Tag: snoop dogg

  • 20-lecie premier kultowych płyt ATCQ, Wu-Tang Clanu i Snoop Dogga

    20-lecie premier kultowych płyt ATCQ, Wu-Tang Clanu i Snoop Dogga

    7–10 minut

    W każdej dziedzinie życia często spotykamy się ze zjawiskiem obchodzenia różnego rodzaju rocznic. W branży muzycznej mamy najczęściej do czynienia z celebrowaniem okrągłych rocznic premiery klasycznych wydawnictw, świętowanie urodzin artystów (względnie wytwórni płytowych) oraz wspominanie o zmarłych wykonawcach. Każdy miesiąc danego roku kalendarzowego przynosi wiele ważnych dat, o których niekiedy mówi się więcej niż o nowych płytach. Akurat taki schemat mamy w ostatnich tygodniach. W listopadzie 1993 roku ukazały się trzy albumy wielkich twórców rapowych – A Tribe Called Quest, Wu-Tang Clanu i Snoop Dogga. „Midnight Marauders”, „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)” i „Doggystyle” są wybitnymi dziełami i na stałe zapisały się w dziejach hip hopu. 20-lecie premier tych albumów odbiło się szerokim echem w środowisku muzycznym.

    1993 rok zapisał się złotymi głoskami w historii muzyki hip hopowej. Złota Era rapu trwała w najlepsze i co rusz ukazywały się znakomite produkcje. Zanim przejdziemy do wymienienia najlepszych albumów sprzed dwóch dekad, warto skupić się na wydawnictwach, które dotarły do 1. miejsca na liście Billboardu w kategorii R&B (rap umieszczano w tym dziale bez dodanego jeszcze stosownego oznaczenia). Od stycznia do końca października tak wysoko docierały płyty Dr. Dre („The Chronic”), Naughty by Nature („19 Naughty III”), Geto Boys („Till Death Do Us Part”), LL Cool J’a („14 Shots to the Dome”), Run-D.M.C. („Down with the King”), Cypress Hill („Black Sunday”), Scarface’a („The World Is Yours”) oraz Spice 1 („187 He Wrote”). Ponadto przez kilka tygodni nie schodził z podium soundtrack do filmu „Menace II Society”. Oprócz tych projektów dobre wrażenie po sobie zostawiły longplaye Black Moon („Enta Da Stage”), Souls Of Mischief („93 ’til Infinity”), Onyksu („Bacdafucup”), The Roots („Organix”) czy Guru („Jazzmatazz, Vol. 1”). Pomimo tak licznej konkurencji, to właśnie albumy ATCQ, Wu-Tang Clanu i Snoop Dogga uznano za najwartościowsze płyty 1993 roku. 9 listopada tamtego roku zadebiutowały „Midnight Marauders” i „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”. Właśnie te produkcje pojawiły się ostatnio na ustach wszystkich miłośników rapu z lat 90.tych, którzy poświęcili im mnóstwo miejsca w mediach.

    A Tribe Called Quest„Midnight Marauders”

    W przypadku znamienitej nowojorskiej formacji po latach zaszły zmiany w ocenie ich dorobku płytowego. Za najdoskonalsze wydawnictwo przedstawicieli Native Tongues nadal uznaje się „Low And Theory” z 1991 roku, i nic nie wskazuje, aby ta sytuacja miałaby się zmienić. Jednak pod pewnymi względami „Midnight Marauders” postrzega się za równie ważny longplay. Istnieje też liczne grono osób uważających ten album za równie istotną pozycję w całej karierze muzycznej grupy. Wydawnictwo sprzed 20 lat zamknęło też najlepszy okres w działalności A Tribe Called Quest, gdyż jak się później okazało następne albumy („Beats, Rhymes and Life” i „The Love Movement”) nie dorównały poziomem swoim poprzednikom. „Award Tour”, „8 Million Stories”, „Electric Relaxation”, „We Can Get Down” czy „Oh My God” wydatnie przyczyniły się także do odniesienia przez materiał sukcesu komercyjnego (album dotarł do 1. miejsca na liście Billboardu w kategorii R&B oraz następnie zdobył platynową płytę). Do tego fenomenalna okładka trzeciego LP ATCQ, przedstawiająca czołowych przedstawicieli hip hopowych z 1993 roku. Jazz-hop dzięki tej produkcji miał się wtedy naprawdę dobrze, i to nie tylko w niezależnych kręgach rapu, ale również jak widać w mainstreamie. Warto pamiętać o polskim akcencie związanym z tym klasycznym wydawnictwem. Q-Tip i spółka w utworze „Steve Biko (Stir It Up)” użyli sampla z „Ekim” Michała Urbaniaka. Polak kiedyś wspomniał, iż Nowojorczycy zrobili na nim bardzo dobre wrażenie i był jak najbardziej zadowolony z efektu końcowego ich kompozycji.

    Jeszcze przed 20. rocznicą premiery „Midnight Marauders” pojawiło się w sieci mnóstwo różnych wzmianek na ten temat. Na stronach muzycznych aż zaroiło się od wszelkiej maści artykułów poświęconych temu dziełu, co nie miało miejsca w przypadku 20-lecia premier „People’s Instinctive Travels and the Paths of Rhythm” czy „Low And Theory”. Ze wszystkich publikacji dotyczących tego wydarzenia na uwagę zasługuje historia powstania okładki LP opowiedziana przez jednego z jej twórców, Nicka Gammy. Nie należy zapominać również o licznych miksach i re-editach katalogu ATCQ wydanych na przestrzeni ostatnich tygodni. Zdecydowanym moim faworytem jest tutaj mixtape Chrisa Reada przygotowany dla Wax Poetics i Who Sampled. A Tribe Called Quest grają teraz sporo koncertów, podczas których dochodzi do takich wydarzeń, jak choćby pojawienie się żywej Bonity Applebum (wersja dla wszystkich lubiących okrągłe kształty kobiece). Pożegnalny występ zespołu ma się odbyć 14 grudnia w Nowym Jorku (ile już odbyło się podobnych przedsięwzięć w historii tej formacji?). Natomiast Q-Tip szykuje wspólny mixtape wraz z Bustą Rhymesem. Wydawnictwo zapowiada singiel „Thank You”.

    Wu-Tang Clan„Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”

    Debiutanckie płyty poszczególnych artystów solowych i grup niegdyś jeden za drugim stawały się kultowymi produkcjami. Premierowe wydawnictwa artystów hip hopowych wydawane w latach 80. i 90.tych często przynosiły nową jakość w branży, co doskonale potwierdza pierwszy album Wu-Tang Clanu. Głównym architektem i mózgiem całego kolektywu był RZA, który wraz z GZĄ i Ol’ Dirty Bastardem próbowali wcześniej swoich sił w rapie pod pseudonimami Prince Rakeem, The Genius i The Specialist. Jednak zarówno ich grupa Force of the Imperial Master (All in Together Now Crew), jak i płyty solowe pierwszych dwóch wykonawców „Ooh I Love You Rakeem” i „Words from the Genius”, nie odegrały znaczącej roli na scenie hip hopowej. Dopiero po zmianie pseudonimów na te powszechnie później znane, poszerzeniu składu zespołu o kolejnych raperów (Inspectah Decka, Ghostface Killah, Masta Killę, Method Mana, Raekwona oraz U-Goda), powstała cała ideologia będąca zupełnym novum w rapie. Wszystkie utwory na „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)” są silnie inspirowane filozofią Dalekiego Wschodu i filmami kung-fu, które w połączeniu z wytycznymi Five-Percent Nation (odłam Nation of Islam) i soulowymi samplami dały wybuchową mieszankę. Wydawnictwo nowojorczyków sprzed 20 lat posiada niezwykłą siłę przyciągania, towarzyszącą temu materiałowi po dzień dzisiejszy. Mroczne, nad wyraz oryginalne i niedające się podrobić beaty RZY stanowią znak rozpoznawczy tego LP. Dokładając do tego fantastyczny klimat nagrań oraz warstwę liryczną w wykonaniu członków Wu-Tang Clanu, otrzymaliśmy hardcore’ową płytę odciągającą na dłuższą chwilę słuchaczy od produkcji z Zachodniego Wybrzeża USA. Album promowany singlami „Protect Ya Neck”, „Method Man”, „C.R.E.A.M.” i „Can It Be All So Simple” wywarł ogromny wpływ na przyszłe projekty rapowe oraz na twórców na co dzień związanych z innymi gatunkami muzycznymi. „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)” słusznie uznaje się za jeden z najlepszych longplayów w dziejach hip hopu.

    Ostatnie lata przyniosły wiele spekulacji dotyczących przyszłości grupy. RZA zdawał sobie z tego sprawę, dlatego też starał się zmobilizować członków kolektywu ze Staten Island do nagrania nowego albumu na 20-lecie premiery ich debiutanckiej płyty. Wcześniej w tym roku pojawiły się w obiegu dwa single Wu, „Execution in Autumn” i „Family Reunion”, które zebrały dobre opinie od ludzi. The Rizza chciał nagrać materiał i wydać całość w listopadzie, ale jak się szybko okazało nic z tych planów nie wyszło przez opieszałość Raekwona, Ghostface Killah i GZY, co zresztą nie powinno nikogo dziwić. Póki co trwają dalsze prace nad „A Better Tomorrow”, ale trudno ocenić, jaka przyszłość czeka ten projekt. Nowojorczycy powinni mieć na uwadze niesłabnące zainteresowanie ze strony mediów i odbiorców, co zostało wyraźnie pokazane w ostatnich tygodniach. W sieci ukazało się multum różnych artykułów na temat „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”, z czego do najciekawszych należy publikacja na łamach Rolling Stone oraz HipHopDX. Nie obyło się też bez specjalnie przygotowanych na tę okazję miksów, jak choćby „36 Chambers LFTF Mix” DJ’a Ragsa.

    Snoop Doggy Dogg„Doggystyle”

    Do wartości artystycznej płyt ATCQ i Wu-Tang Clanu nie trzeba nikogo przekonywać. Wydawnictwa te zrobiły sporo zamieszania w branży muzycznej, ale nie mogły konkurować na listach przebojów i w mediach z albumami nagrywanymi po przeciwległej stronie Stanów Zjednoczonych. Szczególnie to dotyczyło wówczas materiałów spod szyldu G-Funku, rozsławionego na całym świecie przez „The Chronic” Dr. Dre. Integralną częścią tej produkcji był młody raper o niezwykle oryginalnym i przyciągającym uwagę stylu, Snoop Doggy Dogg. Po jego znacznym wkładzie w końcowy kształt projektu byłego członka N.W.A, cały świat hip hopowy wyczekiwał jego debiutanckiego longplaya. Na trzy tygodnie przed zapowiadaną premierą LP trafił do obiegu pierwszy singiel zatytułowany „Who Am I (What’s My Name)?”. Wybranie właśnie tego nagrania, jako głównego utworu zapowiadającego album, okazało się strzałem w dziesiątkę. „Doggystyle” ukazało się 23 listopada 1993 roku nakładem Death Row Records i z miejsca wywołało sensację. W pierwszym tygodniu po wydaniu sprzedała się niewiarygodna liczba 802,858 kopii albumu, ustanawiając tym samym rekord wśród wszystkich dotychczasowych produkcji rapowych (dopiero „The Marshall Mathers LP” Eminema w 2000 roku pobiło ten wynik). Do tego Snoop Dogg okazał się pierwszym debiutantem, którego materiał trafił na 1. miejsce listy Billboard 200. Raper zaskakiwał pewnością siebie, umiejętnym i niemal bezbłędnym doborem tematyki utworów na płytę utrzymaną w klimacie gangsta rapu, niesamowitym flow i rzadko spotykaną, jak na tak młodego twórcę, charyzmą. Muzycznie projekt był niczym innym, jak przedłużeniem „The Chronic”Dr. Dre ponownie skorzystał z kompozycji George’a Clintona, nadając płycie miejscami mocno wyluzowanego charakteru. „Gin and Juice”, „Murder Was the Case”, „Lodi Dodi”, „Gz and Hustlas” czy ww. „Who Am I (What’s My Name)?” w szybkim tempie uczyniły z longplaya pozycję obowiązkową dla każdego sympatyka hip hopu.

    W czasie, gdy większość osób debatowała nad „Midnight Marauders” oraz „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”, 20 rocznica premiery debiutanckiego projektu Snoop Dogga przeszła nieco bokiem. Przyczyna tego stanu rzeczy jest prozaiczna i wynika głównie z faktu, iż chronologicznie albumy ATCQ i Wu-Tang Clanu ukazały się przed „Doggystyle”. Mimo wszystko ukazało się wiele zajmujących artykułów poświęconych temu projektowi, a niektóre z nich ujawniły nowe fakty. W rozmowie z MTV Snoop Dogg przyznał, że od momentu wydania LP nigdy nie przesłuchał on w całości tego materiału. Z okazji okrągłej rocznicy premiery albumu, DJ Snoopadelic przygotował świetny mix „Doggystyle: The Samples”. Oby więcej takich wydawnictw było dziełem artystów. W tej chwili Calvin Broadus zajmuje się już promocją swojej nadchodzącej płyty z Dam-Funkiem, „7 Days of Funk”, która klimatem będzie nieco przypominać jego pierwsze dokonania. Premiera albumu już 10 grudnia nakładem Stones Throw Records.


  • Płytoteka dorosłego człowieka. 200 płyt, które powinieneś mieć #3

    Płytoteka dorosłego człowieka. 200 płyt, które powinieneś mieć #3

    9–13 minut

    Po chwili nieobecności, powracamy z kolejną odsłoną cyklu „Płytoteki dorosłego człowieka” współtworzonego wraz z polskim serwisem poświęconemu cieplejszej stronie czarnej muzyki, SugaSoul. W trzeciej odsłonie znajdziecie wydawnictwa soulowe z lat 70, 80 i 90.tych rekomendowane przez SugaSoul oraz rapowe klasyki nagrane w ósmej i dziewiątej dekadzie XX wieku wyselekcjonowane przeze mnie. Przed Wami kolejne zestawienie 10 klasycznych albumów, stanowiących nie raz prawdziwe kamienie milowe w rozwoju muzyki na całej kuli ziemskiej.

    Marvin Gaye„Let’s Get It On” (1973)

    O tym, że Marvin Gaye był niezrównanym mistrzem muzyki romantycznej i miłosnej, nikogo chyba przekonywać nie trzeba. Po ogromnym sukcesie albumu „What’s Going On” wydanego zaledwie dwa lata przez „Let’s Get It On”, Książę Soulu ponownie oczarował słuchaczy, tworząc niepowtarzalny, marzycielski klimat, którego nie udało się nikomu nigdy powtórzyć. Właśnie krążkiem z 1973 roku ugruntował swoją pozycję jako muzycznej, męskiej ikony seksu, która potrafiła rozpalać tysiące kobiet wyłącznie swym głosem. Album przyniósł cały szereg poetyckich niemal przebojów, które do dziś uznawane są za prawdziwe klasyki muzyki rozrywkowej lat 70.tych m.in. „Come Get To This”, „You Sure Love To Ball”, „Just To Keep You Satisfied”, „Please Stay (Once You Go Away)” czy kompozycja tytułowa, która okazała się być najbardziej udanym komercyjnie utworem w całej karierze artysty. Gaye jak nikt inny opowiadał o miłości fizycznej oraz tej bardziej duchowej, będąc do dziś niedoścignionym wzorem zmysłowego dżentelmena, którego każda kobieta chciałaby mieć, choćby na jedną tylko noc…

    Janet Jackson„Janet Jackson’s Rhythm Nation 1814” (1989)

    Choć oficjalnie kariera muzyczna dorosłej Janet Jackson zaczęła się w 1982 roku, dopiero czwarty w jej dorobku album definitywnie wyłamał pewne drzwi i sprawił, że przestano ją nazywać „siostrą Michaela„. Niezwykła płyta złożona z aż dwudziestu ścieżek, jest chyba najwybitniejszym muzycznym dziełem w historii utrzymanym w stylu new jack swing. Janet Jackson przy wydatnej pomocy niezwykłego producenckiego tandemu Jimmy Jam and Terry Lewis stworzyła krążek wprost kipiący od młodzieńczej energii, której dano upust w utworach będących unikatową mieszanką popu, r&b, a czasem i rocka (wystarczy wspomnieć choćby słynne „Black Cat”). Płyta przyniosła Janet deszcz w pełni zasłużonych nagród. Czy można bowiem przejść obojętnie obok takich utworów jak „Rhythm Nation”, „Miss You Much” czy „Alright”? Na „Janet Jackson’s Rhythm Nation 1814” jest sporo pozytywnej, muzycznej złości i determinacji, niewykluczone że podyktowanej chęcią dorównania sławnemu bratu. Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że na tym właśnie albumie Janet w pełni się to udało.

    Spinners„Spinners” (1973)

    Wydawałoby się, że odejście ze święcącej triumfy wytwórni Motown w latach 70.tych jest niczym innym jak strzałem we własną stopę. Jakież było zdziwienie fanów i krytyki, kiedy grupa Spinners wypuszczając pierwszy album w barwach Atlantic, osiągnęła spory sukces komercyjny lecz przede wszystkim piosenkami z tego właśnie krążka wpisała się na stałe w uszy i serca słuchaczy na całym świecie. Utwory takie jak „Ghetto Child”, „I’ll Be Around”, „Could It Be I’m Falling In Love” czy „How Could I Let You Go Away” to przykłady pięknego, melodyjnego soulu w wybornym wykonaniu kwintetu z Detroit. Zespół wyraźnie zainspirowany oraz inspirujący (!) twórczość takich osobowości jak Stevie Wonder czy Dionne Warwick, pozostaje do dziś jedną z najlepszych męskich grup czarnej muzyki, choć nierzadko pomijanym w najważniejszych listach i rankingach na co SugaSoul pozwolić sobie nie mógł.

    Jodeci„Forever My Lady” (1991)

    Choć Jodeci to jedna z tych grup, które nie mają na swym koncie zbyt pokaźnej ilości płyt w dyskografii, kwartet z Karoliny Południowej wpisał się złotymi zgłoskami do historii czarnej muzyki rozrywkowej. Debiutancki krążek kwartetu specjalizującego się w miłosnych, nierzadko bardzo rozerotyzowanych utworach, wygenerował całe mnóstwo hitów. Już single w liczbie pięciu są pewnym odzwierciedleniem sukcesu komercyjnego (ale również artystycznego!) jaki pociągnął za sobą album „Forever My Lady”. Kompozycje takie jak „Come and Talk To Me”, „Gotta Love” czy tytułowe „Forever My Lady”, dziś uznawane są za klasykę romantycznego r&b spod znaku new jack swingu. Tych, których okres dojrzewania przypadł na lata 90.te do „Forever My Lady” przekonywać nie trzeba. Ci natomiast, którzy nie mieli szansy poznać krążka, debiut Jodeci w swej płytotece mieć po prostu muszą.

    Anita Baker„Rapture” (1986)

    Lata 80.te były jednym z najbardziej interesujących okresów w historii czarnej muzyki rozrywkowej. Artyści stojący na rozstaju dróg, z jednej strony inspirujący się klasykami takimi jak Aretha Franklin, z drugiej zafascynowani młodzieńczymi geniuszami o nazwiskach Houston czy Jackson. W całym tym zamieszaniu powstała płyta autorstwa zaledwie dwudziestoośmioletniej Anity Baker, artystki pięknej, stylowej i dostojnej. Jej drugi i dziś niemal kultowy album „Rapture” jest świadectwem dojrzałości i determinacji by nie dać się wciągnąć w wyścig muzycznego efekciarstwa. Gospelowa przeszłość Baker na tej właśnie płycie daje się we znaki bardziej niż gdziekolwiek, sprawiając że kreowanie długich, czasem wręcz niekończących się fraz, nie sprawia najmniejszego wysiłku artystce ani nie wywołuje reakcji stresowych u słuchacza. Kompozycje takie jak „Sweet Love”, „Been So Long” czy „You Bring Me Joy”, po dwudziestu sześciu latach mają tyle samo klasy, gracji i wytworności jak w 1986 roku udowadniając, że nie techniczne sztuczki lecz wrodzona elegancja wykonawcza jest tym co pozostaje nieśmiertelne.

    Run-D.M.C.Run- D.M.C. (1984)

    W pierwszej połowie lat 80.tych hip hop rozpoczął marsz w kierunku globalnej popularyzacji. Istotną rolę w dostaniu się kultury hip hopowej do mass mediów odegrały filmy („Wild Style”, „Beat Street”), artyści pokroju Afriki Bambaataa, Grandmastera Flasha, Kurtisa Blowa, czy też ludzie cienia (Mr. Magic, Fab 5 Freddy). Jednak dopiero wydany w marcu 1984 roku debiutancki album Run–D.M.C. wywołał sensację na skalę światową. W porządku, wszyscy zdają sobie sprawę, iż Run, D.M.C. i Jam Master Jay wpłynęli znacząco na kształt i wizerunek rapu, ale w czym tak naprawdę tkwił fenomen grupy rodem z Hollis w Queens? Nikt wcześniej i niewiele osób później posiadało tak bardzo wyrazisty image oparty o zapadający w pamięć ubiór i styl. Nowojorska formacja przy wydatnej pomocy Russella Simmonsa umiejętnie wykorzystywała całą otoczkę stworzoną wokół siebie, co przyczyniło się do osiągnięcia przez płytę „Run–D.M.C.” niewyobrażalnego dotąd w branży hip hopowej sukcesu. Wydanie longplaya poprzedziły udane single „Hard Times” / „Jam-Master Jay” (jeden z najlepszych hymnów poświęconych DJ’owi zespołu rapowego) oraz szczególnie „It’s Like That” / „Sucker M.C.’s”. O stronie B pochodzącej z drugiej 12″ w błyskawicznym tempie zaczęto mówić nie tylko w NYC, ale również w innych okręgach Stanów Zjednoczonych. Brzmienie wydawnictwa obfitowało w ostre gitarowe partie, idealnie koegzystujące z mocnymi wokalami Runa & D.M.C. Pierwszy album nowojorskiego zespołu jako pierwszy hip hopowy longplay uzyskał status złotej płyty. „Run–D.M.C.” jako pierwsze LP ukazało się także na płycie CD. W 1984 roku dokonano pierwszego poważnego przewrotu w rapie, co okryło Run–D.M.C. nieśmiertelną sławą.

    Pete Rock & C.L. SmoothMecca and the Soul Brother (1992)

    Wśród albumów rapowych powstałych na zasadzie współpracy rapera i producenta/DJ’a znajdziemy wiele istotnych tytułów. Eric B. & Rakim, Kool G Rap & DJ Polo czy EPMD udowodnili pod koniec lat 80.tych, że można nagrywać raz za razem wspaniałe płyty według tego klucza, ale to nie na nich skupiła się uwaga opinii publicznej na początku lat 90.tych. Coraz głośniej mówiło się o dokonaniach Gang Starr i rodzącego się obok nich kolejnego wielkiego duetu – Pete Rock & C.L. Smooth. Już pierwszy singiel artystów – „The Creator” z 1991 roku – zwiastował nadejście nowej jakości w hip hopie. O ile pierwszy materiał nowojorczyków, „All Souled Out”, nie narobił wielkiego zamieszania w branży, to już ich debiutancki album zatytułowany „Mecca and the Soul Brother” w mgnieniu oka znalazł tysiące sympatyków. Odbiorcy muzyki docenili przede wszystkim gładkie połączenie produkcji Pete Rocka opierającej się o soulowe sample z charakterystycznym flow C.L. Smootha. Szczególnie wiele miejsca poświęcono chemii panującej pomiędzy artystami oraz maestrii z jaką wykonano poszczególne utworte zawarte na LP. Pete Rock nieprzypadkowo uzyskał przydomek Soul Brother #1, nawiązujący do samego Jamesa Browna. Strzałem w dziesiątkę okazały się single – „Straighten It Out” i „They Reminisce Over You (T.R.O.Y.)”. Drugi z tych tracków poświęcono pamięci zmarłego w 1990 roku Trouble T Roya, tancerza wchodzącego w skład Heavy D. & The Boyz i przyjaciela obu wykonawców. Po dziś dzień niniejsze nagranie uważa się za jeden z najlepszych utworów w historii hip hopu. „Mecca and the Soul Brother” nie mogła konkurować na listach sprzedaży z produkcjami gangsta raperów (najsilniejsza konkurencja w postaci „The Chronic” Dr. Dre), ale to nie przeszkodziło wydawnictwu zdobyć masę pochlebnych recenzji i na trwałe zapisać się złotymi głoskami w kulturze hip hopowej.

    A Tribe Called QuestMidnight Marauders (1993)

    Powołane do życia pod koniec lat 80.tych crew Native Tongues stało się punktem wyjścia dla uznanych później twórców muzycznych. Kto wśród wykonawców zrzeszonych w tym kolektywie wywarł największy wpływ na hip hop? Po latach większość słuchaczy i dziennikarzy muzycznych wskaże jednoznacznie na A Tribe Called Quest. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż zasługi tej formacji dla rozwoju rapu oraz ich wpływ na setki twórców na całym świecie jest ogromny. Wśród pięciu longplayów nagranych przez Q-Tipa i spółkę najwyższe oceny zebrał ich drugi album, „The Low End Theory”. Jednak po latach równie wiele miejsca poświęca się następcy tego wydawnictwa, „Midnight Marauders” z 1993 roku. W listopadzie przyszłego roku minie 20 lat od wypuszczenia trzeciego LP nowojorskiego kolektywu. Wydaje się, że to kawał czasu i ta produkcja nie posiada już takiej mocy przyciągania jak dawniej. Nic bardziej mylnego, gdyż pod wieloma względami opowieści o nocnych maruderach sprawdzają się we współczesnym świecie. Urok tej pozycji wydawniczej tkwi w niezwykłej staranności przy doborze tematów na poszczególne utwory znajdujące się na albumie. Otwierające płytę „Midnight Marauders Tour Guide” wyznacza kierunek, w jakim należy podążać za członkami A Tribe Called Quest, wcielającymi się w role przewodników po ulicach Nowego Jorku po zmroku. „Midnight Marauders” przyniosły kolejne niezapomniane kompozycje grupy – „Award Tour” z Trugoyem the Dove’em, „8 Million Stories”, „Electric Relaxation” oraz „Oh My God”. Płyta wydana przez Jive obfitowała też w gościnne udziały uznanych artystów. Oprócz Trugoya pojawili się na niej m.in. Busta Rhymes, Large Professor, a dla Raphaela Saadiqa stanowiła możliwość wypłynięcia na szersze wody. Album ponadczasowy, prawdziwa oda do jazz-hopu, posiadająca jedną z najlepszych okładek w historii rapu.

    Snoop Doggy DoggDoggystyle (1993)

    Dr. Dre walnie przyczynił się do rozwoju karier muzycznych niejednego artysty. Klasyczny album byłego członka N.W.A. z 1992 roku, „The Chronic”, stał się punktem zwrotnym w rapie oraz przedstawił światu pewnego niepozornego chudzielca, mającego w najbliższej przyszłości zdobyć popularność przewyższającą swojego mentora. Snoop Dogg okazał się nie lada sensacją w hip hopie, a wieści o jego debiutanckim longplay „Doggystyle” z 1993 roku, rozeszły się z prędkością osiąganą przez gołębie pocztowe. Sympatyczny młody raper zademonstrował próbkę swoich możliwości na singlu „Deep Cover” Dr. Dre (oryginalnie jako Dr. Dre Introducing Snoop Doggy Dogg). Następnie było jeszcze lepiej. Przedsmak nadchodzącej produkcji znalazł się na dwunastce bezpośrednio poprzedzającej płytę, „What’s My Name?”. Niejeden wykonawca muzyczny mógł tylko pomarzyć o takim starcie w branży, jaki miał Calvin Broadus. „Doggystyle” ukazało się w drugiej połowie listopada 1993 roku i z miejsca zepchnęło na dalszy szereg wszystkie albumy rapowe pochodzącego z tamtego czasu. Snoop Dogg z dziecinną łatwością odnajdował się na beatach dostarczonych przez Dr. Dre, ewoluując brzmienie G-Funku. Laidbackowe flow twórcy, poparte specyficznym akcentem i nienaganną dykcją, oczarowało setki tysięcy słuchaczy na całym globie. „Gin And Juice”, „Tha Shiznit”, „For All My Niggaz & Bitches”, „Ain’t No Fun (If The Homies Can’t Have None)”, „Gz And Hustlas” i pozostałe nagrania znajdujące się na LP pozwoliły artyście na dotarcie ze swoją muzyką daleko poza słoneczną Kalifornię, osiągając przy tym zawrotny sukces komercyjny (4-krotna platyna). Autor „Doggystyle” z pomocą Dr. Dre, Tha Dogg Pound, Lady Of Rage oraz innych wykonawców pokazał, iż życie w Los Angeles i okolicy może naprawdę beztrosko płynąć, a G-Funk to jedyne w swoim rodzaju tło muzyczne do zwykłej codzienności każdego mieszkańca Cali.

    OutKastSouthernplayalisticadillacmuzik (1994)

    W 1994 roku rywalizacja pomiędzy Wschodnim a Zachodnim Wybrzeżem Stanów Zjednoczonych trwała w najlepsze. Walka stawała się coraz bardziej zaciekła i wkraczała na nowe terytoria. Z racji tego, media i słuchacze sięgali głównie po płyty wydawane w Nowym Jorku i Kalifornii. Wydawało się niemożliwym, aby ktokolwiek spoza tych regionów USA mógł zaistnieć na scenie ogólnokrajowej i dorównać osiągnięciom Geto Boys lub plejady artystów z nurtu Miami bass (Sir Mix-a-Lot to zupełnie inny przypadek). W kwietniu tamtego roku okazało się, że przy odpowiednim temperamencie i oryginalności można wkroczyć pomiędzy dziesiątki twórców z NYC i Cali. Kto tego dokonał? OutKast rodem z Atlanty za sprawą swojego debiutanckiego albumu o najdłuższym jednowyrazowym tytule z możliwych – „Southernplayalisticadillacmuzik”. Andre 3000 i Big Boi wspomagani przez Organized Noize pojawili się dosłownie znikąd i z miejsca uznano ich za jedną z największych sensacji połowy lat 90.tych. W momencie wydania longplaya członkowie zespołu mieli odpowiednio 18 i 19 lat, co w niczym nie przeszkodziło im w dostarczeniu muzyki najwyższych lotów. Popularność formacji pomogły uzyskać zarówno single („Player’s Ball”, „Southernplayalisticadillacmuzik” oraz „Git Up, Git Out”), a także oryginalny i chwytliwy styl utworów zgromadzonych na płycie. W czasie, gdy coraz więcej miejsca poświęcało się w mediach artystom opowiadającym o ciężkich losach alfonsów i gangsterów, Andre i Big Boi przemycali w swoich kompozycjach zaangażowane społecznie i politycznie treści, co było rzadkością wśród twórców hip hopowych z Południa USA. „Southernplayalisticadillacmuzik” rozpoczęło długą i obfitującą w sukcesy karierę muzyczną grupy, a ich debiutancki album na stałe trafił do kanonu lektur obowiązkowych w rapie.

  • Pacewon i Mr. Green z długo oczekiwaną produkcją

    Pacewon i Mr. Green z długo oczekiwaną produkcją

    3–4 minut

    Wszyscy już zdążyli się przyzwyczaić do tego, iż po sezonie letnim, w branży muzycznej dzieje się nad wyraz wiele. Większość uwagi przypada na liczne nowości płytowe przypadające na wczesną i późną jesień. Od liczby wartościowych wydawnictw muzycznych może zakręcić się w głowie. Wystarczy tylko spojrzeć na bieżący miesiąc i na wydane dotychczas materiały. „Give Me My Flowers While I Can Still Smell Them” Blu & Exile’a, „Home Is Where The Art Is” Substantiala, „EnterMission” The Black Opery, „First of a Living Breed” Homeboya Sandmana, „Mourning In America and Dreaming In Color” Brothera Aliego, „12 Bit Blues” Kid Koali, „Dusty Rainbow From The Dark” Wax Tailora – jest w czym wybierać, nieprawdaż? Niemniej istotny wrześniowy projekt stanowi „The Only Number That Matters is Won” Pacewona & Mr. Greena. Długi oczekiwany drugi longplay duetu w końcu ujrzał światło dzienne.

    2008 rok został uznany przez wielu dziennikarzy muzyczny za przeciętny w branży hip hopowej. Cztery lata temu narzekano głównie na niską wartość artystyczną najbardziej oczekiwanych tytułów oraz obietnice bez pokrycia niejednego twórcy. Jednak trafili się też wykonawcy, na których niespecjalnie najpierw stawiano, a pomimo tego, właśnie to oni mogli wypić dużą baryłkę miodu za swoje osiągnięcia w tamtym okresie. Pacewon & Mr. Green przodowali wszystkim tym artystom za sprawą fantastycznego albumu „The Only Color That Matters Is Green”, do którego obecnie mnóstwo osób chętnie wraca. Pierwszy z nich, to doświadczony Emcee prosto z New Jersey, odpowiedzialny za powstanie kolektywu The Outsidaz. Z kolei drugi, przedstawiciel Philly, należy do wąskiego grona beatmakerów hołubiących starą szkołą przygotowywania podkładów muzycznych, o szerokiej wiedzy na temat samplingu. Utwory takie, jak „Children Sing”, „Who I Am”, „Hip-Hop”, „Four Quarters”, szybko dorobiły się miana kultowych nagrań. Nic więc dziwnego, iż oczekiwania słuchaczy znacznie wzrosły względem ich drugiego wspólnego wydawnictwa. Niezależny duet od 3 lat wypuszczał raz po raz pojedyncze nagrania, powstały do nich teledyski, ale premiera „The Only Number That Matters is Won” była niestety wielokrotnie przekładana. W końcu, kilka miesięcy temu ich spore grono sympatyków odetchnęło z ulgą, gdy zapewniono, że follow up do produkcji sprzed 4 lat ukaże się wreszcie 4 września b.r.

    Artyści nie zamierzali współpracować z żadną większą wytwórnią płytową, ponownie stawiając na wydanie materiału w prowadzonym przez siebie Raw Poetix Records. Konstrukcja drugiego albumu duetu nie odbiega zbytnio od ich wcześniejszego wydawnictwa. [pullquote]Jedyną zauważalną różnicą są gościnne występy innych postaci, wśród których spotkamy zarówno nowe twarze na scenie, jak i prawdziwe tuzy branży muzycznej. [/pullquote]W tym pierwszym koszyku znaleźli się Lawrence Arnell, Elephant Pelican, Rival & Burnt MD, natomiast w drugim Masta Ace, Snoop Dogg & Lee Scratch Perry (!). Pod wieloma względami Pacewon należy teraz do czołówki raperów. Zasób słownictwa, wyszlifowane flow, umiejętne dobieranie tematyki utworów zdecydowanie przemawiają na jego korzyść. Pochodzący z Brick City wykonawca sprawnie porusza się pomiędzy opowieściami o narkotykach i alkoholu, niekończącej się brutalności policji, oddaje hołd wielkim twórcom hip hopowym. W ten sposób „The Only Number That Matters is Won” swobodnie powinno znaleźć odbiorców w różnych grupach wiekowych. Natomiast Mr. Green to klasa sama w sobie. Beatmaker w dalszym ciągu ewoluuje, a jego rozwiązania muzyczne oraz sampling budzą podziw. Instrumentale do „Ever Since”, „My God”, czy „My Song”, na długo pozostają w głowie słuchacza. Wygląda na to, iż przy łucie szczęścia tegoroczne LP artystów powinno również uzyskać dziesiątki pozytywnych recenzji.

    Amerykański duet wydał swój drugi album w wersji elektronicznej i fizycznej (płyta CD). W przypadku tegorocznego projektu Pacewona & Mr. Greena próżno szukać w sieci internetowej artykułów na jego temat (podobnie to wyglądało z ich pierwszą płytą). Jednak nie przeszkadza to artystom w dotarciu do słuchaczy, w czym duża zasługa licznych teledysków promujących LP. jak dotychczas powstały klipy do „Ever Since”, „Liquor & Drugs”, „My God”, „My Song” oraz „Lock Me Up”. Część z tych nagrań video zamieszczam poniżej, zaś wszystkie można znaleźć na kanale Mr Greena na YouTube.

    Tracklista

    1. Ever Since
    2. Liquor & Drugs
    3. Big Screen
    4. Something To Say feat. Masta Ace
    5. Real Life
    6. We Do This
    7. Be Mine feat. Lee Scratch Perry & Elephant Pelican
    8. My God
    9. Fresh Air
    10. Champagne
    11. My Song feat. Rival
    12. Insecure
    13. Slow feat. Lawrence Arnell
    14. Lock Me Up feat. Snoop Dogg & Burnt MD
  • The Roots i Snoop Dogg na Coke Live Music Festival 2012

    The Roots i Snoop Dogg na Coke Live Music Festival 2012

    3–4 minut

    Tegoroczne wakacje przekroczyły już półmetek i powoli wchodzą w ostatnią fazę. Jednak zamiast smucić się, iż niebawem wakacyjna laba przeminie i za jakiś czas przyjdzie nam przywyknąć do jesiennej rzeczywistości, warto skorzystać z możliwości oferowanych przez letnią porę. W sierpniu wypada podobnie jak w poprzednim miesiącu kilka godnych polecenia wydarzeń muzycznych. Po lipcowych Sitkko Music Festivalu, czy Białystok Pozytywne Wibracje Festivalu w najbliższy weekend 11-12 sierpnia odbędzie się w Krakowie 7. edycja Coke Live Music Festivalu. W trakcie nadchodzącej odsłony imprezy wystąpią gwiazdy muzyki światowej, w tym wykonawcy przyciągający uwagę sympatyków hip hopu – The Roots i Snoop Dogg.

    11-12 sierpnia 2012 roku, Lotnisko – Muzeum Lotnictwa, Aleja Jana Pawła II 39, Kraków
    Coke Live Music Festival 2012
    Wystąpią:

    • The Roots, Snoop Dogg, The Killers, Placebo
    • Kim Nowak, Mystery Jets, Pezet & Małolat, Tabasko
    • Azari & III, Cool Kids Of Death, Crystal Fighters, Fair Weather Friends
    • Kamp!, Keira is You, Muchy, Spector

    Pełna rozpiska line-upu oraz godziny rozpoczęcia koncertów poszczególnych wykonawców znajdują się na stronie LiveFestival.pl.

    Cena karnetu:

    • karnet dwudniowy: 200 zł
    • karnet dwudniowy z polem namiotowym: 200 zł
    • bilet na jeden dzień festiwalu: 125 zł

    Wejściówki na Coke Live Music Festival są dostępne w sprzedaży za pośrednictwem sklepu Alter Artu oraz sieci Ticketpro.

    Jak wspomniałem we wstępie, fani hip hopu powinni być w pełni usatysfakcjonowani doborem artystów na tegoroczną edycję CLMF. Występy The Roots i Snoop Dogga oraz polskich wykonawców – Tabasko oraz Pezeta & Małolata – zapewne zgromadzą liczną publiczność pod dwoma scenami: main stage i Coke stage.

    The Roots są jednym z najważniejszych i najpopularniejszych współczesnych zespołów hip hopowych. Gdyby układać hierarchię ważności w tym środowisku, grupa z Filadelfii plasowałaby się zapewne gdzieś tuż obok Run-DMC, Wu-Tang Clanu i w szczególności Public Enemy, nie tylko ze względów muzycznych, ale także ideologicznych. Podobnie jak Chuck D i spółka, Black Thought, Questlove i reszta kompanii są aktywnymi komentatorami bieżących spraw politycznych i społecznych, czemu niejednokrotnie dali wyraz na swoich albumach. Od lat uznawani są także za najlepszy koncertowy zespół w rapie, ponieważ od wielu innych wykonawców wyróżnia ich w pełni żywy skład. Ich profesjonalizm docenił także Jimmy Fallon, gwiazda amerykańskiej telewizji, który zaprosił grupę do współpracy przy swoim codziennym programie. Z tego powodu liczba koncertów w tym roku jest niezwykle ograniczona.

    Długa jest natomiast lista artystów, z którymi The Roots nagrywali. Od królowej soul Eryki Badu przez Jay-Z do Sufjana Stevensa czy Johna Legenda, z którym nagrali album zatytułowany „Wake Up!”. Wydawnictwo przyniosło im w zeszłym roku aż trzy statuetki Grammy, powiększając i tak imponującą liczbę różnych nagród. W ciągu dwudziestu lat wydawniczej działalności formacji dali swoim fanom 10 w pełni autorskich, studyjnych albumów, z czego ostatni – „Undun” – pod koniec ub.r. Każdy z nich to osobna historia, inny etap rozwoju zespołu, a nawet różne składy zespołu. Pewna jest natomiast ich jakość, a co za tym idzie, recenzje i odbiór publiczności. Jednym zdaniem, The Roots stają się prawdziwą legendą, która ma się świetnie.

    Snoop Dogg nieprzerwanie szczyci się tysiącami fanów od Los Angeles po Auckland, uwielbiającymi jego wyluzowane podejście do życia. Z ponad 15 milionami sprzedanych albumów artysta od dwóch dekad plasuje się w czołówce amerykańskich raperów. Najsłynniejszym albumem przyjaciela Dr. Dre cały czas pozostaje „Doggystyle”, klasyka gangsta rapu wydana w 1993 roku. Liczbę gościnnych występów na płytach innych wykonawców może liczyć w setkach, a do batalionu swoich hitów, na które składają się m.in. „What’s My Name?”, „Gin & Juice”, „Drop It Like It’s Hot” i dziesiątki innych Snoop dołożył w ubiegłym roku wspólne nagranie z Wiz Khalifą, zatytułowane „Young, Wild & Free”.

    Kalifornijski raper nigdy nie odcina kuponów od swojej sławy, szukając zamiast tego nowych pomysłów na swoją muzykę. Niech za przykład posłuży ostatni studyjny album Snoop Dogga „Doggumentary”. Wśród producentów tej płyty znalazł się zarówno Kanye West, młody Lex Luger czy wokalista i muzyk zespołów Blur i Gorillaz, Damon Albarn. Na ten rok zapowiedziana jest premiera kolejnej płyty rapera – „Reincarnated”. O wydawnictwie zrobiło się bardzo głośno w ostatnich dniach, kiedy wyszło na jaw, iż całość zostanie utrzymana w klimacie reggae, a Snoop Dogg ogłosił się wcieleniem Boba Marleya. Próbkę tego, co można oczekiwać po tym materiale usłyszy publiczność zgromadzona w przyszły weekend w Krakowie. Tylko artysta wystąpi już pod pseudonimem Snoop Lion. Wygląda też na to, że doświadczony twórca jeszcze nie raz nas zaskoczy (odrębną kwestię stanowi to, od jakiej strony).

    Szczegółowe informacje o festiwalu na stronie Coke Live Music Festivalu i Facebooku.

  • Debiutancki album Nottza dostępny w sprzedaży

    Nottz - You Need This MusicPo przedstawieniu albumu „Digital Garden” Kixnare’a, ponownie przenosimy się do diametralnie innej strefy czasowej. Przyjrzyjmy się tym razem ostatnim poczynaniom szanowanego producenta, jakim bez wątpienia jest Nottz, który w drugiej połowie październik wydał długo oczekiwaną solową płytę „You Need This Music”. (więcej…)

  • Recenzja 12”: WC – The Streets

    WC - The Streets 12''Gangsta rap dopiero po raz pierwszy gości na łamach U Call That Love. Jednak nie oznacza to, że traktuję go po macoszemu i nie mam pojęcia o tym stylu hip hopowym, ponieważ całkowicie mija się to z prawdą. Ba, jednym z moich ulubionych Emcees jest jeden z weteranów gangsta rapu, który swoją muzyczną karierę rozpoczął jeszcze w latach 80.tych ubiegłego wieku a jest nim William L. Calhoun Jr, szerzej znany jako WC. Jako wprowadzenie do recenzji singla, posłużę się krótką biografią przedstawiciela LA. (więcej…)

  • Debiutancki album La Coka Nostra – A Brand You Can Trust

    La Coka Nostra - A Brand You Can Trust14 lipca, więc niemal równo dwa tygodnie temu, miała miejsce premiera długo oczekiwanego albumu La Coka Nostry zatytułowanego „A Brand You Can Trust”. W zasadzie płyta ta jest kompilacją dwóch części utworów. Pierwsze z nich nagrano do czasu podpisania kontraktu płytowego przez formację z niezależnym labelem Suburban Noize Records (założony został w 1995 przez lidera Kottonmouth Kings, Daddy X i kojarzony jest głównie z cięższymi brzmieniami), zaś druga partia tracków powstała już po wejściu ich w szeregi ww. wytwórni. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, gdy grupa została powołana do życia w 2005 roku przez Danny’ego Boya, to nie miała zamiaru nagrywać ani jednego LP. Dopiero później po utworzeniu stałego trzonu ekipy narodził się pomysł wydania oficjalnego materiału. Gościnnie na LP pojawili się: Big Left, Sen Dog, Snoop Dogg, B-Real, Sick Jacken, Bun B, Q-Unique & Immortal Technique. (więcej…)

Translate »