzadkości. Bohaterowie tego artykułu gładko wpisują się w ten krajobraz. Obaj wykonawcy znają się od dłuższego czasu i naturalną koleją rzeczy było rozpoczęcie przez nich nagrywania wspólnych utworów. Zarówno pierwszy, jak i drugi artysta nie są żadnymi żółtodziobami na scenie hip hopowej i doskonale wiedzą, co chcą wyrazić za pośrednictwem swoich nagrań.

    Kista zalicza się do weteranów brytyjskiego undergroundu. Producent i DJ w jednym jest obecny w tamtejszym środowisku już od ponad 15 lat. Debiutancki projekt artysty – dwunastka „Organic Pulsation EP” powstałą w kolaboracji z Genetic 1200’s – trafiła do obiegu jeszcze pod koniec lat 90.tych. Od tamtego czasu twórca podejmował współpracę z różnymi raperami, czekając na wydanie kolejnego treściwego materiału do 2009 roku. Wtedy to ukazała się płyta „Crate Combination, Vol. 1”, która powstała przy udziale 45 Prince’a. Ostatnie lata przypadły na kolejne wydawnictwa („The Grand Emporium”, „Pushin Buttons EP”), a także na rozwój labelu założonego przez Kistę, Soundweight Records.

    Pochodzący z amerykańskiego Phoenix w stanie Arizona Glad2Mecha (sympatyczny pseudonim) powoli przebijał się na międzynarodowej scenie hip hopowej. Ze względu na to, iż lokalne środowisko rapowe odbiega od założeń i inspiracji rapera, od początku działalności próbuje on dotrzeć do odbiorców z innych krajów. Po kilku mniejszych projektach (m.in. „Uncommon Cures 4 Everyday Illness”) oraz wydawania muzyki w ramach istnienia formacji The Community Project, jazz-hopowy artysta ukierunkował się na kolaboracje z Europejczykami. W ten sposób doszło do zrealizowania albumu „Hello”. Za wszystkie podkłady na tym LP odpowiadał brytyjski beatmaker Ill Treats, zaś ten materiał uzyskał wysokie oceny od sympatyków korzennego rapu. Również wydawcy ze Starego Kontynentu docenili warsztat Glad2Mechy – w ub.r. HHV.DE opublikowało na wosku „The Jazzo Street Sessions Vol. 1”, na którym Amerykanin zademonstrował swoje umiejętności producenckie. Na tym nie skończył się udany okres w jego twórczości, o czym przekonuje „Collecting Dust”. Właśnie ta płyta przekonuje wszem i wobec, iż współcześni wykonawcy nie zapomnieli o składowych niezbędnych do stworzenia tłustej jazz-hopowej produkcji.

    Album pochodzący z sierpnia ub.r., to drugi materiał zrealizowany przez amerykańskiego Emceego, który wyprodukował brytyjski beatmaker. Jednak w przypadku ubiegłorocznego projektu Ill Treatsa zastąpił Kista. Nowy partner muzyczny Glad2Mechy w niczym nie ustępuje swojemu poprzednikowi, co już należy za sporych rozmiarów nobilitację. W końcu „Hello” wielu uznało za tzw. instant classic, będący wyznacznikiem tego, jak powinien brzmieć współczesny jazz-hop. Kista drobiazgowo podszedł do stworzenia warstwy muzycznej na „Collecting Dust”. Nie ma tutaj mowy o przypadkowej egzekucji sampli czy też realizowaniu beatu bez oglądania się na styl Glad2Mechy.

    Już od pierwszych dźwięków „Don’t Call It Luck (Intro)” widać, że mamy do czynienia z projektem, który powstał w wyniku wielu godzin spędzonych na wybieraniu poszczególnych elementów do właściwego oddania inspiracji i emocji towarzyszących wszystkim utworom. Stonowane, spokojne, ale zarazem przyciągające uwagę beaty Kisty w połączeniu z laidbackowym flow Glad2Mechy sprawdzają się znakomicie. Obaj twórcy podali, że dokładnie wymienili się swoimi poglądami muzycznymi zanim w ogóle przystąpili do realizacji tego przedsięwzięcia. Właśnie to jest największą zaletą „Collecting Dust”, gdyż nie ma mowy tutaj o przypadku czy nagrywaniu muzyki ad hoc. Przekonuje o tym również warstwa liryczna.

    Pełno na albumie inteligentnie podanych wersów, skłaniających do refleksji. Glad2Mecha nie bawi się w żadne półśrodki, zastępując to umiejętnymi spostrzeżeniami, których tak bardzo brakuje w dzisiejszym środowisku rapowym. Jeżeli nawet większość tematyki obraca się pomiędzy przyziemnymi sprawami („Dreamchaser”, „Memories”), a przy tym nie brakuje odniesień do rzemiosła hip hopowego („Nouns And Verbs”, „Droppin Mics”, „Five Keys To Success”), to trzeba przyznać, że raper robi to na tyle umiejętnie, iż po prostu słucha się jego z nieskrywaną przyjemnością. „Collecting Dust” urozmaicają przy tym cuty wyjęte ze starych płyt (wycinek opowiadający o procesie tłoczenia winyli na „Dreamchaser Reprise (Outro)” wypada świetnie). Wypada też zwrócić uwagę na old schoolowe nastawienie do miksu i masteringu albumu, co dodaje projektowi większego uroku. Wielcy jazz-hopowi artyści z lat 90.tych powinni być jak najbardziej zadowoleni z jakości idącej za wspólnym materiałem Kisty i Glad2Mechy. Niektórzy mogą kręcić nosem na długość LP (całość trwa około 30 minut) i brak jakiegokolwiek elementu zaskoczenia w nagraniach duetu. Jednak akurat o to chodziło tym wykonawcom – przy dłuższym projekcie odbiór całości mógłby zostać wypaczony, zaś materiał straciłby na wartości.

    Płyta nagrana przez brytyjsko-amerykański duet nie jest przeznaczona dla każdego. „Collecting Dust” nie znajdzie uznania w oczach osób hołubiących elektroniczne i syntetyczne rozwiązania, twierdzących przy tym, że czasy korzennie brzmiącego rapu już dawno minęły. Jednak to nie jest prawda, ponieważ właśnie takie projekty, jak ubiegłoroczny album Kisty & Glad2Mechy ucieszą dojrzałych odbiorców, wychowanych na klasycznym brzmieniu lat 80. i 90.tych. Co ważne i warte podkreślenia, w tym materiale od razu czuć ogromną pasję i radość z tworzenia muzyki, co jest znaczącą zaletą tego jazz-hopowego longplaya.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Don’t Call It Luck (Intro)
    2. Dreamchaser
    3. Feeling Alright
    4. Who Got The Props
    5. Five Keys To Success
    6. Float
    7. Nouns And Verbs
    8. Sunrise
    9. Another Place Another Time
    10. Sunset
    11. Memories
    12. Droppin Mics feat. El Da Sensei
    13. Dreamchaser Reprise (Outro)

    Zapis

  • Recenzja LP: Bluestaeb – 1991 Extraterrestrial

    Recenzja LP: Bluestaeb – 1991 Extraterrestrial

    3–5 minut

    Radio Juicy/Urban Waves Records | 2013

    W tym momencie nie sposób sobie wyobrazić funkcjonowanie branży muzycznej bez wszystkich udoskonaleń i ulepszeń z ostatnich lat. Oprócz szeregu udoskonaleń i ulepszeń pojawiły się też liczne znaki zapytania odnośnie przyszłości muzyki. W dzisiejszych czasach nie trzeba wiele, aby stać się artystą. Szczególnie to widać od strony produkcji muzyki. Czasy utożsamiane z długotrwałym i pracochłonnym procesie twórczym związanym ze starą maksymą „looking for the perfect beat” odeszły już niemal do lamusa. Większość nowych producentów brzmi tak samo i niekiedy potrzeba naprawdę dużo zachodu, aby z tej bezkształtnej masy, wyciągnąć na wierzch kogoś prawdziwe utalentowanego i pracującego nad swoimi utworami według starych sprawdzonych przepisów. Przykładem takiego beatmakera jest Bluestaeb, którego album „1991 Extraterrestrial” wypada kojarzyć.

    Nasi zachodni sąsiedzi mogą pochwalić się co najmniej kilkoma sprawnie działającymi labelami. Przedstawicielem jednego z nich, Radio Juicy, jest właśnie bohater dzisiejszej recenzji. Bluestaeb to rodowity berlińczyk, który zajmuje się tworzeniem muzyki od około 2007 roku. W pierwszych latach nie skupiał się on nagrywaniu materiału na konkretne projekty, powoli przygotowując się na zaprezentowanie swojej twórczości słuchaczom. Przed wypuszczeniem premierowego wydawnictwa beatmaker nawiązał bliższe kontakty z innymi wykonawcami (Figub Brazleviciem i pozostałymi), formułując Oldschool Future Tribe. Ponadto berliński artysta rozpoczął kooperację z kolejnymi niemieckimi stowarzyszeniami producenckimi – Krepkek i Beatgeeks. Po tych przedbiegach Bluestaeb zabrał się za nagrywanie debiutanckiej płyty. W maju 2012 roku wszystkie tracki na „Neo Retro” EP były już gotowe. Jednak materiał sprzed blisko 3 lat stanowił jedynie przetarcie przed premierowym jego longplayem. Już w chwili wydania „1991 Extraterrestrial” zwróciło na siebie uwagę pokaźne grono odbiorców.

    Jakie można odnieść pierwsze wrażenia przy zapoznawaniu się z debiutanckim albumem Bluestaeba? W oczy uszy rzuca się przede wszystkim umiejętne kształtowanie klimatu wszystkich utworów, łączących elementy wzięte z boom-bapu, trip hopu pokrytych grubą warstwą brzmień abstrakcyjnych. Po wstępnych obserwacjach łatwo wywnioskować, iż niemiecki twórca stara się dostarczyć odbiorcom znacznie bardziej rozbudowaną płytę, aniżeli standardowy beat tape. Wartością dodaną w tym wszystkim jest to, że producent stroni od powielania schematów znajdujących się na projektach całej maści innych twórców. Po kilkukrotnym przesłuchaniu „1991 Extraterrestrial” dokładnie widać, iż każda ścieżka została dokładnie rozrysowana, aczkolwiek gdzieniegdzie Bluestaeb nie dopracował w pełni swoich pomysłów.

    Instrumentalny album Niemca na pewno wyróżnia się klimatem. W końcu wcale nie jest prostą sztuką, aby dokonywać fuzji old schoolowego hip hopu i stricte abstrakcyjnych podkładów. W przypadku Niemca można zaobserwować, że podpatrywał on na pewno DJ’a Shadowa i RJD2 (wczesne lata ich działalności) – zresztą podkreślił on powyższe inspiracje w postaci interludium „What Does Your Soul Look Like”. Wychodząc z tego miejsca bazowego berliński beatmaker starał się własnoręcznie kreślić i formować muzyczne pejzaże. W większości przypadków sztuka ta udała mu się niemal znakomicie. Wystarczy tylko posłuchać plastycznego „Incense Pt.1”, przechodzącego następnie w ulotne „Cookie Monster Dreams”, aby docenić warsztat 23-letniego artysty. Również „Incense Pt.2”, „The Landing” i tytułowe „1991 Extraterrestrial” prezentują się okazale i stanowią ścieżki, które można zapamiętać na długo. Bluestaeb radzi sobie również w utworach z raperami – Teknical Development i Eloquent nienagannie spisali się w odpowiednio w „The Mission” i „Rapresent”. Jednak na tej płycie nie wszystko jest idealnie dograne. Część pomysłów nie doczekała się w pełni dobrej egzekucji, co widać na przykładzie „Out Of The Blue” z udziałem wokalistki LaNó. Niemiec powinien też zdecydować się na jasne określenie, co do długości i konstrukcji wybranych instrumentali. W poszczególnych miejscach trudno zgadnąć czy mamy do czynienia z pełnowartościowym nagraniem czy tylko jego zarysem, będącym jedynie interludium. Właśnie to jest zmora niejednego współczesnego producenta, który do końca nie potrafi określić, w którym kierunku podążają jego utwory. Niemniej jednak „1991 Extraterrestrial” jak najbardziej zasługuje na gromkie brawa, głównie za odczuwalny klimat i udane eksperymenty muzyczne.

    Jesień i zima to najmniej przyjazne pory roku. Dłużące się w nieskończoność jesienno-zimowe wieczory stanowią ciężką przeprawę dla niejednej osoby. Pomimo tego iż trwający obecnie okres przywodzi na myśl depresyjne stany, to stanowi przy tym idealny czas na takie płyty, jak właśnie „1991 Extraterrestrial”. Bluestaeb stworzył piękny i w całości oddający klimat dwóch najchłodniejszych pór roku album, który w niektórych momentach można uznać za niemal muzyczny majstersztyk. Z drugiej strony, nie należy zapominać o tym, że berlińczyk w pewnych miejscach może znacznie poprawić się. Niemiecki producent w niczym nie ustępuje bardziej znanym na świecie swoim rodakom, co też warto mieć na uwadze przy jego następnych nagraniach.

    Ocena: 3,5/5

    Tracklista

    Strona A

    A1 1991 Extraterrestrial
    A2 The Mission feat. Teknical Development
    A3 What Does Your Soul Look Like (Interlude)
    A4 Incense Pt.1
    A5 Cookie Monster Dreams
    A6 Out Of The Blue feat. LaNó

    Strona B

    B1 The Landing
    B2 Rapresent feat. Eloquent
    B3 Incense Pt.2
    B4 Soul Caliber 9mm
    B5 Foli
    B6 Outro
    B7 (Bonus) Incense Pt.1 Antitune Remix

  • Recenzja LP: Klaus Layer – Restless Adventures

    Recenzja LP: Klaus Layer – Restless Adventures

    4–7 minut

    Redefinition Records | 2015

    Przy panujących warunkach w branży muzycznej coraz trudniej pozyskać prawdziwe zainteresowanie słuchaczy. Wszędzie panuje niesłychana konkurencja i każdy wydawca stara się przekonać odbiorców do głębszego zapoznania się z wypuszczaną przez siebie muzyką. Jednak niewiele oficyn wydawniczych tak naprawdę wyróżnia się pośród innych i niekiedy nie ma znaczenia, czy mamy do czynienia z amerykańską, europejską, azjatycką czy australijską firmą. W związku z tym, wytwórnie pokroju Redefinition Records są na wagę złota. Label założony przez Damu The Fudgemunka i Johna Notarfrancesco od początku kieruje się według motta „jakość ponad ilość”. Każdy materiał wypuszczany przez REDEF jest drobiazgowo przygotowany i wydany we właściwej formie. Nowy rok amerykańska oficyna wydawnicza rozpoczyna od kolejnego projektu niemieckiego producenta, Klausa Layera (aka Captain Crook) – „Restless Adventures”.

    Przed przejściem do dalszej części artykułu, sięgnijmy do historii wytwórni. Początkowo Redefinition Records zajmowało się publikowaniem płyt tylko amerykańskich artystów. W pierwszych latach działalności labelu z siedzibami w New Jersey i Waszyngtonie otrzymaliśmy materiały od Damu The Fudgemunka, K-Defa czy Keva Browna. W 2012 roku REDEF niespodziewanie ogłosiło, że zamierza wydać debiutancki album mało znanego wówczas beatmakera z Niemiec, Klausa Layera. Co prawda na premierę „The Adventures Of Captain Crook” trzeba było zaczekać do września 2013, ale od razu należy zaznaczyć, iż warto było dłużej wypatrywać tego albumu. Instrumentalny longplay olśnił niejedną osobę i wręcz ekspresowo trafił do szerokiego grona odbiorców. Captain Crook zwrócił na siebie uwagę w głównej mierze za sprawą estetyki swoich nagrań i dobierania świeżo brzmiących sampli, zahaczających gdzieniegdzie o psychodeliczne klimaty, co nadawało utworom producenta dodatkowego smaku. Wszystkie jego nagrania posiadały charakterystyczną otoczkę – styl producencki wyróżnia jego pośród innych artystów. Po zapoznaniu się z warsztatem tego artysty łatwo można zapamiętać jego znak rozpoznawczy – perfekcyjny sampling oraz brzmienie perkusji.

    Niemiecki twórca z powodzeniem prezentował własny przepis na współczesną formę boom-bapu, co z jeszcze lepszym skutkiem kontynuował na swoich kolejnych wydawnictwach – „Ist Wie Ein Kreis (It’s Like A Circle)” oraz „For The People Like Us”. Obie płyty – opublikowane odpowiednio w grudniu 2013 i czerwcu 2014 roku – dowiodły jego dużej klasy. Na tych produkcjach jeszcze bardziej widać polot i zmysł w łączeniu przez Klausa Layera melodyjnych sampli z inspiracjami wyniesionymi ze Złotej Ery rapu. Najnowszy projekt niemieckiego artysty – „Restless Adventures” – stanowi kolejny etap w jego rozwoju muzycznym.

    Jak przedstawia się konstrukcja nowego dzieła Captaina Crooka? Schemat styczniowego wydawnictwa nie odbiega od wcześniejszych dokonań tego wykonawcy. Ponownie postawił on na instrumentalny longplay, dający w sumie nieco ponad 30 minut muzyki. Wydawałoby się, że to nic szczególnie oryginalnego i nowatorskiego, ale zupełnie nie o to chodzi Klausowi Layerowi. Przedstawiciel Redefinition Records nadal wciąga odbiorców do swojego boom-bapowego świata upiększonego znakomicie dobranymi samplami – psychodelicznymi, jak i organicznymi – połączonymi z typowym dla niego przygotowaniem perkusji. Najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że posiada on niepodrabiany styl, stanowiący jego znak rozpoznawczy, który może być doskonale kojarzony od położonego na Alasce Anchorage, aż po Auckland na Nowej Zelandii. We współczesnej branży muzycznej ze świecą szukać równie utalentowanych beatmakerów posiadających na tyle charakterystyczne brzmienie, co Niemiec. W jego przypadku to jednak broń obosieczna. Od początku działalności Klaus Layer boryka się z jednym problemem pojawiającym się w jego nagraniach – właśnie z kształtem i sposobem złożenia bębnów. Należy to traktować, jak znak firmowy Niemca, ale na dłuższą metę stale powtarzające się elementy w każdym kolejnym tracku potrafią być męczące. Brakuje tutaj większej otwartości na świeże koncepty, chociaż nie należy tego traktować jako ogromnej wady produkcji u Captaina Crooka, gdyż płynnie i swobodnie odnajduje się w swoim osobistym świecie.

    Przy dłuższym obyciu z „Restless Adventures” można też zauważyć, że ta płyta jest bardziej kontynuacją debiutanckiego LP („The Adventures Of Captain Crook”), aniżeli poprzednich materiałów. Z drugiej strony, nie brakuje na tej płycie eksperymentów. Wydawnictwo naszego zachodniego sąsiada nie wypada zaklasyfikować jako zwykłego beat tape’u, ponieważ już otwierające materiał „Inner Earth Vibe” wykracza daleko poza standardowe ramy produkcji hip hopowej. Klaus Layer pozwolił sobie na większą improwizację i swobodę, tak bardzo widoczną po konstrukcji „Time Out” czy „A Day Vision”. Natomiast singlowe „Another Season” i „Our Hearts” należą do ułożonych i wysublimowanych tracków, podanych w typowej dla tego producenta panierce. Na „Restless Adventures” nie brakuje też nieco nostalgicznych momentów. „Happiness at the Lake” i „Kaleidoscope” ukazują inną stronę artystycznej duszy Klausa Layera, która nieprzerwanie spogląda gdzieś za latami 60. czy 70.tymi. Osoby dobrze zaznajomione z technikami używanymi przez Captain Crooka mogą być z góry przygotowane występowanie danych elementów w poszczególnych utworach na „Restless Adventures”. Jednak tym razem beatmaker potrafi zaskoczyć, znacznie urozmaicając wybrane utwory. W tym akurat pomogła tytułowa niespokojność wymieszana z otwartością umysłu, co świetnie widać w bonusowym „You Don’t Know”. Nowy rozdział muzycznych przygód niemieckiego twórcy znamionuje o jego rozległej wiedzy i rzadkiego talentu do tworzenia wciągających instrumentalnych płyt.

    W czasie, gdy coraz więcej nagrań i pełnych wydawnictw brzmi po prostu tak samo, warto sięgać po projekty takie, jak „Restless Adventures”. Owszem, znajdą się krytycy i malkontenci, którzy stwierdzą, iż praktycznie wszystko już było na poprzednich płytach Klausa Layera i nie sięga on po nic nowatorskiego. W końcu żyjemy w dobie wszelkich muzycznych eksperymentów i należy do tego dostosować się. Jednak nie o to chodzi, aby non stop zmieniać swój styl, szukać nieustannie innych rozwiązań, wiecznie podążać za panującymi w danej chwili trendami i zwyczajnie w świecie wychodzić do ludzi z muzyką, która brzmi płytko i nie wyróżnia się pośród wydawnictw pozostałych artystów. Captain Crook stworzył własnoręcznie świat, w którym on decyduje, jak będą wyglądały jego beaty i klimat produkcji. Co ważniejsze, zamiast ciągłego ewoluowania widać u niego bardziej rewolucję boom-bapowych podstaw z lat 90.tych, a na ten nurt hip hopowy nadal znajdują się chętni odbiorcy. Minusem tutaj pozostaje niemal identyczna podstawa, punkt wypadkowy, z którego wychodzą muzyczne wizje wykonawcy. Nawet, kiedy artysta dalej opiera warsztat o uprzednio znane składowe, nie odstrasza to, zaś dzięki eksperymentom widać u niego skłonność do mierzenia się z nowymi wyzwaniami, a nie pozostawania w tym samym miejscu. W końcu chodzi o sukcesywne definiowanie na nowo swojego stylu. Należy o tym pamiętać za każdym razem, gdy ma się do czynienia z nagraniami Klausa Layera, które również wpisują się w motto Redefinition Records„jakość ponad ilość”.

    Kup: Klaus Layer – „Restless Adventures”

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Inner Earth Vibe
    2. Another Season
    3. Through The Looking Glass
    4. Our Hearts
    5. Time Out
    6. A Day Vision
    7. Happiness at the Lake
    8. Kaleidoscope
    9. Don’t You Care
    10. You Don’t Know (Bonus track)
  • Recenzja LP: Looptroop Rockers – Naked Swedes

    Recenzja LP: Looptroop Rockers – Naked Swedes

    4–6 minut

    David Vs. Goliath | 2014

    Całkiem niedawno na łamach naszego serwisu pojawił się artykuł traktujący o dobrze wszystkim znanej formacji Looptroop Rockers, będący jednocześnie rekomendacją ich najnowszego albumu, „Naked Swedes”. Od premiery i mojego pierwszego odsłuchu płyty minęło już trochę czasu, więc przyszła pora na to, aby oddać w ręce Czytelników recenzję tego wydawnictwa.

    W odróżnieniu od poprzednich wydawnictw Szwedów, „Naked Swedes” w Polsce ukazało się oficjalnie pod banderą Prosto Label, dzięki czemu album na CD można nabyć w niemal każdym szanującym się sklepie muzycznym w bardzo przystępnej cenie. Jest to spora zaleta, ponieważ do tej pory większość zainteresowanych kupnem krążków LTR w naszym kraju musiała obejść się smakiem, ze względu na niewielką, rzekłbym wręcz śladową, ilość sprowadzanych do nas kopii oraz stosunkowo wysoką cenę. Wersja CD została wydana w zgrabnym digipacku, wewnątrz którego znajduje się książeczka z tekstami (co jest standardem w wydawnictwach tych artystów), a to wszystko ozdobione rysunkami, za którymi stoją Supreme i Cos.M.I.C.

    Poprzedni longplay, „Mitt hjärta är en bomb”, choć ciepło przyjęty w Szwecji, za sprawą bariery językowej spotkał się ze słabszym przyjęciem poza jej granicami. Na najnowszym dziele Skandynawowie powrócili do rapowania po angielsku, co nie ukrywajmy, potrafią robić bardzo dobrze.

    Siadając do pisania tego artykułu, doszedłem do wniosku, iż dość często będę musiał używać zwrotów pokroju „ale o tym wiadomo nie od dziś”, „jak zawsze przedtem” i im podobnym. Dlaczego? Ano dlatego, że album utrzymany jest na poziomie i w klimacie mniej więcej zbliżonym do tego, do jakiego przyzwyczailiśmy się słuchając paru poprzednich wydawnictw Szwedów. Tutaj z kolei nasuwa się kolejne pytanie – czy to źle? Moim zdaniem nie, gdyż obrana stylistyka, i głównie mam tu na myśli brzmienie serwowane przez Embeego, niejako z założenia zakłada eksperymentowanie i sięganie w brzmieniu po coraz to nowe pomysły i inspiracje, wyznaczanie sobie kolejnych celów i opracowywanie własnych patentów. To, co nadworny beatmaker LTR rozpoczął w okolicach albumu „Good Things” wciąż się rozwija, a naturalne odejście od produkcji nawiązującej do lat dziewięćdziesiątych w jego przypadku słusznie procentuje, ukazując jego majstersztyk i rzetelność kompozycji. Różnorodność, niejednokrotnie wręcz eklektyzm, zmiany tempa, czerpanie z alternatywnych gatunków elektroniki i nie tylko, czyni z Embeego artystę, który sprawdziłby się w produkcji nie tylko hip hopowej, dobrze brzmiącego zarówno solo, jak i z wokalem, za co zresztą był już wcześniej doceniany i nagradzany.

    Rap? I tu jest podobnie, jak pisałem na początku pierwszego akapitu. Choć każdy z Emcees naprawdę świetnie sprawdza się za mikrofonem, to nie mogę oprzeć się pokusie tego, aby napisać, iż liderem wśród tej „świetnej trójcy” jest Promoe. Nie ujmując umiejętnościom jego kompanów muszę przyznać, iż to w jego wykonaniu słychać największą świadomości możliwości głosu i różnych wariacji flow, najbardziej interesującego budowania tekstów i opakowywania nimi bezkompromisowych treści. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno zjawisko – mimo że mamy do czynienia z trzema Emcees i co za tym idzie, trzema innymi osobowościami, stylami, poszczególne zwrotki pozostają ze sobą spójne, zawsze mamy więc do czynienia z kompletnymi utworami. Może się wydawać, że piszę teraz o czymś zupełnie oczywistym, jednak wiele grup hip hopowych nie radzi sobie z tym, i nieraz można odnieść wrażenie, iż słuchacz otrzymuje zwykły zlepek szesnastek, napisanych przez zupełnie niezwiązanych ze sobą raperów. Wśród członków Looptroop można zauważyć tę specyficzną chemię, przekładającą się na pracę i ostateczny wynik artystyczny.

    Przyznam, że czas podczas słuchania LP upływa dość szybko, a jednocześnie przyjemnie. Instrumentalne intro „Line Check” stanowi krótkie wprowadzenie, po którym stykamy się z tytułowym „Naked Swedes” z gościnnym udziałem Deacona i Nattiego z CunninLynguists. Udane rozpoczęcie albumu pozornie traktuje o pewnej specyfice zachowań, z której znani są Szwedzi, przez jej pryzmat mówiąc jednak o „nagości” psychicznej, szczerości wobec siebie i innych, wolności i pierwotnej wrażliwości. Następny w kolejce, pozytywnie brzmiący singiel „Slippin’”, w specyficzny sposób mówi o uczuciach i jedności dwojga ludzi – „(…) I would steal you the world if you told me you needed it, but I know you don’t need that shit”. W opozycji do tego typu numerów pojawia się chociażby „Another Love Song”, który, jak sami rapują, chętnie by napisali, gdyby nie masa innych problemów i zaprzątających ich głowy okrucieństw świata, o których również należy mówić głośno. Do gustu przypadł mi również bardzo emocjonalny, melancholijny i jednocześnie niepokojący „Tonight You Decide” z refrenem w wykonaniu Seinabo Sey. Jak już pewnie wielu Czytelników się domyśla, i na tym albumie znalazły się utwory zaangażowane społecznie lub politycznie. Choć tematyka ta w jakiś sposób przewija się na całej płycie, wyróżnię utwory „Illegal” (fenomenalny beat Embeego), „Sea Of Death”, poruszający problem m.in. migracji i uchodźstwa, wzbogacony o zawartą w „Four Numbers” historię opowiedzianą przez Husni Hassan, oraz „We Got Guns”, obnażający brutalną prawdę o pokojowej polityce Szwecji (o tym była już mowa w publikowanych przez LTR zapowiedziach albumu).

    Wielu słuchaczy może zarzucić grupie, iż to kolejna płyta nagrana wedle podobnego klucza, z utworami o podobnej tematyce. Nie da się ukryć, że można doszukiwać się w takich głosach nuty słuszności, czy jednak należy oczekiwać, że artyści nagrają album mówiący o tym, czego oczekują słuchacze? Nie, gdyż doszłoby wtedy do zatarcia granicy między swobodą artystyczną i wyrażaniem siebie, a wytwarzaniem „produktów”, do czego raczej nie posunęliby się Looptroop Rockers. Na plus zasługuje to, iż treść zawsze idzie w parze z formą, nawet utwory o poważnej tematyce i wydźwięku oparte są o zapadające w pamięci beaty i śpiewane refreny, przystępne dla większości słuchaczy. Jako fan tej formacji, dość dobrze obeznany w całej twórczości, z pewnością znalazłbym w niej albumy, za które po głębszym zastanowieniu mógłbym z czystym sumieniem przyznać maksymalną ocenę, jednak „Naked Swedes”, mimo obiektywnie wysokiego poziomu artystycznego, nie wyróżnia się wśród ich ostatnich albumów żadnym czynnikiem dodanym. Pomimo tego trzeba przyznać, że Skandynawowie nadal potrafią nagrywać wartościową muzykę.

    Ocena: 4/5


    Tracklista

    1. Line Check
    2. Naked Swedes feat. Deacon & Natti of CunninLynguists
    3. Slippin’
    4. Ugly Face
    5. Another Love Song
    6. Tonight You Decide feat. Seinabo Sey
    7. Illegal
    8. Sea of Death feat. Sabina Ddumba
    9. Four Numbers
    10. We Got Guns
    11. Beautiful Mistake
    12. The Machine
  • Recenzja LP: Soulpete – Soul Raw

    Recenzja LP: Soulpete – Soul Raw

    4–6 minut

    EtRecs | 2014

    W ub. tygodniu trwał na naszej stronie konkurs związany z płytą producencką Soulpete’a – „Soul Raw”. W zadaniu konkursowym prosiliśmy o przesłanie krótszych lub dłuższych opinii dotyczących tego albumu. Najlepiej poradził sobie z tym Artur Adamek, którego recenzję znajdziecie poniżej.

    Tekst: Artur Adamek

    Po wydaniu płyty producenckiej jedno jest pewne – Soulpete nie może spocząć na laurach. Musi mierzyć jeszcze wyżej, tworzyć jeszcze lepsze bity i zaskakiwać słuchaczy kolaboracjami z najlepszymi ksywkami zza oceanu. Pytanie tylko, czy uda mu się przeskoczyć tak wysoko i tak finezyjnie zawieszoną przez „Soul Raw” poprzeczkę.

    Lubelski producent, co zaskakujące, nie stworzył jeszcze wokół siebie bardzo szerokiego fan base’u. Oczywiście fani, którzy już przy nim są, dobrze rozumieją, jakimi umiejętnościami dysponuje, jak dobry ma pomysł siebie oraz jak wielkie posiada ambicje. Pomimo wydania legalnego krążka, który wkrótce zajmie miejsce na empikowych półkach, wciąż cała rzesza odbiorców nie skorzystała z jego oferty, a on sam pozostaje w dalszym ciągu artystą raczej niszowym, muszącym mozolnie zbierać nowych odbiorców. Miejmy nadzieję, że niedługo ulegnie to znaczącej zmianie i członek Rap Addix będzie szeroko rozpoznawalny nie tylko w Polsce, ale i w Ameryce. W końcu zaproszenie na album takich tuzów jak BluOddisee czy Pacewon musi się równać wzrostowi fame’u, nie widzę żadnej innej realnej opcji.

    Styl od lat kultywowany przez Soulpete’a nie znosi porównań. Na skalę polską jest po prostu nie do podrobienia, chociaż sample i mocne werble to przecież domena wielu beatmakerów z naszego kraju. Lublinianin wyróżnia się spomiędzy nich perfekcjonizmem i bezbłędną zdolnością do tworzenia niepowtarzalnego klimatu w każdej ze swoich produkcji. Na „Soul Raw” nie znajdziesz bitów nijakich, rozmytych, sprawiających wrażenie przebrzmiałych, czy niezapadających w pamięć. Każdy z nich ma swoją własną duszę, coś co nie pozwala oderwać się od odtwarzacza choćby na chwilę. Podkłady spod ręki podopiecznego EtRecs wręcz tętnią emocjami. Są mocno undergroundowe, suną powoli, waląc ciężkim bassem po uszach aż miło. Co zaskakujące, pomimo brudnego brzmienia podkłady bardzo łatwo wpadają w ucho i na dobrą sprawę trudno oddać miano najlepszego któremukolwiek, bo zarówno te wolniejsze, jak i bardziej energiczne stoją na niemożebnie wysokim poziomie. Warsztatowi producenta nie można zupełnie nic zarzucić, cięcia sampli są bowiem doskonałe, a pojawiające się gdzieniegdzie smyczki, czy wibrafon dodają niepowtarzalności danym podkładom.

    Większość muzyki nagranej przez Soulpete’a to produkcje stworzone bezpośrednio z myślą o jego najnowszym albumie, ale znamienny jest fakt, że te, które powstały długo wcześniej (pod wersję alfa „Dead or Alive” rapował Bonson, a „What You Love” to nic innego jak „James Yancey Tribute”) ani trochę nie odstają poziomem od reszty. Przez ten pryzmat można stwierdzić, iż kawałki podpisane przez lubelskiego beatmakera będą starzeć się z gracją, a może nawet- nie starzeć w ogóle? Ponadczasowość wypracowana przez konsekwentne niepodążanie za trendami bardzo się chwali i to nie tylko w hip hopowym światku.

    Na swoje wyszedł również DJ Ace, będący nie piątym kołem u wozu, ale sensownym elementem całej układanki. Jego cuty i scratche w refrenach oraz te umiejscowione pod koniec utworu świetnie korelują z tłustymi bitami Pete’a i wpisują się bezbłędnie w tę, najprościej mówiąc, old schoolową stylistykę. Gorzej jest, gdy w kilku momentach zdajesz sobie sprawę, że lepiej słucha się owych krótkich wycinków ze starszych kawałków, aniżeli samych raperów. Bo niestety nie wszyscy dali radę.

    Używając zwrotu „nie wszyscy” nie mam jednak na myśli sytuacji podobnej do albumów producenckich z naszego rodzimego podwórka, gdzie 3/4 z udzielających się Emcees zasługuje tylko na wyrzucenie ich zwrotek do kosza. Nagrywanie rapu w Ameryce i posiadanie czarnego pigmentu w skórze chyba do czegoś zobowiązuje, prawda? No właśnie, dlatego też Hezekiah na petardę w „Dead or Alive” położył świetnie przewinięte linijki, dopieszczając ucho słuchacza iście wirtuozerskim refrenem, a Ozay Moore zaliczył nie dość, że perfekcyjne wejście w „Step Ford”, to jeszcze przypieczętował obecność na „Soul Raw” wyluzowanym i niemal nonszalanckim „What You Love” idealnie pasującym do obecnej, letniej pogody. Podobnie ma się sprawa z Guilty Simpsonem, który mimo iż na ogół nie pokazał niczego nadzwyczajnego, to charyzma w jego głosie nie ustaje ani na chwilę w „Undisputed Champs”. Słabo wypadli natomiast Danny! wyraźnie nie potrafiący znaleźć wspólnego języka z podkładem, zupełnie przeciętny w „True Royalty” Blu oraz Pacewon – jego refren zupełnie nie porusza, po prostu sobie jest i stanowi dla słuchacza nie tyle urozmaicenie, co nieuniknioną konieczność. Fajnym urozmaiceniem okazuje się mało znana Dominique Larue w stonowanym, wręcz apatycznym względem pozostałych kawałków, „We Don’t Know”. W kwestii emceeingu na pewno mogło być jeszcze lepiej, bo nie wszyscy dali z siebie 100%, ale z drugiej strony należy również podkreślić, że w zasadzie nikt (poza tym nieszczęsnym Dannym) nie potraktował polskiego projektu jak chałturę i nie spadł tym samym poniżej pewnego poziomu.

    Nie wypada mówić o legalnym debiucie Soulpete’a inaczej niż w superlatywach. Tak duży i wymagający cierpliwości projekt nie podstawił go pod ścianą, nie wywarł na nim żadnej pętającej ambicje presji. Współpraca z szanowanymi postaciami z amerykańskiej sceny to niewątpliwe spełnienie marzeń i kolejny stopień w rozwoju jako producenta (i nie tylko zresztą). Podziemny sznyt i w pełni mainstreamowe wykonanie – tak skwitować można „Soul Raw”. Zrobiłeś to, zuchu!

    Ocena: 4,5/5

    Tracklista

    1. Dead Or Alive feat. Hezekiah & DJ Ace
    2. Don’t Think feat. Pacewon & DJ Ace
    3. Rhymes On Random feat. Oddisee
    4. What You Love feat. Ozay Moore
    5. Balance feat. Supastition & DJ Ace
    6. Still S’N’W feat. Smif N Wessun & DJ Ace
    7. Hood Shit feat. M.A.R.S.
    8. Raw Talk feat. AWAR & DJ Ace
    9. Undisputed Champs feat. Guilty Simpson & DJ Ace
    10. Step Ford feat. Ozay Moore & DJ Ace
    11. Duel Machete feat. Journalist 103 & DJ Ace
    12. True Royalty feat. Blu & DJ Ace
    13. Power Is The Name feat. Hassaan Mackey
    14. We Don’t Know feat. Dominique Larue
    15. Dreams Hold On feat. Danny!
  • Recenzja LP: DJ Honda – DJ Honda

    Recenzja LP: DJ Honda – DJ Honda

    Sony Records/Relativity | 1996

    Co prawda hip hop już w latach 80.tych dotarł do wielu krajów na świecie, ale prawdziwa ekspansja tej kultury dokonała się dekadę później. W latach 90.tych artyści z Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii czy Australii z dużym powodzeniem prowadzili swoją działalność na scenie hip hopowej. Oprócz tych części globu, uwagę znacznej liczby osób przykuwała Japonia. W końcu z Kraju Kwitnącej Wiśni pochodzą koncerny elektroniczne, bez których trudno wyobrazić sobie tworzenie muzyki hip hopowej. Ponadto w Nippon można zdobyć trudno dostępne gdzie indziej edycje płyt, co już dekadę temu zostało skrzętnie odnotowane przez Amerykanów. W połowie lat 90.tych wyszło na jaw, iż Japonia może pochwalić się również utalentowanymi beatmakerami. Jeden z nich, DJ Honda, wypuścił blisko 20 lat temu producencką płytę zatytułowaną po prostu „DJ Honda”, która nie odbiegała poziomem od ówczesnych wydawnictw z USA.

    W schyłkowej fazie Złotej Ery rapu trudno było przebić się niejednemu amerykańskiemu artyście. Powstaje więc zasadnicze pytanie – jakim sposobem sztuka ta powiodła się japońskiemu twórcy? Przecież nie każdy mógł wtedy dostąpić zaszczytu nagrywania z doborowymi raperami ze Stanów Zjednoczonych, tworząc materiał na swój debiutancki album, a następnie wydać projekt w Azji i USA. DJ Honda dokonał tego za sprawą kilku elementów. Największe wsparcie uzyskał on od Sony Records. Właśnie dzięki tej firmie o globalnym zasięgu były członek zespołu rockowego miał ułatwiony dostęp do pozyskiwania kontaktów w branży. Japończyk zapracował na swoje nazwisko również poprzez występy na licznych bitwach turntablistycznych, wliczając w to słynne Battle for World Supremacy. Azjata okazał się wytrawnym turntablistą, co też miało znacznie w postrzeganiu jego osoby w Ameryce. DJ i producent uzyskał miano dobrze rokującego na przyszłość wykonawcy po wydaniu w 1995 roku płyty „DJ Honda Remixes”. Wydawnictwo zawierające alternatywne wersje utworów Fat Joe, Cypress Hill, The Beatnuts, Commona, Nasa, Kuriousa i innych wykonawców, doczekało się pochlebnych opinii na scenie hip hopowej. Część z tych artystów rozpoczęła następnie współpracę z DJ’em Hondą. Wspólne nagrania amerykańskich Emcees i japońskiego producenta trafiły później na„DJ Honda”.

    Początkowo premiera LP odbyła się wyłącznie w Japonii, ale po sukcesie odniesionym przez płytę zdecydowano się także na opublikowanie materiału w USA. Wydaniem projektu w Stanach Zjednoczonych oraz dystrybucją produkcji na całym świecie zajęło się Relativity. Wybór akurat tej wytwórni płytowej był nieprzypadkowy, ponieważ DJ Honda sporą część albumu stworzył z raperami nagrywającymi wówczas dla tego labelu. W stosunku do pierwszego wydania tracklista longplaya uległa znacznej zmianie. Na potrzeby rynku amerykańskiego ukazał się dodatkowy singiel promujący ten materiał – „Out For The Cash”. Alternatywna wersja tego tracka (w oryginalnym nagraniu zamiast Al’ Tariqa i Problemza wystąpił Common) to nie jedyne przekształcenia na „DJ Honda”. Relativity wymieniło aż 7 utworów, przez co słuchacze otrzymali płytę zbudowaną niemal od podstaw. Pomimo licznych zmian DJ Honda z pewnością był zadowolony z faktu opublikowania albumu w Ameryce Północnej.

    Jeżeli zastanawiacie się nad tym, co takiego urzekło włodarzy amerykańskiej wytwórni płytowej, iż zdecydowali się wydać płytę Japończyka, to odpowiedzi na to pytanie należy szukać w jego stylu producenckim. Przedstawiciel Nippon silnie inspirował się nowojorskim brzmieniem rapu lecz przy okazji dodawał do swoich podkładów autorskie elementy. Pewne cięcia sampli, dbałość o szczegóły, umiejętnie dopasowanie beatów do poszczególnych Emcee, to znak rozpoznawczy „DJ Honda”. Trzeba mieć też na uwadze fakt, że pomiędzy wszystkimi utworami Azjaty unosi się charakterystyczny japoński folklor. DJ Honda uzbierał na debiutanckiej płycie wyśmienite towarzystwo składające się z powszechnie znanych twórców, jak i przedstawicieli undergroundu. „What You Expected” powstało dzięki Gang Starr, w „Dat’s My Word” pojawił się nieokiełznany Redman, z kolei „Straight Talk From NY” to popis Grand Puby, Sadata X i Wakeema. Druga wersja „Out For The Cash” to wspólne dzieło gospodarza LP oraz Al’ Tariqa, The Beatnuts, Fat Joe oraz Problemza. Jedyny w swoim rodzaju freestyle pochodzi od Biz Markie’ego. Przedstawiciele Zachodniego Wybrzeża USA – Tha Alkaholiks – nagrali gościnne zwrotki w „International Anthem”. Sean Black zajął się warstwą liryczną w „Fuk Dat”, a z tej samej roli należycie wywiązał się Problemz (późniejszy długoletni przyjaciel DJ’a Hondy) w „Kill The Noize”. Wszystko to przełożyło się na dobre wydawnictwo, łączące artystów z różnych krajów i odmiennych kultur mówiących wspólnym językiem hip hopu.

    Płyty producenckie nie są stawiane w jednym szeregu z innymi albumami. Jeżeli chodzi o projekty tego typu z lat 90.tych, to w świadomości słuchaczy zapisały się głównie „Soul Survivor” Pete Rocka i „Soul Assassins” DJ’a Muggsa (pod tę kategorię można jeszcze podciągnąć „2001” Dr. Dre).  Pomimo tego iż „DJ Honda” nie należy do równie istotnych materiałów, jak te powyższe, to trudno odmówić tej płycie klasy. DJ Honda zapoczątkował w połowie lat 90.tych serię albumów , która póki co zakończyła się na „IV” z 2009 roku. Jego debiutancki projekt to zarazem najciekawsze dzieło Japończyka, zawierające udane, aczkolwiek obecnie nieco zapomniane, nagrania.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Intro
    2. DJ Battle
    3. What You Expected feat. DJ Premier & Guru
    4. Kill The Noize feat. Problemz
    5. Dat’s My Word feat. Redman
    6. Straight Talk From NY feat. Grand Puba, Sadat X & Wakeem
    7. Intro
    8. Out For The Cash feat. Al’ Tariq, The Beatnuts, Fat Joe & Problemz
    9. Interlude feat. Common
    10. Biz Freestyle feat. Biz Markie
    11. Fuk Dat feat. Sean Black
    12. International Anthem feat. Tha Alkaholiks
    13. The End feat. Al’ Tariq
  • Recenzja LP: Tanya Morgan – Rubber Souls

    Recenzja LP: Tanya Morgan – Rubber Souls

    3–5 minut

    Imprint One80 | 2013

    W 2013 roku ukazało się tak wiele wartościowych wydawnictw, że aż trudno uwierzyć, iż wszystko trafiło do obiegu w trakcie jednego roku kalendarzowego. Właśnie to jest jeden z największych minusów dzisiejszych czasów. Każdego tygodnia artyści publikują stale nowe płyty, przez co wydaje się wręcz niemożliwe, aby poświęcić im wystarczająco dużo czasu. Wystarczy tylko pobieżnie spojrzeć na (niepełną) listę wykonawców, którzy wypuścili ważne projekty w drugiej połowie ub.r., aby potwierdzić te słowa. Damu the Fudgemunk, Ka, Hieroglyphics, 7 Days Of Funk, Roc Marciano, Klaus Layer, Oddisee, Clear Soul Forces, L’Orange & Stik Figa, Gramatik, Black Milk, Deltron 3030 – doborowe towarzystwo, nieprawdaż? Oprócz wydawnictw ww. artystów nie można pominąć też Tanyi Morgan. Von Pea & Donwill przy wsparciu 6th Sense’a wydali we wrześniu ub.r. kolejny album, „Rubber Souls”.

    Większość osób może nie zdawać sobie z tego sprawy, ale dzięki forom internetowym, portalowi MySpace i pozostałym stronom muzycznym doszło do współpracy pomiędzy mnóstwem artystów, którzy później zyskali znacznie wybili się w branży. Niejedna formacja i projekt powstał dzięki Okayplayerowi. Właśnie dzięki temu serwisowi poznali się Von Pea (raper, producent) z nowojorskiego Brooklynu i Donwill (raper) z Cincinnati w amerykańskim stanie Ohio. W ten sposób powstała formacja znana później jako Tanya Morgan. Do członków grupy szybko dołączył sąsiad tego drugiego wykonawcy, Ilyas (raper). W latach 2005-09 niezależny zespół wypuścił 6 projektów, w tym „Sunset (EP)”, „Moonlighting”, „The Bridge (EP)” i „Brooklynati”. Liczne pochwały od mediów i słuchaczy zebrało szczególnie drugie i czwarte wydawnictwo. W następnych latach przedstawiciele kolektywu skupili się głównie na solowych materiałach – Donwill opublikował „Don Cusack in High Fidelity” i „Doppelganger” EP, zaś Von Pea dostarczył „Pea’s Gotta Have It”. Z kolei ostatnia płyta grupy zatytułowana „You & What Army” wydana w 2011 roku powstała już bez udziału Ilyasa. Wraz z wydaniem „Rubber Souls” duet rozpoczął nowy rozdział w swojej karierze muzycznej.

    Przed rozpoczęciem sesji nagraniowych, Von Pea & Donwill postanowili spróbować czegoś nowego i skorzystać z usług tylko jednego producenta, który miałby zająć się dostarczeniem w całości warstwy muzycznej na LP. Owszem, w przeszłości formację wspierali różni beatmakerzy (The Beatmaker i Brick Beats najbardziej wspierali swoimi podkładami zespół), ale do tej pory nie zdarzyło się, aby jedna osoba odpowiadała za wszystkie beaty na danym projekcie Tanyi Morgan. Wybór padł na 6th Sense’a, którego produkcje pojawiały się na płytach różnych twórców (Talib Kweli, Beneficence, The Kid Daytona, The U.N.I., Homeboy Sandman). Niedoceniany przez wielu producent znakomicie wywiązał się ze swojego zadania. Już po pierwszym zetknięciu się z „Rubber Souls” czuć, że jego ciepłe i organiczne podkłady zainspirowały Von Peę & Donwilla do stworzenia niemal kompletnego albumu. Płyta wydana nakładem Imprint One80 to po prostu prawdziwy hip hop z duszą. Duet raperów bez problemu nawiązali wspólny język z 6th Sense’em, co rzuca się w oczy uszy począwszy od „For Real”, a skończywszy na bonusowych trackach „Ain’t Playin” oraz „Bae Bro”. Emcees sprawnie poruszają się po różnych tematach, nie stroniąc od gier słownych i prześmiewczych wersów typu „She has no ring like Karl Malone”. Tanya Morgan doskonale wypadła również w zestawieniu z zaproszonymi na LP gośćmi. Nitty Scott, MC w „Never Too Much” pokazuje klasę, podobnie jak Spec Boogie w moim faworycie z tego albumu, „The Vehicle”. Z pozostałych utworów na longplayu warto wyróżnić „The Only One”, „Eulogy”, „Worldmade” i „Pick It Up”. Całość materiału utrzymana na wysokim poziomie i podana z dbałością o drobne niuanse wpływające na ostateczny kształt płyty, czego brakuje teraz na scenie hip hopowej.

    Tanya Morgan należy do grup zasługujących na znacznie większy szacunek na scenie hip hopowej. Z każdym nowym wydawnictwem Von Pea & Donwill starają się jasno pokazać, iż są nie tylko utalentowanymi twórcami, ale potrafią przy tym nagrywać spójne i dokładnie przemyślane płyty. W dalszym ciągu brakuje im większej siły przebicia w branży, chociaż formacja cieszy się uznaniem niejednej dużej strony muzycznej. „Rubber Souls” stanowi tego dobry przykład – niektórzy uważają wydawnictwo za jeden z najlepszych albumów 2013 roku, inni zaś kompletnie przespali premierę tej produkcji. A szkoda, ponieważ wraz z podkładami 6th Sense’a nagrania zespołu nabrały świeżości i długimi momentami wypadają po prostu znakomicie.

    Tracklista

    1. For Real
    2. The Day I
    3. The Only One feat. Tiara Wiles, Mike Maven, Spree Wilson & Rocki Evans
    4. Never Too Much feat. Nitty Scott, MC
    5. All Em feat. Outasight
    6. Pick It Up
    7. More feat. Rocki Evans
    8. Eulogy
    9. Worldmade
    10. The Vehicle feat. Spec Boogie & 6th Sense
    11. Rubber Souls
    12. Ain’t Playin (CD Bonus Track)
    13. Bae Bro (LP Bonus Track)

    Zapisz

  • Recenzja LP: Cult Favorite – For Madmen Only

    Recenzja LP: Cult Favorite – For Madmen Only

    3–5 minut

    Reservoir Sound | 2013

    Pomimo tego iż pierwsi wykonawcy przypisywani do alternatywnego nurtu hip hopu pojawili się wcześnie, bowiem na przełomie lat 80. i 90.tych, to w świadomości większości osób oryginalne brzmienie rapu utkwiło dzięki artystom z końca lat 90.tych i początku tego stulecia. Wykonawcy związani z Rhymesayers Entertainment, Anticonem, Stones Throw Records, Rawkus Records, Definitive Jux i innymi wytwórniami mocno wpłynęli na kształt międzynarodowej sceny hip hopowej. Po latach alternatywna odmiana rapu nadal przywodzi na myśl niejednego twórcę hip hopowego. W marcu ub.r. ukazała się wspólna płyta „For Madmen Only” przedstawicieli tego nurtu, grupy Cult Favorite (Elucid & A.M. Breakups). Wydawnictwo sprzed blisko roku to kawał dobrego rapu podanego w bezkompromisowy sposób.

    Obaj architekci „For Madmen Only” są związani z dwiema oficynami wydawniczymi – Backwoodz Studioz i Reservoir Sound – znanymi z przedstawiania niestandardowych wersji utworów hip hopowych. Do tej pory większy dorobek zgromadził A.M. Breakups. Producent zamieszkały w Brooklynie współpracował dotąd z m.in. NASA, billym woodsem, Cannibal Ox czy Super Chron Flight Brothers. Do tego należy dopisać jego kolaborację z raperem o pseudonimie Eleven. Artyści w ramach istnienia grupy 11:00A.M. wydali „Utica Is Burning EP”. Beatmaker na solowe konto zapisał m.in. „Hangover…”, „Versions (Remixes)”, „Clink Pieces EP (A Prelude to The Cant Resurrection)”, „The Cant Resurrection” oraz  „924 Myrtle Avenue”. Wydawnictwo trafiło do obiegu na dwa tygodnie przed premierą projektu tego twórcy z Elucidem. Nowy partner muzyczny producenta z nowojorskiego Utica przez lata przewijał się głównie na płytach innych artystów. Emcee pojawił się na produkcjach Tanyi Morgan, Von Pei, Exile’a, Braille’a, Small Professora oraz billy’ego woodsa. W chwili nawiązania współpracy z A.M. Breakupsem, raper z Wielkiego Jabłka otrzymał szansę zaprezentowania swoich niemałych umiejętności szerszemu gronu odbiorców na albumie „For Madmen Only”. Co ważniejsze przy pomocy drugiej połowy Cult Favorite, artysta w pełni pokazał skalę swojego talentu.
    Jeżeli poszukujecie w rapie ciepłych brzmień, opartych o stary-dobry funk i soul lub jesteście fanami nowej szkoły hip hopu, w której liczą się sterylne i jak najgłośniejsze dźwięki, to z góry odradzam sięganie po debiutancką płytę nowojorskiego duetu. Elucid & A.M. Breakups przynoszą zupełnie inny rodzaj muzyki hip hopowej, zdecydowanie szkoły Definitive Jux, niż Rawkusa. Cult Favorite nie zadowalają się żadnymi półśrodkami i z grubej rury uderzają brzmieniem wydobywającym się z najmniej bezpiecznych i przyjaznych zakamarków Brooklynu i okolic. Elucid to wymagający raper nie tylko dla słuchaczy, ale także dla producentów, o czym zdawał sobie sprawę A.M. Breakups. Beatmaker dysponuje odpowiednią wiedzą muzyczną i wyniósł sporo doświadczenia ze swoich poprzednich nagrań, dzięki czemu udało się jemu niemal idealnie dopasować podkłady do nieokiełznanego stylu swojego przyjaciela.

    Potencjał chropowatych, surowych czy nawet „rynsztokowych” beatów został w pełni wykorzystany przez Elucida. Jego osobliwe teksty i sposób, w jaki podaje swoje wersy, wymaga cierpliwości od odbiorcy. Nie każdy sympatyk alternatywnej strony rapu szybko w tym odnajdzie się. Jednak po rozgryzieniu tego twórcy można śmiało chłonąć wszystko to, co ma do powiedzenia. Niecodzienne porównania i wydałoby się dziwaczna tematyka utworów ma w sobie sporo uroku. Właśnie dzięki temu nagrania Cult Favorite wyróżniają się na scenie hip hopowej. Warstwa liryczna, o którą trudno obecnie nawet w niezależnych kręgach hip hopowych, połączona z instrumentalami ułożonymi z kilku szorstkich elementów, są podane w oryginalny i przykuwający uwagę sposób. Wystarczy tylko skupić się przy słuchaniu nagrań pokroju „Peoples’ Temple”, „Planet Earth About To Be Recycled” i „For All Of These Birds”, aby zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi ich autorom. Warto też przysiąść przy tym ponad 30-minutowym albumie na dłużej i wyłapać wersy łączące aluzje do końca świata i… grę Carmelo Anthony’ego dla New York Knicks (wszystkich fanów NYK muszę rozczarować – ten zespół z Melo w roli lidera nic nie osiągnie). Płyta może wydawać się nieco za krótka, ale właśnie tyle wystarczy, aby dobrze zapamiętać „For Madmen Only”.

    Od wielu lat prowadzone są dyskusje odnośnie kondycji nowojorskiego rapu. Niektórzy po raz kolejny opowiadają o coraz gorszej formie hip hopu w NYC, najczęściej wymieniając fakt, że większość Emcees rodem z NYC brzmi teraz niemal identycznie, a producenci nie dorastają do pięt swoim poprzednikom. Szkoda tylko, że w atmosferze ogólnego narzekania ludzie nie potrafią dostrzec grup pokroju Cult Favorite. Elucid & A.M. Breakups nagrali mocny, spójny, klimatyczny album wyrastający ponad przeciętność. Tytuł „For Madmen Only” jest jednak wymowny i właściwie podsumowuje materiał formacji, który docenią głównie szaleńcy nieznający lęku przed wejściem do świata rządzonego przez duet nowojorczyków.

    Na koniec dodam, że obaj twórcy wypuścili w dalszej części 2013 roku kolejne materiały. Elucid wraz z billym woodsem otrzymał mnóstwo pochwał za projekty opublikowane w ramach działalności formacji Armand Hammer („Half Measures” i „Race Music”). Natomiast A.M. Breakups zrealizował kolejną instrumentalną płytę – „Pull Back EP”.

    Tracklista

    1. Peoples’ Temple
    2. Technoccult
    3. Omega3 feat. billy woods
    4. God Body
    5. Planet Earth About To Be Recycled
    6. For All Of These Birds
    7. Then He Rose
    8. Demolition
    9. Mollywhop
Translate »