Kategoria: Recenzje LP’s

  • Recenzja LP: Percee P – Perseverance

    Recenzja LP: Percee P – Perseverance

    3–5 minut

    Stones Throw Records | 2007

    Stones Throw Records należy do jednych z najbardziej wpływowych niezależnych wytwórni płytowych hip hopowych w historii. Trudno z tym polemizować, szczególnie po przejrzeniu rozbudowanego katalogu labelu założonego przez Peanut Butter Wolfa. Na przestrzeni kilkunastu lat nakładem tej oficyny wydawniczej ukazało się mnóstwo wartościowych płyt, z których część uważa się obecnie za klasyczne tytuły. „Donuts” J Dilli, „Champion Sound” Jaylib, „Madvillainy” Madvillain, „Soundpieces: Da Antidote” Lootpack czy „The Unseen” Quasimoto stanowią pozycje obowiązkowe dla każdego sympatyka hip hopu. Wśród pokaźnej listy istotnych wydawnictw wypuszczonych przez STR znajdziemy również „Perseverance” legendarnego rapera pochodzącego z Bronksu, Perceego P. Pełnoprawny debiut tego wykonawcy z 2007 roku to jeden z najlepiej przygotowanych projektów z połowy ub. dekady.

    Rakim, Big Daddy Kane, Kool Moe Dee, Grandmaster Caz, Nas, Kool G Rap, Guru. Co łączy wszystkich tych znamienitych raperów? Każda z tych postaci w znaczący sposób wpłynęła na oblicze rapu, stanowiąc inspirację dla setek swoich następców. W tym gronie powinien też być umieszczany Percee P, ale (zbyt) często pomija się tę osobę przy wymienianiu najbardziej zasłużonych Emcees wszech czasów. John Percy Simon nie cieszy się tak dużym uznaniem w środowisku, jak jego partnerzy po fachu, głównie przez to, iż przez ponad dwie dekady działalności na scenie hip hopowej nie wydał on obszerniejszego wydawnictwa.

    Trudno w to uwierzyć, ale wychowanek Bronksu od 1979 do 2005 roku wypuścił jedynie dwie kompilacje („Now and Then” i „Legendary Status”) – oraz kilka dwunastek („Now They Wanna See Me”, „Nowhere Near Simple”). Przez ten czas wykonawca udzielił się gościnnie na płytach m.in. Lord Finesse’a („Return of the Funky Man”), Aesop Rocka („Music for Earthworms”), Jurassic 5 („Power in Numbers”), Jaylib („Champion Sound”), Wildchilda („Secondary Protocol”), Jedi Mind Tricks („Visions of Gandhi„). Dzięki wyjątkowemu stylowi i przyciągającej uwagę warstwie tekstowej amerykański twórca został doceniony przez koneserów hip hopu i innych raperów znanych z doskonałego warsztatu (całe D.I.T.C., Pharoahe Monch, Chali 2na). Jednak ogół słuchaczy nie miał większego pojęcia o jego osobie, co zmieniło się wraz z wydaniem 6 lat temu „Perseverance”. Zagorzali sympatycy twórczości Perceego P odetchnęli z ulgą na wieść o jego debiutanckim albumie, zaś pozostali byli w niemałym szoku, kiedy zapoznali się z zawartością tej płyty.

    Przygotowania do wydania longplaya rozpoczęły się na przełomie lat 2004-05. Po przeprowadzce nowojorskiego rapera do Los Angeles w krótkim czasie postanowiono, iż album, który miał się ukazać nakładem Stones Throw Records wyprodukuje w całości Madlib. Szalenie utalentowany artysta wyniósł wcześniej doświadczenie ze wspólnych wydawnictw z Jay Dee i MF Doomem, ale kolaboracja z Emceem o legendarnym statusie stanowiło nie lada wyzwanie. Pierwsze single zapowiadające LP – „Put It on the Line” i „Throwback Rap Attack” – wypadły na tyle korzystnie, że o „Perseverance” zrobiło się naprawdę głośno przed premierą płyty. W połowie września 2007 roku oczekiwaniom na ten longplay nastał kres i w końcu doczekaliśmy się premierowej produkcji Perceego P. Wydawnictwo dostarczyło 19 nagrań podanych w momentami niewiarygodny i wybitny sposób. Doświadczony raper zabłysnął jedynym w swoim rodzaju flow – pewnym, płynnym i nie do podrobienia,w  którym słowa wypluwa z szybkością karabinu maszynowego. Wszystko to podane w old schoolowym stylu, gdzie równie istotną rolę, co dykcja i przyspieszenia, odgrywa warstwa tekstowa. Skalę talentu i umiejętności gospodarza płyty najwłaściwiej oddają następujące tracki: „Legendary Lyricist”, „Lady Behind Me”, „Ghetto Rhyme Stories”, „No Time for Jokes”, „Mastered Craftsman” oraz dwie ww. ścieżki. Pomimo uznanych w branży gości zaproszonych na album (Vinnie Paz, Guilty Simpson, Diamond D, Chali 2na, Prince Po, Aesop Rock), to żaden z nich nie jest w stanie nawet na chwilę przyćmić Perceego P. Warstwa muzyczna dostarczona przez Madliba idealnie oddaje klimat ulic Bronksu z lat 70. i 80.tych. Brudne, niekiedy niepokojące, a niekiedy zaskakujące (patrz: „2 Brothers from the Gutter”) rozwiązania zaproponowane przez tego artystę pomogły stworzyć doskonały projekt.

    W dziejach hip hopu pojawiło się pełno artystów, którzy powinni byli wydać poszczególne materiały znacznie wcześniej niż to miało miejsce w rzeczywistości. Percee P bardzo długo czekał na wydanie swojego debiutanckiego albumu. Kiedy już odbyła się premiera tego wydawnictwa, to niemal od razu pokazał wszystkim wszem i wobec, że zasługuje na szczególny szacunek na scenie hip hopowej. Madlib pokusił się jeszcze o przygotowanie „Perseverance” w wersji z nowymi instrumentalami. Płyta z remiksami wypadła równie wyśmienicie, co swój pierwowzór. Szkoda tylko, iż już nikt nie nagrywa rapu właśnie w takiej formie, o czym mówi nawet Percee P w „Throwback Rap Attack”. Z drugiej strony, w każdej chwili można sięgnąć po jego doskonałe dzieło, przypominające o tym, jak należy rozumieć pojęcie real Emcee.

    Ocena: 4,5/5

    Tracklista

    1. Intro
    2. Hand That Leads You
    3. Man to Praise
    4. Legendary Lyricist feat. Madlib
    5. Watch Your Step feat. Vinnie Paz & Guilty Simpson
    6. Who with Me?
    7. 2 Brothers from the Gutter feat. Diamond D
    8. Ghetto Rhyme Stories
    9. Throwback Rap Attack
    10. No Time for Jokes feat. Chali 2na
    11. Last of the Greats feat. Prince Po
    12. BX (Interlude)
    13. Put It on the Line
    14. Dirt and Filth feat. Aesop Rock
    15. LA (Interlude)
    16. Mastered Craftsman
    17. Raw Heat (45 Version)
    18. Lady Behind Me
    19. Outro
  • Recenzja LP: Piece Of Mind – Self-Titled

    Recenzja LP: Piece Of Mind – Self-Titled

    3–4 minut

    Structures Built Records | 2012

    W dzisiejszych czasach nie brakuje porównań przedstawicieli new schoolu z ich starszymi kolegami po fachu. Trudno uniknąć zestawiania nowej fali rapu z postaciami rozpoczynającymi swoją działalność naście lat temu, nie mówiąc już o odniesieniach do pionierów i czasów old schoolu. Bardziej doświadczeni artyści komplementują zamiłowanie młodych twórców do poszukiwania nowych form muzycznych i prób pokazania własnej tożsamości. Jednak zdecydowana większość starszych wykonawców krytykuje ich za niemal całkowite odcięcie się od korzeni hip hopowych, brak szacunku dla legend rapu i ubogą warstwę tekstową nagrań. Nawet w undergroundzie zaczyna brakować płyt tworzonych w oparciu o dawne standardy, posiadające duszę, nagrywane z dużą wiedzą muzyczną. 30 października ub.r. ukazał się album zrealizowany w pełni według tych wytycznych – „Self-Titled” grupy Piece Of Mind.

    Bohaterowie tego artykułu pochodzą z kanadyjskiego Toronto, wydającego się być przystępnym okręgiem dla fanów hip hopu w klasycznym wydaniu. W skład formacji wchodzi raper G-Roc Gayle i DJ/producent Gedsi, których dodatkowo wspiera grafik/ilustrator Yuro Jay. Wszyscy ci twórcy wychowali się na rapie z lat 90.tych, przez co nikogo nie powinien dziwić dobór artystów wywierających wpływ na twórczość Kanadyjczyków. Gang Starr, Pete Rock & C.L. Smooth, EPMD, Brand Nubian, People Under the Stairs (w końcu doceniono wkład PUTS w rozwój niezależnego rapu) są wymieniani jako główne inspiracje duetu rodem z Ontario. Boom-bap w nagraniach Piece of Mind wypada niemal perfekcyjnie, o czym można przekonać się na „Self-Titled”. Płyta wypuszczona niemal rok temu fantastycznie oddaje klimat Złotej Ery.

    Już po pierwszym przesłuchaniu albumu szybko dojdziemy do wniosku, iż to projekt przeznaczony dedykowany świadomym słuchaczom i sympatykom nostalgicznego brzmienia lat 90.tych. Kanadyjska grupa jasno określiła charakter swoich utworów, nie godząc się przy tym na żadne ustępstwa i półśrodki. Pozostając wiernym tradycjom hip hopowym duet osiągnął wymierny efekt, oddając do rąk słuchaczy płytę nasyconą miłością do poszczególnych elementów tej kultury, kipiącą energią, wypełnioną wiedzą i pokazującą, iż nadal jest miejsce na tworzenie projektów o stricte boom-bapowym posmaku. „Self-Titled” utworzono według sprawdzonej receptury opierającej się na charakterystycznej dla Złotej Ery perkusji, misternie dobranych samplach i tekstach dotyczących hip hopu. Jedyny gość na longplayu, Abdominal, pojawił się z jednym z tracków o sztuce władania słowem – „Rhyme Training”. W tej kategorii umieścimy też znakomite „Rap Phenonenon”, „You Know The Flow” i „One 2 One 2”, w których G-Roc Gayle demonstruje pełnię swoich możliwości. Flow rapera przypominające postaci sprzed ponad dekady naturalnie współgra z beatami autorstwa DJ’a Gedsiego uzupełnionymi o cuty i wstawki filmowe. Piece Of Mind skrupulatnie wymienia poszczególne składowe hip hopowego środowiska, robiąc to naprawdę autentycznie i z dużą swobodą. „Strive” stanowi odę do wiedzy, utraconego elementu w środowisku, „Those Where The Days” (kapitalny sampel z „Tom’s Diner” Suzanne Vegi) to powrót do lat ubiegłych, „Graffiti” składa hołd writerom, a „You Dig?” z dialogiem pochodzącym z filmu „Scratch” odnosi się do kultury crate diggingu. Niby każdy człowiek utożsamiający się z hip hopem powinien o tym wszystkim mieć pojęcie, ale w miarę upływu lat jest z tym coraz gorzej. Dlatego też tym bardziej należy docenić wydawnictwo tej formacji.

    „Self-Titled” nie należy do płyt, po które sięgnie każda osoba uważająca się fanem rapu. Piece of Mind odpowiada za album skierowany do słuchaczy poszukujących zatraconych fundamentów muzyki hip hopowej. Boom-bap w wydaniu duetu z Kraju Klonowego Liścia to tylko środek wyrazu naprowadzający odbiorców na właściwą drogę. Bez projektów zbudowanych w oparciu o wiedzę, tekstów traktujących o każdym elemencie hip hopu i warstwy muzycznej podanej w klasyczny sposób trudno o wykształcenie właściwych wartości u ludzi, którzy rozpoczęli przygodę z tym gatunkiem kilka lat temu.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Join In
    2. Rap Phenonenon
    3. Rhyme Training feat. Abdominal
    4. Find Your Gift
    5. You Know The Flow
    6. One 2 One 2
    7. Gobot
    8. Read
    9. Strive
    10. Those Where The Days
    11. Graffiti
    12. You Dig?
  • Recenzja LP: Awon & Phoniks – Return to the Golden Era

    Recenzja LP: Awon & Phoniks – Return to the Golden Era

    3–5 minut

    Don’t Sleep Records/Sergent Records | 2013

    Złota Era rapu przypada zdaniem większości osób na najlepsze lata rozwoju tego gatunku muzycznego. Właśnie w tym okresie ukazało się mnóstwo płyt określanych po latach mianem kultowych. Również w tym czasie debiutowało na scenie hip hopowej wielu artystów solowych i grup, uważanych później za tuzów mainstreamu lub undergroundu. Boom-bapowe brzmienie, wykształcone ponad dwie dekady temu powoli odchodzi w zapomnienie, co po części jest naturalną koleją rzeczy. Nietrudno zauważyć, iż korzenny styl produkcji rapowych udało się zachować jedynie w undergroundzie, aczkolwiek i tak coraz rzadziej mamy do czynienia z pełnoprawnymi nagraniami tworzonymi w klasyczny sposób. Z drugiej strony, nadal zdarzają się chlubne wyjątki wykonawców potrafiących umiejętnie przemycić ducha lat 90.tych. „Return to the Golden Era” Awona & Phoniksa jest tego świetnym przykładem.

    Z duetu wykonawców odpowiedzialnych za powstanie tego materiału lepiej kojarzoną postacią jest bez wątpienia ten pierwszy. Raper pochodzący z Brooklynu ma na swoim koncie kilka wydawnictw oraz współpracę z różnymi niezależnymi artystami. Awon wydał do tej pory dwa solowe projekty – „Beautiful Loser” i „For The Grimy (Searching For Soulville)” – do których dorzucił materiały zrealizowane głównie z producentem o pseudonimie Kameleon Beats. Właśnie z tym beatmakerem Emcee wypuścił „Concentration Gradient” oraz „Love Supersedes” EP i LP. Follow-up do tego ostatniego wydawnictwa – „Love Supersedes II (Deluxe Edition)” – powstał przy dodatkowym udziale Thomasa Prime’a, a także członków macierzystej formacji rapera ze Wschodniego Wybrzeża USA – Soul Students. Natomiast gościnnie Awon udzielił się na wydawnictwach m.in. Inherita, Marcusa D, Tiff The Gift, SoulChefa czy ww. Thomasa Prime’a. Poza tym twórczość artysty doceniono w Japonii, co przełożyło się na jego kolaborację z labelem Goon Trax. Ponadto wykonawca wydawał nagrania w Cult Classic Records czy Word Is Bond.

    W porównaniu do swojego nowego partnera muzycznego, Phoniks nie może pochwalić się pokaźnym katalogiem nagrań. 22-letni beatmaker z Portland specjalizuje się w stricte boom-bapowych beatach, co skrzętnie udowodnił na trzech materiałach – „The Tape”, „Basement Vibes” i „Make Beats, Don’t Sleep”. Szczególnie ostatnia płyta naszpikowana remiksami utworów z lat 90.tych podkreśliła duże umiejętności wykonawcy do zaopatrywania słuchaczy w brzmienie żywcem przeniesione z Nowego Jorku sprzed blisko dwóch dekad. Awon dobrze wiedział, co robi powierzając produkcję „Return to the Golden Era” młodszemu koledze po fachu, dzięki któremu tytuł longplaya idealnie pokrywa się z jego zawartością.

    Premiera albumu przypadła na 30 lipca i pomimo wakacyjnego rozprężenia, szybko znalazła uznanie w oczach wielu odbiorców. Wydawnictwo zrobiło natychmiastową wręcz karierę w kręgach hip hopowych nastawionych na korzenne brzmienie rapu. Najważniejszym elementem przemawiającym na korzyść duetu jest to, iż udało im się w kapitalny sposób przenieść ducha z połowy lat 90.tych do drugiej dekady tego stulecia. Awon & Phoniks dosłownie przenoszą na „Return to the Golden Era” słuchaczy na nowojorskie ulice z 1995 roku. Co prawda, to tylko około 50-minutowy eskapizm, ale za to podany w świetnej boom-bapowej formie. Obaj wykonawcy doskonale wprowadzają w życie pomysły na poszczególne utwory, o czym można przekonać się już we wstępie do albumu. „Midas Touch” stanowi wystarczającą zachętę do zapoznania się z dalszą zawartością projektu. Później artyści również nie spuszczają z tonu, o czym świadczą odpowiednio przygotowane storytellingi („Blood In Blood Out”, „Get Yours”) czy tracki opierające się o punchline’y („Forever Ill” z udziałem Dephlowa & Tiff The Gift). Wszystko to opatulone w nad wyraz przyjemną i soczyście brzmiącą warstwę muzyczną. Chemia panująca pomiędzy autorami płyty unosi się nad każdym nagraniem, co wystawia Amerykanom jak najlepsze noty.

    Z reguły gdybanie powinno zostawić się innym, ale kilka faktów odnośnie „Return to the Golden Era” pozostaje niezaprzeczalnych. Przede wszystkim to wydawnictwo oparte o stricte boom-bapowe beaty, powstałe dużym polotem. Powyższa forma muzyczna w takiej postaci nie występuje zbyt często we współczesnym świecie muzycznym, ponieważ nawet wykonawcy undergroundowi przeważnie preferują nowe i chwytliwe obecnie trendy. Gdyby płyta Awona & Phoniksa ukazał się kilka lat temu, to z pewnością znaleźliby oni jeszcze więcej odbiorców. Z drugiej strony, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, gdyż i tak twórcy dotarli z tym longplayem do całkiem sporego grona słuchaczy. Złota era rapu powróciła w wielkim stylu na „Return to the Golden Era”.

    Tracklista

    1. Midas Touch
    2. Champagne Laced
    3. Forever Ill feat. Dephlow & Tiff The Gift
    4. Street Saga
    5. Blinded by the Riches
    6. Blood In Blood Out
    7. Rule of the Gun feat. Dephlow
    8. 40oz Wisdom Interlude feat. Pel
    9. Get Yours
    10. Move Back
    11. Black and Blue Interlude
    12. Correct Techniques
    13. Above Water
    14. Move Back (Phoniks Remix)
    15. Rule of the Gun feat. Dephlow (Phoniks Remix)
  • Recenzja LP: Diamond District – In The Ruff

    Recenzja LP: Diamond District – In The Ruff

    3–4 minut

    Oddisee Music/Mello Muic Group | 2009

    W gronie wydawców hip hopowych wywodzących się z niezależnych kręgów, Mello Music Group zajmuje obecnie zaszczytne miejsce. Amerykańska wytwórnia płytowa zanotowała znaczny wzrost w branży muzycznej w latach 2010-11, kiedy to ukazało się mnóstwo dobrze przyjętych projektów sygnowanych logiem tego labelu. Oficyna wydawnicza założona przed pięcioma latami przez Michaela Tolle’a najwięcej zyskała dzięki osobie Oddiseego. Właśnie za sprawą wydawnictw tego artysty pochodzących sprzed ponad czterech lat („101”, „Mental Liberation”) MMG dostrzegło wielu słuchaczy oraz przedstawicieli mediów. W tym samym roku trafił do obiegu jeszcze jeden materiał prezentowany przez wykonawcę z D.C. – debiutancki album grupy Diamond District. „In The Ruff” stanowiło przełom w karierach muzycznych wszystkich członków tej formacji.

    Oddisee długo pracował na obecną pozycję na scenie muzycznej. Przez lata producent/raper wykonywał pracę u podstaw na lokalnym podwórku współpracując z różnymi postaciami, a także brał udział w nagraniach twórców spoza swoich stron rodzinnych. Za każdym razem wykonawca podkreślał miejsce pochodzenia, starając się przekonać odbiorców o wyjątkowości DMV (nazwa okręgu łączącego D.C., Maryland i Viriginię). Sztuka ta udała mu się z nawiązką dzięki powołania do życia zespołu Diamond District. Szeregi tej grupy uzupełnili nieznani jeszcze wtedy raperzy – yU i XO (często występuje również pod pseudonimem Uptown XO). W ten sposób ukształtowało się trio dobrze uzupełniających się osób tworzących muzykę w zgodzie z tradycjami hip hopowymi z lat 90.tych. O znakomitym podejściu kolektywu do muzyki oraz świetnej chemii panującej pomiędzy członkami formacji sympatycy rapu przekonali się na „In The Ruff”.

    Płyty wydawane przez współcześnie działających artystów oparte w głównej mierze o stricte boom-bapowe brzmienie? Tak pokrótce są przedstawiane teraz materiały autorstwa niejednego artysty solowego i grupy hip hopowej, aczkolwiek często nie znajduje to żadnego pokrycia z rzeczywistością. Dlatego też Diamond District zabrało trochę czasu, aby ich wydawnictwo trafiło do szerszego grona odbiorców i doczekało się odpowiedniego wsparcia ze strony mediów. Początkowo grupa wypuściła dwa single – „I Mean Business” i „Who I Be” – aby przede wszystkim przekonać się, jaki będzie feedback opinii publicznej na zdefiniowane na nowo brzmienie wywodzące się z czasów Złotej Ery. Szybko wyszło na jaw, że słuchacze i dziennikarze muzyczni przychylnie wypowiadają się o twórczości przedstawicieli DMV. „In The Ruff” doczekało się premiery w pierwszej połowie 2009 roku i co ciekawe, pierwotnie ukazała się wersja clean longplaya, do czego już coraz rzadziej dochodzi w branży fonograficznej. Natomiast po wypuszczeniu płyty w ostatecznym kształcie przez label Oddisee Music (wersja fizyczna pojawiła się w sprzedaży nakładem Mello Music Group), projekt zaczął zbierać zasłużone laury. Co takiego zachwyciło sympatyków rapu na tym LP? Ano kompletowano warstwę muzyczną w wykonaniu Oddiseego (z niewielką pomocą Dunca, Slimkata 78 i Keva Browna) oraz specyficzny sposób, w jakim nagrano całość albumu. Diamond District udowodniło, iż DMV wyróżnia oryginalny klimat unoszący się nad utworami. yU i XO wraz ze swoim bardziej znanym partnerem muzycznym stworzyli kawał fantastycznego hip hopu przeznaczonego odbiorcom o odpowiedniej wiedzy i znajomości realiów rapu. „Streets Won’t Let Me Chill”, „In The Ruff”, „Back To Basics”, „Make It Clear” uczyniły z tego wydawnictwa jedną z najlepszych płyt 2009 roku, która nadal brzmi świeżo. Materiał do częstego i gęstego odsłuchu.

    Od premiery pierwszego longplaya Diamond District minęły już cztery wiosny. Materiał w żaden sposób nie zestarzał się i nadal pozostaje jednym z najlepszych projektów wydanych kiedykolwiek przez MMG. Wydanie „In The Ruff” wydatnie pomogło członkom formacji w zdobyciu nowych fanów i możliwości. W tym momencie Oddisee znajduje się w czołówce niezależnych artystów stanowiących nadzieję na następne lata w hip hopie, zaś yU i XO powoli znaczą coraz więcej w undergroundzie. W sieci nie brakowało wzmianek o drugim longplayu tej grupy, ale póki co trzeba zadowolić się ich premierowym LP oraz solowymi produkcjami.

    Wersję płyty opublikowanej na Bandcampie rozszerzono o trzy dodatkowe utwory – remiksy „Getcha Break On” i „I Mean Business” oraz „PJS” z udziałem El Michel’s Affair.

    Ocena: 4,5/5

    Tracklista

    1. Intro
    2. Streets Won’t Let Me Chill
    3. Who I Be
    4. Back To Basics
    5. I Mean Business
    6. Get In Line
    7. In The Ruff
    8. The Shining (prod. Dunc of DTMD)
    9. The District
    10. Make It Clear
    11. Off The Late Night (prod. Slimkat 78)
    12. Let Me Explain
    13. First Time feat. Steve Smith
    14. Something For Ya’ll (prod. Kev Brown)
    15. Hologram
    16. Getcha Break On Remix
    17. I Mean Business Remix
    18. PJS feat. El Michel’s Affair
  • Recenzja LP: Qwel & Maker – Beautiful Raw

    Recenzja LP: Qwel & Maker – Beautiful Raw

    3–4 minut

    Galapagos 4 | 2013

    Przy wszelkiego rodzaju podsumowaniach dotyczących branży hip hopowej niekiedy pada temat najważniejszych wytwórni płytowych. W historii tego gatunku muzycznego pojawiło się na tyle wiele liczących się oficyn wydawniczych, że trudno tak naprawdę je wszystkie zliczyć. Wprowadzając ograniczenia do wymienienia wydawców działających przez lata w undergroundzie będzie już nieco łatwiej. Rhymesayers Entertainment, Rawkus, Stones Throw Records, Def Jux czy Anticon wyróżni tutaj większość słuchaczy, aczkolwiek następne pozycje w rankingu z reguł są rozdawane wedle uznania. Znawcy niezależnych kręgów hip hopowych na pewno nie pominą najbardziej zasłużonego labelu z Chicago – Galapagos4. W pierwszej połowie maja b.r. wytwórnia z Illinois dowiodła swojej klasy wydając nowy album Qwela & Makera, „Beautiful Raw”.

    Chicagowski label kierowany przez Jeffa Kuglicha zapracował sobie na miano jedną z najlepiej prowadzonych oficyn wydawniczych wiernych założeniom undergroundowym. Wielka w tym zasługa artystów nagrywających dla tej wytwórni płytowej, wśród których na szczególne wyróżnienie zasługuje Qwel. Od ponad dekady raper prowadzi z powodzeniem działalność w ramach grupy Typical Cats, dorzucając do tego liczne solowe projekty. Adam Schreiber często współpracuje z innymi wykonawcami, realizując najwięcej wspólnych płyt wraz z Makerem. Historia duetu rozpoczęła się 10 lat temu, kiedy to obaj rozpoczęli tworzenie utworów na debiutancki longplay „The Harvest”. Wydawnictwo zawierające takie utwory, jak „Road Atlas”, „Chicago ’66” czy „Broken Wing”, ukazało spore możliwości wykonawców. Nietuzinkowy klimat nagrań twórców znad Jeziora Michigan utrzymał się na ich drugim LP, „So Be It”. Płyta trafi do obiegu jesienią 2009 roku, przynosząc wartościowe tracki pokroju „Back Stage Pass”, „Lunch Money” i „Gnoticism”. Po roku Qwel & Maker ponownie pozytywnie zaskoczyli za sprawą albumu „Owl”. Wybrane nagranie z tej płyty – „The Game”, „The Down Dumbing”, „El Camino” i „Gambling Man” – świadczą o odpowiednio wysokiej klasie tego longplaya. Po doświadczeniach wyniesionych z tych płyt oraz pozostałych projektach, w których uczestniczyli twórcy z Chicago, doczekaliśmy się następnej płyty o zastanawiającym tytule „Beautiful Raw”. Wiele przemawia na korzyść tej produkcji, najbardziej dopracowanej w dotychczasowej wspólnej drodze artystów.

    Już po pierwszym przesłuchaniu tegorocznego wydawnictwa artystów rodem z Wietrznego Miasta widać, że pochlebne opinie dotyczące projektu nie pojawiły się znikąd. W przygotowaniu niemal kompletnej płyty jak zwykle pomogło wykonawcom Galapagos4. Chemia panująca pomiędzy Qwelem & Makerem jest mocno wyczuwalna. Sprawne ucho odbiorcy szybko zorientuje się, iż mamy do czynienia z doskonale dogadującymi się artystami, a nie przypadkiem dobranymi osobami przesyłającymi sobie nawzajem nagrane zwrotki i beaty. Zresztą trudno, aby było inaczej, gdyż zawiłe i najeżone rozbudowanymi metaforami teksty pierwszego z nich, wręcz nie mogą być oparte o przypadkowe instrumentale. Przedstawiciel Typical Cats już nie raz udowodnił o swojej wielkości, co potwierdził na „Beautiful Raw”. Warstwa liryczna płyty dotyka różnej tematyki, nie brakuje tutaj rozwinięcia uprzednio wypuszczonych utworów („Wreck Room” przypomina „Lunch Money” z albumu „So Be It”), wszystko to podane w nienaganny sposób. Maker odgrywa nie mniejszą rolę na longplayu niż jego partner muzyczny. Producent znany ze swojej wszechstronności przygotował podkłady wywodzące się z różnych nurtów. Od elementów folkowych w kapitalnym „If I Could Sing”, przez lekkie „Through The Sidewalk”, awangardowe „Long Walkers”, a skończywszy na stricte instrumentalnym i  pokazującym umiejętne cięcie sampli „Reach For The Sky”.

    Przeciętny słuchacz rapu może uznać „Beautiful Raw” za płytę dla nerdów lub kolejny nic nieznaczący materiał nagrany przez weteranów undergroundu. Jednak to zupełnie niezasłużone i niesprawiedliwe określenia, ponieważ Qwel & Maker zaprezentowali na nowym albumie przede wszystkim dojrzałość muzyczną i wyjątkową wizję w tworzeniu rozbudowanych produkcji rapowych. Za najbardziej trafne podsumowanie całości projektu niech posłuży poniższy cytat z informacji prasowej przygotowanej przez Galapagos4:

    Miłość, życie, żal, pieniądze, narkotyki, radość, smutek, kłamstwa, prawda, ale w większej części nadzieja jest tym, o czym jest ten album.

    Ocena: 4,5/5

    Tracklista

    1. Beautiful Raw
    2. Long Walkers
    3. En Garde feat. Qwazaar
    4. Wreck Room
    5. Pilfer feat. The Grouch & Swamburger
    6. On One
    7. Lake Effect
    8. Broken Pendulum feat. Scud One
    9. Through The Sidewalk feat. Wes Restless
    10. New Cents
    11. Abracadabra
    12. If I Could Sing
    13. Keep It Movin
    14. Reach For The Sky
  • Recenzja LP: Hiatus – Parklands

    Recenzja LP: Hiatus – Parklands

    3–4 minut

    Hiatus Music | 2013

    Wydawnictwa muzyczne wywodzące się z szeroko pojętej elektroniki nie od dzisiaj zachwycają tysiące słuchaczy na całym świecie. Bogactwo różnorodności, które niesie ze sobą ten gatunek muzyczny, a także idące w parze dowolne łączenie tych brzmień z innymi nurtami, potrafią łatwo przyciągnąć uwagę mnóstwa odbiorców. Problem w tym, iż przy ogromnej liczbie artystów przypisanych do tej niszy, trudno niekiedy dostrzec prawdziwie wartościowe wydawnictwa tworzone z duszą. Doskonałym przykładem są tutaj dokonania brytyjskiego producenta Hiatusa. Wydany przez niego w połowie maja b.r. album „Parklands” z pewnością zasługuje na znacznie większe zainteresowanie opinii publicznej.

    Artysta z Wysp Brytyjskich niespecjalnie przepada za publikowaniem informacji o sobie; należy raczej do osób preferujących opowiadać o swoim życiu za sprawą utworów muzycznych. Cyrus Shahrad zajmuje się nagrywaniem muzyki od pierwszej dekady tego wieku, ale jego pierwsze projekty ukazały się dopiero trzy lata temu. 31 października 2010 roku odbyła się premiera debiutanckiego longplaya producenta, „Ghost Notes”. Misternie przygotowane dzieło skrzętnie łączyło w sobie brzmienia downtempo z trip hopem, nieprzypadkowo tworzą obrazy muzyczne do wyimaginowanych późnojesiennych filmów. Utwór „Save Yourself” wybrany na główny singiel promujący LP, doczekał się później rozszerzenia w postaci EP-ki, co dodatkowo pomogło wykonawcy w dotarciu do większego grona słuchaczy i mediów. W dalszej kolejności Hiatus poprzestał na wypuszczaniu krótszych materiałów realizowanych przy współpracy z innymi twórcami. Tak pokrótce pojawiło się zarówno „Change Up EP” ze Smoke Feathers oraz „Fortune’s Fool EP” z udziałem wokalistki o pseudonimie Shura. Właśnie ta artystka odegrała kluczową rolę w budowaniu zarysu i klimatu produkcji na „Parklands”. Druga płyta Brytyjczyka stanowi kolejny krok do przodu w jego karierze muzycznej.

    Hiatus długo kazał czekać na swoje kolejne pełne wydawnictwo. W związku z tym można było zastanawiać się nad kształtem oraz charakterem nowego albumu brytyjskiego twórcy. [pullquote]Tytuł tegorocznej płyty tego wykonawcy odnosi się do dzielnicy Peckham Rye położonej w południowym Londynie. [/pullquote]Akurat w tej części stolicy Wielkiej Brytanii mieszkał w pierwszej dekadzie millennium artysta, czerpiąc inspiracje i znajdując bezpieczną przystań. Pod pewnymi względami „Parklands” stanowi wyjątkowy projekt. Doskonale widać tutaj, ile tak naprawdę potrafi zapewnić umiejętnie dobrana wokalistka do kompozycji tworzonych przez głównego architekta longplaya. Lekki, melodyczny i hipnotyzujący głos brytyjskiej artystki idealnie współgra z warstwą muzyczną Hiatusa. Niesamowita chemia pomiędzy nimi unosi się nad każdym wspólnym nagraniem i zachwyca jeszcze bardziej po każdym kolejnym przesłuchaniu. Shura daje popis swoich nieprzeciętnych możliwości w sześciu utworach, chociaż wydaje się, iż jej duch jest obecny w trakcie trwania całego albumu. Już w otwierającej płytę pięknej i zjawiskowej balladzie o miłości „We Can Be Ghosts Now” wykonawczyni wspaniale dopasowuje się do otoczenia stworzonego przez swojego partnera muzycznego. Zachwycające połączenie podkładów Cyrusa Shahrada i wokalu mieszkanki Londynu występuje również w „Cloud City” – delikatnej opowieści o urokach miasta, „River” oprowadza po okolicy, w której płynie strumień życia, zaś „Iran Air” odwołuje się do irańskiej emigracji w latach 80.tych ubiegłego stulecia. W tytułowym nagraniu na LP w rolę Shury wciela się Kirtaniyas, dopowiadając historie dotyczące Parklands. Album zamyka spokojne i upajające „Tiny Doors”.

    „Parklands” nie należy do płyt, które już po pierwszym przesłuchaniu zachwycą każdego słuchacza. Muzyka tworzona przez Hiatusa wymaga czasu i skupienia odbiorcy. Przesłanie poszczególnych utworów nie jest jednoznaczne, a za sprawą specyficznej i momentami nieodgadnionej warstwy lirycznej przedstawianej przez Shurę, wymiar albumu staje się inny. Jednak po oswojeniu się z brzmieniem kompozycji znajdujących się na majowym materiale, niejedna osoba doceni wartość tej produkcji.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. We Can Be Ghosts Now feat. Shura
    2. Cloud City feat. Shura
    3. A Silver Exit
    4. River feat. Shura
    5. Fortune’s Fool feat. Shura
    6. Parklands feat. Kirtaniyas
    7. Iran Air feat. Shura
    8. Returning
    9. As Close To Me As You Are Now
    10. Call Off Your Storm
    11. Tiny Doors feat. Shura
  • Recenzja LP: 3:33 – In The Middle Of Infinity

    Recenzja LP: 3:33 – In The Middle Of Infinity

    3–4 minut

    Parallel Thought, LTD. | 2012

    We wszystkich dziedzinach kultury i sztuki bez problemu trafimy na artystów nie ujawniających swoich tożsamości, będących nad wyraz zagadkowymi postaciami. W branży muzycznej łatwo znaleźć przykłady wykonawców nie podających o sobie wszystkich informacji, przyciągających swoją enigmatycznością tłumy zainteresowanych. Wystarczy sobie przypomnieć specyficzną otoczkę, jaką stworzył wokół siebie stroniący od udzielania wywiadów Burial czy też emocje wywołane potwierdzeniem przez Flying Lotusa, że odpowiada za kreację Captaina Murphy’ego. Oprócz tych i wielu innych zajmujących historii związanych z wykonawcami dorzucam formację ukrywającą się pod nazwą 3:33. 30 października ub.r. odbyła się premiera kolejnego wydawnictwa tej grupy, „In The Middle Of Infinity”, wspaniałego instrumentalnego projektu opartego o baśniowe i oniryczne klimaty.

    Aby wprowadzić wszystkich do niezwykłego świata produkcji tego zespołu należy na wstępie wyjaśnić sobie kilka kwestii i przytoczyć jak najwięcej faktów z życia amerykańskiego kolektywu, co wcale nie będzie takie łatwe. Zacznijmy od tego, że wydawnictwa 3:33 są podpisywane przez większość stron i sklepów muzycznych jako alter ego Parallel Thought. Błędne informacje biorą się z tego, iż naprawdę niewiele wiadomości o działalności tej formacji można uzyskać, a nawet okładki ich płyt nie są w żaden sposób podpisane. Jednak prawda jest zgoła inna, gdyż amerykański crew producenckie jedynie wypuszcza muzykę w labelu Parallel Thought, LTD., ale w pełni samodzielnie odpowiada za przygotowywane przez siebie nagrania. Powyższa dezinformacja występuje od początku działalności wydawniczej tego kolektywu, która rozpoczęła się w 2011 roku.

    Debiutanckie wydawnictwo formacji ukazało się nieco ponad dwa lata temu. Pojawiła się wtedy płyta wprowadzająca słuchaczy w świat pełen tajemnic i nieodgadnionych pytań, „333EP-1”. Eksperymentalne brzmienie 3:33 rozwinęło na następnych produkcjach – „The First Thousand Days” i „Live From The Grove”. Drugi projekt kolektywu producenckiego przedstawił nieco jaśniejszą stronę ich kompozycji, aczkolwiek nie brakowało w nim mrocznych i owianych tajemnicą elementów. Natomiast trzeci materiał z listopada 2011 roku okazał się niejako połączeniem wizji i pomysłów zawartych na dwóch poprzednich produkcjach. Pod koniec ub.r. przekonaliśmy się, iż grupa potrafi jeszcze bardziej rozwinąć skrzydła. Już kompilacja „7 Sets Of 7” będąca zbiorem remiksów oraz niepublikowanych wcześniej instrumentali świadczyła o dalszym ich rozwoju. Jednak niniejsze wydawnictwo odegrało rolę jedynie przystawki do longplaya „In The Middle Of Infinity”.

    Premierę drugiego pełnego albumu 3:33 nieprzypadkowo ustanowiono na koniec października. Akurat jesień idealnie pasowała do odbioru tego materiału, co można szybko poczuć po nawet pobieżnym zapoznaniu się z płytą. Jednak instrumentalne opowieści snute przez amerykańskich producentów nie tylko są przyswajalne w okresie jesienno-zimowym. Jak przedstawia się świat tworzony przez grupę na „In The Middle Of Infinity”? [pullquote]Na przyciągającej uwagę okładce longplaya ujrzymy wejście do krainy zawieszonej pośrodku nieskończoności. [/pullquote]Dobywające się z jej wnętrza światło skupia wzrok i myśli śmiałków, którzy pragną odbyć niebezpieczną, a zarazem fascynującą podróż do jej wnętrza. Kraina utworzona przez gospodarzy LP nie stroni od magii i nadprzyrodzonych elementów, chociaż długimi momentami ustępuje miejsca surowym dźwiękom przywodzącym na myśl prace w fabrykach czy miejsca zdominowane przez maszyny. Niektóre z pomysłów na tym projekcie pochodzą z koncepcji naszkicowanych na „Live From The Grove”. Jednak tym razem 3:33 śmielej zapuszcza się do nieznanych muzycznych terenów i eksperymentuje z większym polotem. Szczególnie to widać na przykładzie „ITMOI-4”, „ITMOI-6” czy „ITMOI-8”, będącym najbardziej rozszerzoną wizją grupy w pierwszej części płyty. W dalszej odsłonie materiału docieramy do osobliwego miejsca o nazwie „White Room”. Ponad 40-minutowy (sic!) utwór stanowi wyjaśnienie wędrówki formacji po nieodgadnionym miejscu. Interpretacja tego nagrania, jak i całości „In The Middle Of Infinity” nie należy do najłatwiejszych zadań i wymaga dużego skupienia oraz wyciszenia. Efekt końcowy powinien przypaść do gustu słuchaczom z otwartymi umysłami, chłonącymi instrumentalne projekty i definiującymi na swój własny sposób wyjątkowe dźwięki dobywające się gdzieś z nieznanego nam wymiaru.

    W czasie, gdy większość producentów dostarcza muzykę łatwą, miłą i przyjemną, 3:33 idzie pod prąd. Grupa producencka przygotowuje odważne nagrania, do której trzeba mieć odpowiednie podejście i wiedzę muzyczną. Od początku do końca materiał zgromadzony na „In The Middle Of Infinity” nie daje ani chwili wytchnienia, a mroczne obrazy kreowane przez ich twórców jeszcze długo mogą śnić się po nocach odbiorcom.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. ITMOI-1
    2. ITMOI-2
    3. ITMOI-3
    4. ITMOI-4
    5. ITMOI-5
    6. ITMOI-6
    7. ITMOI-7
    8. ITMOI-8
    9. ITMOI-9
    10. ITMOI-10
    11. White Room
  • Recenzja LP: Raiza Biza – Dream Something LP

    Recenzja LP: Raiza Biza – Dream Something LP

    3–4 minut

    Self released | 2012

    Przy braku jakichkolwiek ograniczeń w dostępie do muzyki codziennie można przebierać i wybierać w nowych wydawnictwach z całego świata. W przypadku płyt stricte instrumentalnych różnice pomiędzy twórcami z rozmaitych miejsc na kuli ziemskiej nie są tak odczuwalne, jak przy płytach z wokalami. Właśnie przy zapoznawaniu się z projektami raperów lub wokalistów rzucają się w oczy inne aspekty kulturowe i sposób postrzegania świata w zależności od pochodzenia i miejsca zamieszkania poszczególnych wykonawców. W związku z tym należy docenić każdą uniwersalną pod względem treści produkcję, skupiającą się na tematach związanych z życiem każdego człowieka na świecie. W tej kategorii umieścimy wydany w październiku ub.r. longplay rapera Raiza Biza, „Dream Something LP”.

    Twórca zamieszkały obecnie w nowozelandzkim Auckland zwiedził w swoim życiu kawał świata. Pochodzący ze stolicy Rwandy – Kigali, przyszły raper część swojego życia spędził w Zairze (dzisiejsza Demokratyczna Republika Kongo), położonym w Republice Południowej Afryki Johannesburgu oraz w Evergreen w amerykańskim stanie Alabama, gdzie pobierał naukę na Hillcrest High School. Po tych wszystkich wojażach, Raiza Biza wylądował w Kraju Kiwi. Dotychczasowe doświadczenia wyniesione z różniących się od siebie pod względem kulturowym, społecznym i politycznym miejsc, odcisnęło mocne piętno na jego twórczości. Przebywanie w tak odmiennych środowiskach pozwoliło artyście na spojrzenie z dystansem na wiele spraw bliskich każdemu człowiekowi. Niezależnie od współrzędnych geograficznych oraz wszelkich składowych wpływających na życie codzienne mieszkańców różnych kontynentów, to łatwo można odnaleźć wspólne cechy i nadać im przystępną formę w muzycznych opowieściach. Pomiędzy tym wszystkim unoszą się też marzenia, stanowiąc najważniejszą część „Dream Something LP”, jak i codzienności każdego odbiorcy muzyki.

    Wypuszczona 7 października płyta pod pewnymi względami przypomina inne ubiegłoroczne wydawnictwo – „VLA Kings” duetu The Megaphone State. Zarówno Raiza Biza, jak i Ekow z fińskiej grupy mają afrykańskie korzenie i podobnie zapatrują się na niejedną sprawę dotyczącą ludzkiej egzystencji. Podobieństwa można też dostrzec przy warstwie muzycznej, z tym, że za poszczególne podkłady na „Dream Something LP” odpowiada kilku producentów, zaś wszystkie beaty na albumie TMS wyszły spod ręki SimonaSounda. Trzy czwarte instrumentali dostarczył Crime Heat Beats, cechujący się zamiłowaniem do laidbackowych i spokojnych brzmień. Oprócz niego po jednym beacie dorzucili S.F.T., Si-Res, Jay Knight i SoulChef. Dzięki temu przygotowano idealne tło do zaprezentowania pełni możliwości gospodarza LP, wypełnione po brzegi soulowymi i jazzowymi samplami, niekiedy ocierające się o organiczny hip hop w pierwszorzędnym wydaniu.

    Raiza Biza snuje opowieści o zwykłej rutynie, dzieląc się obserwacjami dotyczącymi relacji międzyludzkich, uczuć czy spraw społecznych. Nie ma w tym nic odkrywczego, ale raper podaje to wszystko w nader przystępny sposób, a pasję i emocje unoszące się nad każdym nagraniem można łatwo wyczuć. W wybranych miejscach nie brakuje również niestandardowych rozwiązań, tak jak w „Thorns & Roses” z udziałem Amandy Djo czy „Asteroids” nagrane przy wsparciu Esther Stephens. Twórca nie zapomina o swoich korzeniach i wykorzystuje to do podkreślenia faktu, że istnieje wiele uniwersalnych tematów, do których należą nostalgia i tęsknota do dawnych czasów, motywy przewodnie w puencie całej płyty – „Back in the Day”.

    Raiza Biza udanie zaprezentował się sympatykom undergroundowego rapu z całego globu. Mieszkający obecnie na krańcu świata artysta udowodnił, iż niezależnie od długości i szerokości geograficznej istnieje wiele spraw bliskich każdemu przeciętnemu człowiekowi. Uniwersalizm nagrań twórcy o afrykańskich korzeniach ma w sobie wiele piękna, które można dostrzec i docenić nawet po n-tym przesłuchaniu „Dream Something LP”. Czas pokaże, czy raper zamieni w przyszłości nowozelandzkie Auckland na miejscowość położoną zupełnie gdzie indziej. Nawet jeżeli tak stanie się, to jestem głęboko przekonany, iż jego muzyka nie straci nic ze swojej jakości, a tylko zyska i przyjdzie czas na kolejne marzenia.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Intro (prod. Crime Heat Beats)
    2. Pyramids (prod. Crime Heat Beats)
    3. Dream Something (prod. Crime Heat Beats)
    4. Girl With No Name (prod. S.F.T.)
    5. Thorns & Roses feat. Amanda Djo (prod. SoulChef)
    6. Sounds of Old (prod. Crime Heat Beats)
    7. Asteroids feat. Esther Stephens (prod. Crime Heat Beats)
    8. Sleepless City (prod. Si-Res)
    9. Truth Seekers feat. Genocide (prod. Crime Heat Beats)
    10. Jets & Tanks (prod. Jay Knight)
    11. No Regrets (prod. Crime Heat Beats)
    12. Back in the Day (prod. Crime Heat Beats)
  • Recenzja LP: Souls Rest – Better Weapon

    Recenzja LP: Souls Rest – Better Weapon

    2–4 minut

    Self released | 2012

    W dzisiejszych czasach ukazuje się mnóstwo bliźniaczo podobnych do siebie wydawnictw muzycznych. Zdarza się nader często, że nawet wykonawcy z różnych stron świata publikują niemal identyczne pod względem konstrukcji płyty. Dotyczy to wszystkich twórców około hip hopowych, niezależnie od obranego nurtu i rozpoznawalności w branży. Przecież nawet wielu artystów i wydawców przygotowuje praktycznie identyczne co do joty informacje prasowe o swoich projektach, przez co przeciętnemu odbiorcy trudno zdecydować, która produkcja należy do wartościowszych materiałów. Wydany we wrześniu ub.r. album kanadyjskiej formacji Souls Rest zatytułowany „Better Weapon” może wydawać się niczym szczególnym, ot, kolejny jazz-hopowy longplay z dodatkiem soulu podany w korzennym stylu. Jednak istnieje kilka argumentów przemawiających na korzyść tej płyty.

    Kanadyjscy twórcy nie posiadają może obszernej dyskografii, ale nie oznacza to, że należy traktować ich jako zupełnych nowicjuszy w branży muzycznej. Historia formacji sięga 2003 roku, kiedy to raper A.son i DJ Philamonic mieszkający wówczas w Liverpoolu postanowili wspólnie nagrywać muzykę. Duet wykonawców następnie przeprowadził się do Kraju Klonowego Liścia, gdzie wypuścił pierwsze dwa projekty – „Two Minutes” EP (listopad 2009) oraz „extra.ordinary.love” LP (maj 2011). Po wydaniu tego drugiego materiału do składu Souls Rest dołączył kolejny Emcee – Abide.n. W tym składzie zespół zrealizował follow-up do wcześniejszego albumu – „Better Weapon”.

    W czym tkwi sekret grupy i co odróżnia trio od wielu innych przedstawicieli ukierunkowanych na fuzje jazzu i hip hopu w swojej twórczości? Wśród wszystkich atutów kolektywu szczególnie należy pochwalić trzy elementy przemawiające na ich korzyść – panująca chemia pomiędzy członkami formacji, wiedza muzyczna i realizacja pomysłów. DJ Philamonic odpowiedzialny za produkcję całej płyty, stworzył optymalne środowisko do ukazania pełni możliwości A.sona i Abide.na. Organiczny charakter „Better Weapon” przywodzi na myśl undergroundowe wydawnictwa z początku tego stulecia, zahaczające przy tym o półkę jazz-hopową we wspaniałym wydaniu. Dodatkowego uroku nadają poszczególnym kompozycjom przemyślane cuty – naprawdę niewiele trzeba, aby upiększyć pojedyncze tracki rapowe. Warstwa liryczna longplaya oscyluje wokół życia codziennego, opisach dotyczących najbliższego otoczenia zespołu i powrotów do przeszłości. Emcees może nie powalają na kolana pod względem technicznym, ale ich melodyjne flow i znakomicie wykonywane refreny dodają walorów albumowi.

    Pod względem tematyki utworów nie ma większych zaskoczeń, gdyż wszystko obraca się wokół ogólnie przyjętych kanonów dla tego nurtu hip hopowego. „Better Weapon” otwiera klasycznie brzmiące intro (właśnie w ten sposób powinno wyglądać wprowadzenie na LP), a następnie po nim otrzymujemy stanowiące wizytówkę albumu „Soul Food” – przykład na to, jak należy trzymać się tematu nagrania. Szczególną wartość posiada „Her City” – swoista oda dedykowana Vancouver, mieście, z którym od kilku lat są związani wszyscy członkowie Souls Rest. Dynamiczne „Better Weapon” (plus za samplowany wokal Guru) oraz bardziej stonowane „My Two Cents”, to dobre wybory na rozwinięcie wydawnictwa. W drugiej części longplaya znajdziemy m.in. opowiadające o latach młodości „Like A Child”, melodyczne i śpiewane „Speechless”, „Verbal Exhibition” z udziałem Ashleigh Eymann oraz puentujące całe LP „So Many Words”.

    Muzyka tworzona przez Souls Rest sprawi dużą radość słuchaczom poszukującym nagrań autorstwa doświadczonych artystów. „Better Weapon” trzeba umieć docenić, choć nie wszyscy odbiorcy na to odważą się. Kanadyjską formację cechuje dojrzałość, świetne zrozumienie członków zespołu, dbałość o szczegóły swoich utworów. Grupa nie poszukuje półśrodków, celuje w przemycenie wartościowych treści, które nie są widoczne po pierwszym przesłuchaniu płyty. Jednak spędzając przy ubiegłorocznym projekcie trochę więcej czasu można pojąć, ile znaczy w hip hopie odpowiednie przygotowanie i podejście do klasycznych standardów w tym gatunku muzycznym.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Ready for Anything
    2. Soul Food
    3. Small Triumph
    4. Her City
    5. Better Weapon
    6. My Two Cents
    7. King for a Day
    8. Like A Child
    9. Speechless
    10. Verbal Exhibition feat. Ashleigh Eymann
    11. The Catalyst
    12. So Many Words
  • Recenzja LP: Oddisee – Odd Seasons

    Recenzja LP: Oddisee – Odd Seasons

    4–5 minut

    Mello Music Group | 2011

    Instrumentalne wydawnictwa płytowe rządzą się swoimi własnymi prawami i nie raz stanowią trudną przeszkodę dla odbiorców muzyki. Kiedy przychodzi do napisania recenzji płyty pozbawionej w całości lub zawierającej niewielki udział warstwy wokalnej, to również można przekonać się, jak bardzo niewdzięczne, a zarazem piękne są tego rodzaju materiały. Przedstawienie własnej oceny dotyczącej albumu instrumentalnego wymaga odmiennego podejścia niż w przypadku stricte rapowych produkcji. Pół biedy, jeżeli wszystkie instrumentale zawarte na LP tworzą spójną całość, pozwalają umieścić wydawnictwo w kategorii muzyki dla wyimaginowanych filmów, krok po kroku opowiadają historie. Natomiast zupełnie inaczej to wygląda, gdy zasiadamy przed takimi albumami, jak „Odd Seasons” Oddiseego, na których mamy do czynienia ze zbiorem wszelkich muzycznych wariacji.

    W rozmowach dotyczących najbardziej perspektywicznych artystów na scenie hip hopowej, o ugruntowanej pozycji na rynku, mogących osiągnąć bardzo wiele w przyszłości, postać członka Mello Music Group jest nader często wymieniana. Nic w tym dziwnego, skoro od 6 lat raper i producent w jednym non stop dostarcza wartościowej muzyki, ze wzrostem natężenia wydawniczego w ostatnich trzech latach. Oddisee nader często pojawia się w publikacjach dotyczących czołowych przedstawicieli niezależnego hip hopu, posiadających własną wizję i odpowiednie podejście do tworzenia pojedynczych utworów, jak i pełnych projektów. Rezydujący od pewnego czasu na Brooklynie wzięty beatmaker w pewny sposób odnajduje się w różnej stylistyce, nie zamyka się na żadne gatunki muzyczne i co ważne – nie ucieka w stronę popularnych i pustych w jednym nowych rozwiązań w produkcji hip hopu. O swojej wszechstronności artysta udowodnił już na solowych płytach, czy dostarczając beaty na pełno longplayów. W tym wydawniczym obłędzie Oddiseego trudno się połapać, dlatego takie projekty, jak „Odd Seasons” pozwalają uszeregować owoce jego twórczości. Szkoda tylko, iż pomimo próby zebrania w całość instrumentalnych kompozycji, miejscami dominuje bezład i chaos.

    Wydana w maju b.r. płyta, to zbiór wybranych utworów pochodzących z czterech wcześniejszych wydawnictw artysty rodem z Washington D.C. odnoszących się do pór roku. Oddisee wraz z włodarzami Mello Music Group podjął się selekcji tracków zebranych na „Odd Summer” (maj 2009), „Odd Autumn” (październik 2009), „Odd Winter” (styczeń 2010) i „Odd Spring” (maj 2010), po które można sięgnąć na Bandcampie beatmakera. Wśród 43 tracków ze wszystkich ww. projektów, usunięto raptem 12, co spowodowało zbędne rozciągnięcie materiału, momentami mocno rozlazłego i nużącego. Nie chodzi o to, że mamy do czynienia z nagraniami o niskiej wartości artystycznej, czy też odrzutami i niedokończonymi szkicami. Po prostu „Odd Seasons” z powodzeniem mogłoby być o połowę krótsze, co pozytywnie wpłynęłoby na odbiór niniejszego LP. Album otwierają tracki wciągającego słuchaczy po krainach gospodarza longplaya otulonych w jesienną scenerię. Pierwszych 8 kompozycji zgrabnie wprowadza w świat kreowany przez Oddiseego, chociaż z wyeksploatowanego „Everything Changed Nothing”, znajdującego się też na albumie Trek Life’a pod tym samym tytułem, czy „Every Day People” można było zrezygnować.

    Wiosenną część kompilacji rozpoczyna świetne i dopracowane pod każdym względem „The Blooming”. Nic dziwnego w tym, iż ten utwór został wybrany jako singlowy i nagrano do niego teledysk. Instrumental ukradkiem przechodzi w „Birds And Bees”, gdzie miejscami słychać wszystkich członków Diamond District. Jednak znowu otrzymujemy porcję wypełniaczy („Warmer In The Day” oraz „This Beat Is For Finale”), przez co znowu łatwo można pogubić się. Tracki pochodzące z „Odd Spring” wieńczy „I’m From PG” z Oddiseem pojawiającym się też od strony wokalnej. Następnymi kompozycjami na „Odd Seasons” są letnie nagrania, tak naprawdę w niczym nie różniące się klimatem od poprzedniej części płyty. Brak tutaj nie tyle elementu zaskoczenia, co przykuwającego mocniej uwagę układu instrumentali, można nie wyłapać chwili, gdy następuje zmiana utworów. Sytuację poprawia „That Day” z wokalami Muhsinah, pokazując, iż wydawnictwo nie brzmiałoby wcale gorzej, jeżeli zostałoby umiejscowione tuż przy schemacie instrumentalnego LP. Podobnie rzecz się ma z otwierającym zimowe wydanie „Odd Seasons” utworem „City Light” z udziałem Tranqilla. Zresztą pojedyncze nagrania pochodzące z „Odd Winter” najlepiej zostały wcielone do albumu, a klimat zawarty na „Frostbit”, „Brainwash” i „All Because She’s Gone” konsoliduje koniec płyty. Całość splata „It’s Over” z ponowną zwrotką Tranqilla – na pierwszy rzut ucha poprawny track, jednak podobnie, jak całości wydawnictwa czegoś tutaj brakuje.

    Nawet pomimo niedociągnięć, „Odd Seasons” spełniło swoje zadanie, skracając oczekiwanie odbiorców na „Rock Creek Park” – główny tegoroczny projekt Oddiseego. Utwory zebrane z czterech instrumentalnych wydawnictw artysty, wcześniej dostępnych tylko w formie elektronicznej, z pewnością stanowią gratkę dla jego fanów i kolekcjonerów płyt. Przy tego typu płytach zapomina się o tym, iż ilość nie przekłada się często na jakość. Skracając zawartość albumu sygnowanego przez Mello Music Group, łatwiej można byłoby podejść do całości (na Bandcampie udostępniono 4 dodatkowe nagrania, co daje aż 35 tracków na jednym LP). Z drugiej strony, w natłoku materiałów wypuszczanych przez członka Diamond District, taka kompilacja stanowi dobrą okazję na przyjrzenie się przekrojowi jego warsztatu.

    Ocena: 3,5/5

    Tracklista

    1. The Supplier
    2. Almost A Year Since
    3. Everything Changed Nothing
    4. Every Day People
    5. Saw Myself Today
    6. The Second Date
    7. Theatre
    8. Tell The Truth
    9. The Blooming
    10. Birds And Bees feat. Diamond District
    11. Juba May
    12. Warmer In The Day
    13. The Richers
    14. This Beat Is For Finale
    15. I’m From PG
    16. In Your Eyes
    17. Silgo Creek
    18. Sand To The Beach
    19. When Everything Changed
    20. Chocolate City Dreaming
    21. Viva Brasil
    22. That Day feat. Muhsinah
    23. City Life feat. Tranqill
    24. Frostbit
    25. Winds From The North
    26. Black Broadway feat. X.O.
    27. Brainwash
    28. Que With No Coat
    29. 60901
    30. All Because She’s Gone
    31. It’s Over feat. Tranqill
  • Recenzja LP: Ill Insanity – Ground Xero

    Recenzja LP: Ill Insanity – Ground Xero

    3–4 minut

    The Ablist Productions | 2008

    Turntablism jest najtrudniejszym elementem hip hopu do zrozumienia i przyswojenia nie tylko dla przeciętnego sympatyka, jak i nawet wytrawnych speców tej kultury. Historia pokazuje, że DJ’e – zupełnie niezasłużenie – zostali sprowadzeni niemal do marginalnej roli. Początkowo DJ należał do integralnej części hip hopu, umożliwiając jej rozwój i nadając odpowiedni kształt block parties i wszelkim innym imprezom, kreując także brzmienie niejednej płyty rapowej. Następnie powoli, aczkolwiek sukcesywnie panowie stojący za gramofonami zostali wyparci przez Emcees i producentów, którzy nadawali ton kulturze hip hopowej. Pomimo licznych zawodów turntablistycznych (pierwsze miejsce w tej dziedzinie zarezerwowane jest dla DMC World DJ Championships) zainteresowanie kreatywnym wykorzystaniem umiejętności DJ’ów sukcesywnie spadało. Sytuacja poprawiła się po serii albumów „Return of the DJ” wydawanych w latach 1995-2001, jednak od kilku lat scenę turntablistyczną dopadła zapaść, przez co godnych uwagi projektów muzycznych jest na lekarstwo. Większość (nawet uznanych) postaci z tego ruchu poszukuje rozwiązań opartych na modnych obecnie brzmieniach elektronicznych. Korzenny i prawdziwy turntablism na wydawnictwach płytowych należy teraz do rzadkości, ale pozostają jeszcze ludzie starający się przypomnieć innym na czym tak naprawdę polega DJ’ing. Kwintesencję tego znajdziemy na albumie nowojorskiego kolektywu Ill Insanity – „Ground Xero”.

    W tworzeniu projektów, w których turntablism jest punktem wyjścia, trzeba pamiętać o tym, aby nie zanudzić słuchaczy, w staranny sposób przemycając elementy DJ’skiego rzemiosła. Przepis na longplay przystępny szerszemu spektrum odbiorców leży gdzieś pomiędzy umiejętnym dawkowaniem scratchingu, wspartym odpowiednią produkcją, a pozostałymi składowymi płyty studyjnej. Członkowie Ill Insanity – starzy wyjadacze Total Eclipse i Rob Swift – sztukę tę mają opanowaną do perfekcji, a dodatkowo wsparci mniej znanym Precisionem postarali się o tłusty materiał z ostrym undergroundowym pazurem.

    „Ground Xero” (wydane za pośrednictwem labelu Roba Swifta, The Ablist Productions, a dystrybuowane przez Fat Beats) zdecydowanie różni się pod wieloma względami od poprzednich projektów, w których brali udział przedstawiciele The X-cutioners. Już na samym wstępie w „Halftime Intro” znany w nowojorskim środowisku hip hopowym, DJ Eclipse przedstawia Ill Insanity jako crew będące odpowiedzią na nudną, martwą i przepełnioną drum’n’bassem sceną turntablistyczną. Natomiast Rob Swift wyjaśnia, czym się kierowali nagrywając album pod szyldem swojego nowego projektu. Przy tworzeniu LP zapomniano o wszelkich komercyjnych aspektach, jakie członkowie tej grupy mają na swoim koncie – reklamach telewizyjnych, występach w MTV, debiucie „Built from Scratch” X-Menów na 15-stym miejscu na liście Billboardu – mając na celu ponowne zdobycie uznania i szacunku za sprawą działalności w ramach Ill Insanity.

    Już drugi track zawarty na „Ground Xero” „The Prelude”, pokazuje, iż Rob Swift i spółka zeszli do głębokich nowojorskich piwnic w poszukiwaniu bliskiego undergroundowi brzmienia. Kolejne nagrania – „P Bounce” z Excessem, „5 Fingers of Death” z Q-Bertem, „Scratch Live” z nieżyjącym dziś Roc Raidą – wprowadzają w świat kreowany przez Ill Insanity, momentami mroczny i nieprzystępny niektórym słuchaczom nastawionym na łagodne tracki. Nie znajdziemy na tym longplayu zbędnej wirtuozerii i wymyślnych technik DJ’skich, co tak naprawdę jest największą zaletą materiału i pozytywnie wpływa na spójność wydawnictwa płytowego. Scratch może być głównym elementem budującym tracki, a wsparty produkcją, za którą są odpowiedzialni Rob Swift, Total Eclipse, Anthony Saffery, Dr. Butcher i Playmakers, tworzy pełnoprawne nagrania, posiadające nieco szalony i obłędny wymiar. Całość „Ground Xero” została niejako podsumowana przez Dashaha w „Decorated Vets”, jedynym utworze z gościnnym udziałem rapera.

    Debiutancki, a zarazem jedyny jak do tej pory album Ill Insanity, nie przyniósł co prawda grupie większego rozgłosu, ale spełnił swoje zadanie. „Ground Xero” wniosło pewne ożywienie na scenie turntablistycznej w 2008 roku, udowadniając, że można dzisiaj tworzyć udane płyty oparte na DJ’ingu. Po kolejnym solowym wydawnictwie płytowym Roba Swifta„The Architect” z 2010 roku – pozostaje mieć nadzieję, iż prędzej, czy później znowu doczekamy się na smakowitą porcję turntablismu na studyjnej płycie dostarczonej przez artystów z zagranicy.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Halftime Intro feat. Eclipse
    2. The Prelude
    3. P Bounce feat. Excess
    4. 5 Fingers Of Death feat. Q-Bert
    5. Non Verbal Communication feat. Dave McMurray
    6. Break III
    7. Scratch Live feat. Roc Raida
    8. Insane Style
    9. Ill Insanity
    10. Sound Science
    11. Soul Train Line (PSA)
    12. We Don’t Stop
    13. Decorated Vets feat. Dashah
    14. Halftime Outro feat. Eclipse
Translate »