Tag: run dmc

  • Lekcja o old schoolu: Big Fun In The Big Town

    Lekcja o old schoolu: Big Fun In The Big Town

    3–4 minut

    Od początku działalności nasz serwis muzyczny nie ogranicza się tylko do informowaniu o nowościach płytowych i wydarzeniach kulturalnych. Systematycznie poruszamy też aspekty dotyczące wiedzy i znajomości historii hip hopu, zbierając poszczególne publikacje do specjalnie ku temu utworzonych kategorii. Wpisy dotyczące wybranych zagadnień z tej tematyki najczęściej trafiają do rubryki „Classic Hip Hop Videos”, ale nie brakuje również artykułów przypisanych do „Lekcji o old schoolu”. W tym dziale zajmujemy się wszelkimi tematyki sprzed kilku dekad, z czasów kształtowania się tej kultury. W ostatnich odsłonach kategorii pojawiły się na łamach strony publikacje o filmie dokumentalnym „On The Go 2: Repeat Offender” oraz N.W.A. W dniu dzisiejszym przyszła kolej na następny dokument sprzed blisko 30 lat, „Big Fun In The Big Town”, nakręcony przez Holendra Brama van Splunterena.

    Na przestrzeni lat powstało mnóstwo różnego rodzaju materiałów, zalegających przez mnóstwo czasu w archiwach ich autorów i/lub wydawców. Zdecydowana większość archiwalnych projektów przypada na wydawnictwa płytowe, ale nie brakuje także innych przedsięwzięć, których premiera z różnych względów, była odkładana z czasem. Wydaje się to wręcz niemożliwe, ale właśnie w ten sposób potoczyły się losy doskonałego filmu dokumentalnego „Big Fun In The Big Town”. Historia tego przedsięwzięcia rozpoczęła się w pierwszej połowie lat 80.tych, kiedy to hip hop na falach swojej rosnącej popularności dotarł do Europy. Nowo powstała kultura z miejsca zafascynowała wiele osób, w tym Brama van Splunterena. Holendra niemal od razu zainteresowała cała otoczka towarzysząca poszczególnym elementom hip hopowym oraz powolne wkraczanie rapu na salony. Europejczyka na tyle pochłonęło to wszystko, że w 1986 roku postanowił on zebrać ekipę filmową i wyruszyć w podróż do Nowego Jorku, w celu nakręcenia dokumentu o hip hopie.

    Holenderski twórca nie był postacią znikąd (posiada on na swoim koncie zrealizowane inne dokumenty) i przed przylotem do USA solidnie przygotował plan całej wyprawy, zdobywając przy tym listę kontaktów do wybranych postaci ze środowiska hip hopowego. Główne założenia „Big Fun In The Big Town” stanowiło dotarcie do najważniejszych osób z NYC i przeprowadzenie z nimi wywiadów. Jak się okazało, Bram van Splunteren z nawiązką zrealizował swoje założenia. Gościom ze Starego Kontynentu udało się porozmawiać z czołowymi osobami z tamtego okresu, odwiedzając też miejsca, do których niewielu miało wtedy dostęp. Wśród listy raperów, DJ’ów i ludzi ze świata muzycznego występujących w tym filmie, nie brakuje uznanych nazwisk. Poszczególne sceny dokumentu przedstawiają np. biuro Def Jamu i młodego Russella Simmonsa, dom należący do babci LL Cool J’a, mieszkanie Grandmastera Flasha czy backstage klubu położonego w latynoskiej części Wielkiego Jabłka. W trakcie obrazu przewijają się m.in. Doug E Fresh, Roxanne Shante & Biz Markie, Run D.M.C., LL Cool J & E Love, Suliaman El Hadi (Last Poets), Schoolly D & DJ Code Money. Spośród wszystkich rozmów przeprowadzonych z poszczególnymi osobami szczególnie dobrze wypada Schoolly D (pionier gangsta rapu mówi całą prawdę o tym, jaki wizerunek powinien mieć hip hop), Russell Simmons i Suliaman El Hadi. W dyskusjach na różne tematy jest zarówno miejsce na pozytywne strony, jak też problemy z jakimi borykali się mieszkańcy Nowego Jorku.

    Po zrealizowaniu całego materiału, Bram van Splunteren wraz ze swoimi pomocnikami wrócił do Europy i… nakręcony film trafił na długie lata do jego archiwum. Trudno powiedzieć, dlaczego „Big Fun In The Big Town” nie doczekało się komercyjnego wydania w latach 80.tych, w końcu przypadki chodzą po ludziach. Całe szczęście dokument po ponad ćwierć wieku doczekał się publikacji. Wydane w ub.r. DVD przyciągnęło uwagę wielu entuzjastów hip hopu i osób poszukujących jak najwięcej informacji o korzeniach tej kultury. Wydawnictwo rozszerzono również o ścieżkę dźwiękową wypuszczoną na płytach kompaktowych i winylowych (nagrania m.in. Boogie Down Productions, Just Ice’a, Mantronix i T La Rocka).

    „Big Fun In The Big Town” bez wątpienia należy do jednych z najciekawszych filmów dokumentalnych o hip hopie z lat 80.tych. Premiera tego obrazu na DVD w zeszłym roku stanowi jedną z największych sensacji ostatnich lat pod względem archiwalnych materiałów o całej kulturze hip hopowej. Trailer dokumentu znajdziecie w tym miejscu, a dzięki dobrodziejstwu internetu, poniżej zamieszczam całe dzieło. Wydawnictwo dostępne w sprzedaży za pośrednictwem HHV.

  • Classic Hip Hop Videos: Run-D.M.C. – King Of Rock

    Classic Hip Hop Videos: Run-D.M.C. – King Of Rock

    4–5 minut

    W gronie pionierów hip hopowych wypada umieścić co najmniej kilka tuzinów mniej i bardziej istotnych postaci mających wpływ na rozwój tej kultury. Szczególnie ważną rolę odegrali na początku lat 80.tych wszelkiej maści twórcy i promotorzy ze świata muzyki, filmu i sztuki. Właśnie za ich sprawą hip hop powoli stawał się międzynarodowym fenomenem, zachwycającym dziesiątki tysięcy ludzi na całej kuli ziemskiej. Jeżeli chodzi o rap, to jedne z pierwszych szaleństw związanych z poszczególnymi wykonawcami, których sława w błyskawicznym tempie dotarła daleko poza ich dom rodzinny, przypada na Run-D.M.C. i ich wydawnictwa. Wyjątkowy image, oryginalny styl, wytyczanie nowych szlaków w muzyce i trendach w życiu codziennym – to wszystko można znaleźć w słynnym videoclipie Runa, D.M.C. i Jam Master Jaya do kultowego singla „King Of Rock”.

    Kiedy formacja rodem z leżącego w nowojorskiej dzielnicy Queens osiedla Hollis wkroczyła na scenę muzyczną, to chyba nikt nie przypuszczał, że w tak błyskawicznym tempie znajdzie się na ustach osób nie tylko związanych na co dzień z hip hopem. Run-D.M.C. okazali się rewolucjonistami i w sensacyjny sposób podbili serca słuchaczy w połowie lat 80.tych. Już pierwsze dwunastki przygotowywane z Russellem Simmonsem, Rickiem Rubinem i Larrym Smithem„Hard Times” b/w „Jam-Master Jay” oraz „It’s Like That” b/w „Sucker M.C.’s” – wypaliły i zaczęto szeroko mówić o nowej sile w rapie. Oprócz strony artystycznej, emocje wzbudzał charakterystyczny wizerunek grupy. Szczególnie duże wrażenie robiło obuwie noszone przez trio – sneakersy Adidasa nie posiadały sznurówek, co zostało natychmiast podchwycone przez rzesze młodych osób, aczkolwiek nie obyło się bez wielu negatywnych opinii. Wszystko przez to, iż takie buty pojawiały się zazwyczaj w zakładach karnych, przez co niektórzy starali się dyskredytować nowojorczyków. Jak się później okazało, sprawy związane z tym tematem potoczyły się własnym losem, a największym wygranym obok Runa i spółki została marka Adidas.

    Wraz z wydaniem debiutanckiego albumu zatytułowanego po prostu „Run-D.M.C.” grupa zaczęła świętować swoje triumfy, w większości przypadków będąc pierwszymi w kolejce po różnego rodzaju wyróżnienia i przebijając się w branży muzycznej. Wystarczy wymienić tylko kilka najważniejszych sukcesów: jako pierwszy zespół hip hopowy uzyskali złoty („Run-D.M.C.”) i platynowy („Raising Hell”) status swojej płyty, jako wystąpili w programie MTV, zagrali koncert w dużej i znaczącej arenie (Madison Square Garden) oraz podpisali kontrakt z ogólnoświatową marką (Adidas). Inne istotne wydarzenie dotyczące tej legendarnej grupy przypada na ich drugi longplay – „King Of Rock” z 1985 roku. Wydawnictwo pochodzące sprzed 28 lat było pierwszym rapowym albumem, który ukazał się na płycie CD. Projekt wydany nakładem Profile promowały trzy single, w tym tytułowe nagranie zawarte na tym LP. „King Of Rock” doczekało się głośnego i budzącego kontrowersje videoclipu, który wydatnie przyczynił się do umocnienia pozycji Run-D.M.C. w branży.

    Producenci płyty – ww. Russell Simmons i Larry Smith – postawili na jeszcze mocniejsze brzmienie niż na debiutanckim wydawnictwie grupy. Ostre gitarowe riffy unoszą się na tej produkcji od samego początku do końca, a utwór przewodni – „King Of Rock” – doskonale to podkreśla. Run-D.M.C. postanowili za sprawą tego singla pokazać wszystkim, iż teraz to oni są prawdziwymi królami rocka i należy ich traktować z należytym szacunkiem. W celu podkreślenia nagrania powstał do niego odważny teledysk. Akcja klipu odbywa się w Muzeum Rock & Rolla, gdzie na początku portier próbuje wyśmiać Runa i D.M.C., na co ten drugi odpowiada w kwiecisty sposób:

    I’m the king of rock, there is none higher
    Sucker MC’s should call me sire
    To burn my kingdom, you must use fire
    I won’t stop rockin’ till I retire

    Duet raperów przechadza się po kolejnych muzealnych salach pokazując swoją wielkość i dobitnie udowadniając, że czasy zmieniły się. Formacja na każdym kroku przechwala się, iż teraz nie warto pamiętać o wielkich z minionych lat, a najbardziej wypada oddać im to, co należne. Symboliczny wymiar mają poszczególne sceny, w których słynne elementy strojów lub rzeczy charakterystyczne dla artystów solowych lub zespołów rock & rollowych są lekceważąco traktowane przez Run-D.M.C. (najlepiej to widać przy podeptaniu przez Runa rękawicy Michaela Jacksona z teledysku do „Thrillera”). Wyśmiani zostają też The Beatles oraz wszyscy sucker MC’s, którzy chcieliby znaleźć się na miejscu formacji z Hollis. Pozostałe kadry demonstrują koncert zespołu, a z ich poczynań dumny jest nawet początkowo ironicznie nastawiony do nich portier. Sympatycy wykonawców starszej daty, tuzów rock & rolla czy muzyki popularnej, na pewno nie byli zachwyceni tym videoclipem. Głosy oburzenia można było usłyszeć w chwili wypuszczenia tego nagrania video z wielu stron. Nawet jeżeli mieli oni rację i „King Of Rock” wyszło nieco za ostro, to trzeba pamiętać, iż o taki właśnie efekt chodziło twórcom tego videoclipu. Kapitalnie dopasowany obraz do singla zdał egzamin, uświadamiając ludziom, kto tak naprawdę rozdaje teraz karty w branży muzycznej.

    Drugi album Run-D.M.C. odniósł duży sukces, pokrywając się platyną dwa lata od daty premiery. Z kolei teledysk nakręcony do „King Of Rock” pokazał wszystkim, jak wiele można zyskać przy odpowiednim koncepcie. W następnych latach tuziny twórców podpatrywało Runa, D.M.C. i Jam Master Jaya, ucząc się od tria nie tylko tego, w jaki sposób nagrywać płyty, ale również dbania o swój wizerunek i przykładania ogromnej roli do videoclipów, które przez lata stanowiły ważną rolę w kampaniach promocyjnych wydawnictw muzycznych.

  • Płytoteka dorosłego człowieka. 200 płyt, które powinieneś mieć #3

    Płytoteka dorosłego człowieka. 200 płyt, które powinieneś mieć #3

    9–13 minut

    Po chwili nieobecności, powracamy z kolejną odsłoną cyklu „Płytoteki dorosłego człowieka” współtworzonego wraz z polskim serwisem poświęconemu cieplejszej stronie czarnej muzyki, SugaSoul. W trzeciej odsłonie znajdziecie wydawnictwa soulowe z lat 70, 80 i 90.tych rekomendowane przez SugaSoul oraz rapowe klasyki nagrane w ósmej i dziewiątej dekadzie XX wieku wyselekcjonowane przeze mnie. Przed Wami kolejne zestawienie 10 klasycznych albumów, stanowiących nie raz prawdziwe kamienie milowe w rozwoju muzyki na całej kuli ziemskiej.

    Marvin Gaye„Let’s Get It On” (1973)

    O tym, że Marvin Gaye był niezrównanym mistrzem muzyki romantycznej i miłosnej, nikogo chyba przekonywać nie trzeba. Po ogromnym sukcesie albumu „What’s Going On” wydanego zaledwie dwa lata przez „Let’s Get It On”, Książe Soulu ponownie oczarował słuchaczy, tworząc niepowtarzalny, marzycielski klimat, którego nie udało się nikomu nigdy powtórzyć. Właśnie krążkiem z 1973 roku ugruntował swoją pozycję jako muzycznej, męskiej ikony seksu, która potrafiła rozpalać tysiące kobiet wyłącznie swym głosem. Album przyniósł cały szereg poetyckich niemal przebojów, które do dziś uznawane są za prawdziwe klasyki muzyki rozrywkowej lat 70.tych m.in. „Come Get To This”, „You Sure Love To Ball”, „Just To Keep You Satisfied”, „Please Stay (Once You Go Away)” czy kompozycja tytułowa, która okazała się być najbardziej udanym komercyjnie utworem w całej karierze artysty. Gaye jak nikt inny opowiadał o miłości fizycznej oraz tej bardziej duchowej, będąc do dziś niedoścignionym wzorem zmysłowego dżentelmena, którego każda kobieta chciałaby mieć, choćby na jedną tylko noc…

    Janet Jackson„Janet Jackson’s Rhythm Nation 1814” (1989)

    Choć oficjalnie kariera muzyczna dorosłej Janet Jackson zaczęła się w 1982 roku, dopiero czwarty w jej dorobku album definitywnie wyłamał pewne drzwi i sprawił, że przestano ją nazywać „siostrą Michaela„. Niezwykła płyta złożona z aż dwudziestu ścieżek, jest chyba najwybitniejszym muzycznym dziełem w historii utrzymanym w stylu new jack swing. Janet Jackson przy wydatnej pomocy niezwykłego producenckiego tandemu Jimmy Jam and Terry Lewis stworzyła krążek wprost kipiący od młodzieńczej energii, której dano upust w utworach będących unikatową mieszanką popu, r&b, a czasem i rocka (wystarczy wspomnieć choćby słynne „Black Cat”). Płyta przyniosła Janet deszcz w pełni zasłużonych nagród. Czy można bowiem przejść obojętnie obok takich utworów jak „Rhythm Nation”, „Miss You Much” czy „Alright”? Na „Janet Jackson’s Rhythm Nation 1814” jest sporo pozytywnej, muzycznej złości i determinacji, niewykluczone że podyktowanej chęcią dorównania sławnemu bratu. Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że na tym właśnie albumie Janet w pełni się to udało.

    Spinners„Spinners” (1973)

    Wydawałoby się, że odejście ze święcącej triumfy wytwórni Motown w latach 70.tych jest niczym innym jak strzałem we własną stopę. Jakież było zdziwienie fanów i krytyki, kiedy grupa Spinners wypuszczając pierwszy album w barwach Atlantic, osiągnęła spory sukces komercyjny lecz przede wszystkim piosenkami z tego właśnie krążka wpisała się na stałe w uszy i serca słuchaczy na całym świecie. Utwory takie jak „Ghetto Child”, „I’ll Be Around”, „Could It Be I’m Falling In Love” czy „How Could I Let You Go Away” to przykłady pięknego, melodyjnego soulu w wybornym wykonaniu kwintetu z Detroit. Zespół wyraźnie zainspirowany oraz inspirujący (!) twórczość takich osobowości jak Stevie Wonder czy Dionne Warwick, pozostaje do dziś jedną z najlepszych męskich grup czarnej muzyki, choć nierzadko pomijanym w najważniejszych listach i rankingach na co SugaSoul pozwolić sobie nie mógł.

    Jodeci„Forever My Lady” (1991)

    Choć Jodeci to jedna z tych grup, które nie mają na swym koncie zbyt pokaźnej ilości płyt w dyskografii, kwartet z Karoliny Południowej wpisał się złotymi zgłoskami do historii czarnej muzyki rozrywkowej. Debiutancki krążek kwartetu specjalizującego się w miłosnych, nierzadko bardzo rozerotyzowanych utworach, wygenerował całe mnóstwo hitów. Już single w liczbie pięciu są pewnym odzwierciedleniem sukcesu komercyjnego (ale również artystycznego!) jaki pociągnął za sobą album „Forever My Lady”. Kompozycje takie jak „Come and Talk To Me”, „Gotta Love” czy tytułowe „Forever My Lady”, dziś uznawane są za klasykę romantycznego r&b spod znaku new jack swingu. Tych, których okres dojrzewania przypadł na lata 90.te do „Forever My Lady” przekonywać nie trzeba. Ci natomiast, którzy nie mieli szansy poznać krążka, debiut Jodeci w swej płytotece mieć po prostu muszą.

    Anita Baker„Rapture” (1986)

    Lata 80.te były jednym z najbardziej interesujących okresów w historii czarnej muzyki rozrywkowej. Artyści stojący na rozstaju dróg, z jednej strony inspirujący się klasykami takimi jak Aretha Franklin, z drugiej zafascynowani młodzieńczymi geniuszami o nazwiskach Houston czy Jackson. W całym tym zamieszaniu powstała płyta autorstwa zaledwie dwudziestoośmioletniej Anity Baker, artystki pięknej, stylowej i dostojnej. Jej drugi i dziś niemal kultowy album „Rapture” jest świadectwem dojrzałości i determinacji by nie dać się wciągnąć w wyścig muzycznego efekciarstwa. Gospelowa przeszłość Baker na tej właśnie płycie daje się we znaki bardziej niż gdziekolwiek, sprawiając że kreowanie długich, czasem wręcz niekończących się fraz, nie sprawia najmniejszego wysiłku artystce ani nie wywołuje reakcji stresowych u słuchacza. Kompozycje takie jak „Sweet Love”, „Been So Long” czy „You Bring Me Joy”, po dwudziestu sześciu latach mają tyle samo klasy, gracji i wytworności jak w 1986 roku udowadniając, że nie techniczne sztuczki lecz wrodzona elegancja wykonawcza jest tym co pozostaje nieśmiertelne.

    Run-D.M.C.Run- D.M.C. (1984)

    W pierwszej połowie lat 80.tych hip hop rozpoczął marsz w kierunku globalnej popularyzacji. Istotną rolę w dostaniu się kultury hip hopowej do mass mediów odegrały filmy („Wild Style”, „Beat Street”), artyści pokroju Afriki Bambaataa, Grandmastera Flasha, Kurtisa Blowa, czy też ludzie cienia (Mr. Magic, Fab 5 Freddy). Jednak dopiero wydany w marcu 1984 roku debiutancki album Run–D.M.C. wywołał sensację na skalę światową. W porządku, wszyscy zdają sobie sprawę, iż Run, D.M.C. i Jam Master Jay wpłynęli znacząco na kształt i wizerunek rapu, ale w czym tak naprawdę tkwił fenomen grupy rodem z Hollis w Queens? Nikt wcześniej i niewiele osób później posiadało tak bardzo wyrazisty image oparty o zapadający w pamięć ubiór i styl. Nowojorska formacja przy wydatnej pomocy Russella Simmonsa umiejętnie wykorzystywała całą otoczkę stworzoną wokół siebie, co przyczyniło się do osiągnięcia przez płytę „Run–D.M.C.” niewyobrażalnego dotąd w branży hip hopowej sukcesu. Wydanie longplaya poprzedziły udane single „Hard Times” / „Jam-Master Jay” (jeden z najlepszych hymnów poświęconych DJ’owi zespołu rapowego) oraz szczególnie „It’s Like That” / „Sucker M.C.’s”. O stronie B pochodzącej z drugiej 12″ w błyskawicznym tempie zaczęto mówić nie tylko w NYC, ale również w innych okręgach Stanów Zjednoczonych. Brzmienie wydawnictwa obfitowało w ostre gitarowe partie, idealnie koegzystujące z mocnymi wokalami Runa & D.M.C. Pierwszy album nowojorskiego zespołu jako pierwszy hip hopowy longplay uzyskał status złotej płyty. „Run–D.M.C.” jako pierwsze LP ukazało się także na płycie CD. W 1984 roku dokonano pierwszego poważnego przewrotu w rapie, co okryło Run–D.M.C. nieśmiertelną sławą.

    Pete Rock & C.L. SmoothMecca and the Soul Brother (1992)

    Wśród albumów rapowych powstałych na zasadzie współpracy rapera i producenta/DJ’a znajdziemy wiele istotnych tytułów. Eric B. & Rakim, Kool G Rap & DJ Polo czy EPMD udowodnili pod koniec lat 80.tych, że można nagrywać raz za razem wspaniałe płyty według tego klucza, ale to nie na nich skupiła się uwaga opinii publicznej na początku lat 90.tych. Coraz głośniej mówiło się o dokonaniach Gang Starr i rodzącego się obok nich kolejnego wielkiego duetu – Pete Rock & C.L. Smooth. Już pierwszy singiel artystów – „The Creator” z 1991 roku – zwiastował nadejście nowej jakości w hip hopie. O ile pierwszy materiał nowojorczyków, „All Souled Out”, nie narobił wielkiego zamieszania w branży, to już ich debiutancki album zatytułowany „Mecca and the Soul Brother” w mgnieniu oka znalazł tysiące sympatyków. Odbiorcy muzyki docenili przede wszystkim gładkie połączenie produkcji Pete Rocka opierającej się o soulowe sample z charakterystycznym flow C.L. Smootha. Szczególnie wiele miejsca poświęcono chemii panującej pomiędzy artystami oraz maestrii z jaką wykonano poszczególne utworte zawarte na LP. Pete Rock nieprzypadkowo uzyskał przydomek Soul Brother #1, nawiązujący do samego Jamesa Browna. Strzałem w dziesiątkę okazały się single – „Straighten It Out” i „They Reminisce Over You (T.R.O.Y.)”. Drugi z tych tracków poświęcono pamięci zmarłego w 1990 roku Trouble T Roya, tancerza wchodzącego w skład Heavy D. & The Boyz i przyjaciela obu wykonawców. Po dziś dzień niniejsze nagranie uważa się za jeden z najlepszych utworów w historii hip hopu. „Mecca and the Soul Brother” nie mogła konkurować na listach sprzedaży z produkcjami gangsta raperów (najsilniejsza konkurencja w postaci „The Chronic” Dr. Dre), ale to nie przeszkodziło wydawnictwu zdobyć masę pochlebnych recenzji i na trwałe zapisać się złotymi głoskami w kulturze hip hopowej.

    A Tribe Called QuestMidnight Marauders (1993)

    Powołane do życia pod koniec lat 80.tych crew Native Tongues stało się punktem wyjścia dla uznanych później twórców muzycznych. Kto wśród wykonawców zrzeszonych w tym kolektywie wywarł największy wpływ na hip hop? Po latach większość słuchaczy i dziennikarzy muzycznych wskaże jednoznacznie na A Tribe Called Quest. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż zasługi tej formacji dla rozwoju rapu oraz ich wpływ na setki twórców na całym świecie jest ogromny. Wśród pięciu longplayów nagranych przez Q-Tipa i spółkę najwyższe oceny zebrał ich drugi album, „The Low End Theory”. Jednak po latach równie wiele miejsca poświęca się następcy tego wydawnictwa, „Midnight Marauders” z 1993 roku. W listopadzie przyszłego roku minie 20 lat od wypuszczenia trzeciego LP nowojorskiego kolektywu. Wydaje się, że to kawał czasu i ta produkcja nie posiada już takiej mocy przyciągania jak dawniej. Nic bardziej mylnego, gdyż pod wieloma względami opowieści o nocnych maruderach sprawdzają się we współczesnym świecie. Urok tej pozycji wydawniczej tkwi w niezwykłej staranności przy doborze tematów na poszczególne utwory znajdujące się na albumie. Otwierające płytę „Midnight Marauders Tour Guide” wyznacza kierunek, w jakim należy podążać za członkami A Tribe Called Quest, wcielającymi się w role przewodników po ulicach Nowego Jorku po zmroku. „Midnight Marauders” przyniosły kolejne niezapomniane kompozycje grupy – „Award Tour” z Trugoyem the Dove’em, „8 Million Stories”, „Electric Relaxation” oraz „Oh My God”. Płyta wydana przez Jive obfitowała też w gościnne udziały uznanych artystów. Oprócz Trugoya pojawili się na niej m.in. Busta Rhymes, Large Professor, a dla Raphaela Saadiqa stanowiła możliwość wypłynięcia na szersze wody. Album ponadczasowy, prawdziwa oda do jazz-hopu, posiadająca jedną z najlepszych okładek w historii rapu.

    Snoop Doggy DoggDoggystyle (1993)

    Dr. Dre walnie przyczynił się do rozwoju karier muzycznych niejednego artysty. Klasyczny album byłego członka N.W.A. z 1992 roku, „The Chronic”, stał się punktem zwrotnym w rapie oraz przedstawił światu pewnego niepozornego chudzielca, mającego w najbliższej przyszłości zdobyć popularność przewyższającą swojego mentora. Snoop Dogg okazał się nie lada sensacją w hip hopie, a wieści o jego debiutanckim longplay „Doggystyle” z 1993 roku, rozeszły się z prędkością osiąganą przez gołębie pocztowe. Sympatyczny młody raper zademonstrował próbkę swoich możliwości na singlu „Deep Cover” Dr. Dre (oryginalnie jako Dr. Dre Introducing Snoop Doggy Dogg). Następnie było jeszcze lepiej. Przedsmak nadchodzącej produkcji znalazł się na dwunastce bezpośrednio poprzedzającej płytę, „What’s My Name?”. Niejeden wykonawca muzyczny mógł tylko pomarzyć o takim starcie w branży, jaki miał Calvin Broadus. „Doggystyle” ukazało się w drugiej połowie listopada 1993 roku i z miejsca zepchnęło na dalszy szereg wszystkie albumy rapowe pochodzącego z tamtego czasu. Snoop Dogg z dziecinną łatwością odnajdował się na beatach dostarczonych przez Dr. Dre, ewoluując brzmienie G-Funku. Laidbackowe flow twórcy, poparte specyficznym akcentem i nienaganną dykcją, oczarowało setki tysięcy słuchaczy na całym globie. „Gin And Juice”, „Tha Shiznit”, „For All My Niggaz & Bitches”, „Ain’t No Fun (If The Homies Can’t Have None)”, „Gz And Hustlas” i pozostałe nagrania znajdujące się na LP pozwoliły artyście na dotarcie ze swoją muzyką daleko poza słoneczną Kalifornię, osiągając przy tym zawrotny sukces komercyjny (4-krotna platyna). Autor „Doggystyle” z pomocą Dr. Dre, Tha Dogg Pound, Lady Of Rage oraz innych wykonawców pokazał, iż życie w Los Angeles i okolicy może naprawdę beztrosko płynąć, a G-Funk to jedyne w swoim rodzaju tło muzyczne do zwykłej codzienności każdego mieszkańca Cali.

    OutKastSouthernplayalisticadillacmuzik (1994)

    W 1994 roku rywalizacja pomiędzy Wschodnim a Zachodnim Wybrzeżem Stanów Zjednoczonych trwała w najlepsze. Walka stawała się coraz bardziej zaciekła i wkraczała na nowe terytoria. Z racji tego, media i słuchacze sięgali głównie po płyty wydawane w Nowym Jorku i Kalifornii. Wydawało się niemożliwym, aby ktokolwiek spoza tych regionów USA mógł zaistnieć na scenie ogólnokrajowej i dorównać osiągnięciom Geto Boys lub plejady artystów z nurtu Miami bass (Sir Mix-a-Lot to zupełnie inny przypadek). W kwietniu tamtego roku okazało się, że przy odpowiednim temperamencie i oryginalności można wkroczyć pomiędzy dziesiątki twórców z NYC i Cali. Kto tego dokonał? OutKast rodem z Atlanty za sprawą swojego debiutanckiego albumu o najdłuższym jednowyrazowym tytule z możliwych – „Southernplayalisticadillacmuzik”. Andre 3000 i Big Boi wspomagani przez Organized Noize pojawili się dosłownie znikąd i z miejsca uznano ich za jedną z największych sensacji połowy lat 90.tych. W momencie wydania longplaya członkowie zespołu mieli odpowiednio 18 i 19 lat, co w niczym nie przeszkodziło im w dostarczeniu muzyki najwyższych lotów. Popularność formacji pomogły uzyskać zarówno single („Player’s Ball”, „Southernplayalisticadillacmuzik” oraz „Git Up, Git Out”), a także oryginalny i chwytliwy styl utworów zgromadzonych na płycie. W czasie, gdy coraz więcej miejsca poświęcało się w mediach artystom opowiadającym o ciężkich losach alfonsów i gangsterów, Andre i Big Boi przemycali w swoich kompozycjach zaangażowane społecznie i politycznie treści, co było rzadkością wśród twórców hip hopowych z Południa USA. „Southernplayalisticadillacmuzik” rozpoczęło długą i obfitującą w sukcesy karierę muzyczną grupy, a ich debiutancki album na stałe trafił do kanonu lektur obowiązkowych w rapie.

  • Lekcja o old schoolu: Graffiti Rock

    Graffiti RockNiemal przy każdej nadarzającej się okazji, kładę nacisk na nieodłączny element hip hopu (jak i każdej innej sfery życia) – wiedzy. Jedna z najistotniejszych składowych hip hopowej erudycji zawiera się w znajomości, przynajmniej pobieżnej, old schoolu. Problem w tym, że posiadanie szerokiego zasobu wiadomości (pojęcie względne) o korzeniach tej kultury, nie stanowi priorytetu dla ogromnej większości ludzi mieniących się fanami rapu, graffiti, bboyingu, etc. W cyklu „Lekcja o old schoolu” nie mam zamiaru nikogo ganić i wytykać niewiedzę, tylko udowodnić, że przy dzisiejszym rozwoju sieci internetowej, zaznajomić się z kamieniami milowymi hip hopu może tak naprawdę każdy. W jaki sposób wypada rozpocząć obcowanie z początkami kultury? Najlepiej od filmów dokumentalnych i programów telewizyjnych. Do jednych z najbardziej znaczących materiałów video powstałych na potrzeby telewizji należy „Graffiti Rock” (1984) pomysłu Michaela Holmana. (więcej…)

  • Rap po godzinach #8

    Rap po godzinach #8 - Sprite, KFC, Nike, Gap, FubuOstatnie dwie odsłony „Rapu po godzinach” zostały poświęcone serii reklam Sprite’a z udziałem postaci ze świata hip hopu. Wraz z początkiem nowego roku kontynuuję ten wątek, zaglądając tym razem nie tylko do krainy napoju koncernu Coca-Cola. W tej odsłonie luźnych tematów związanych z komercyjnym wykorzystywaniem przedstawicieli kultury hip hopowej, oprócz ostatniej reklamówki Sprite’a, zaprezentuję materiały promocyjne innych marek, również doskonale znanych na wszystkich kontynentach. Goodie Mob, Fat Joe, Common, Mack 10, Afrika Bambaataa, Jazzy Jay, a także Run-DMC, Young MC, MC Hammer i LL Cool J zaprezentują się w archiwalnych nagraniach video. Całkiem zacne towarzystwo, nieprawdaż? (więcej…)

  • Film dokumentalny o Jam Master Jayu

    2 Turntables and a Microphone: The Life and Death Of Jam Master Jay30 października b.r. minęło siedem lat od wstrząsającej i niezwykle zagadkowej śmierci jednej z największych hip hopowych legend – Jam Master Jaya. O okolicznościach morderstwa pisałem ponad rok temu na łamach UCTL, ale nie zaszkodzi pokrótce ich przypomnieć. 30 października 2002 roku Jason Mizell przebywał wieczorem w swoim studio nagraniowym wraz z pięcioma znajomymi. Około 19:30 niezidentyfikowani sprawcy dokonali zamachu na JMJ’a, oddając w jego kierunku jeden strzał. Zginął on na miejscu lecz pozostali jego towarzysze przeżyli. Prowadzone śledztwo przez nowojorską policję nie przyniosło żadnych efektów – nie znaleziono motywu, taśmy z nagraniami kamer ze studia zostały skradzione, świadkowie nie złożyli obszernych zeznań, nie postawiono nikomu zarzutu morderstwa Jam Master Jaya. Setki pytań pozostały bez odpowiedzi. (więcej…)

  • Run-DMC wprowadzeni do Rock & Roll Hall Of Fame

    Run-DMC wprowadzeni do Rock & Roll Hall Of FamePowinienem wstydzić się, że tak późno informuję o tym ważnym wydarzeniu na łamach U Call That Love dopiero teraz. Blisko dwa tygodnie temu pionierzy hip hopu, Run-DMC zostali wprowadzeni do Rock & Roll Hall Of Fame. Nie lada wydarzenie, w końcu do tej pory tylko Grandmastera Flasha and The Furious Five uhonorowano tym zaszczytem. Tym bardziej powinno to stanowić prawdziwe święto dla całej kultury hip hopowej. (więcej…)

  • Szósta rocznica śmierci Jam Master Jaya

    Szósta rocznica śmierci Jam Master Jaya

    2–3 minut

    Powiadają, że czas szybko mija i leczy rany. Niestety to powiedzenie nie zawsze ma potwierdzenie w życiu codziennym.

    Niecałe dwa tygodnie temu miała miejsce już szósta rocznica śmierci jednego z pionierów hip hopu, znakomitego i niezapomnianego DJ’a i producenta, Jam Master Jaya. Jason Mizell po dziś dzień pozostaje dla wielu wzorem do naśladowania i niedoścignionym mistrzem. Nie sposób opisać jego życia w kilku akapitach, dlatego skupię się na przypomnieniu kilku faktów związanych z jego życiorysem.

    Niezrównany artysta przyszedł na świat 21 stycznia 1965 roku w dzielnicy Brooklyn ale większość dzieciństwa spędził w Queens, dokąd przeprowadził się wraz ze swoją rodziną. Jam Master Jay dorastając szybko pogłębiał naukę gry na różnych instrumentach m.in. na klawiszach i perkusji. Jego największe sukcesy wiążą się oczywiście z Run-DMC (Runa i DMC poznał w szkole w Hollis) oraz z albumami, które na stałe wpisały się w kanon nieśmiertelnych klasyków hip hopowych. W 1989 roku założył Jam Master Jay Records. Największym sukcesem jego labelu były wydawnictwa Onyxu, grupy odkrytej właśnie przez niego. W połowie lat 90.tych odnalazł także 50 Centa, któremu pomógł na początku jego kariery (potem Fifty nie zawsze pochlebnie wyrażał się o nim). W końcu lat 90.tych Jam Master Jay porzucił swój pseudonim artystyczny na rzecz nowego, Jay Gambulosa. Postanowił po prostu usunąć się w cień i odpocząć od przemysłu muzycznego.

    Śmierć Jam Master Jaya była o tyle zagadkowa co niezrozumiała. Nikt nie spodziewałby się, że ktokolwiek odważy się zamordować jednego z najbardziej zasłużonych ludzi związanych z kulturą hip hopową. 30 października 2002 roku, Jam Master Jay przebywał w studiu nagrań w Queens wraz z Urieco Rinconem i czterema innymi znajomymi, którzy przeżyli zamach. Jak się później okazało w zabójstwo Jasona Mizella wplątany był Kenneth Supreme McGriff, diler narkotykowy, związany z Irvem Gotti i Chrisem Gotti (Murder Inc). Jak było powszechnie wiadomo, bracia Gotti i Supreme mieli od dawna beef z 50 Centem m.in. przez utwór Fifty’iego „Ghetto Qur’an”, w którym opisuje on dokładnie ciemne życie Supreme’a. Jedną z hipotez przyczyn śmierci JMJ podaje się właśnie jego powiązania z 50 Centem – miał to być odwet ze strony Murder Inc. i ludzi powiązanych z tą wytwórnią za działalność Curtisa Jacksona. Jednak, śledztwo dotyczące morderstwa JMJ nie przyniosło żadnych efektów i po dziś dzień nie znamy prawdy o tym, co się wydarzyło pięć lat temu, a sprawcy tej zbrodni pozostają bezkarni.

    Odejście Jam Mastera Jaya sprawiło, że hip hop już nigdy nie odzyska swojej niewinności. Nikt wcześniej nie był w stanie przewidzieć, iż coś takiego może mieć miejsce. Piękne słowa wypowiedział Chuck D, przyjaciel Jasona, krótko po ogłoszeniu tej tragedii – „To był nasz Beatles”. Tak bez wątpienia było.

    Jason William Mizell (21 stycznia 1965 – 30 października 2002)

    Spoczywaj w pokoju, w hip hopowym niebie…

Translate »