Tag: instrumental hip hop

  • Instrumentalne opowieści Brocka Berrigana na Point Pleasant

    Instrumentalne opowieści Brocka Berrigana na Point Pleasant

    3–5 minut

    Od 2008 roku trwa w najlepsze renesans płyt winylowych, co odnotowały nawet media w ogóle niezwiązane z muzyką. W końcu winyle można kupić już w sieci dyskontów Biedronka i Lidl, więc nie ma co ukrywać, że woski ponownie weszły do życia codziennego. Z drugiej strony, osoby dobrze zorientowane w środowisku muzycznym doskonale wiedzą, że ten nośnik muzyczny rzadko funkcjonuje w mainstreamie, w którym króluje cyfrowa postać nagrań. Płyty winylowe mają wzięcie wśród fanów rocka (Jack White ma najbardziej oddanych sympatyków) oraz w wybranych niszach – setki reedycji starszych materiałów oraz niezależna strona muzyki. W ostatniej z tych kategorii śmiało poczynają sobie undergroundowi wydawcy i artyści z pogranicza hip hopu i brzmień instrumentalnych. W wielu przypadkach wykonawcy stawiają sobie za cel wydanie albumu na winylu, co niekiedy stanowi szczyt ich marzeń. Nierzadko dochodzi do tego dopiero przy którejś z rzędu produkcji poszczególnego twórcy, jak choćby u amerykańskiego producenta Brocka Berrigana. Pochodzące z maja ub.r. „Point Pleasant” to jego pierwsze wydawnictwo wytłoczone na płytach winylowych.

    Artyści ukrywający swoją tożsamość posiadają niekiedy dużą siłę przyciągania. W tym miejscu nie mam na myśli jedynie MF Dooma, ale także billy’ego woodsa, The Koreatown Oddity’ego czy właśnie Brocka Berrigana. Amerykański twórca zawsze pojawia się w masce indyka, co stało się jego znakiem rozpoznawczym. W jego wypadku trudno mówić o tanim chwycie reklamowym, gdyż wydawnictwa beatmakera bronią się same.

    Nowojorski producent z powodzeniem prowadzi działalność wydawniczą od 2011 roku. Przez ten czas wydał on ponad 10 płyt, za każdym razem stawiając na instrumentalną odsłonę swoich projektów. Brock Berrigan stawia na krótsze nagrania, które skrzętnie składają się w jedną całość na płytach. Nowojorczyk posiadł też rzadką umiejętność tworzenia za pomocą muzyki historyjek, czerpiąc przy tym inspiracje z rozmaitych stron. W ten sposób nagrania producenta brzmią bardziej okazale i nie należy ich rozpatrywać w kategoriach zwykłych pętli czy prostych beatów. Już po premierowym materiale – „2011 Beat Tape” – bohater niniejszego artykułu trafił do niszy odbiorców chętnie przekazujących informacje dalej o jego twórczości. Do najważniejszych wydawnictw Amerykanina należą „Good Company”, „Four Walls and an Amplifier”, „Two AM”, „Chapter 10” i „Way of Life”. Wszystkie te materiały doczekały się dużej popularności na Bandcampie; nie brakowało też wzmianek o tym producencie na łamach stron muzycznych. Brock Berrigan doceniły również osoby kierujące platformami wydającymi kompilacje z nagraniami beatmakerów. Ten Million Sounds, Dloaw & Co., Outlier Recordings, Pragmatic Theory Records, Gergaz Netlabel oraz Chillhop Records na przestrzeni lat współpracowały z beatmakerem. Amerykanin nawiązał najściślejsze stosunku z ostatnią z ww. oficyn wydawniczych. Po 4-letniej kooperacji holenderski label pokusił się o wydanie pełnego albumu Brocka Berrigana na woskach. „Point Pleasant” stanowi ukoronowanie dotychczasowej pracy wykonanej przez nowojorczyka.

    Album zadebiutował na rynku płytowym 9 maja. Wraz z opublikowaniem materiału ruszyła kampania crowdfundingowa na Qrates, mająca na celu wydanie produkcji na płytach winylowych. Po miesiącu starań Chillhop Records udało się doprowadzić do wytłoczenia płyt winylowych. Należy zaznaczyć, że muzyka amerykańskiego producenta od dawna zasługiwała na wypuszczenie na woskach. Brock Berrigan solidnie popracował nad materiałem, oddając do rąk słuchaczy w pełni dopracowany projekt. Przy pracach nad longplayem artysta poszukiwał natchnienia daleko od miejskiego zgiełku, obcując przez długi czas z naturą. Ucieczka beatmakera w kierunku nowych inspiracji do tworzenia muzyki zdała egzamin. „Point Pleasant” to ponad wszelką wątpliwość urozmaicona płyta. Już po pierwszym zapoznaniu się z longplayem można odczuć, że mamy do czynienia z muzyką świata. Dobitnie świadczy o tym przekrój utworów, zróżnicowanych i opartych o niestandardowe sample. Wyraźnie to widać na przykładzie tytułowego „Point Pleasant”, „Angel’s Landing” czy „Hazel Part Two”. Poza tymi nagraniami Brock Berrigan zaserwował rozwiązania znane z wcześniejszych materiałów. Nienaganny sampling, umiejętnie łączony z odpowiednim brzmieniem perkusji i basem, a także chwytliwe melodie wplątywane w utwory – wszystko to znajdziemy na „Point Pleasant”. Na produkcji sporo dzieje się, nie ma miejsca na jakiekolwiek wypełniacze bądź powtarzane schematy. Amerykanin sprawnie operuje emocjami odbiorców i atmosferą ścieżek, dzięki czemu nie ma mowy o jakiejkolwiek monotonii. Wyraźna zasługa w tym rozbudowanych instrumentalnych kompozycji, wzbogacających bardziej projekt, aniżeli byłoby to w przypadku zwykłych i często spotykanych pętli, bądź krótkich i urywanych nagrań. Przemyślany i właściwie przygotowany album, do którego powraca się z przyjemnością.

    Płytę można odsłuchać za pośrednictwem doskonale znanych serwisów streamingowych (Bandcamp, Soundcloud, Spotify, YouTube, Deezer i innych). Po skutecznej kampanii przeprowadzonej na Qrates winylowa edycja „Point Pleasant” trafiła do sprzedaży. Majowy materiał promują liczne single. „The Look”, „The Waiting Game”, „Angel’s Landing”, „Owl Farm” oraz „Crossing Paths” nadal cieszą się dużą popularnością, co mocno przyczyniło się do sukcesu całego projektu. Brock Berrigan może nie należy do ścisłej czołówki producentów zajmujących się instrumentalnym hip hopem, aczkolwiek i tak posiada on licznych fanów. Warto podkreślić fakt, że beatmaker wciąż rozwija się, co jest świetnym prognostykiem na przyszłość. Z kolei Chillhop Records posiada potężną bazę odbiorców, co doskonale wróży tej wytwórni na kolejne lata.

    Tracklista

    1. The Time Has Come
    2. The Look
    3. Fax Machine
    4. Split Decision
    5. Point Pleasant
    6. The Waiting Game
    7. Joy She Brings
    8. Baxter
    9. So In Love
    10. Angel’s Landing
    11. Owl Farm
    12. Smoke Break
    13. Crossing Paths
    14. Hazel Part Two
  • Mounika zadaje pytanie How Are You?

    Mounika zadaje pytanie How Are You?

    4–5 minut

    Po okresie zdominowanym przez serwisy muzyczne 2-3 lata temu nastąpiła odczuwalna zmiana w stosunku do sposobu rozpowszechniania muzyki. Zdecydowana większość niezależnych artystów skupia się na bezpośrednim kontakcie ze swoimi grupami docelowymi. Skuteczniejsze docieranie do odbiorców stało się możliwe dzięki ogromnej sile tkwiącej w platformach streamingowych. Spotify, Soundcloud, Bandcamp i pozostałe serwisy odgrywają ogromną rolę w kształtowaniu współczesnej sceny. Istotną grupą zyskującą na tym stała się, stale powiększająca rozmiary, nisza niezależnych producentów. W tym momencie beatmakerzy odgrywają istotną rolę na międzynarodowej scenie muzycznej, co nie podlega żadnej dyskusji. Rozpoznawalność poszczególnych osób z tych kręgów i wysokie statystyki osiągane przez ich nagrania w sieci zachęcają kolejne postaci do podążania ich śladem. Przy takim natłoku twórców i tysiącach płyt trudno odnaleźć się słuchaczom, co stanowi drugie oblicze ery streamingowej. Artystą pozostającym na poziomie od lat, który osiągnął już dużą popularność w wybranych kręgach, jest Mounika. Wydane w połowie ub.r. „How Are You” potwierdza klasę francuskiego producenta.

    Soundcloud to prawdziwa mekka artystów spod znaku low-fidelity. Od kilku lat SC nie ma dobrej prasy, czemu nie należy wcale dziwić się (więcej o tym w przyszłym miesiącu), jednak nie można odmówić tej stronie tego, że dzięki niej wybiła się długa lista wykonawców. Wśród nich znajdziemy właśnie Mounikę. Niepozorny producent ukrywający się pod żeńskim imieniem, to wręcz sztandarowy przykład tego, jak mogą wyglądać kariery beatmakerów związanych ściśle z klimatami lo-fi.

    Pierwsze wzmianki o francuskim twórcy pojawiły się ponad 5 lat temu. Pierwsze materiały producenta – „Wake Up” oraz „Beats Volume 1” – nie zrobiły większej furory, lecz w końcu od czegoś trzeba zacząć, nieprawdaż? Mounika zwrócił na siebie uwagę sympatyków instrumentalnego hip hopu wydając w październiku 2014 roku „Basket Sound”. Kolekcję instrumentali cechowały charakterystyczne sample i dbałość artysty o szczegóły. Utwory nagrywane przez Francuza bezproblemowo mogły posłużyć raperom za beaty, czego nie ukrywał przy tym ich autor. W następnych miesiącach niezależny beatmaker podjął współpracę z Dusted Wax Kingdom, co umożliwiło mu na jeszcze lepsze docieranie ze swoją twórczością do odbiorców. Z drugiej strony, grono sympatyków Mouniki rosło automatycznie, do czego przyczyniały się jego kolejne trafnie budowane płyty. „Born To Be Beats”, „Seagulls EP” oraz dwie nowe odsłony serii „Basket Sound” przyczyniły się do znacznie zwiększonego zainteresowania działalnością producenta. W 2016 roku powstał zagadkowy i nad wyraz klimatyczny videoclip do jednego z najlepszych nagrań Francuza, „There Is A Bed In My Head”, który dodatkowo przysłużył się do promocji jego muzyki. Pomiędzy tym wszystkim brakowało przysłowiowej kropki nad i – pełnego albumu. Wydane w tym roku „How Are You” to nie tylko uzupełnienie dotychczasowej twórczości Mouniki, ale także brakujące ogniwo w jego dorobku.

    Przy nowym wydawnictwie Francuz podjął współpracę z belgijską platformą DLoaw, skupioną niegdyś na działalności wyłącznie promocyjnej, przekształconej następnie w oficynę wydawniczą. Po zyskaniu silnego partnera w sferze instrumentalnego hip hopu można było liczyć na odpowiednią promocję materiału oraz na pierwsze wydanie produkcji Mouniki na płytach winylowych, do czego ostatecznie jednak nie doszło (o szczegółach poniżej). Płytę opublikowano 19 czerwca 2017 roku. Wszyscy dotychczasowi sympatycy twórczości francuskiego beatmakera nie powinni narzekać na poziom albumu. Od razu trzeba zaznaczyć też, że dzięki „How Are You” Mounika zdobył masę nowych słuchaczy. W czym tkwi sukces tegorocznej płyty producenta? Przede wszystkim rzuca się w oczy (czytaj: uszy) rzadka umiejętność opowiadania historii za pomocą instrumentalnych nagrań. Wyraźnie to widać na pierwszej części longplaya, bardziej stonowanej, łagodnej, zahaczającej o klimaty deep/slow beats. „Cut My Hair”, „Lost With You”, „Dreamin’” i „Winter” nie tylko wpadają w ucho, ale również wciągają do świata kreowanego przez Mounikę, przez co przypominają się płyty mistrza tego stylu, Kid Koali. W drugiej połowie „How Are You” zyskuje na neo boom-bapowym brzmieniu wymieszanym z dźwiękami latynoskimi. Nie oznacza to jednak, że na tym kończą się historyjki dostarczane przez Francuza, o czym świadczą utworu pokroju „Smoking With Her”, „Love You Sweet It’s What I Do” czy „YouMayWithoutMe”. Skwapliwie utkana nić przez Francuza łącząca poszczególne sample i delikatną atmosferę albumu posiada dużą siłę oddziaływania. Wrażliwość muzyczna Mouniki znana z jego poprzednich dokonań weszła na tym projekcie na wyższy poziom.

    Projekt do odsłuchu na wszystkich popularnych serwisach streamingowych – Spotify, Deezer, Bandcamp, etc., co już jest normą w tych czasach. „How Are You” trafiło do obiegu w postaci cyfrowej. Docelowo projekt miał ujrzeć światło dzienne również na winylach. Początkowo premierę płyt winylowych zapowiedziano na wrzesień. W skutek nieprzewidzianych zdarzeń ze strony DLoaw, płyta nie doczekała się do tej pory premiery na woskach; trudno też powiedzieć, czy kiedykolwiek do tego dojdzie. Album promuje kilka singli na czele z „Love You Sweet It’s What I Do” oraz „Cut My Hair” z udziałem Cavetowna. Do pierwszego z tych nagrań powstał również stosowny videoclip. Wraz z tegoroczną produkcją Mounika przedarł się znacznie wyżej w hierarchii beatmakerów, co na pewno zaprocentuje w przypadku jego kolejnych materiałów.

    Wypada też wspomnieć, że pod koniec grudnia ukazała się EP-ka „Walking Good”, brzmiąca na odpowiednim poziomie, czego można było spodziewać się po Mounice.

    Aktualizacja: Wskutek nie do końca jasnych i klarownych działań ze strony wydawcy, materiał został okrojony do 7 utworów.

    Tracklista

    1. De Roses Et De Colombes
    2. Cut My Hair (feat. Cavetown)
    3. Left Me
    4. Lost With You
    5. Interlude (The Middle Of The Film)
    6. Long Silent
    7. Nowhere (feat. Lotte Kestner)
  • Sly5thAve upamiętnia Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre

    Sly5thAve upamiętnia Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre

    4–6 minut

    W przemyśle muzycznym listopad i grudzień należą zazwyczaj do spokojnych miesięcy. Z reguły w ostatnich miesiącach roku wychodzi mniej nowości płytowych, zaś większość osób skupia się na promocji wypuszczonych wcześniej projektów, bądź też finalizacji materiałów przeznaczonych do wydania w przyszłym roku. Zdarzają się jednak odstępstwa od tej reguły, jak to ma miejsce w tym roku. W czasie, gdy pełno przedstawicieli mediów szykowało się do podsumowania 2017 roku (liczne rankingi tworzone na tę potrzebę zakrawają na śmieszność i są bliźniaczo podobne do siebie), część wykonawców opublikowała klasowe płyty. W tych kategoriach na pewno należy mówić o „Baralku” Emancipatora, „Children Of Nu” Reginalda Omasa Mamode IV, „Case” The Cancel Bandu, „Da Flowin’ Dutchman” BlabberMoufa, „The Offering” Darkhouse Family, „Boom Bap Bigelow” Invincible Mask (Kyo Itachi & Tha Soloist), „The Reflecting Sea (Welcome to a New Philosophy)” Damu The Fudgemunka & Raw Poetika czy „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” Sly5thAve’a. W niniejszym artykule przedstawię szerzej ostatnią produkcję, w piękny sposób upamiętniającą twórczość Dr. Dre.

    Artyści o afrykańskich korzeniach posiadają wyjątkowe czucie muzyki. Od lat dobitnie przekonuje o tym wszystkich Oddisee, lecz należy pamiętać o tym, że oprócz niego są pozostali intrygujący wykonawcy o rodowodzie z Czarnego Lądu. Na przestrzeni ostatnich lat w Stanach Zjednoczonych pokazał się szerzej niepozorny Sylvester Uzoma Onyejiaka II. Urodzony w amerykańskim Houston od najmłodszych lat przejawiał zamiłowanie do muzyki. W dzieciństwie uczył się gry na różnych instrumentach (od perkusji, przez pianino, aż po saksofon), a także uczył się śpiewu w lokalnym chórze. Po wstępnych naukach Sly5thAve dołączył do zespołu działającego na terenie Houston, w ramach którego poszerzał swoje umiejętności. Po ukończeniu szkoły średniej nie zamierzał on rezygnować z dalszej muzycznej edukacji. Młody artysta dostał się na University of North Texas, gdzie poznał kolejne osoby mające wpływ na jego dalsze poczynania, stając się członkiem słynnego zespołu One O’Clock Lab Band (kultowy uniwersytecki jazzowy kolektyw). Wraz z upływem lat pasja do muzyki przeobraziła się również w jego życie zawodowe.

    Po przeprowadzce n nowojorski Brooklyn Sly5thAve rozpoczął działalność jako muzyk koncertowy i sesyjny. W krótkiem okresie udało mu się podjąć współpracę z prawdziwymi tuzami jazzu, soulu i funku. Wystarczy tutaj wymienić choćby Gladys Knight, The Dave Brubeck Quartet, Jamesa Cartera, Keitha Andersona, Maceo Parkera czy Branforda Marsalisa. Sly5thAve był również częścią zespołu koncertowego Prince’a & The New Power Generation, co niewątpliwie było dużą nobilitacją dla młodego twórcy. Zainteresowanie artysty wybiegają poza ww. gatunki. Amerykanin pomagał w pracach studyjnych też wykonawcom hip hopowym (Blu, Homeboy Sandman, Denitia & Sene). Jazzowo-soulowy kolaż muzyczny z elementami hip hopu i Afro beatu w całości znalazł się na debiutanckiej solowej płycie Sly5thAve’a, „Akuma”. Album wydany przez Truth Revolution Records odsłonił spory talent muzyka o nigeryjskich korzeniach do tworzenia nieschematycznych nagrań. Po tak udanym początku Sylvester Uzoma Onyejiaka II pokusił się o szalenie wciągający i dojrzały materiał. „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” to kapitalny hołd złożony jednemu z największych producentów hip hopowych wszech czasów.

    Projekt zadebiutował na rynku płytowym 17 listopada. Wydaniem materiału zajęło się brytyjskie Tru Thoughts, co już stanowi doskonałą rekomendację wydawnictwa. Interpretacje klasycznych utworów Dr. Dre w wykonaniu innych twórców nie zawsze wypadały na zadowalającym poziomie. Sly5thAve zmierzył się z trudną sztuką właściwego przedstawienia dorobku współzałożyciela N.W.A. Prekursor G-funku posiada bogatą dyskografię, szczególnie dotyczy to lat 90.tych, kiedy to późniejszy współtwórca marki Beats By Dre był najbardziej aktywny. W końcu nie tylko chodzi tutaj o płyty producenckie („The Chronic”, „2001”), czy kompilację „The Aftermath”, ale także o masę singli wyprodukowanych przez Dr. Dre. Wobec tego przed przygotowaniem tego dzieła Sly5thAve dokonał wnikliwej selekcji materiału, zapraszając przy tym do współpracy szereg uznanych postaci. Mark de Clive Lowe, Quantic, Zach Brock, Patrick Bailey, DJ Center i pozostali artyści najpierw uczestniczyli w nagraniach studyjnych, a następnie wystąpili wraz z Sylvesterem Uzoma Onyejiaką II na specjalnym koncercie w Wilshire Ebell Theatre w Los Angeles z udziałem Dr. Dre, na którym po raz pierwszy zaprezentowano publicznie album.

    „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” zabiera słuchaczy w świat Dr. Dre, w którym za przewodnika służy niepozorny wydawałoby się nowojorczyk. Bogate aranżacje, rozbudowane instrumentarium, smukłe łączenie utworów w całość, polot i wizja – wszystko to zostało zawarte na tej płycie. Niesłychanym atutem LP jest to, że koniec każdego nagrania równocześnie rozpoczyna następną kompozycję; dzięki temu niezmiernie łatwo wsiąknąć w ten świat muzyczny. „Shiznit” połączone z „California Love”, „Curtis” ze „Still D.R.E.” czy „Let Me Ride” z „The Edge” są świetnymi przykładami, jak należy tworzyć tego rodzaju wydawnictwa. W tym wypadku nie ma mowy jedynie o suchym odtworzeniu ścieżek, lecz również występuje tutaj wartość dodana w postaci autorskich pomysłów rozbudowujących poszczególne nagrania. Publiczność zgromadzona na pierwszym wykonaniu „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” wraz z Dr. Dre na czele przyjęła materiał przez aklamację. Trudno temu się dziwić, skoro mamy do czynienia ze świeżym spojrzeniem na klasyczne nagrania Dr. Dre wykonanym z ogromną klasą.

    Album udostępniono do odsłuchu na wszystkich dostępnych platformach streamingowych (Bandcamp, Spotify, YouTube, Deezer i pozostałych). „The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” trafiło do sprzedaży w wydaniu elektronicznym i fizycznym (płyty kompaktowe i winylowe). Woski cieszą się dużą popularnością wśród kolekcjonerów płyt (nakład na wyczerpaniu). Wydawnictwo promują 3 singlowe nagrania – „Shiznit”, „Still D.R.E.” i „Let Me Ride”. Sly5thAve przy wsparciu swoich gości stworzył monumentalne dzieło, mocno wybijające się ponad przeciętność. Twórczość Dr. Dre została w piękny sposób upamiętniona, o co prosiło się od lat.

    Tracklista

    1. Shiznit feat. Jesse Fischer
    2. California Love feat. Cory Henry
    3. Drelude for Woo feat. Mark de Clive Lowe
    4. Forgot About Dre
    5. Interlude #2 feat. Zach Brock
    6. No Diggity feat. Sydney Driver
    7. The Jam feat. Matthias „Pedals” Loescher
    8. Who Am I feat. Paul Wilson
    9. The Jam Part II feat. Paul Wilson
    10. I’d Rather Be With You feat. Melissa McMillan
    11. Curtis feat. Patrick Bailey
    12. Still D.R.E.
    13. The Jam Part III
    14. My Name Is feat. Robert „Sput”n Searight
    15. Interlude #3 feat. DJ Center
    16. Guilty Conscience
    17. Interlude #4
    18. Nuthin’ But A „G” Thang feat. Brad Allen Williams
    19. Interlude #5
    20. Let Me Ride feat. Jimetta Rose (Radio Edit)
    21. The Edge feat. Quantic
    22. Next Episode
    23. Peace
  • Enigmatyczne dźwięki Neroche’a na Roadside Oddities

    Enigmatyczne dźwięki Neroche’a na Roadside Oddities

    3–4 minut

    Instrumentalna strona muzyki sukcesywnie powiększa swoje kręgi. Jednym z najciekawszych zagadnień dotyczących tej sceny jest forma nagrywania muzyki przez poszczególnych producentów. Nie trzeba posiadać rozległej wiedzy muzycznej, aby zauważyć wyraźną granicę pomiędzy beatmakerami skupiającymi się na tworzeniu stricte instrumentalnych nagrań a artystami chętnie nagrywającymi z wokalistami. W środowisku nie sposób nie zauważyć zagorzałych zwolenników obu tych niszy, które nie zawsze wzajemnie nakładają się na siebie. Nie należy też zapominać o tym, iż część producentów posiada na tyle wyrazisty i specyficzny styl, że trudno sobie wyobrazić ich nagrania z wokalami. Jednym z takich beatmakerów jest Neroche, który w marcu wypuścił album „Roadside Oddities”.

    Od zarania dziejów ludzi pociągało nieznane. Znakomicie widać to w przypadku środowiska muzycznego, w którym enigmatyczni artyści potrafią szybko zdobyć rozgłos czy wręcz okryć się nieśmiertelną sławą (patrz: MF Doom). W ten klimat idealnie wpasowuje się Neroche. Od początku swojej działalności brytyjski producent pozostaje nader tajemniczy i nieschematyczny, co przekłada się na charakter jego niepospolitych utworów.

    Styl osobliwego beatmakera, to wypadkowa jego różnorodnych inspiracji. W nagraniach Neroche’a odnajdziemy elementy instrumentalnego hip hopu, downtempo i trip-hopu polanego grubą warstwą brzmień abstrakcyjnych. Oniryczna atmosfera towarzysząca płytom Brytyjczyka może stanowić tło do filmów klasy B lub też gier fantasy. Już na pierwszych wydawnictwach (dzisiaj trudno dostępnych w sieci) producent zgrabnie podawał utwory przypisane do tego świata. Wciągające i nieodgadnione dźwięki Neroche’a rozpościerają się na każdej z jego płyt powszechnie dostępnych w obiegu. „The Crooked Mile”, „In The Woods…They Wait!”, „Tryptamine” i „Elixir” przedstawiają nie tylko enigmatyczny instrumentalny świat kreowany przez brytyjskiego artystę, ale także wypadają na odpowiednio wysokim poziomie. Producent rozwija się z projektu na projekt, co pokazuje jego nowy longplay. „Roadside Oddities” to wyborny soundtrack dla wszystkich niespokojnych duchów.

    Przed opublikowaniem tego projektu widać było znaczącą różnicę w porównaniu do wcześniejszych wydawnictw Brytyjczyka. Wszystko sprowadzało się do tego, że za sprawą poprzednich materiałów Neroche zyskał przychylność większej liczby odbiorców, którzy pozytywnie zareagowali na wieści o zbliżającej się premierze nowego albumu producenta. Przecież w muzyce tak jak również w sporcie, osoby wspierające poszczególnych artystów potrafią nie tylko zmotywować ich do dalszej pracy, lecz także udowodnić, że ich twórczość nie trafia jedynie do internetowej próżni. „Roadside Oddities” nie zostało pominięte w środowisku muzycznym. Wręcz przeciwnie – marcowe wydawnictwo należy uznać za najlepiej odebrany materiał Neroche’a przez słuchaczy, stojący przy tym na odpowiednio wysokim poziomie artystycznym.

    Neroche za sprawą swojej muzyki stara się wnikać do wnętrza słuchacza, skłaniając jego do refleksji i rozmyśleń na temat własnego życia. Niepokojące dźwięki unoszące się nad nową płytą brytyjskiego beatmakera w pełni odzwierciedlają tytuł wydawnictwa. Producent wciela się tutaj w rolę narratora opowiadającego o niespokojnych wędrowcach krążących po ponurych i rzadko odwiedzanych ścieżkach. Nad tym wszystkim unosi się pierwiastek dziwnych i osobliwych wydarzeń, prowadzących do odkrycia prawdy o samym sobie. Drogowskaz kierujący do „Roadside Oddities” jest po części rozmyty i na pierwszy rzut okiem trudny do odczytania. Jednak przy pomocy uzupełniających się wzajemnie utworów i swoistych didaskaliów podawanych w postaci wgranych monologów ze starych płyt i programów, istnieje możliwość odnalezienia w tym sensu i zrozumienia tej zawikłanej i pełnej zagadek drogi. Instrumentalne opowieści Neroche’a posiadają wiele wdzięku i potrafią urzec odbiorcę. „As I Walk”, „Counter Clockwise”, „Day In, Day Out”, „Late Summer Sky” i „Carnivàle” doskonale oddają aurę unoszącą nad owianymi tajemnicą ścieżkami, łączącymi nieodgadnione części ludzkiej osobowości. Album przeznaczony dla sympatyków muzycznych zagadek, zdecydowanie odbiegający od typowego projektu przypisanego do tego nurtu.

    „Roadside Oddities” pojawiło się na Bandcampie, YouTube, Spotify, Deezerze i serwisach pokrewnych. Album dostępny do pobrania w wersji elektronicznej. Neroche wypuścił kilka singli promujących LP (m.in. „Day In, Day Out”, „Counter Clockwise”, „They Wait!” i „Lakeside”). Jak widać, nawet nie przykładając się działań marketingowych i bez szerokich kontaktów w niszy producenckiej, również można osiągnąć sukces.

    Tracklista

    1. A Route Obscure
    2. As I Walk
    3. Roadside Oddities
    4. The Fourth Circle
    5. Counter Clockwise
    6. Day In, Day Out
    7. Cross Country Tour
    8. Season Climate Mixer
    9. Mirror Moon
    10. Separation Of Matter
    11. Lakeside
    12. Late Summer Sky
    13. They Wait!
    14. Curious Violet Light
    15. Midnight Sun
    16. Carnivàle
    17. Morning Harvest
    18. Sunken City
  • Robot Orchestra w pogoni za Chasing Rainbows

    Robot Orchestra w pogoni za Chasing Rainbows

    3–5 minut

    Już wcześniej co najmniej kilkakrotnie wspominałem o sile wybranych środowisk producenckich podzielonych geograficznie. W tym momencie do pierwszej piątki państw w tym zestawieniu zaliczają się Stany Zjednoczone, Japonia, Wielka Brytania, Japonia i Niemcy. Spora część mediów i odbiorców wskazuje naszych zachodnich sąsiadów jako tych, którzy mogą pochwalić się najbardziej urozmaiconym i najprężniej działającym kręgiem beatmakerskim na świecie. Przyznaję, że również przychylam się do powyższych opinii, umiejscawiając Niemców na równi z Japończykami. Pełno utalentowanych i wytrwałych twórców z tego kraju wspólnie zapracowało na słowa uznania napływające z rozmaitych stron. Swoją cegiełkę do umocnienia się niemieckiej sceny producenckiej dołożył Robot Orchestra. Wydane przez niego w ub.r. „Chasing Rainbows” stanowi najważniejszą produkcję w dotychczasowej karierze mieszkańca Kolonii.

    Rozbudowana niemiecka scena producencka systematycznie rozwija się i przyciąga zainteresowanie ze strony kolejnych słuchaczy. Przyczyniają się do tego postaci pokroju Robota Orchestry. Wszędobylski koloński beatmaker już nie raz pokazał się z dobrej strony, pracując nad mniejszymi i większymi projektami. Artysta z pogranicza hip hopu i elektroniki zapisał na swoim koncie sporo różnego rodzaju produkcji, ukazując swój warsztat z różnych stron.

    Nasz zachodni sąsiad umieszcza muzykę w sieci od ponad 4 lat. W początkowej fazie ograniczał się on do publikowania luźnych singli i remiksów. W latach 2011-13 Robot Orchestra wypuścił szereg projektów, które stopniowo zdobywały sympatię kolejnych odbiorców. W tamtym okresie wydał on m.in. „Fragments EP”, „Late Night Sessions”, „Worn Out Shoes EP” i „BoomBlap”. Po drodze producent zaczął żywiej angażować się w kolaboracyjne przedsięwzięcia z innymi artystami. Przed szereg wychodzi inicjatywa podjęta wespół z Shuffle Jackiem, Hobo Truffles. Pod szyldem tej platformy wydawniczej ukazały się dwie kompilacje – „Ode To Ghana” i „Ode To Della” – zawierające utwory autorstwa beatmakerów z różnych krajów. Dodatkowo dzięki temu labelowi otrzymaliśmy płytę Ja:Kovy & Nomada, „Reciprocations”.

    Robot Orchestra ściślej kooperował z coraz większą liczbą twórców i wytwórni płytowych, w tym z polskim EtRecs.com. Efektem tego była wspólna EP-ka z MARS-em, „The Pursuit of Prestige”, a także masa utworów nagranych przy udziale powiększającego się grona znajomych producenta. Co lepsze kąski z tej szuflady znalazły się na „Joint Efforts” z grudnia 2014 roku. Po tym okresie Niemiec zaczął śmielej eksperymentować ze swoim brzmieniem, co przyczyniło się do powstania „Chasing Rainbows”. Pod pewnymi względami niniejsze wydawnictwo łączy wybrane elementy, które występowały na wcześniejszych produkcjach artysty, nadając im przy tym wyraźniejsze kształty.

    Wydaniu projektu towarzyszyła dosyć niecodzienna sytuacja. Oryginalnie wydawnictwo trafiło do obiegu we sierpniu 2015 roku. W pierwotnych założeniach „Chasing Rainbows” zostało przeznaczone wyłącznie do sprzedaży i dystrybucji cyfrowej. Robot Orchestra zostawił furtkę do opublikowania materiału również w postaci fizycznej, informując przy premierze albumu o możliwej winylowej edycji płyty, która miała się odbyć w późniejszym czasie. Sprawy nabrały rozpędu po sukcesie osiągniętym przez „Chasing Rainbows” w krótkim terminie po wydaniu projektu. Ostatecznie wydaniem płyt winylowych (ze zmienioną okładką) zajęło się prężnie rozwijające się Vinyl Digital; woski zadebiutowały w połowie grudnia.

    Na pozytywny odbiór „Chasing Rainbows” wpłynęły zmiany wprowadzone przez Niemca względem swojego stylu. Beatmaker zrezygnował ze stricte hip hopowej produkcji, zastępując ją składnikami przywodzącymi na myśl nowocześnie brzmiące nagrania. Plastyczne, ale nie plastikowe, dźwięki królują na tym albumie. Niemiecki artysta sięgnął po rozwiązania stosowane przez beatmakerów z kręgów organicznych i elektronicznych. Robot Orchestra zrobił tym samym ukłon w stronę mediów i słuchaczy poszukujących takiego rodzaju brzmienia. Z drugiej strony, trudno tutaj mówić o wykształcenie pełnego warsztatu Niemca w tym zakresie. Jednak całość nie wypada wcale nijako. W trakcie obcowania z nagraniami kolończyka można wychwycić jego autorskie pomysły, bazujące głównie na łączeniu różnych światów muzycznych i sporą dawkę dźwięków syntetycznych. Wypada również dodać, że Robot Orchestra jest na tyle doświadczonym producentem, iż bezproblemowo sprawdza się przy współpracy z raperami. Dzięki akcentom w postaci gościnnych występów Supreme Sola, Skyblewa i Deverano płyta nabrała głębszego smaku. Dorzucony na koniec remix „Dreams” w wykonaniu JuJu Rogersa i Oddiseego dodatkowo przekonuje o wartości tego materiału.

    „Chasing Rainbows” udostępniono do odsłuchu za pośrednictwem Bandcampa, Soundclouda, Spotify, Deezera i pozostałych serwisów streamingowych. Oprócz wersji elektronicznej projekt ukazał się również na płytach winylowych, które są nadal dostępne w sprzedaży. Wydawnictwo promuje seria singli, w tym „Cosmic Dirt”, „Divine Elegance”, „Winding Rhodes”, „Autumn Leaves” i ww. remix „Dreams” JuJu Rogersa. Ponadto Robot Orchestra opublikował w sieci serię filmów zatytułowanych „Raw & Uncut” przedstawiających wykonanie na żywo poszczególnych nagrań pochodzących z albumu. Za sprawą ubiegłorocznego LP niemiecki producent jeszcze bardziej przebił się na scenie producenckiej na co już zasługiwał od dłuższego czasu.

    Tracklista

    1. Chasing Rainbows
    2. Cosmic Dirt
    3. Divine Elegance feat. Supreme Sol
    4. Drivin Me Nuts
    5. Neverending Spiral
    6. Synthphony
    7. Winding Rhodes
    8. Autumn Leaves
    9. Monster Jazz Rancher feat. Skyblew
    10. The Percs of Love
    11. So Dependent feat. Deverano
    12. JuJu Rogers – Dreams feat. Oddisee (Robot Orchestra Remix)
  • Instrumentalne opowieści The Cancel na Jungle

    Instrumentalne opowieści The Cancel na Jungle

    3–4 minut

    Osoby zaznajomione z profilem działalności U Call That Love doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie ma u nas żadnych ograniczeń dotyczących odkrywania nowych artystów. Od ponad 7 lat pozostajemy całkowicie otwarci na muzykę (około) hip hopową docierającą ze wszystkich stron świata. Nie bezpodstawnie za każdym razem podkreślam fakt, iż na stronie głównej i witrynach pokrewnych naszego serwisu pojawiają się wpisy o twórcach z niemal wszystkich kontynentów. W tym tygodniu dokończyłem pierwszy etap muzycznej mapy zawierającej lokalizacje związane z solistami i formacjami, o których już pisaliśmy (mapa pojawi się w sieci w ten czwartek). Jedną z ciekawostek będzie to, iż rosnącą grupę swoich przedstawicieli mają u nas wschodni sąsiedzi Polski – Ukraina i Rosja. Jako przykład można tutaj podać ukraińskiego producenta The Cancel. Wydane przez niego w styczniu „Jungle” dobitnie pokazuję jego klasę muzyczną.

    Wschodni producenci (około) hip hopowi nie są może znani szerszemu gronu osób, ale wszyscy ci, którzy kojarzą poszczególne postaci z Ukrainy, Rosji i pozostałych krajów, szalenie doceniają ich warsztat. Sympatycy brzmień instrumentalnych mogli wcześniej natrafić na artystę pod wdzięcznym pseudonimem The Cancel. Ukraiński beatmaker charakteryzuje się niespotykanie plastycznym i klimatycznym stylem, co stanowi jego wyróżnik nie tylko w swoim kraju, ale także w międzynarodowym środowisku producenckim.

    We wczesnym okresie działalności niewiele informacji pojawiało się o The Cancel. Początkowo większość słuchaczy sądziła, że ma do czynienia z solistą, a nie grupą. Przy pierwszych wydawnictwach – „Diversity”, „Reply From Space” oraz „The Coffee Cafe EP” – wiadomości o autorach tych projektów było jak na lekarstwo (po części było to podyktowane brakiem nastawienia na rozpowszechnianie tej muzyki poza Wschodem). Dopiero przy wydanym w marcu 2013 roku „Daybreak” wyszło na jaw, że The Cancel to duet producencki. Jednym po pewnym czasie za wszelkie produkcje wychodzące pod tą nazwą odpowiadała już tylko jedna osoba, Андрей Зеленский. Na własne konto zapisał on następne płyty – „Night Light”, „Criminal” i „No Way To Stay”. Świeżo brzmiące projekty, łączące w sobie instrumentalny hip hop, downtempo i nurty abstrakcyjne, przyciągały coraz liczniejszych odbiorców. The Cancel przyzwyczaił także do regularnego wypuszczania materiałów, bez ciągnących się w nieskończoność kampanii promocyjnych. Jego ostatni album, „Jungle”, przedłuża serię udanych wydawnictw Ukraińca.

    Od premiery materiału minęło równo 7 miesięcy. Autor projektu ceni sobie niezależność i nie posiłkuje się różnymi chwytami marketingowymi, opierając się na poczcie pantoflowej i wsparciu najbliższych osób. Przy styczniowej płycie widać obecność prężnie działającego kolektywu Kick It Crew, zrzeszającego szereg utalentowanych postaci. KIC wywarło również wpływ na promocję LP na Wschodzie. Wartość artystyczną „Jungle” doceniło wielu odbiorców. Nie brakuje głosów, że tegoroczny longplay The Cancel, to najlepszego dzieło w jego dotychczasowej pracy twórczej. Czym te opinie są poparte? Ano tym, że Ukrainiec upichcił klimatyczny i momentami doskonale brzmiący album. Kartą przetargową tego projektu są wspólne utwory gospodarza materiału z dwoma gośćmi – Moth Equals i Liquid Waves. Trzy nagrania zrealizowane z nimi – „Les Apaches”, „Rush” oraz „Night Ride” – wyróżniają się ponad bezpłciowymi ścieżkami dostarczanymi przez całą masę innych producentów. W tych kompozycjach Андрей Зеленский zademonstrował cały swój kunszt, czyniąc z tych ścieżek miejscami doskonale brzmiące kompozycje. Pozostałe instrumentale zgromadzone na LP również trzymają odpowiednio wysoki poziom. Procentuje również doświadczenie The Cancel wyniesione z poprzednich produkcji. Przy poszczególnych nagraniach widać pewność siebie i rosnącą muzyczną erudycję beatmakera. Wystarczy wspomnieć tutaj o „Silence” czy „River Side”, w których czuć powyższe elementy. Nad „Jungle” rozpościera się nieco ukryty orientalny i wciągający klimat abstrakcyjnego hip hopu, nawiązujący przy tym do tytułu tego świetnego wydawnictwa.

    Wydawnictwo opublikowano na Bandcampie, Soundcloudzie i YouTube. Za pośrednictwem BC można nabyć elektroniczną wersję płyty. Album promują dwa utwory – „Up In The Clouds” i „Alice”. W tej chwili producent rozwija się muzycznie w kierunku tworzenia nagrań i wspólnego koncertowania z innymi artystami. W tym celu powołał on do życia formację The Cancel Band, która już zarejestrowała w studiu kilka ścieżek. Z kolei „Jungle” stanowi kolejny dowód na klasę ukraińskiego beatmakera, będąc przy tym zachętą do bliższego zapoznania się ze wschodnią sceną producencką.

    Tracklista

    1. Les Apaches feat. Moth Equals
    2. Tunnel
    3. Rush feat. Moth Equals
    4. Up In The Clouds
    5. Alice
    6. Action
    7. Silence
    8. Night Ride feat. Liquid Waves
    9. River Side
    10. Bloom
  • Budamunk i Ill Sugi przynoszą Spirit Of The Golden Era

    Budamunk i Ill Sugi przynoszą Spirit Of The Golden Era

    4–6 minut

    We współczesnym świecie producenci stanowią znaczną siłę na światowej scenie muzycznej. W tym momencie na całej kuli ziemskiej działają tysiące mniej i bardziej profesjonalnych beatmakerów. Wypada więc postawić sobie pytanie, jakie państwo może pochwalić się najbardziej interesującą niszą producencką? Większość osób od razu wskaże na Stany Zjednoczone, na terenie których z powodzeniem nagrywa muzykę multum twórców podkładów. Jednak przecież na tym nie kończy się bogactwo tej niszy. Wystarczy spojrzeć chociaż na Niemcy, Francję, Wielką Brytanię, Australię czy Japonię, a w oka mgnieniu zostanie wywołanych do tablicy dziesiątki znanych artystów. Ostatni z tych krajów może poszczycić się posiadaniem wielu zdolnych beatmakerów o międzynarodowej renomie. Do tego grona należy zaliczyć Budamunka i Ill Sugiego. Wspólny projekt japońskiego duetu – „Spirit Of The Golden Era” – jest potwierdzeniem tych słów.

    Po upowszechnieniu się serwisów streamingowych, polepszeniu dystrybucji płyt na świecie i uruchomieniu nowych form (e)-marketingu, rynek japoński stanął otworem przed słuchaczami muzyki hip hopowej z całego świata. Na powyższych zmianach skorzystali artyści pokroju Budamunka i Ill Sugiego. Producenci stali się nie tylko znani i doceniani w Azji Południowo-Wschodniej, ale przede wszystkim mocno wkroczyli do Europy, Ameryki Północnej i Australii. Obaj wykonawcy należą przy tym do czołówki sceny producenckiej z Nippon, o czym dobitnie przekonują ich kolejne wydawnictwa.

    Większym stażem w środowisku muzycznym może pochwalić się Budamunk. W latach 1996-2006 Japończyk mieszkał w Los Angeles, współpracując z tamtejszymi twórcami (głównie Joe Stylesem i OYG) i występując w formie DJ-a na licznych imprezach. Dzięki temu nabrał on konkretnych szlifów i poszerzył swoją wiedzę muzyczną, co zaprocentowało po jego do Japonii. Od 2006 roku artysta wiedzie życie w tokijskiej metropolii. Właśnie stamtąd wypływają jego tłuste, najczęściej boom-bapowe, projekty. W przeciągu ostatnich 8 lat tokijczyk opublikował szereg udanych materiałów. Spośród nich warto wyróżnić solowe „Blunted Monkey Fist”, „Boom Bap Theory”, „The Awakening”, „Resolute Dragon Beat Tape” i pochodzące z tego roku „Monkey Tape 2016” oraz „Return Of Buda” (recenzja longplaya jeszcze w tym miesiącu na łamach naszego serwisu). Poza tym Budamunk często i gęsto współpracował z innymi artystami, nagrywając płyty wspólnie z Joe Stylesem z „Soul Quest” na czele, Issugim, Dr. Oopem i Fitzem Ambrosem. Zapracowany beatmaker wydawał dotąd płyty przeważnie w azjatyckich wytwórniach, aczkolwiek jego ostatnie produkcje ukazywały się dzięki labelom z Ameryki Północnej i Europy.

    Porównywalną aktywnością w branży muzycznej do Budamunka wykazuje się Ill Sugi. Japończyk wprowadził się na niezależne salony hip hopowe z przytupem. Od 2011 roku beatmaker wypuścił grubo ponad 20 różnych projektów. Azjatycki twórca dowiódł nie tylko o swojej regularności, ale przy tym stał się gwarantem płyt wysokiej jakości. Po pierwszych wydawnictwach, spośród których największe wrażenie na odbiorcach zrobiło „Hobo Beat Tape”, producentem zainteresowały się rozmaite wytwórnie płytowe. Od 2013 roku Ill Sugi nagrywał muzykę dla Urban Waves Records, Jazzy Sport, Radio Juicy, Menace, Cascade Records i Joe Left Hand Records. Nakładem tych oficyn wydawniczych pojawiło się szereg jego wartościowych produkcji, zarówno solowych, jak i tworzonych przy udziale innych artystów. Do pierwszej kategorii zaliczymy m.in. „Slave Of Junk System”, „Urban Maze” i „Slow Lights”, zaś do drugiej „City Mind” i „SILLA Beattape” (oba materiały zrealizowane z Bugseedem), „Universal Language” z Dregs One’em czy tegoroczne „Looking For A Place Called Home” z Infinito 2017. Przed dwoma miesiąca Ill Sugi wypuścił pierwszy pełny album nagrany z Budamunkiem. „Spirit Of The Golden Era” pod wieloma względami wypadło na naprawdę zadowalającym poziomie.

    Wydawnictwo zadebiutowało na rynku 25 marca. Przy tym materiale japoński duet zdecydował się jeszcze bardziej otworzyć się na zachodni rynek. W tym celu artyści wybrali nowego wydawcę, kanadyjskie Urbnet. W ten sposób producenci jeszcze bardziej rozszerzyli swoją grupę docelową, otrzymując dodatkowo możliwość zaistnienia w kręgach, które nie do końca wcześniej w pełni ich kojarzyły. Wypada również wspomnieć o tym, że obaj wykonawcy znają się od dłuższego czasu i wcześniej współdziałali na kilku płaszczyznach, choćby przy okazji pracy nad „Soul Quest” Joe Stylesa i Budamunka. Wydane w tym roku „Spirit Of The Golden Era” stanowi także kontynuację wspólnych nagrań Japończyków opublikowanych na „In The Purest Form EP” z 2014 roku. Budamunk i Ill Sugi nagrali krótką, aczkolwiek treściwą płytę. Japońscy beatmakerzy z gustem odwołali się do stylistyki lat 90.tych. Przygotowany przez nich mini-album posiada kilka niepodważalnych zalet. Przede wszystkim nie mamy tutaj do czynienia z kolejnym mdłym beat tape’em, a pełnokrwistym instrumentalnym projektem. Utwory zaserwowane przez Japończyków brzmią więcej niż porządnie i nie są powtarzalne aż do bólu. „Amplified Frequencies”, „Friendly Vibrations” i „Boombapstic” należą do głównych kart przetargowych „Spirit Of The Golden Era”. Neo boom-bap w wydaniu Budamunka i Ill Sugiego nie zawodzi i nie nudzi – płyta sprawdza się na dłuższą metę, śmiało można spędzić przy niej sporo czasu. Wpływ na to ma melodyjność ich podkładów, będąca znakiem rozpoznawczym Japończyków. Część osób tę stylistykę określa mianem awangardy i trzeba przyznać, że wiele w tym racji. Po jedynym utworze z udziałem gościa na tym materiale, „Day I Came” z Joe Stylesem, powstaje także pytanie, jak japoński duet poradziłby sobie ze zrealizowaniem pełnego wydawnictwa z wybranym raperem. Na swoich poprzednich płytach udowodnili, że w pojedynkę potrafią poradzić sobie z tym tematem. Szczerze mówiąc, nagranie wspólnego projektu wraz z raperem może być jednym z ich kolejnych wyzwań.

    Album opublikowano na Bandcampie, Spotify, Deezerze i pozostałych serwisach streamingowych. Wydawnictwo dostępne w sprzedaży w wydaniu cyfrowym i fizycznym (kasety). Płytę promują dwa nagrania – „Amplified Frequencies” i „Day I Came”. Do pierwszego z tych utworów powstał również videoclip. Wspólny materiał Budamunka i Ill Sugiego powinien jeszcze bardziej ugruntować ich pozycję na scenie hip hopowej. Dzięki podjęciu współpracy z Urbnet jeszcze więcej osób na Zachodzie, niż do tej pory, usłyszało muzykę tych utalentowanych i ciężko pracujących beatmakerów.

    Tracklista

    1. Amplified Frequencies
    2. Time To Rock
    3. Visions Of You
    4. Friendly Vibrations
    5. Boombapstic
    6. Quiet River
    7. Guitar Slap
    8. Day I Came feat. Joe Styles
    9. Into The Unknown
    10. Sound Invasion
    11. Peace Of Mind (Bonus Beat)
    12. Day I Came inst (Bonus Beat)
  • BluntOne i Mujo ze wspólną płytą Reel Street Jazz

    BluntOne i Mujo ze wspólną płytą Reel Street Jazz

    3–5 minut

    Wytwórnie płytowe działające na całym świecie są wdzięcznym i chętnie poruszanym wątkiem przez media i słuchaczy. Do tego zagadnienia można podejść z rozmaitych stron, ustanawiając przeróżne kategorie wydawców. W tym miejscu proponuję nieco inaczej ugryźć ten temat w nietypowy sposób, pokrótce przedstawiając modele funkcjonowania niezależnych oficyn wydawniczych. Dokonując nawet pobieżnego przeglądu wytwórni z tego kręgu łatwo wyróżnimy kilka typów takich oficyn. Po kolei będą to labele zakładane przez artystów (Rhymesayers Entertainment, Stones Throw Records, Mellow Orange Music), promotorów i dziennikarzy (Cult Classic Records, Redefinition Records) czy sklepy płytowe (Fat Beats Records, HHV.DE, Vinyl Digital). Od 2-3 lat wysoką aktywnością wykazuje się ostatnia z tych firm. Wśród licznych wydawnictw Vinyl Digital znalazło się chociaż instrumentalne „Reel Street Jazz” duetu BluntOne & Mujo.

    Przyznam szczerze, że nie posiadam większej wiedzy na temat węgierskiej sceny hip hopowej. Przez dłuższy czas Madziarów kojarzyłem jedynie przez pryzmat już kultowej płyty Savagesa „Five Finger Discount” (w maju wydawnictwo pojawiło się po raz pierwszy na wosku). Zmieniło się to wraz z poznaniem przeze mnie twórczości bohaterów tego artykułu. BluntOne i Mujo nagrywają muzykę od blisko 5 lat, udostępniając co pewien czas jazz-hopowe projekty.

    Pierwszy z nich rozpoczął od publikowania luźnych singli. Po serii utworów BluntOne dotarł do niszy sympatyków brzmienia opartego o boom-bapowe wytyczne i jazzowe sample. Pozwoliło mu to z powodzeniem myśleć o publikacji pełnych wydawnictw. Pod koniec 2013 roku za sprawą węgierskiej oficyny wydawniczej Sun Side Records ukazała się jego premierowa płyta, „Relaxed Spacious”. Po roku dorzucił on do tego „Flying Carpet Ride”. Instrumentalne materiały beatmakera zdobywały nowych zwolenników, co jeszcze bardziej napędziło działalność BluntOne’a. W dalszej kolejności producent zajął się wypuszczaniem remiksów, a także dostarczaniem beatów dla poszczególnych Emcees. W ten sposób przyczynił się on do powstania wydawnictwa Peebsa The Propheta, „Ills of the Earth EP” (za pozostałą część podkładów na EP-ce odpowiadał Phoniks). W drugiej połowie ub.r. opublikował on kolekcję swoich remiksów – „Blunted Remixes LP” – dorzucając później do tego „Lazy Sunday” i „Lost & Found”. 19 sierpnia odbyła się premiera następnej solowej płyta BluntOne’a, „Orbiting Rawbits”.

    W porównaniu do swojego muzycznego partnera Mujo również pracowicie spędził ostatnie lata. W swojej twórczości węgierski producent także chętnie sięga po jazz-hopowe tradycje z lat 90.tych, wytrawnie łącząc je z elementami kultury japońskiej. Wschodnioazjatycki klimat nadaje dodatkowego smaku jego nagraniom. Mieszkaniec Budapesztu należy do grona beatmakerów, którzy często i gęsto wydają muzykę. Od 2012 roku dorobił się on pokaźnej dyskografii, obejmującej ponad 10 tytułów. Artysta związany z niemieckim Vinyl Digital i amerykańskim Always Prosper wypuścił m.in. „Golden Hits”, „Demon Killer Tape”, „SP Assassin Tape”, „Divine Herb 1-2” i „Qin Dynasty (2011-2015)”. Oprócz tego Mujo zapisał na swoim koncie kilka kolaboracyjnych projektów. Wspólnie z Busą opublikował „BUSA x MUJO Vol. 1”, z kolei „Hypnotized Loopz” to owoc jego współpracy z Youtaro Nusro, zaś „SP-Ecials” powstało przy kooperacji z emune’em. W połowie sierpnia br. Węgier udostępnił następny solowy materiał, „Nature Friend”. Jednak największym dotychczasowym osiągnięciem jest właśnie „Reel Street Jazz”, do którego rękę przyłożył BluntOne.

    Album zadebiutował w lipcu zeszłego roku. Dzięki wydaniu materiału nakładem Vinyl Digital duet Bratanków automatycznie zyskał lepszą promocję, co przełożyło się w dotarcie z tym wydawnictwem do szerszego grona odbiorców. Wydatnie pomogło to beatmakerom, którzy skupili na sobie uwagę znacznie większej liczby słuchaczy niż w przypadku wcześniejszych projektów. Z drugiej strony, nie ma się co dziwić takiemu obrotowi sprawy, gdyż „Reel Street Jazz” stanowi dopracowany i umiejętnie stworzony longplay. Płyta obejmuje łącznie 24 ścieżki, z czego BluntOne i Mujo równo po połowie podzielili się utworami na ten album. Wyprodukowane przez nich nagrania ułożono naprzemiennie, co okazało się strzałem w dziesiątkę w przypadku tej produkcji. Dlaczego ten zabieg przyniósł oczekiwane efekty na „Reel Street Jazz”? Ano dlatego, gdyż style obu producentów różnią się od siebie i wzajemnie uzupełniają. BluntOne operuje ciepłymi i soulfulowymi dźwiękami, co stanowi odskocznię od brzmień spod znaku lo-fi Mujo, pomiędzy którymi grasują japońscy ninja. Węgierski jazz-hop nie odbiega poziomem od pokrewnych płyt bardziej znanych producentów z innych krajów. Instrumentalny hip hop znad Balatonu, z domieszką boom-bapu i japońskiej wiśni, to recepta na udaną miksturę.

    Materiał umieszczono do odsłuchu na Bandcampie, Spotify, Deezerze i witrynach pokrewnych. „Reel Street Jazz” trafiło do obiegu w wersji elektronicznej i fizycznej. W dalszym ciągu projekt do nabycia na płytach winylowych. Wydawnictwo promuje kilka singli – „Ill Street Jazz”, „Sun Drops” – do których dołączono również promomix albumu. Jazz-hop w węgierskim wydaniu wypada nad wyraz apetycznie. BluntOne i Mujo powinni znajdować się na radarze wszystkich sympatyków instrumentalnych produkcji oraz klasycznego hip hopu.

    Tracklista

    1. BluntOne – Ill Street Jazz
    2. Mujo – 12Bit Jazzy Bap
    3. BluntOne – Spark The Philly
    4. Mujo – Medical Fly
    5. BluntOne & Mujo – Brownies
    6. Mujo – Forest Jazz
    7. BluntOne & Mujo – Stam Slap
    8. Mujo – Bluematic Smoke
    9. BluntOne – Fades Em All
    10. Mujo – Dirty Fingerz
    11. BluntOne – Fast Life
    12. Mujo – Graffiti On The Train
    13. BluntOne – Mad Buddha Abuser
    14. Mujo – Blap Yo!
    15. BluntOne – Namivahne
    16. Mujo – Jazzy Blunt
    17. BluntOne & Mujo – Nature Session
    18. Mujo – OCB Joint
    19. BluntOne – Sun Drops
    20. Mujo – Meditate
    21. BluntOne – Winstru
    22. When The Hip Hop Talkz
    23. BluntOne – Passing By
    24. Mujo – Snow Flakez
  • Solowa płyta Huberta Tasa – Roots

    Solowa płyta Huberta Tasa – Roots

    3–5 minut

    Słowo „niezależny” pada dosyć często w życiu codziennym. Na naszym serwisie termin ten jest dosłownie odmieniany przez przypadki i praktycznie non stop pojawia się przy okazji artykułów. Czy zastanawialiście się na ile używanie tego określenia jest jednak słuszne i w pełni adekwatne do poszczególnych artystów i wydawców? W dzisiejszym świecie tak po prawdzie trudno znaleźć w pełni niezależnych twórców i labele nie powiązane w żaden sposób z szeregiem osób i podmiotów działających w branży muzycznej. Wszelkie kwestie dotyczące wydania płyty, dystrybucji, (e)-marketingu i pochodnych przechodzą najczęściej przez szereg osób. W związku z tym rzadko mamy do czynienia z wykonawcami, którzy nie przejmują się koniecznością współpracy z innymi i nawet kosztem mniejszego zasięgu danego projektu, wydają jego własnym sumptem. W grudniu ub.r. na ten zabieg zdecydował się Hubert Tas, wypuszczając solowe LP „Roots”.

    W ostatnich latach zostało zauważonych w kraju kilku utalentowanych producentów. W tym gronie znalazł się duet DJ Czarny & Tas. Wykonawcy związani z Poznaniem zaserwowali odbiorcom sporą dawkę instrumentalnego hip hopu i elektroniki w dobrym wydaniu. Większość osób kojarzy tych twórców przez charakterystyczny singiel „Passion, music, hip​-​hop”, który jednocześnie był tytułowym nagraniem pochodzącym z pierwszego albumu Polaków. Wydawnictwo pochodzące z maja 2013 roku wypadło więcej niż poprawnie. Gospodarze płyty zaprezentowali porządną formą zarówno jeżeli chodzi o stricte instrumentalne nagrania, jak i te powstałe przy kooperacji z wokalistami (Muneshine, Melodiq, Raashan Ahmad, Kohndo, Prof).

    Po dwóch latach DJ Czarny & Tas zdecydowali się na wydanie drugiego longplaya, „Time To Build”. Wydawnictwo promowane m.in. tytułowym utworem z udziałem Ozaya Moore’a przedstawiło bardziej eksperymentalne brzmienie artystów w porównaniu do „Passion, music, hip​-​hop”., sięgające po klimaty soulu i nawet drum’n’bass. Po tym materiale twórcy skupili się na innych przedsięwzięciach. DJ Czarny po przerwie wydał w ub.r. pod pseudonimem Voitek Noir płytę „Into The Wild”. Natomiast Hubert Tas dzielił swój czas pomiędzy kilkoma projektami (Beatbattle.poznan, Proporcja.com, Republika Rytmu). Szczególnie pierwsza z tych inicjatyw zdobyła sporą popularność w kraju. Pomiędzy tym Tas stale nagrywał muzykę. Po dłuższych przygotowaniach wreszcie zebrał wszystkie utwory na pierwsze solowe LP. „Roots” stanowi pod kilkoma względami powrót tego artysty do korzeni.

    W dzisiejszych czasach niezwykle rzadko zdarza się, aby płyta wychodziła bez większych zapowiedzi i/lub jakichkolwiek działań promocyjnych (wydawnictwa wypuszczane w formie niespodzianek egzystują jedynie w mainstreamie). Jednak zdarzają się odstępstwa od tej reguły. Hubert Tas nie zważając na nic zdecydował się na wydanie projektu skromnie – bez kampanii promocyjnej, bez nakręcania koniunktury, bez zbędnego poklasku. Polski artysta celowo postawił na tę formę opublikowania „Roots”. Wykonawca zadedykował premierowy solowy album swoim najbliższym, znajomym, wiernym słuchaczom i wszystkim pozostałym ceniącym sobie wartościową muzykę. Jak się okazało, wcale Tas nie wyszedł na tej metodzie wydania longplaya najgorzej.

    „Roots” pojawiło się w obiegu przed ubiegłorocznymi świętami Bożego Narodzenia. Wymowny tytuł wydawnictwa odpowiada nie tylko powrotowi polskiego twórcy do swoich muzycznych korzeni. W ten sposób Hubert Tas sięgnął do dawnych inspiracji i wytycznych, jakimi kierował się przy produkcji nagrań, odnajdując przy tym nieskrywaną przyjemność i radość z pracy twórczej. Materiał zawarty na albumie zdecydowanie powinien spodobać się sympatykom klasycznego hip hopu. Korzennie brzmiące podkłady przygotowano tutaj ze smakiem, co stanowi niezaprzeczalny atut „Roots”. Dodatkowo poszczególne ścieżki nabrały większego wyrazu dzięki urozmaiceniu o tzw. żywe instrumenty i wokale, za które odpowiadają Domek i mabanua („Close To Dawn” wypada naprawdę okazale dzięki jego obecności). Na wydawnictwie znalazło się także miejsce dla Mr. Krime’a, DJ’a Eazy’ego i Maxiskratcha (pojawił się on również na albumie Boory, „Soundogolism”). Część odbiór stwierdzi, że płyta Tasa nie stanowi interesującego projektu, ponieważ nie wprowadza niczego świeżego i zaskakującego. Jednak wszyscy ci, którzy poszukują starego-dobrego organicznego hip hopu podanego z wyczuciem, powinni docenić ten album.

    Wydawnictwo udostępniono do odsłuchu na Bandcampie. „Roots” ukazało się w formacie elektronicznym (do nabycia za pośrednictwem BC) oraz fizycznym (nakład płyt kompaktowych już wyczerpany). Album promuje szereg singli – od „Far Away”, przez „Searching”, „Love Of My Life” i „Close To Dawn”, aż skończywszy na „Flowers”. W sieci pojawiło się sporo teledysków dołączonych do utworów z tego LP. W odróżnieniu od DJ-a Czarnego Hubert Tas na solowym projekcie poszedł w korzennym kierunku, co w jego przypadku wyszło na zadowalającym poziomie. Co ważne, obaj ww. artyści zaprezentowali kawał dobrej muzyki na swoich solowych płytach, co stawia ich w korzystnym świetle.

    Tracklista

    1. Roots feat. Michał Śliwiński & Jerzy Fryderyk Wojciechowski
    2. Respect
    3. Searching feat. Mr Krime
    4. Ain’t Got Time To Waste
    5. People feat. Jacek Pohl & Michał Wojtczuk
    6. Love Of My Life
    7. A Little Bit Of Jazz feat. Maxiskratch
    8. Close To Dawn feat. mabanua, DJ Eazy & Jerzy Fryderyk Wojciechowski
    9. 15
    10. Far Away
    11. Vibes feat. Domek
    12. The Four Elements feat. Domek
    13. Flowers (Nujabes tribute) [Bonus track]
  • DJ Krush powraca z Butterly Effect

    DJ Krush powraca z Butterly Effect

    4–6 minut

    W ub.r. ponownie dużym zainteresowaniem cieszyły się wydawnictwa producentów z różnych stron świata. Stricte instrumentalne projekty, płyty producenckie czy mieszane materiały często przez długie tygodnie przewijały się przez kręgi muzyczne. Pomimo tego iż w dalszym ciągu część odbiorców nie szanuje w pełni beatmakerów, nieustannie pomijając ich EP-ki i longplaye, to niejeden producent może uważać się wygranym 2015 roku. W tym miejscu powinna znaleźć się długa lista twórców, którzy zasłużyli na liczne pochwały za swoje ostatnie wydawnictwa. Pozytywne wrażenie pozostawili po sobie zarówno Ta-ku, Apollo Brown, Damu The Fudgemunk, jak i Tom Misch, Fredfades czy Phoniks. Niespodziewanie obok nich znalazł się zapomniany przez niektórych DJ Krush. Zasłużony japoński producent powrócił pod koniec roku z albumem „Butterly Effect”.

    W latach 90.tych kilku japońskich artystów przebiło się na międzynarodowej scenie hip hopowej. W czasie, gdy w Stanach Zjednoczonych znakomicie zaprezentował się DJ Honda (wszystko to za sprawą licznych nagrań z amerykańskimi raperami), na Europejczykach spore wrażenie zrobił DJ Krush. Oryginalne i rzadko spotykane w ówczesnych czasach nastawienie do tworzenia alternatywnego hip hopu błyskawicznie spodobało się Brytyjczykom. Doprowadziło to do tego, że pierwsze wydawnictwa Japończyka, w tym „Strictly Turntablized”,  ukazywały się nakładem Mo Wax. Abstrakcyjna wizja muzyki hip hopowej wymieszanej z trip-hopem w oka mgnieniu pozwoliła zdobyć tokijczykowi kolejnych fanów. Przy okazji pojawiło się także uznanie ze strony innych twórców – muzyk jazzowy Ronny Jordan zaproponował mu nagranie wspólnej płyty, „Bad Brothers”. Kapitalny warsztat Hideakiego Ishiego wkrótce poznali również mieszkańcy innych krajów, gdyż niewiele później trafił do sprzedaży jego kolejny projekt, „Krush”. Pomyśleć, że to wszystko działo się na przestrzeni 1994 roku.

    W następnych latach DJ Krush był równie aktywny. Od 1995 do 1997 roku wypuścił on szereg produkcji, które wyniosły jego do miana jednego z najwytrawniejszych twórców brzmień abstrakcyjnych na świecie. „Meiso”, „Ki-Oku”, „MiLight” i pomniejsze wydawnictwa przyniosły mu sławę i uczyniło z niego muzycznego wizjonera, na którego twórczości wzorowało się później wielu innych producentów. Japończyk zaskarbił sobie także sympatię recenzentów, zbierając mnogie pochwały za każde swoje wydawnictwo. Pozytywne opinie spłynęły następnie na jego kolejne płyty – „Kakusei”, „Zen”, „The Message at the Depth” oraz „Jaku”.

    Po wydaniu ostatniego z tych albumów w 2004 roku DJ Krush przystopował z tworzeniem nowej muzyki. W 2007 roku ukazało się DVD „History of DJ Krush”, które niektórzy traktowali w formie podsumowania dotychczasowej działalności artysty, inni zaś przewidywali zakończenie aktywności wydawniczej tego muzycznego geniusza. Okazało się, że rację mieli wszyscy ci, którzy uważali, że japoński wykonawca nie wyda już nowych nagrań. Co prawda Azjata dalej koncertował na świecie, ale przez kolejną dekadę nie wydał żadnego projektu. Kiedy większość osób straciła już nadzieję na świeże utwory w jego wykonaniu, to niespodziewanie artysta powrócił z „Butterly Effect”. Album opublikowane w trakcie minionej jesieni, to jedno z większych zaskoczeń na rynku muzycznym ostatnich lat.

    Wydaniem płyty zajęło się Vinyl Digital, co stanowiło nie lada zaskoczenie, ponieważ Japończyk do tej pory nie współpracował z żadną europejską wytwórnią płytową. Niecodzienny wybór bohatera tego artykułu przyniósł mu wiele pożytku. Niemiecka oficyna wydawnicza zadbała o odpowiednią promocję albumu i ogólnoświatową dystrybucję, umożliwiając artyście przypomnienie o sobie zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej. „Butterly Effect” skierowano nie tylko do starszych fanów DJ-a Krusha, ale także do osób do tej pory niezaznajomionych z jego twórczością. Trzeba przyznać, że ten zabieg chwycił – premiera płyty wywołała spore poruszenie w sieci.

    Premierę materiału wyznaczono na wrzesień, aczkolwiek Vinyl Digital ostatecznie przypisało wydanie „Butterly Effect” do daty ukazania się wersji fizycznych albumu, czyli na 30 października. Wszyscy odbiorcy, którzy doskonale orientują się w dyskografii DJ-a Krusha zadawali sobie podstawowe pytanie: w jaki sposób ukierunkuje on swoją nową płytę? Przecież część artystów po dłuższej przerwie całkowicie porzuca wcześniejsze wytyczne, sięgając po inne środki wyrazu. Pozostali trzymają się sprawdzonego sposobu tworzenia nagrań, nie rezygnując ze swojej muzycznej tożsamości. Doświadczony japoński wykonawca wybrał drugie rozwiązanie, z tego tak po prawdzie nikt nie powinien być specjalnie zaskoczony. Posępny i mroczny świat znany z poprzednich dokonań DJ-a Krusha doczekał się kontynuacji na „Butterly Effect”. Występuje tylko jedno „ale”. Producent swoimi utworami nie wpędza już słuchaczy w depresję i nie stara się wciągając odbiorców do swojego nieodgadnionego świata. Więcej tutaj swobody i bardziej przejrzystych nagrań. Nie zabrakło gości na tym LP, z których najciekawszą postać jest Free the Robots (w ub.r. wydał on wspólną płytę z Opio, „Sempervirens”). Wszystko to spięte nostalgiczną klamrą (na płycie znalazł się jeden utwór o takim tytule), przypominającą mimo wszystko o wcześniejszych produkcjach artysty.

    Projekt udostępniono do odsłuchu na Bandcampie, Spotify, Deezerze i serwisach pokrewnych. „Butterly Effect” ukazało się w wersji elektronicznej i fizycznej. Vinyl Digital wypuściło materiał na płytach kompaktowych i winylowych. Projekt promuje kilka singli, z których najważniejszymi są „Probability” oraz „Missing Link”. Dodatkowo do pierwszego z tych nagrań powstał również videoclip. Powrót DJ-a Krusha odnotowano w wielu krajach, chociaż oceny tej płyty są mocno rozbieżne. Nie ma się, co dziwić, ponieważ „Butterly Effect” nie jest w stanie wypełnić 11-letniej luki w dyskografii artysty, a po takiej przerwie wiele osób oczekiwało od niego zupełnie nowej jakości. Z drugiej strony, po tym albumie widać, że nie zapomniał on, jak należy tworzyć utwory, które wcale nie wypadają tak blado, jak to co poniektórym wydaje się.

    Tracklista

    1. Probability
    2. Strange Light feat. Free the Robots
    3. Coruscation
    4. My Light feat. Yasmine Hamdan
    5. Nostalgia feat. Takashi Niigaki
    6. Missing Link
    7. Song Of The Haze
    8. Sbayi One feat. Crosby Bolani
    9. Everything And Nothing feat. Divine Styler
    10. Future Correction
    11. Living In The Future feat. tha BOSS
  • Soundogolism debiutancką płytą Boory

    Soundogolism debiutancką płytą Boory

    2–4 minut

    Ilość i jakość muzyki wydanej w 2015 roku nadal robi wrażenie. Jeszcze pewnie przez następne tygodnie (jak nie miesiące) będę docierał do wartościowych ubiegłorocznych projektów, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Wiele wskazuje, że ubiegłoroczna tendencja zostanie podtrzymana w następnych miesiącach. Wystarczy tylko rozejrzeć się pomiędzy styczniowymi premierami płytowymi, aby wnet wyłapać niejedno interesujące wydawnictwo. Więcej na ten temat pisałem w zeszłym tygodniu, więc pozwólcie na błyskawiczne streszczenie. Pierwsze tygodnie 2016 roku upływają pod znakiem nowych płyty Mursa & 9th Wondera, The Doppelgangaz, Budamunka, do których wkrótce dojdą projekty Mr. J Medeirosa, Torae’a, K-Defa, Venice Dawn czy Beneficence’a. Pomiędzy materiałami tych twórców warto przyjrzeć się także debiutanckiego albumowi Boory, „Soundogolism”.

    Niemieccy, francuscy, brytyjscy czy nawet holenderscy producenci swoją twórczością przyciągają odbiorców z różnych krajów. Niewiele osób jednak zdaje sobie sprawę z tego iż równie wiele dobrego można powiedzieć o działalności ukraińskich i rosyjskich beatmakerów. Za najlepszy przykład może tutaj posłużyć akurat Boora. Artysta wywodzący się z Sowiecka doskonale kultywuje tradycje hip hopu w klasycznym wydaniu.

    Beatmaker rezydujący obecnie w Moskwie publikuje muzykę od ponad dwóch lat. Jego znakiem rozpoznawczym jest samplowanie starych radzieckich płyt. Boom-bapowe nagrania Boory mają w sobie wiele uroku, szczególnie jeżeli chodzi o jazzową stronę tych utworów. W poprzednich latach producent związany z kolektywem Dope 90 (przyczynił się do stworzenia kompilacji „Soviet Boom Bap”) wypuścił sporą dawkę singli. W pewnym momencie wydawało się, że Rosjanin wyda premierowy projekt nakładem Blunted Astronaut Records, ale ostatecznie z tych planów nic nie wyszło. W latach 2014-15 Boora opublikował trzy siódemki – „Shaman Dance”, „People and Jazz” i „Soundogolism”. Ostatni z tych materiałów dał podwaliny pod pełen album pod tym samym tytułem.

    Informacje o tym projekcie pojawiły się w trakcie minionej jesieni. Moskiewski artysta otrzymał szansę współpracy z brytyjskim KingUnderground Records, na czym tak po prawdzie skorzystały obie strony. Boora uzyskał możliwość zaprezentowania swoich umiejętności na większym rynku, zaś londyńska oficyna wydawnicza zaznaczyła swoją obecność na wyjątkowo chłonnym wschodnim podwórku (wystarczy przejrzeć VK.com, aby uzmysłowić sobie, jaką popularnością cieszą się undergroundowe produkcje w Rosji i na Ukrainie).

    Po nagraniach wprowadzających do płyty – „Fiesta”„Vandals Deserve More” i „At The Park” – potwierdziły się wszelkie przypuszczenia, co do tego wydawnictwa. Boora postawił na rasowe boom-bapowe wydawnictwo. „Soundogolism” przenosi słuchaczy do korzennie brzmiącego świata hip hopowego. Instrumentalne utwory w wydaniu rosyjskiego beatmakera różnią się od tych serwowanych przez producentów z innych krajów. Najbardziej widoczne jest to pod względem klimatu, doboru sampli i łączenia wszystkiego w całość. W trakcie 40-minutowego albumu łatwo zauważyć wschodni pazur pozostawiony na każdym z utworów zgromadzonych na LP. Około 3-minutowe ścieżki są dowodem na to, że można odwoływać się do klasycznego hip hopu, ale dodatkowo podlewać całość autorskimi spojrzeniami na ten nurt. Niewątpliwie także za atut płyty należy uznać również melodyjność nagrań oraz scratche i cuty dostarczone przez Maxiskratcha.

    Po wydawnictwo odsyłam na Bandcampa. „Soundogolism” trafiło do sprzedaży w wersji elektronicznej i fizycznej. Limitowana edycja płyt winylowych dostępna do nabycia w sklepie KingUnderground Records (nakład na wyczerpaniu). Album promują single „Vandals Deserve More” i „At The Park”. W sieci można znaleźć również obszerne snippety projektu, a także dwa materiały video – krótki klip zmontowany do części „Fiesta” oraz reportaż o moskiewskiej scenie producenckiej z udziałem KOVSH-a i Maxiskratcha (świetna rzecz). Dzięki temu wydawnictwu nie tylko więcej osób powinno zwrócić uwagę na Boorę, ale przy tym na coraz lepiej prosperujące wschodnie środowisko beatmakerów.

    Tracklista

    1. Intro
    2. Abyss
    3. Fiesta
    4. Vandals Deserve More
    5. Maiden Voyage
    6. Lethal Injection
    7. Amentia
    8. End of Sugarman
    9. Tilsit River
    10. Betpak Dala
    11. At The Park
    12. From The Depths Of Time
    13. Black Man
    14. Do It Again
Translate »