Płytoteka dorosłego człowieka. 200 płyt, które powinieneś mieć #2

Płytoteka dorosłego człowieka. 200 płyt, które powinieneś mieć #2We wrzeniu wspólnie z serwisem SugaSoul rozpoczęliśmy cykl poświęcony 200 najlepszych w historii wydawnictw spod znaku czarnych brzmień.  Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać naszych pierwszych dziesięciu propozycji, w tym miejscu znajdziecie pierwszą część publikacji. Druga dziesiątka ukazała się już jakiś czas temu na stronie partnera tego projektu, natomiast dziś nadrabiam zaległości z tego tytułu na stronie U Call That Love. Tak jak poprzednio, za pierwszą soulową połowę odpowiada SugaSoul, natomiast za propozycje płyt rapowych odpowiadam osobiście.

Heatwave - Too Hot to HandleHeatwaveToo Hot to Handle (1976)

Heatwave to jedna z najbardziej multikulturowych muzycznych grup w historii. W jej skład wchodzili artyści narodowości amerykańskiej, szwajcarskiej, jamajskiej, brytyjskiej a nawet (wówczas) czechosłowackiej. Ich debiutancka płyta o tytule znakomicie pasującym do zawartego na krążku materiału, okazała się być kopalnią ponadczasowych przebojów a na dodatek albumem totalnym, w którym wskazanie choćby jednego nieudanego utworu jest niemożliwe. Nie należy jednak się dziwić artystycznemu poziomowi Heatwave. Grupie przewodził bowiem genialny Rod Temperton, który kilka lat później miał zostać jednym z ulubionych producentów Michaela Jacksona, dla którego napisał „Rock With You” oraz najbardziej rozpoznawalny utwór Króla Popu„Thriller”. Pierwsza płyta, którą stworzył wraz ze swoją grupą, zawiera jeden z największych przebojów lat 70 zatytułowany „Boogie Nights” i to właśnie na krążku „Too Hot To Handle” znalazła się wersja oryginalna, później coverowana przynajmniej kilkanaście razy m.in. przez KC and the Sunshine Band. Wielkim hitem stała się również liryczna ballada „Always and Forever”, funkowe „Super Soul Sister” czy tytułowe „Too Hot To Handle”. Płyta z 1976 to jedna z największych perełek muzyki z pogranicza rhythm&bluesa, funku, disco i soulu. Pozycja obowiązkowa w każdej porządnej płytotece!

Lauryn Hill - The Miseducation of Lauryn HillLauryn HillThe Miseducation of Lauryn Hill (1998)

Pierwszy i w zasadzie ostatni solowy album w karierze, Lauryn Hill nagrała mając zaledwie 23 lata. Amerykańska artystka zgarnęła za debiutancki krążek potężny wór nagród, łamiąc przy tym kolejne rekordy sprzedaży, nominacji i wyróżnień. Płyta ta zadziwiała w 1998 roku i po 14 latach nadal zadziwia swoją świeżością, młodzieńczą energią a przy tym niespotykaną mądrością, tak muzyczną jak i liryczną. Lauryn Hill na swym debiucie zaprezentowała niezwykły rodzaj wrażliwości, umiejętnie wplatając go między brzmienia soulowe i hip hopowe. Pierwszym singlem została piosenka „Doo Woop (That Thing)” do dziś pozostająca esencjonalnym przykładem ambitnej, czarnej muzyki spod znaku Ms. Hill. Nie mniejszą popularność zdobył sensualny „Ex-Factor” czy duety z Mary J. Blige („I Used To Love Him”) oraz ze zmysłowym D’Angelo („Nothing Even Matters”). „The Miseduation of Lauryn Hill” to bezsprzecznie jeden z najważniejszych albumów wydanych w ostatniej dekadzie XX wieku. Plasuje się także w czołówce najwybitniejszych przykładów muzyki, którą określić można mianem „hip hopu z duszą”.

Minnie Riperton - Perfect AngelMinnie RipertonPerfect Angel (1974)

Pochodząca z Chicago, ponadprzeciętnie utalentowana Minnie Riperton, swoim drugim w karierze albumem wpisała się na stałe do annałów muzyki soulowej. Płyta „Perfect Angel” przyniosła artystce jej najpiękniejszy bodaj i najbardziej rozpoznawalny miłosny utwór „Lovin’ You” będący idealną muzyczną ilustracją wrażliwości i subtelności reprezentowanej przez Riperton. Błędem byłoby jednak utożsamianie całego albumu „Perfect Angel” z tą łagodną, romantyczną kompozycją. Na krążku z 1974 znalazło się bowiem kilka energetycznych utworów, które składają się na płytę będącą jedną z najciekawszych hybryd soulowego ducha połączonego z rockowym pazurem. Wystarczy wspomnieć 0 takich piosenkach jak „Reasons” czy „Every Time He Comes Around”. Utwory dla Riperton stworzył także sam Stevie Wonder, dokładając swą genialna rękę do aksamitnego „Take A Little Trip” czy tytułowego „Perfect Angel”. Album ten jest idealną mieszanką namiętności i niewinności, kompletnym muzycznym uosobieniem postaci Minnie Riperton, która zaledwie pięć lat po wydaniu „Perfect Angel”, opuściła muzyczny i pozamuzyczny świat przegrywając walkę z rakiem.

Alexander O'Neal - HearsayAlexander O’NealHearsay (1987)

Alexander O’Neal, z nie do końca zrozumiałych dla mnie przyczyn, już chyba na zawsze pozostanie jedną z najbardziej niedocenianych postaci lat 80.tych. Choć – przyznać trzeba – pochodzący z Missisipi wokalista miał w swoim czasie nadzwyczajnie silną konkurencję, sam nie pozostawał w tyle. Jego drugi w karierze album „Hearsay” jest jedną z płyt najlepiej ilustrujących muzykę ówczesnych czasów. Wspomnieć wystarczy tytułową piosenkę „Hearsay” należącą do kategorii nieśmiertelnych, miłosnych rhythm&bluesowych jamów, które kocha się od pierwszego usłyszenia. O’Neal bez wątpienia najlepiej czuł się właśnie wykonując utwory o tematyce uczuciowo-łóżkowej czego kolejnym przykładem jest bardzo popularne w ostatnich latach ósmej dekady XX wieku „Lovers”. Na albumie z 1987 roku nie zabrakło również nieco bardziej tanecznych kompozycji, do których można zaliczyć singlowe „Fake” oraz „Criticize”. Choć nie da się ukryć, że „Hearsay” w wielu momentach trąci myszką a czasem brzmi wręcz śmiesznie, nie można odmówić krążkowi wielkiego uroku i przyjemności jaką wciąż sprawia odsłuchiwanie go po 25 latach.

Maze - InspirationMazeInspiration (1979)

Grupa Maze założona w połowie lat 70, wyraźnie dowodzona przez Frankie’ego Beverly, w początkowym okresie swej kariery nagrywała album za albumem. Niezwykle trudno było zdecydować, który z nich powinien być wyróżniony jako ten najwybitniejszy. Wybór padł na „Inspiration”, który jest chyba krążkiem najpełniej uwypuklającym emocjonalność, muzyczną elegancję oraz absolutny wykonawczy profesjonalizm Maze. Płyta zamykająca siódmą dekadę XX wieku hipnotyzuje i zachwyca od pierwszych dźwięków otwierającego „Love Inspiration”. Kolejne utwory prezentują szeroką gamę możliwości składu, któremu lideruje Frankie Beverly – wytwornie funkujące „Feel That You’re Feelin’”, utrzymany w wolnym tempie muzyczny hołd dla wszystkich kobiet „Woman Is A Wonder” czy wciągająca, perfekcyjna esencja ciepłego a zarazem inteligentnego soulu końca lat 70, „Ain’t It Strange”. Frankie Beverly wraz z Maze stworzył przynajmniej kilka płyt, które na dobre wpisały się w historię jako najwybitniejsze przykłady afroamerykańskiej muzyki granej w absolutnie imponujący sposób.

Schoolly D - Schoolly DSchoolly-DSchoolly-D (1985)

W drugiej połowie lat 80.tych w muzyce hip hopowej dochodziło do licznych zmian i raz po raz następował mniejszy i większy przewrót w branży. Sporo miejsca poświęcało się gangsta rapowi i wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi aspektami niesionymi przez ten styl. Niesłychana ekspansja tego nurtu nie byłaby możliwa bez prawdziwego pioniera hardcore’owych opowieści w rapie,  Schoolly’ego-D. Wywodzący się z Filadelfii twórca jako pierwszy pokazał w jaki sposób należy snuć gangsterskie opowieści i przedstawiać te historie na płycie. Debiutancki album rapera z 1985 roku, „Schoolly-D”, okazał się wstępem do całego ruchu, generującego kilka lat później dziesiątki milionów dolarów. Filadelfijski wykonawca bez większej pomocy osób trzecich wypuścił dopracowany longplay trafiający na podatny grunt w Stanach Zjednoczonych. Sześć utworów przypadających na niniejszy projekt może wydać się niczym szczególnie, ale tak naprawdę nic więcej nie było trzeba. Na szczególną uwagę zasługują trzy nagrania, z których uczyniono zresztą singlami promującymi LP – „Put Your Filas On”, „P.S.K. What Does It Mean” oraz „Gucci Time”. Szczególnie drugi track na tej liście zrobił piorunujące wrażenie na wielu osobach. Skrót P.S.K. pochodzi od nazwy gangu Park Side Killers, z którym był związany Schoolly-D. Otwarta deklaracja przynależności do tej grupy, użycie w tekście utworu słowa „nigga” (Emcee jako jeden z pierwszych przedstawicieli hip hopu nie bał się zastosować tego określenia) oraz wyrazisty charakter, dodawały autentyczności obywatelowi Filadelfii. „P.S.K. What Does It Mean” stało się później motorem napędowym pierwszych nagrań Ice-T (patrz: „6 in the Mornin’”), a nawet ludzie spoza rapu docenili ten singiel. Schoolly-D rzadko pojawia się we wzmiankach dotyczących kultowych postaci dla rozwoju rapu. Jednak jego wkład w powstanie gangsta rapu jest niebagatelny i trzeba o tym pamiętać.

Jungle Brothers - Straight Out The JungleJungle BrothersStraight Out The Jungle (1988)

Pod koniec lat 80.tych w Nowym Jorku (choć nie tylko) wykształcił się nurt pozostający w opozycji do gangsta rapu – jazz-hop. Nowa odmiana rapu szybko znalazła swoich sympatyków, a większość artystów skupiła się wokół ruchu Native Tongues. W kilka lat po założeniu tego kolektywu, A Tribe Called Quest i De La Soul trafili na szczyty list przebojów i zaistnieli w mainstreamie, ale trzeci zespół wchodzący w oryginalny skład crew – Jungle Brothers – nie osiągnął tak dużych sukcesów, jak ich przyjaciele. Wpływ na to miało kilka czynników – grupa jako pierwsza ze wszystkich zadebiutowała na scenie, a łączenie różnych wariacji muzycznych wymagało od odbiorców dużego skupienia. Mike Gee, Afrika Baby Bam oraz DJ Sammy B dzięki swojemu otwarciu na wiele gatunków muzycznych, otrzymali szansę od wytwórni płytowej związaną z nagraniami dance, Idlers. Właśnie nakładem tego labelu trafiła do sprzedaży pierwsze single formacji, ale ich debiutancka płyta, „Straight Out The Jungle”, ukazała się dzięki nakładowi Warlocka. Longplay z 1988 roku to prawdziwa definicja afrocentryzmu, obecnego w każdym tracku pochodzącym z tego materiału. Oprócz licznych nawiązań do korzeni Afroamerykanów, Jungle Brothers silnie inspirowali się Jamesem Brownem i jazzowymi samplami oraz muzyką house. Ich największy szlagier, „I’ll House You”, zapoczątkował nurt zwany później jako hip house. Nad stroną producencką LP czuwali The Grand Wizard Oswald, Tony D i znamienity Kool DJ Red Alert, dopieszczając niesamowite brzmienie wynalezione przez członków JB. Gościnnie na albumie pojawił się nie byle kto, Q-Tip, dzięki któremu później jazz-hop trafił na panteon. „Straight Out The Jungle” to zapomniany przez niektórych klasyk, który odegrał istotną rolę w całym ruchu Native Tongue Posse.

Guru - Jazzmatazz, Vol. 1GuruJazzmatazz Volume: 1 (1993)

W pierwszej połowie lat 90.tych jazz-hop święcił swoje największe triumfy, przyciągając przy tym mnóstwo osób spoza kręgów hip hopowych. Niektórzy artyści poszli o krok dalej i postanowili włączyć do hip hopu tzw. żywe instrumenty opierając się o standardy jazzowe (względnie acid-jazzowe). W tym wszystkim znaczącą rolę odegrały trzy albumy: „Heavy Rhyme Experience, Vol. 1” The Brand New Heavies, „Doo-Bop” Milesa Davisa wspieranego przez Easy Mo Bee oraz Jazzmatazz Volume: 1” Guru. Wszystkie te produkcje stanowią klasykę gatunku, ale po latach właśnie do pierwszego wydawnictwa Keitha Elama poza Gang Starrem wraca się najczęściej. Co sprawia, iż wydany 19 lat temu przez Chrysalis Records materiał tak hipnotyzuje swoim pięknem? Przyjaciela DJ’a Premiera niemal od zawsze ciągnęło do korzystania z klasycznego jazzu w swoich nagraniach (patrz: singiel „Jazz Thing” Gang Starr z 1990 roku), a jego pierwsze solowe LP jest tego ukoronowaniem. Brzmienie pierwszej części „Jazzmatazz” przywodzi na myśl zadymione i przyciemnione kluby mające swoją siedzibę na Harlemie. Czy mogłoby być inaczej, skoro do współpracy nad płytą raper zaprosił takich wirtuozów, jak Lonnie Liston Smith, Branford Marsalis, Ronny Jordan, Donald Byrd oraz Roy Ayers? Ponadto swoją rolę odgrywają wokaliści – N’Dea Davenport (The Brand New Heavies), Carleen Anderson, DC Lee, a także francuski raper MC Solaar. „Jazzmatazz Volume: 1” to klasyk ponad klasykami, a zarazem najbardziej undergroundowa część serii, co też znacznie wpływa na charakter całości materiału. „Loungin’”, „Transit Ride”, „Down The Backstreets”, czy „Sights In The City”, to ponadczasowe utwory. Natomiast tak doskonałego wprowadzenia do longplaya jak w „Introduction”, może pozazdrościć Guru niejeden utytułowany artysta.

GZA - Liquid SwordsGenius/GZALiquid Swords (1995)

Po wydaniu w 1993 roku debiutanckiego albumu Wu-Tang Clanu, „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”, szerzej nieznana grupa trafiła na hip hopowe wyżyny. Opinia publiczna oczekiwała równie udanych, co pierwsza płyta zespołu, solowych wydawnictw członków nowojorskie klanu. Wśród członków kolektywu tylko jedna osoba miała doświadczenie wyniesione z pracy nad solową produkcją, Genius/GZA. Raper wiedział jakich należy uniknąć po tym, jak jego debiutancki projekt, „Words from the Genius” (1991), przeszedł bez większego echa. Gary Grice odrobił pracę domową i bogatszy w kolejne doświadczenia dostarczył w listopadzie 1995 roku kompletne LP. Liquid Swords oprowadza słuchacza po świecie inspirowanym filmami kung-fu, gdzie jeden najmniejszy błąd może oznaczać zgubę bohatera. Album wydany przez Geffen Records aż mnoży się od kultowych nagrań, a intro wprowadzające do tytułowego utworu nadal pozostaje jednym z moich ulubionych. Umiejętnie dobrane single promujące płytę („I Gotcha Back”, „Liquid Swords”, „Cold World” oraz „Shadowboxin’”), mistyczna otoczka i niepodrabiany przez nikogo innego styl znalazły setki tysięcy sympatyków na całym globie. Produkcję longplaya powierzono The Rizza, który w tamtym okresie był jednym z największych producentów hip hopowych. GZA w każdym tracku pokazywał swój geniusz, nie pozwalając sobie ani na jeden słabszy moment. Dodatkowego smaczku  nadaje ostatni utwór, pominięty przy pierwszej wersji winylowej LP, „B.I.B.L.E. (Basic Instructions Before Leaving Earth)”. Nagranie tak naprawdę należy do Killah Priesta i to jemu należą się słowa uznania za fantastyczne zwieńczenie płyty.

The Roots - Things Fall ApartThe RootsThings Fall Apart (1999)

Od początku istnienia kultury hip hopowej liczyło się przede wszystkim to, w jaki sposób poszczególni twórcy prezentują się na żywo. W końcu nic tak nie oddaje charakteru wykonawców, jak występy przed publicznością. Nie należy być wcale omnibusem, aby łatwo zgadnąć, jaki zespół jest powszechnie uważany od kilkunastu lat za najlepszy w czasie koncertów (po czasach old schoolu). W tym miejscu chodzi oczywiście o filadelfijską formację The Roots. W 1999 roku ukazał się bodaj najważniejszy album w bogatym dorobku kolektywu, Things Fall Apart. Znajdziemy kilka istotnych czynników przemawiających akurat za tą płytą. Przede wszystkim kultowy singiel „You Got Me”, którego historia powstania jest naprawdę interesująca. Tekst utworu napisała Jill Scott, zastąpiona później przez bardziej znaną w tamtym czasie Erykę Badu; występująca w nagraniu Eve jest często pomijana przy dyskusjach o tej kompozycji. Poza tym, to ostatni longplay przedstawicieli Philly nagrany w oryginalnym składzie z Malikiem B. oraz niedoścignionym mistrzem beatboxowym, Rahzelem. Poza tym, „Things Fall Apart” przyniosło Black Thoughtowi, Questlove’owi i spółce złotą płytę, sprzedając się w nakładzie przekraczającym 500,000 kopii. Sesje nagraniowe trwające blisko dwa lata przypadły też na działalność crew o nazwie Soulquarians, pojawiającego się na kilku istotnych albumach z przełomu wieków. Za warstwę muzyczną LP odpowiadała zawiązana na potrzeby tego i kilku innych produkcji, grupa The Grand Wizzards, w rzeczywistości stanowiąca część The Roots uzupełnioną o parę dodatkowych twarzy. Gościnne występy Mos Defa, Ursuli Rucker, DJ’a Jazzy Jeffa, Commona i pozostałych artystów dodają dodatkowej maestrii wykonania całości płyty.