Tag: instrumental album

  • Orientalna płyta Emancipatora – Baralku

    Orientalna płyta Emancipatora – Baralku

    3–5 minut

    Jeszcze kilka lat temu nie przypuszczałbym, że najwięcej czasu będę spędzał przy muzyce instrumentalnej. Kiedyś poświęcałem długie godziny na poszukiwanie płyt współczesnych raperów czy grup hip hopowych, zaś teraz nie wyobrażam sobie choćby dnia bez muzyki nowo poznanych producentów. Nie oznacza to wcale, że całkowicie porzuciłem nagrania wokalne, ponieważ nadal doceniam szereg Emcees, zarówno tych sprzed lat, jak i z obecnych czasów. Jednak ustępują oni miejsca beatmakerom i kompozytorom z różnych stron świata. Instrumentalne płyty kapitalnie wypadają szczególnie w okresie jesienno-zimowym. W ostatnich 2-3 miesiącach kilka wydawnictw z tej kategorii utkwiło w mojej pamięci. „Jukebox Buddha” Dr. Quandary’ego, „hiraeth” idealisma, „winter chill” johto (sam wise), „Casual Horns, Dog” The Jefferson Park Boys, „Venture” GrandHuita & Atamone’a, „Into The Deep Ocean” Funkonamiego i kilka pozostałych materiałów często towarzyszyły mi w tym okresie. Jednak najbliższą płytą poprzednich tygodni okazał się nowy album Emancipatora – „Baralku” – pierwszorzędny koncepcyjny materiał uznanego amerykańskiego producenta.

    Lata sprzed pojawieniem i upowszechnieniem serwisów streamingowych wydają się odległą i mroczną epoką. W tamtych czasach dotarcie do muzyki nieznanych wcześniej twórców nie było wcale takie proste i wymagało niekiedy sprytu i szczęścia. Nielicznym niezależnym producentom udało się wybić, przyciągając na dłużej swoimi nagraniami słuchaczy. W tej grupie znajduje się także Emancipator. Amerykański artysta nie nastawiał się na zrobienie zawrotnej kariery muzycznej, skupiając się początkowo na wydawaniu nagrań dla własnej przyjemności. W krótkim czasie okazało się, że jego muzyka przemawia do wielu odbiorców.

    Pierwsze płyty Douglasa Applinga„Soon It Will Be Cold Enough” i „Safe In The Steep Cliffs” – osiągnęły dużą popularność na świecie. Przyczyniła się do tego promocji albumów na zapomnianym obecnie portalu MySpace oraz obecności projektów na dziesiątkach blogów udostępniających odnośniki do nielegalnego pobierania muzyki. Już w młodym wieku Emancipator wykazywał znakomite czucie klimatów downtempo i trip-hopu z domieszką ambientu oraz instrumentalnego hip hopu. W następnych latach mieszkaniec Portland rozwijał swoje brzmienie. W jego przypadku kluczowym momentem był 2013 rok, i to nie tylko ze względu na wydany wtedy longplay „Dusk To Dawn”. Przed 5 laty beatmaker założył własną wytwórnię płytową Loci Records. Producent przyjął pod swoje skrzydła innych twórców, wydając w następnych latach projekty m.in. Frameworksa, Nyma i Tora. Emancipator nie zaprzestał tworzenia nowych produkcji. W 2015 roku wypuścił aż 3 płyty – „Dusk To Dawn Remixes”, płytę koncertową „Live In Athens” oraz następny album „Seven Seas”. Około 1,5 roku temu Amerykanin świętował 10-lecie premiery debiutanckiego longplaya „Soon It Will Be Cold Enough”. Z tej okazji ukazała się kolejne reedycja projektu oraz podwójna EP-ka „Maps & Father King”. W dalszym ciągu nieszablonowy artysta czerpie nowe pomysły na nagrywanie muzyki. Doskonale świadczy o tym „Baralku”, będące metafizyczną podróżą do odległej krainy ze snów i marzeń.

    Wydanie płyty dokładnie zaplanowano. Przed premierą albumu Loci Records nie ujawniło szczegółów produkcji, ograniczając się do 3 singli promocyjnych. Celowy zabieg miał zwiększyć zainteresowanie licznego grona słuchaczy, co zresztą powiodło się wytwórni. Przy listopadowej premierze LP ogłoszono również długą trasę koncertową Emancipator Ensemble, co dodatkowo przyczyniło się do popularyzacji projektu w Ameryce Północnej. Dzięki profesjonalnemu podejściu do kwestii wydawniczych, Emancipator stale poszerza również grono swoich sympatyków.

    Przed omawianiem zawartości LP wypada wspomnieć o otoczce towarzyszącej „Baralku”. Tytuł albumu odnosi się do mitycznej wyspy, na której duszy umarłych rozpalają światło tym, których kochały za życia, informując przy tym o bezpiecznym dotarciu do tej krainy (słowo baralku występuje w kulturze ludu Yolngu, rdzennych mieszkańców Australii). Pod tym względem producent nawiązywał też do „Seven Seas”, posiadającego również pewne cechy płyty podróżniczej i odkrywającej nowe tereny muzycznej ekspresji. Przy zetknięciu z ubiegłorocznym wydawnictwem beatmakera łatwo zauważyć odniesienia do wcześniejszych projektów. Emancipator skrzętnie korzysta ze swojego dorobku, rozwijając motywy, dodając nowe elementy do utworów. Spokojne i wyszukane dźwięki rozciągają się nad całym albumem. „Baralku” daleko odchodzi od schematycznych instrumentalnych płyt, w których na ogół poszczególne utwory nie są powiązane ze sobą. W przypadku najnowszego dzieła doświadczonego twórcy wszystkie nagrania łączą się ze sobą, odnosząc się do etapów podróży ludzkich duszy w poszukiwaniu spokojnej przystani. Instrumentalna płyta opowiada nie tylko o ekspedycjach pomiędzy myślą a czasem. Wybrane utwory snują opowieści o życiu i śmierci, a także sensie istnienia. Na pierwszy rzut oka brzmi mi pompatycznie, skomplikowanie i wymagająco ze strony odbiorców. Należy wziąć poprawkę na to, że Emancipator nie tworzy schematycznej i miałkiej muzyki. Producentowi zależało na poruszeniu i natchnieniu słuchaczy do spojrzenia wgląd siebie, przedstawiając soundtrack do podróży po zakończeniu życia doczesnego.

    „Baralku” udostępniono do odsłuchu na wszystkich platformach streamingowych (Bandcamp, Spotify, Deezer, Soundcloud, YouTube i pozostałych). Początkowo projekt opublikowano jedynie w wersji elektronicznej, co jest charakterystyczne dla poczynań Loci Records. Po pewny czasie album trafił do sprzedaży na płytach kompaktowych i winylowych. Wydawnictwo promują 3 singlowe nagrania – „Ghost Pong”, „Goodness” i „Baralku”. Do tytułowego utworu pochodzącego z płyty nakręcono również teledysk. Emancipator nie zawiódł oczekiwań odbiorców. Amerykański producent nadal potrafi tworzyć wyborne nagrania, przyciągając słuchaczy na dłużej za sprawą nietuzinkowego klimatu muzyki.

    Tracklista

    1. Baralku
    2. Ghost Pong
    3. Mako
    4. Daffodil Pickles
    5. Tree Hunt
    6. Abracadabra
    7. Goodness
    8. Udon
    9. Bat Country
    10. Pancakes
    11. Rappahannock
    12. Winter Dub
    13. Time for Space
    14. Sands
  • Antiphon pierwszym longplayem Alfa Mista

    Antiphon pierwszym longplayem Alfa Mista

    4–5 minut

    Brytyjska scena muzyczna przyciąga licznych fanów z różnych zakątków świata a ich płyty posiadają dużą siłę oddziaływania. Jeżeli zwrócimy się w stronę muzyki około hip hopowej i elektronicznej, to na pierwszy ogień pójdą wykonawcy związani z grime’em. Dzięki sukcesom komercyjnym Dizzeego Rascala, Wileya, Kano, Stormzy’ego, Skepty, JME i pozostałych, ten nurt muzyczny cieszy się obecnie ogromną popularnością. W dalszej kolejności należy wymienić całą rzeszę wykonawców, w których twórczości dominują różne formy elektroniki. W ostatnich latach twórcy pokroju Mura Masy, Jamesa Blake’a, Hudsona Mohawke’a, Maribou State, Thundercata, SOHN czy Caribou zdobyli licznych sympatyków daleko poza Wyspami Brytyjskimi. W środowisku rapowym przodują artyści nagrywający dla High Focus Records, lecz również pozostałe jednostki potrafią mocno namieszać na scenie (patrz: Little Simz). W tym barwnym tyglu muzycznym nieco na uboczu stoją muzycy jazzowi. Jednak zdarzają się postaci potrafiące wybić się ze swoimi nagraniami na szeroką skalę. Na pierwszym miejscu postawimy Alfa Mista. Wydany w marcu ub.r. longplay „Antiphon” stanowi koronny dowód na jego klasę.

    Większość przyszłych artystów muzycznych rozpoczyna zmagania z tworzeniem pierwszych nagrań w szkole średniej lub na studiach. W tym okresie ludzie definiują swój styl, poszukują inspiracji, starając się zgłębić tajniki nagrywania muzyki. Niektórzy weryfikują też plany, porzucając dotychczasowe upodobania na rzecz innych nurtów muzycznych. Nie inaczej sprawy przedstawiają się w przypadku Alfa Mista. Początkowo Brytyjczyk skupiał się na muzyce hip hopowej i grime’ie. Po dokładnym poznaniu samplingu pochodzący z Londynu twórca skupił się na dokładnej eksploracji jazzu i muzyki filmowej. Wizjonerzy pokroju Milesa Davisa i Hansa Zimmera stali się wzorami do naśladowania dla przyszłego kompozytora i producenta. Po nauce gry na pianinie i pozostałych instrumentach, Alfa Mist zwrócił się w stronę nagrywania autorskich utworów.

    Pierwszym godnym odnotowania projektem londyńczyka była wspólna EP-ka nagrana z Emmavie, „Epoch”. Krótki, ale jakże treściwy materiał, utrzymany w klimatach neo soulowych zebrał pochlebne opinie i recenzje. Sukces wydawnictwa tkwił w zgrabnym połączeniu produkcji Alfa Mista, z której można było wyodrębnić elementy hip hopowe, z upajającym wokalem Emmavie. Majestatyczny klimat nagrań brytyjskiego artysty rozpościerał się również nad jego drugim materiałem, „Nocturnes EP”. Opublikowana w lipcu 2015 roku płyta okazała się niespodzianką dużego kalibru. Melancholijny soul zespolony z jazzową estetyką, polany hip hopowymi składowymi, zachwycił niejednego słuchacza. Projekt nagrany wraz z pozostałymi członkami luźnego kolektywu Are We Live (Tom Misch, Jordan Rakei, Kaya Thomas-Dyke, Rick David, Barney Artist, Racheal Ofori, Lester Duval) niesłychanie chwycił. Po tym wydawnictwie Alfa Mist otrzymał rzeszę pochlebstw – część stron muzycznych widziała w nim już przyszłą gwiazdę brytyjskiej sceny muzycznej. Jeżeli ktokolwiek w tamtym czasie traktował tego rodzaju przypuszczenia i określenia z przymrużeniem oka, to musiał obejść się smakiem. Pierwszy album w dorobku artysty, „Antiphon”, należy odbierać w kategoriach natychmiastowego klasyka.

    Podobnie jak w wypadku „Nocturnes EP” brytyjski muzyk postawił na ścisłą współpracę z Pinkbird Recording. Jednak tym razem kooperację rozszerzono, gdyż londyńskie studio nagraniowe przyjęło też rolę wydawcy płyty w formacie fizycznym. Po sukcesie „Nocturnes EP” popyt na muzykę Alfa Mista wzrósł kilkakrotnie, więc taki zabieg okazał się wręcz koniecznością. W porównaniu do poprzedniego materiału uległ zmianie skład zespołu, uczestniczącego w procesie nagrywania płyty. Rozszerzono ekipę studyjną o kolejne osoby i instrumenty, w skutek czego otrzymaliśmy pełniejsze i bardziej dopieszczone brzmienie projektu. „Antiphon” urzeka misternie przygotowaną atmosferą, nieporównywalną z grosem pozostałych współczesnych albumów jazzowych. Co więcej, Alfa Mist wraz ze swoimi kompanami nie trzymał się ściśle stylistyki jazzowej, ponownie sięgając po inne nurty. Otwarty umysł i zdolność do łączenia różnorodnych pierwiastków muzycznych w dobrze przyswajalną strawę stanowią jedne z największych zalet młodego brytyjskiego kompozytora. Przy udziale licznych muzyków potrafił on naprowadzić ich na właściwy tor muzyczny, nie zamykając całego zespołu, i dając pełną swobodę działań. Improwizacja to kolejna składowa ubiegłorocznej produkcji. „Antiphon” wiele zyskał na niczym nieskrępowanemu korzystaniu z pomysłów poszczególnych twórców, biorących udział w powstawaniu nagrań. Świadczą o tym choćby najdłuższe kompozycje na longplayu – „Errors” oraz „Breathe”. Alfa Mist bryluje w budowaniu atmosfery, o czym można przekonać się za sprawą „Potential” czy „Kyoki”. Wstawki hip hopowe pojawiają się tu i ówdzie, szczególnie w „7th October”. Jednak utworem najlepiej oddającym klimat pełnego albumu jest „Keep On”. Rozbudowany jazzowy singiel właściwie nadaje ton dalszej części tej wspaniałej płyty. Melancholia w wydaniu Brytyjczyka nie ma gorzkiego smaku, tylko pokazuje jakie odcienie może przybierać współczesny jazz.

    „Antiphon” opublikowano na wszystkich możliwych serwisach streamingowych (od Bandcampa, przez YouTube, Spotify, Deezera, Sounclouda, aż skończywszy na Tidalu). Początkowo album ukazał się jedynie w wersji elektronicznej. W połowie ub.r. odbyła się premiera projektu na płytach kompaktowych i winylowych (nakład wyczerpano jeszcze w przedsprzedaży). W skutek niesłabnącego popytu na woski, w listopadzie PinkBird Recording poinformowało o drugiej edycji winyli. Ponownie płyty znalazły nabywców w oka mgnieniu. Głównym singlem promocyjnym wybrano rozpoczynające longplay „Keep On”. Alfa Mist wraz z zespołem wykonał ten utwór na żywo w ramach Mahogany Sessions. Ponadto przygotowano krótki materiał video w formie EPK, wprowadzający odbiorców do świata brytyjskiego muzyka. Jeszcze długo „Antiphon” będzie przewijał się w środowisku jazzowym i hip hopowym. Liczne wyróżnienia i pochlebne recenzje materiału nie są na wyrost, gdyż mamy do czynienia z najwartościowszą płytą 2017 roku.

    Tracklista

    1. Keep On
    2. Potential
    3. Errors
    4. Breathe feat. Kaya Thomas-Dyke
    5. 7th October
    6. Kyoki
    7. Nucleus
    8. Brian
  • Instrumentalne opowieści Brocka Berrigana na Point Pleasant

    Instrumentalne opowieści Brocka Berrigana na Point Pleasant

    3–5 minut

    Od 2008 roku trwa w najlepsze renesans płyt winylowych, co odnotowały nawet media w ogóle niezwiązane z muzyką. W końcu winyle można kupić już w sieci dyskontów Biedronka i Lidl, więc nie ma co ukrywać, że woski ponownie weszły do życia codziennego. Z drugiej strony, osoby dobrze zorientowane w środowisku muzycznym doskonale wiedzą, że ten nośnik muzyczny rzadko funkcjonuje w mainstreamie, w którym króluje cyfrowa postać nagrań. Płyty winylowe mają wzięcie wśród fanów rocka (Jack White ma najbardziej oddanych sympatyków) oraz w wybranych niszach – setki reedycji starszych materiałów oraz niezależna strona muzyki. W ostatniej z tych kategorii śmiało poczynają sobie undergroundowi wydawcy i artyści z pogranicza hip hopu i brzmień instrumentalnych. W wielu przypadkach wykonawcy stawiają sobie za cel wydanie albumu na winylu, co niekiedy stanowi szczyt ich marzeń. Nierzadko dochodzi do tego dopiero przy którejś z rzędu produkcji poszczególnego twórcy, jak choćby u amerykańskiego producenta Brocka Berrigana. Pochodzące z maja ub.r. „Point Pleasant” to jego pierwsze wydawnictwo wytłoczone na płytach winylowych.

    Artyści ukrywający swoją tożsamość posiadają niekiedy dużą siłę przyciągania. W tym miejscu nie mam na myśli jedynie MF Dooma, ale także billy’ego woodsa, The Koreatown Oddity’ego czy właśnie Brocka Berrigana. Amerykański twórca zawsze pojawia się w masce indyka, co stało się jego znakiem rozpoznawczym. W jego wypadku trudno mówić o tanim chwycie reklamowym, gdyż wydawnictwa beatmakera bronią się same.

    Nowojorski producent z powodzeniem prowadzi działalność wydawniczą od 2011 roku. Przez ten czas wydał on ponad 10 płyt, za każdym razem stawiając na instrumentalną odsłonę swoich projektów. Brock Berrigan stawia na krótsze nagrania, które skrzętnie składają się w jedną całość na płytach. Nowojorczyk posiadł też rzadką umiejętność tworzenia za pomocą muzyki historyjek, czerpiąc przy tym inspiracje z rozmaitych stron. W ten sposób nagrania producenta brzmią bardziej okazale i nie należy ich rozpatrywać w kategoriach zwykłych pętli czy prostych beatów. Już po premierowym materiale – „2011 Beat Tape” – bohater niniejszego artykułu trafił do niszy odbiorców chętnie przekazujących informacje dalej o jego twórczości. Do najważniejszych wydawnictw Amerykanina należą „Good Company”, „Four Walls and an Amplifier”, „Two AM”, „Chapter 10” i „Way of Life”. Wszystkie te materiały doczekały się dużej popularności na Bandcampie; nie brakowało też wzmianek o tym producencie na łamach stron muzycznych. Brock Berrigan doceniły również osoby kierujące platformami wydającymi kompilacje z nagraniami beatmakerów. Ten Million Sounds, Dloaw & Co., Outlier Recordings, Pragmatic Theory Records, Gergaz Netlabel oraz Chillhop Records na przestrzeni lat współpracowały z beatmakerem. Amerykanin nawiązał najściślejsze stosunku z ostatnią z ww. oficyn wydawniczych. Po 4-letniej kooperacji holenderski label pokusił się o wydanie pełnego albumu Brocka Berrigana na woskach. „Point Pleasant” stanowi ukoronowanie dotychczasowej pracy wykonanej przez nowojorczyka.

    Album zadebiutował na rynku płytowym 9 maja. Wraz z opublikowaniem materiału ruszyła kampania crowdfundingowa na Qrates, mająca na celu wydanie produkcji na płytach winylowych. Po miesiącu starań Chillhop Records udało się doprowadzić do wytłoczenia płyt winylowych. Należy zaznaczyć, że muzyka amerykańskiego producenta od dawna zasługiwała na wypuszczenie na woskach. Brock Berrigan solidnie popracował nad materiałem, oddając do rąk słuchaczy w pełni dopracowany projekt. Przy pracach nad longplayem artysta poszukiwał natchnienia daleko od miejskiego zgiełku, obcując przez długi czas z naturą. Ucieczka beatmakera w kierunku nowych inspiracji do tworzenia muzyki zdała egzamin. „Point Pleasant” to ponad wszelką wątpliwość urozmaicona płyta. Już po pierwszym zapoznaniu się z longplayem można odczuć, że mamy do czynienia z muzyką świata. Dobitnie świadczy o tym przekrój utworów, zróżnicowanych i opartych o niestandardowe sample. Wyraźnie to widać na przykładzie tytułowego „Point Pleasant”, „Angel’s Landing” czy „Hazel Part Two”. Poza tymi nagraniami Brock Berrigan zaserwował rozwiązania znane z wcześniejszych materiałów. Nienaganny sampling, umiejętnie łączony z odpowiednim brzmieniem perkusji i basem, a także chwytliwe melodie wplątywane w utwory – wszystko to znajdziemy na „Point Pleasant”. Na produkcji sporo dzieje się, nie ma miejsca na jakiekolwiek wypełniacze bądź powtarzane schematy. Amerykanin sprawnie operuje emocjami odbiorców i atmosferą ścieżek, dzięki czemu nie ma mowy o jakiejkolwiek monotonii. Wyraźna zasługa w tym rozbudowanych instrumentalnych kompozycji, wzbogacających bardziej projekt, aniżeli byłoby to w przypadku zwykłych i często spotykanych pętli, bądź krótkich i urywanych nagrań. Przemyślany i właściwie przygotowany album, do którego powraca się z przyjemnością.

    Płytę można odsłuchać za pośrednictwem doskonale znanych serwisów streamingowych (Bandcamp, Soundcloud, Spotify, YouTube, Deezer i innych). Po skutecznej kampanii przeprowadzonej na Qrates winylowa edycja „Point Pleasant” trafiła do sprzedaży. Majowy materiał promują liczne single. „The Look”, „The Waiting Game”, „Angel’s Landing”, „Owl Farm” oraz „Crossing Paths” nadal cieszą się dużą popularnością, co mocno przyczyniło się do sukcesu całego projektu. Brock Berrigan może nie należy do ścisłej czołówki producentów zajmujących się instrumentalnym hip hopem, aczkolwiek i tak posiada on licznych fanów. Warto podkreślić fakt, że beatmaker wciąż rozwija się, co jest świetnym prognostykiem na przyszłość. Z kolei Chillhop Records posiada potężną bazę odbiorców, co doskonale wróży tej wytwórni na kolejne lata.

    Tracklista

    1. The Time Has Come
    2. The Look
    3. Fax Machine
    4. Split Decision
    5. Point Pleasant
    6. The Waiting Game
    7. Joy She Brings
    8. Baxter
    9. So In Love
    10. Angel’s Landing
    11. Owl Farm
    12. Smoke Break
    13. Crossing Paths
    14. Hazel Part Two
  • Mounika zadaje pytanie How Are You?

    Mounika zadaje pytanie How Are You?

    4–5 minut

    Po okresie zdominowanym przez serwisy muzyczne 2-3 lata temu nastąpiła odczuwalna zmiana w stosunku do sposobu rozpowszechniania muzyki. Zdecydowana większość niezależnych artystów skupia się na bezpośrednim kontakcie ze swoimi grupami docelowymi. Skuteczniejsze docieranie do odbiorców stało się możliwe dzięki ogromnej sile tkwiącej w platformach streamingowych. Spotify, Soundcloud, Bandcamp i pozostałe serwisy odgrywają ogromną rolę w kształtowaniu współczesnej sceny. Istotną grupą zyskującą na tym stała się, stale powiększająca rozmiary, nisza niezależnych producentów. W tym momencie beatmakerzy odgrywają istotną rolę na międzynarodowej scenie muzycznej, co nie podlega żadnej dyskusji. Rozpoznawalność poszczególnych osób z tych kręgów i wysokie statystyki osiągane przez ich nagrania w sieci zachęcają kolejne postaci do podążania ich śladem. Przy takim natłoku twórców i tysiącach płyt trudno odnaleźć się słuchaczom, co stanowi drugie oblicze ery streamingowej. Artystą pozostającym na poziomie od lat, który osiągnął już dużą popularność w wybranych kręgach, jest Mounika. Wydane w połowie ub.r. „How Are You” potwierdza klasę francuskiego producenta.

    Soundcloud to prawdziwa mekka artystów spod znaku low-fidelity. Od kilku lat SC nie ma dobrej prasy, czemu nie należy wcale dziwić się (więcej o tym w przyszłym miesiącu), jednak nie można odmówić tej stronie tego, że dzięki niej wybiła się długa lista wykonawców. Wśród nich znajdziemy właśnie Mounikę. Niepozorny producent ukrywający się pod żeńskim imieniem, to wręcz sztandarowy przykład tego, jak mogą wyglądać kariery beatmakerów związanych ściśle z klimatami lo-fi.

    Pierwsze wzmianki o francuskim twórcy pojawiły się ponad 5 lat temu. Pierwsze materiały producenta – „Wake Up” oraz „Beats Volume 1” – nie zrobiły większej furory, lecz w końcu od czegoś trzeba zacząć, nieprawdaż? Mounika zwrócił na siebie uwagę sympatyków instrumentalnego hip hopu wydając w październiku 2014 roku „Basket Sound”. Kolekcję instrumentali cechowały charakterystyczne sample i dbałość artysty o szczegóły. Utwory nagrywane przez Francuza bezproblemowo mogły posłużyć raperom za beaty, czego nie ukrywał przy tym ich autor. W następnych miesiącach niezależny beatmaker podjął współpracę z Dusted Wax Kingdom, co umożliwiło mu na jeszcze lepsze docieranie ze swoją twórczością do odbiorców. Z drugiej strony, grono sympatyków Mouniki rosło automatycznie, do czego przyczyniały się jego kolejne trafnie budowane płyty. „Born To Be Beats”, „Seagulls EP” oraz dwie nowe odsłony serii „Basket Sound” przyczyniły się do znacznie zwiększonego zainteresowania działalnością producenta. W 2016 roku powstał zagadkowy i nad wyraz klimatyczny videoclip do jednego z najlepszych nagrań Francuza, „There Is A Bed In My Head”, który dodatkowo przysłużył się do promocji jego muzyki. Pomiędzy tym wszystkim brakowało przysłowiowej kropki nad i – pełnego albumu. Wydane w tym roku „How Are You” to nie tylko uzupełnienie dotychczasowej twórczości Mouniki, ale także brakujące ogniwo w jego dorobku.

    Przy nowym wydawnictwie Francuz podjął współpracę z belgijską platformą DLoaw, skupioną niegdyś na działalności wyłącznie promocyjnej, przekształconej następnie w oficynę wydawniczą. Po zyskaniu silnego partnera w sferze instrumentalnego hip hopu można było liczyć na odpowiednią promocję materiału oraz na pierwsze wydanie produkcji Mouniki na płytach winylowych, do czego ostatecznie jednak nie doszło (o szczegółach poniżej). Płytę opublikowano 19 czerwca 2017 roku. Wszyscy dotychczasowi sympatycy twórczości francuskiego beatmakera nie powinni narzekać na poziom albumu. Od razu trzeba zaznaczyć też, że dzięki „How Are You” Mounika zdobył masę nowych słuchaczy. W czym tkwi sukces tegorocznej płyty producenta? Przede wszystkim rzuca się w oczy (czytaj: uszy) rzadka umiejętność opowiadania historii za pomocą instrumentalnych nagrań. Wyraźnie to widać na pierwszej części longplaya, bardziej stonowanej, łagodnej, zahaczającej o klimaty deep/slow beats. „Cut My Hair”, „Lost With You”, „Dreamin’” i „Winter” nie tylko wpadają w ucho, ale również wciągają do świata kreowanego przez Mounikę, przez co przypominają się płyty mistrza tego stylu, Kid Koali. W drugiej połowie „How Are You” zyskuje na neo boom-bapowym brzmieniu wymieszanym z dźwiękami latynoskimi. Nie oznacza to jednak, że na tym kończą się historyjki dostarczane przez Francuza, o czym świadczą utworu pokroju „Smoking With Her”, „Love You Sweet It’s What I Do” czy „YouMayWithoutMe”. Skwapliwie utkana nić przez Francuza łącząca poszczególne sample i delikatną atmosferę albumu posiada dużą siłę oddziaływania. Wrażliwość muzyczna Mouniki znana z jego poprzednich dokonań weszła na tym projekcie na wyższy poziom.

    Projekt do odsłuchu na wszystkich popularnych serwisach streamingowych – Spotify, Deezer, Bandcamp, etc., co już jest normą w tych czasach. „How Are You” trafiło do obiegu w postaci cyfrowej. Docelowo projekt miał ujrzeć światło dzienne również na winylach. Początkowo premierę płyt winylowych zapowiedziano na wrzesień. W skutek nieprzewidzianych zdarzeń ze strony DLoaw, płyta nie doczekała się do tej pory premiery na woskach; trudno też powiedzieć, czy kiedykolwiek do tego dojdzie. Album promuje kilka singli na czele z „Love You Sweet It’s What I Do” oraz „Cut My Hair” z udziałem Cavetowna. Do pierwszego z tych nagrań powstał również stosowny videoclip. Wraz z tegoroczną produkcją Mounika przedarł się znacznie wyżej w hierarchii beatmakerów, co na pewno zaprocentuje w przypadku jego kolejnych materiałów.

    Wypada też wspomnieć, że pod koniec grudnia ukazała się EP-ka „Walking Good”, brzmiąca na odpowiednim poziomie, czego można było spodziewać się po Mounice.

    Aktualizacja: Wskutek nie do końca jasnych i klarownych działań ze strony wydawcy, materiał został okrojony do 7 utworów.

    Tracklista

    1. De Roses Et De Colombes
    2. Cut My Hair (feat. Cavetown)
    3. Left Me
    4. Lost With You
    5. Interlude (The Middle Of The Film)
    6. Long Silent
    7. Nowhere (feat. Lotte Kestner)
  • Sly5thAve upamiętnia Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre

    Sly5thAve upamiętnia Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre

    4–6 minut

    W przemyśle muzycznym listopad i grudzień należą zazwyczaj do spokojnych miesięcy. Z reguły w ostatnich miesiącach roku wychodzi mniej nowości płytowych, zaś większość osób skupia się na promocji wypuszczonych wcześniej projektów, bądź też finalizacji materiałów przeznaczonych do wydania w przyszłym roku. Zdarzają się jednak odstępstwa od tej reguły, jak to ma miejsce w tym roku. W czasie, gdy pełno przedstawicieli mediów szykowało się do podsumowania 2017 roku (liczne rankingi tworzone na tę potrzebę zakrawają na śmieszność i są bliźniaczo podobne do siebie), część wykonawców opublikowała klasowe płyty. W tych kategoriach na pewno należy mówić o „Baralku” Emancipatora, „Children Of Nu” Reginalda Omasa Mamode IV, „Case” The Cancel Bandu, „Da Flowin’ Dutchman” BlabberMoufa, „The Offering” Darkhouse Family, „Boom Bap Bigelow” Invincible Mask (Kyo Itachi & Tha Soloist), „The Reflecting Sea (Welcome to a New Philosophy)” Damu The Fudgemunka & Raw Poetika czy „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” Sly5thAve’a. W niniejszym artykule przedstawię szerzej ostatnią produkcję, w piękny sposób upamiętniającą twórczość Dr. Dre.

    Artyści o afrykańskich korzeniach posiadają wyjątkowe czucie muzyki. Od lat dobitnie przekonuje o tym wszystkich Oddisee, lecz należy pamiętać o tym, że oprócz niego są pozostali intrygujący wykonawcy o rodowodzie z Czarnego Lądu. Na przestrzeni ostatnich lat w Stanach Zjednoczonych pokazał się szerzej niepozorny Sylvester Uzoma Onyejiaka II. Urodzony w amerykańskim Houston od najmłodszych lat przejawiał zamiłowanie do muzyki. W dzieciństwie uczył się gry na różnych instrumentach (od perkusji, przez pianino, aż po saksofon), a także uczył się śpiewu w lokalnym chórze. Po wstępnych naukach Sly5thAve dołączył do zespołu działającego na terenie Houston, w ramach którego poszerzał swoje umiejętności. Po ukończeniu szkoły średniej nie zamierzał on rezygnować z dalszej muzycznej edukacji. Młody artysta dostał się na University of North Texas, gdzie poznał kolejne osoby mające wpływ na jego dalsze poczynania, stając się członkiem słynnego zespołu One O’Clock Lab Band (kultowy uniwersytecki jazzowy kolektyw). Wraz z upływem lat pasja do muzyki przeobraziła się również w jego życie zawodowe.

    Po przeprowadzce n nowojorski Brooklyn Sly5thAve rozpoczął działalność jako muzyk koncertowy i sesyjny. W krótkiem okresie udało mu się podjąć współpracę z prawdziwymi tuzami jazzu, soulu i funku. Wystarczy tutaj wymienić choćby Gladys Knight, The Dave Brubeck Quartet, Jamesa Cartera, Keitha Andersona, Maceo Parkera czy Branforda Marsalisa. Sly5thAve był również częścią zespołu koncertowego Prince’a & The New Power Generation, co niewątpliwie było dużą nobilitacją dla młodego twórcy. Zainteresowanie artysty wybiegają poza ww. gatunki. Amerykanin pomagał w pracach studyjnych też wykonawcom hip hopowym (Blu, Homeboy Sandman, Denitia & Sene). Jazzowo-soulowy kolaż muzyczny z elementami hip hopu i Afro beatu w całości znalazł się na debiutanckiej solowej płycie Sly5thAve’a, „Akuma”. Album wydany przez Truth Revolution Records odsłonił spory talent muzyka o nigeryjskich korzeniach do tworzenia nieschematycznych nagrań. Po tak udanym początku Sylvester Uzoma Onyejiaka II pokusił się o szalenie wciągający i dojrzały materiał. „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” to kapitalny hołd złożony jednemu z największych producentów hip hopowych wszech czasów.

    Projekt zadebiutował na rynku płytowym 17 listopada. Wydaniem materiału zajęło się brytyjskie Tru Thoughts, co już stanowi doskonałą rekomendację wydawnictwa. Interpretacje klasycznych utworów Dr. Dre w wykonaniu innych twórców nie zawsze wypadały na zadowalającym poziomie. Sly5thAve zmierzył się z trudną sztuką właściwego przedstawienia dorobku współzałożyciela N.W.A. Prekursor G-funku posiada bogatą dyskografię, szczególnie dotyczy to lat 90.tych, kiedy to późniejszy współtwórca marki Beats By Dre był najbardziej aktywny. W końcu nie tylko chodzi tutaj o płyty producenckie („The Chronic”, „2001”), czy kompilację „The Aftermath”, ale także o masę singli wyprodukowanych przez Dr. Dre. Wobec tego przed przygotowaniem tego dzieła Sly5thAve dokonał wnikliwej selekcji materiału, zapraszając przy tym do współpracy szereg uznanych postaci. Mark de Clive Lowe, Quantic, Zach Brock, Patrick Bailey, DJ Center i pozostali artyści najpierw uczestniczyli w nagraniach studyjnych, a następnie wystąpili wraz z Sylvesterem Uzoma Onyejiaką II na specjalnym koncercie w Wilshire Ebell Theatre w Los Angeles z udziałem Dr. Dre, na którym po raz pierwszy zaprezentowano publicznie album.

    „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” zabiera słuchaczy w świat Dr. Dre, w którym za przewodnika służy niepozorny wydawałoby się nowojorczyk. Bogate aranżacje, rozbudowane instrumentarium, smukłe łączenie utworów w całość, polot i wizja – wszystko to zostało zawarte na tej płycie. Niesłychanym atutem LP jest to, że koniec każdego nagrania równocześnie rozpoczyna następną kompozycję; dzięki temu niezmiernie łatwo wsiąknąć w ten świat muzyczny. „Shiznit” połączone z „California Love”, „Curtis” ze „Still D.R.E.” czy „Let Me Ride” z „The Edge” są świetnymi przykładami, jak należy tworzyć tego rodzaju wydawnictwa. W tym wypadku nie ma mowy jedynie o suchym odtworzeniu ścieżek, lecz również występuje tutaj wartość dodana w postaci autorskich pomysłów rozbudowujących poszczególne nagrania. Publiczność zgromadzona na pierwszym wykonaniu „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” wraz z Dr. Dre na czele przyjęła materiał przez aklamację. Trudno temu się dziwić, skoro mamy do czynienia ze świeżym spojrzeniem na klasyczne nagrania Dr. Dre wykonanym z ogromną klasą.

    Album udostępniono do odsłuchu na wszystkich dostępnych platformach streamingowych (Bandcamp, Spotify, YouTube, Deezer i pozostałych). „The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” trafiło do sprzedaży w wydaniu elektronicznym i fizycznym (płyty kompaktowe i winylowe). Woski cieszą się dużą popularnością wśród kolekcjonerów płyt (nakład na wyczerpaniu). Wydawnictwo promują 3 singlowe nagrania – „Shiznit”, „Still D.R.E.” i „Let Me Ride”. Sly5thAve przy wsparciu swoich gości stworzył monumentalne dzieło, mocno wybijające się ponad przeciętność. Twórczość Dr. Dre została w piękny sposób upamiętniona, o co prosiło się od lat.

    Tracklista

    1. Shiznit feat. Jesse Fischer
    2. California Love feat. Cory Henry
    3. Drelude for Woo feat. Mark de Clive Lowe
    4. Forgot About Dre
    5. Interlude #2 feat. Zach Brock
    6. No Diggity feat. Sydney Driver
    7. The Jam feat. Matthias „Pedals” Loescher
    8. Who Am I feat. Paul Wilson
    9. The Jam Part II feat. Paul Wilson
    10. I’d Rather Be With You feat. Melissa McMillan
    11. Curtis feat. Patrick Bailey
    12. Still D.R.E.
    13. The Jam Part III
    14. My Name Is feat. Robert „Sput”n Searight
    15. Interlude #3 feat. DJ Center
    16. Guilty Conscience
    17. Interlude #4
    18. Nuthin’ But A „G” Thang feat. Brad Allen Williams
    19. Interlude #5
    20. Let Me Ride feat. Jimetta Rose (Radio Edit)
    21. The Edge feat. Quantic
    22. Next Episode
    23. Peace
  • Robot Orchestra w pogoni za Chasing Rainbows

    Robot Orchestra w pogoni za Chasing Rainbows

    3–5 minut

    Już wcześniej co najmniej kilkakrotnie wspominałem o sile wybranych środowisk producenckich podzielonych geograficznie. W tym momencie do pierwszej piątki państw w tym zestawieniu zaliczają się Stany Zjednoczone, Japonia, Wielka Brytania, Japonia i Niemcy. Spora część mediów i odbiorców wskazuje naszych zachodnich sąsiadów jako tych, którzy mogą pochwalić się najbardziej urozmaiconym i najprężniej działającym kręgiem beatmakerskim na świecie. Przyznaję, że również przychylam się do powyższych opinii, umiejscawiając Niemców na równi z Japończykami. Pełno utalentowanych i wytrwałych twórców z tego kraju wspólnie zapracowało na słowa uznania napływające z rozmaitych stron. Swoją cegiełkę do umocnienia się niemieckiej sceny producenckiej dołożył Robot Orchestra. Wydane przez niego w ub.r. „Chasing Rainbows” stanowi najważniejszą produkcję w dotychczasowej karierze mieszkańca Kolonii.

    Rozbudowana niemiecka scena producencka systematycznie rozwija się i przyciąga zainteresowanie ze strony kolejnych słuchaczy. Przyczyniają się do tego postaci pokroju Robota Orchestry. Wszędobylski koloński beatmaker już nie raz pokazał się z dobrej strony, pracując nad mniejszymi i większymi projektami. Artysta z pogranicza hip hopu i elektroniki zapisał na swoim koncie sporo różnego rodzaju produkcji, ukazując swój warsztat z różnych stron.

    Nasz zachodni sąsiad umieszcza muzykę w sieci od ponad 4 lat. W początkowej fazie ograniczał się on do publikowania luźnych singli i remiksów. W latach 2011-13 Robot Orchestra wypuścił szereg projektów, które stopniowo zdobywały sympatię kolejnych odbiorców. W tamtym okresie wydał on m.in. „Fragments EP”, „Late Night Sessions”, „Worn Out Shoes EP” i „BoomBlap”. Po drodze producent zaczął żywiej angażować się w kolaboracyjne przedsięwzięcia z innymi artystami. Przed szereg wychodzi inicjatywa podjęta wespół z Shuffle Jackiem, Hobo Truffles. Pod szyldem tej platformy wydawniczej ukazały się dwie kompilacje – „Ode To Ghana” i „Ode To Della” – zawierające utwory autorstwa beatmakerów z różnych krajów. Dodatkowo dzięki temu labelowi otrzymaliśmy płytę Ja:Kovy & Nomada, „Reciprocations”.

    Robot Orchestra ściślej kooperował z coraz większą liczbą twórców i wytwórni płytowych, w tym z polskim EtRecs.com. Efektem tego była wspólna EP-ka z MARS-em, „The Pursuit of Prestige”, a także masa utworów nagranych przy udziale powiększającego się grona znajomych producenta. Co lepsze kąski z tej szuflady znalazły się na „Joint Efforts” z grudnia 2014 roku. Po tym okresie Niemiec zaczął śmielej eksperymentować ze swoim brzmieniem, co przyczyniło się do powstania „Chasing Rainbows”. Pod pewnymi względami niniejsze wydawnictwo łączy wybrane elementy, które występowały na wcześniejszych produkcjach artysty, nadając im przy tym wyraźniejsze kształty.

    Wydaniu projektu towarzyszyła dosyć niecodzienna sytuacja. Oryginalnie wydawnictwo trafiło do obiegu we sierpniu 2015 roku. W pierwotnych założeniach „Chasing Rainbows” zostało przeznaczone wyłącznie do sprzedaży i dystrybucji cyfrowej. Robot Orchestra zostawił furtkę do opublikowania materiału również w postaci fizycznej, informując przy premierze albumu o możliwej winylowej edycji płyty, która miała się odbyć w późniejszym czasie. Sprawy nabrały rozpędu po sukcesie osiągniętym przez „Chasing Rainbows” w krótkim terminie po wydaniu projektu. Ostatecznie wydaniem płyt winylowych (ze zmienioną okładką) zajęło się prężnie rozwijające się Vinyl Digital; woski zadebiutowały w połowie grudnia.

    Na pozytywny odbiór „Chasing Rainbows” wpłynęły zmiany wprowadzone przez Niemca względem swojego stylu. Beatmaker zrezygnował ze stricte hip hopowej produkcji, zastępując ją składnikami przywodzącymi na myśl nowocześnie brzmiące nagrania. Plastyczne, ale nie plastikowe, dźwięki królują na tym albumie. Niemiecki artysta sięgnął po rozwiązania stosowane przez beatmakerów z kręgów organicznych i elektronicznych. Robot Orchestra zrobił tym samym ukłon w stronę mediów i słuchaczy poszukujących takiego rodzaju brzmienia. Z drugiej strony, trudno tutaj mówić o wykształcenie pełnego warsztatu Niemca w tym zakresie. Jednak całość nie wypada wcale nijako. W trakcie obcowania z nagraniami kolończyka można wychwycić jego autorskie pomysły, bazujące głównie na łączeniu różnych światów muzycznych i sporą dawkę dźwięków syntetycznych. Wypada również dodać, że Robot Orchestra jest na tyle doświadczonym producentem, iż bezproblemowo sprawdza się przy współpracy z raperami. Dzięki akcentom w postaci gościnnych występów Supreme Sola, Skyblewa i Deverano płyta nabrała głębszego smaku. Dorzucony na koniec remix „Dreams” w wykonaniu JuJu Rogersa i Oddiseego dodatkowo przekonuje o wartości tego materiału.

    „Chasing Rainbows” udostępniono do odsłuchu za pośrednictwem Bandcampa, Soundclouda, Spotify, Deezera i pozostałych serwisów streamingowych. Oprócz wersji elektronicznej projekt ukazał się również na płytach winylowych, które są nadal dostępne w sprzedaży. Wydawnictwo promuje seria singli, w tym „Cosmic Dirt”, „Divine Elegance”, „Winding Rhodes”, „Autumn Leaves” i ww. remix „Dreams” JuJu Rogersa. Ponadto Robot Orchestra opublikował w sieci serię filmów zatytułowanych „Raw & Uncut” przedstawiających wykonanie na żywo poszczególnych nagrań pochodzących z albumu. Za sprawą ubiegłorocznego LP niemiecki producent jeszcze bardziej przebił się na scenie producenckiej na co już zasługiwał od dłuższego czasu.

    Tracklista

    1. Chasing Rainbows
    2. Cosmic Dirt
    3. Divine Elegance feat. Supreme Sol
    4. Drivin Me Nuts
    5. Neverending Spiral
    6. Synthphony
    7. Winding Rhodes
    8. Autumn Leaves
    9. Monster Jazz Rancher feat. Skyblew
    10. The Percs of Love
    11. So Dependent feat. Deverano
    12. JuJu Rogers – Dreams feat. Oddisee (Robot Orchestra Remix)
  • Instrumentalna płyta Kayo – A Thousand Months LP

    Instrumentalna płyta Kayo – A Thousand Months LP

    3–5 minut

    W branży muzycznej, podobnie jak w każdej innej dziedzinie życia, nigdy nie było łatwo przebić i osiągnąć znaczący sukces. Dotyczy to każdego gatunku i artystów z całej kuli ziemskiej. W historii zdarzyło się multum przypadków, kiedy to poszczególni soliści i/lub grupy zyskiwali uznanie w oczach opinii publicznej dopiero po latach działalności. Względnie przychylniejszym okiem media i słuchacze patrzyli na nich przez splot niespodziewanych zdarzeń. W dzisiejszych czasach środowisko muzyczne wygląda zupełnie inaczej niż dawniej, jednak w dalszym ciągu pełno wartościowych płyt pozostaje nieodkrytych i nieznanych szerszemu ogółu odbiorców. Każdego miesiąca ukazuje się co najmniej kilka niszowych materiałów, które pomimo swojej wysokiej jakości, nie mogą liczyć na większy odzew na świecie. W tym miejscu wypada wspomnieć o ubiegłorocznym „A Thousand Months LP” francuskiego producenta Kayo.

    Ile to już było przypadków znajdowania kompletnie nieznanych wykonawców, którzy po krótkim poznaniu, okazywali się utalentowanymi postaciami? Setki, nawet tysiące takich osób bezproblemowo można odnaleźć we współczesnym świecie. Kayo zalicza się do tego stale rosnącego grona wykonawców. Zamieszkały we francuskim Strasbourgu beatmaker nie jest specjalnie kojarzony nawet w tamtejszym undergroundzie. Szkoda, ponieważ pod pewnymi względami zdecydowanie Francuz zasługuje na większe zainteresowanie ze strony odbiorców, o czym najlepiej przekonują jego wszystkie projekty.

    Kayo zajmuje się tworzeniem muzyki od dekady. W początkowym stadium skoncentrował się on na niewielkich przedsięwzięciach, wprowadzających dopiero do pierwszych wydawnictw opatrzonych imieniem tego artysty. Debiutancka produkcja francuskiego beatmakera – „Inner City Bootleg Volume One” – trafiła do obiegu w 2008 roku. Już na tej płycie pokazał się on w roli wielbiciela starych tradycji wyniesionych z jazz-hopu, soulu i jazzu. Po dwóch latach producent dołożył drugą część cyklu z remiksami. Następnie do tych materiałów dołożył on specjalne wydawnictwa – „Tribute To Etta James” oraz „Tribute To Cesaria Evora”. Po hołdach złożonych legendarnym wokalistkom przyszedł czas na drugą część „Inner City Bootleg” oraz pierwsze kolaboracyjne wydawnictwo – „Statu Quo EP” – nagrane wraz z Takezo. W październiku 2013 roku Kayo opublikował kolejny tribute, tym razem skierowany do Gila Scotta Herona, „The Revolution Was Not Televised”. W czerwcu ub.r. Francuz podsumował pierwszą dekadę swojej działalności, wydając kompilację „Evolution”. Następny okres w twórczości beatmakera otwiera „A Thousand Months LP”. Właśnie z tym projektem producent dotarł do większego grona odbiorców niż to miało miejsce z poprzednimi materiałami.

    W związku z tym, że od premiery płyty minęło już 9 miesięcy, to można spojrzeć na ten projekt z większym dystansem i odpowiedzieć sobie na kluczowe pytanie. Czy rzeczywiście media i słuchacze powinni więcej miejsca poświęcać mało znanym artystom (nawet jak na realia undergroundu) i ich materiałom? Wydawnictwa pokroju „A Thousand Months LP” wystawiają niszowym wykonawcom co najmniej porządne noty i dobitnie przekonują o tym, że warto spojrzeć szerszej i dostrzec niewielkich stosunkowo twórców. Na swoim ostatnim albumie Kayo zaserwował mieszankę soulfulowych i jazz-hopowych brzmień podanych z gracją i dbałością o detale. Wszystkie utwory zebrane na projekcie brzmią spójnie i są ułożone według przejrzystych linii. W przypadku tego materiału należy również powiedzieć o istotnym wpływie gości na końcowy efekt „A Thousand Months LP”. W dobie popularności płyt stricte instrumentalnych coraz częściej zapomina się, że poszczególni producenci potrafią błyskawicznie zyskać na wartości po nagraniu utworów z raperami i wokalistami. Phat Kat, Miles Bonny, The 49ers, Awon, Marina P, Géabé i Jungle Leez pozytywnie wpłynęli na jakość nagrań Kayo. Francuski artysta realizując ścieżki wraz z nimi pokazał się z nowej strony, przekonując o tym, że sprawdza się on także w tej roli. Oprócz ww. postaci na albumie pojawili się też instrumentaliści, beatmakerzy i DJ-e (m.in. Slone, DJ Saligo, DJ Mad Pressure i DJ Q). Spowodowało to wydłużenie procesu twórczego, dzięki czemu powstało wytrawnie przygotowane dzieło, dopieszczone pod różnymi względami i zwracające na siebie uwagę swoją głębią muzycznego smaku.

    Projekt dostępny do odsłuchu za pośrednictwem Bandcampa oraz pozostałych serwisów streamingowych (Spotify, Deezer, itd.). „A Thousand Months LP” trafiło do obiegu w postaci cyfrowej i fizycznej (płyty winylowe i kompaktowe). Winyle pojawiły się w sprzedaży dzięki współpracy Kayo z Sergent Records. Listopadowe wydawnictwo promuje kilka singli – „Theme Of A Thousand Months”, „Lady Josephine” i „City Life”. Jeżeli ktokolwiek zdecyduje się spojrzeć szerzej na współczesną niezależną muzykę, to bez kłopotu wychwyci artystów pokroju Kayo. Wystarczy tylko chcieć i znaleźć trochę czasu, aby głębiej sięgnąć po wartościowe płyty.

    Tracklista

    1. Theme Of A Thousand Months
    2. Words’N’Language feat. Marina P
    3. Lady Josephine feat. S. Valle
    4. What You Gonna Do feat. Géabé
    5. Strangers feat. DJ Q
    6. City Life feat. Phat Kat
    7. Grandeur feat. Awon
    8. Alone In The Blue Train
    9. Late Night fea.t The 49ers
    10. Tunis Blues Song / Ariana’s Memories
    11. Waheb feat. C. Rieger / P. Barbieri
    12. Go Home feat. Miles Bonny
    13. LOVEmaker feat. Jungle Leez [Bonus track]
    14. Innervisions feat. Slone [Bonus track]
  • Solowa płyta Huberta Tasa – Roots

    Solowa płyta Huberta Tasa – Roots

    3–5 minut

    Słowo „niezależny” pada dosyć często w życiu codziennym. Na naszym serwisie termin ten jest dosłownie odmieniany przez przypadki i praktycznie non stop pojawia się przy okazji artykułów. Czy zastanawialiście się na ile używanie tego określenia jest jednak słuszne i w pełni adekwatne do poszczególnych artystów i wydawców? W dzisiejszym świecie tak po prawdzie trudno znaleźć w pełni niezależnych twórców i labele nie powiązane w żaden sposób z szeregiem osób i podmiotów działających w branży muzycznej. Wszelkie kwestie dotyczące wydania płyty, dystrybucji, (e)-marketingu i pochodnych przechodzą najczęściej przez szereg osób. W związku z tym rzadko mamy do czynienia z wykonawcami, którzy nie przejmują się koniecznością współpracy z innymi i nawet kosztem mniejszego zasięgu danego projektu, wydają jego własnym sumptem. W grudniu ub.r. na ten zabieg zdecydował się Hubert Tas, wypuszczając solowe LP „Roots”.

    W ostatnich latach zostało zauważonych w kraju kilku utalentowanych producentów. W tym gronie znalazł się duet DJ Czarny & Tas. Wykonawcy związani z Poznaniem zaserwowali odbiorcom sporą dawkę instrumentalnego hip hopu i elektroniki w dobrym wydaniu. Większość osób kojarzy tych twórców przez charakterystyczny singiel „Passion, music, hip​-​hop”, który jednocześnie był tytułowym nagraniem pochodzącym z pierwszego albumu Polaków. Wydawnictwo pochodzące z maja 2013 roku wypadło więcej niż poprawnie. Gospodarze płyty zaprezentowali porządną formą zarówno jeżeli chodzi o stricte instrumentalne nagrania, jak i te powstałe przy kooperacji z wokalistami (Muneshine, Melodiq, Raashan Ahmad, Kohndo, Prof).

    Po dwóch latach DJ Czarny & Tas zdecydowali się na wydanie drugiego longplaya, „Time To Build”. Wydawnictwo promowane m.in. tytułowym utworem z udziałem Ozaya Moore’a przedstawiło bardziej eksperymentalne brzmienie artystów w porównaniu do „Passion, music, hip​-​hop”., sięgające po klimaty soulu i nawet drum’n’bass. Po tym materiale twórcy skupili się na innych przedsięwzięciach. DJ Czarny po przerwie wydał w ub.r. pod pseudonimem Voitek Noir płytę „Into The Wild”. Natomiast Hubert Tas dzielił swój czas pomiędzy kilkoma projektami (Beatbattle.poznan, Proporcja.com, Republika Rytmu). Szczególnie pierwsza z tych inicjatyw zdobyła sporą popularność w kraju. Pomiędzy tym Tas stale nagrywał muzykę. Po dłuższych przygotowaniach wreszcie zebrał wszystkie utwory na pierwsze solowe LP. „Roots” stanowi pod kilkoma względami powrót tego artysty do korzeni.

    W dzisiejszych czasach niezwykle rzadko zdarza się, aby płyta wychodziła bez większych zapowiedzi i/lub jakichkolwiek działań promocyjnych (wydawnictwa wypuszczane w formie niespodzianek egzystują jedynie w mainstreamie). Jednak zdarzają się odstępstwa od tej reguły. Hubert Tas nie zważając na nic zdecydował się na wydanie projektu skromnie – bez kampanii promocyjnej, bez nakręcania koniunktury, bez zbędnego poklasku. Polski artysta celowo postawił na tę formę opublikowania „Roots”. Wykonawca zadedykował premierowy solowy album swoim najbliższym, znajomym, wiernym słuchaczom i wszystkim pozostałym ceniącym sobie wartościową muzykę. Jak się okazało, wcale Tas nie wyszedł na tej metodzie wydania longplaya najgorzej.

    „Roots” pojawiło się w obiegu przed ubiegłorocznymi świętami Bożego Narodzenia. Wymowny tytuł wydawnictwa odpowiada nie tylko powrotowi polskiego twórcy do swoich muzycznych korzeni. W ten sposób Hubert Tas sięgnął do dawnych inspiracji i wytycznych, jakimi kierował się przy produkcji nagrań, odnajdując przy tym nieskrywaną przyjemność i radość z pracy twórczej. Materiał zawarty na albumie zdecydowanie powinien spodobać się sympatykom klasycznego hip hopu. Korzennie brzmiące podkłady przygotowano tutaj ze smakiem, co stanowi niezaprzeczalny atut „Roots”. Dodatkowo poszczególne ścieżki nabrały większego wyrazu dzięki urozmaiceniu o tzw. żywe instrumenty i wokale, za które odpowiadają Domek i mabanua („Close To Dawn” wypada naprawdę okazale dzięki jego obecności). Na wydawnictwie znalazło się także miejsce dla Mr. Krime’a, DJ’a Eazy’ego i Maxiskratcha (pojawił się on również na albumie Boory, „Soundogolism”). Część odbiór stwierdzi, że płyta Tasa nie stanowi interesującego projektu, ponieważ nie wprowadza niczego świeżego i zaskakującego. Jednak wszyscy ci, którzy poszukują starego-dobrego organicznego hip hopu podanego z wyczuciem, powinni docenić ten album.

    Wydawnictwo udostępniono do odsłuchu na Bandcampie. „Roots” ukazało się w formacie elektronicznym (do nabycia za pośrednictwem BC) oraz fizycznym (nakład płyt kompaktowych już wyczerpany). Album promuje szereg singli – od „Far Away”, przez „Searching”, „Love Of My Life” i „Close To Dawn”, aż skończywszy na „Flowers”. W sieci pojawiło się sporo teledysków dołączonych do utworów z tego LP. W odróżnieniu od DJ-a Czarnego Hubert Tas na solowym projekcie poszedł w korzennym kierunku, co w jego przypadku wyszło na zadowalającym poziomie. Co ważne, obaj ww. artyści zaprezentowali kawał dobrej muzyki na swoich solowych płytach, co stawia ich w korzystnym świetle.

    Tracklista

    1. Roots feat. Michał Śliwiński & Jerzy Fryderyk Wojciechowski
    2. Respect
    3. Searching feat. Mr Krime
    4. Ain’t Got Time To Waste
    5. People feat. Jacek Pohl & Michał Wojtczuk
    6. Love Of My Life
    7. A Little Bit Of Jazz feat. Maxiskratch
    8. Close To Dawn feat. mabanua, DJ Eazy & Jerzy Fryderyk Wojciechowski
    9. 15
    10. Far Away
    11. Vibes feat. Domek
    12. The Four Elements feat. Domek
    13. Flowers (Nujabes tribute) [Bonus track]
  • Damu The Fudgemunk odsłania kolejne części How It Should Sound

    Damu The Fudgemunk odsłania kolejne części How It Should Sound

    4–6 minut

    W środowisku rapowym nieustannie mnóstwo emocji wywołują wszelkiego rodzaju listy zawierające przekrój przez najlepsze płyty hip hopowe. Jeżeli do tego doliczymy multum zestawień dotyczących poszczególnych lat kalendarzowych w tej branży, to w oka mgnieniu uzbieramy pełno artykułów, niczym prawdziwków na jesiennym grzybobraniu. Z drugiej strony, jakość i rzetelność takich publikacji bywa nierzadko (i słusznie) kwestionowana. W dalszym ciągu brakuje rzeczowych rankingów dedykowanych niezależnemu rapowi z ostatnich 5-10 lat. Jeżeli mielibyśmy dokonać podsumowania powyższego okresu, to nie sposób pominąć dwóch artystów wywodzących się z Waszyngtonu – Oddiseego i Damu The Fudgemunka. W październiku drugi z nich wypuścił kolejne woluminy słynnej serii „How It Should Sound” – trzy longplaye połączone w jedną całość oraz suplement w postaci EP-ki.

    Jedną z największych nobilitacji dla artystów jest z pewnością powszechne uznanie i szacunek ze strony ich kompanów po fachu. Na wysokie oceny od innych wykonawców może liczyć Damu The Fudgemunk. Producent pochodzący ze stolicy USA już dawno zaskarbił sobie sympatię licznych sympatyków starej szkoły muzyki hip hopowej. Współzałożyciel Redefinition Records to obecnie jeden z najbardziej cenionych w undergroundzie postaci, wspieranych nie tylko przez zwykłych słuchaczy, ale także przez wielu artystów, DJ-ów czy kolekcjonerów płyt winylowych stale wypatrujących wieści o jego kolejnych wydawnictwach.

    W początkowej fazie działalności na scenie hip hopowej mieszkaniec Waszyngtonu był kojarzony z dwoma formacjami – Y Society i Panacea. W 2008 roku  zdecydował się na wypuszczenie pierwszych solowych projektów – „Spare Time” i „Overtime”. Obie płyty opublikowano bezpłatnie w sieci, co skutecznie przyczyniło się do błyskawicznego rozprzestrzenienia się materiałów na świecie. Dwa lata później Damu The Fudgemunk wydał przełomową produkcję – „How It Should Sound 1-2”. Dwuczęściowy album zwrócił na niego uwagę jeszcze większego spektrum odbiorców. Na tych płytach beatmaker zdefiniował na nowo klasyczne brzmienie hip hopowe, czyniąc to z doskonałym wyczuciem.

    Amerykanin zbierał dalsze komplementy za kolejne wydawnictwa – „Supply For Demand”, „Kilawat Vol. 1.5” oraz liczne single. We wrześniu 2013 roku producent obrał inny kurs, pokazując swoje inne oblicze na „Spur Momento Trailer”. Po wydawnictwie kojarzonym z soundtrackiem do starych filmów Damu The Fudgemunk postawił na serię płyt odwołujących się do jego wcześniejszych dokonań. Nieco ponad dwa lata temu ukazał się follow-up do jego debiutanckiej produkcji – „Spare Overtime Re​-​Inspired”. Artysta stale powraca do wcześniejszych nagrań, nieustannie szlifując brzmienie i stosując się do złotej zasady looking for the perfect beat. Do tej kategorii należy przypisać obie części „Public Assembly”. Po tych projektach przyszła kolej na zapowiadaną od dłuższego czasu przez REDEF kontynuację „How It Should Sound”. Jednak chyba nikt nie przypuszczałby, że Damu The Fudgemunk dostarczy na raz trzy odsłony „HISS”, które następnie uzupełni o bonusowy materiał.

    W sieci przebąkiwano na temat następnej części tego projektu od około trzech lat. W pewnym momencie wydawało się, że „How It Should Sound” trafi do sprzedaży jeszcze w 2013 roku, ale wtedy materiał nie był jeszcze skończony, ustępując miejsca „Spur Momento Trailer” i późniejszym płytom bohatera niniejszego artykułu. Po długich oczekiwaniach REDEF ostatecznie potwierdziło w połowie ub.r. wydanie „HISS” planowane na jesień.

    Właściwa kampania promocyjna ruszyła pod koniec sierpnia. Wszystkich fanów Damu The Fudgemunka zelektryzowała wiadomość o trzech partiach projektu połączonych w jedną całość i zapowiedzianych na 2 października. Przy pracach nad „How It Should Sound 3-5” amerykański artysta zdecydował się na niecodzienny zabieg. Zamiast nagrywać wszystko od początku, postanowił on ponownie przejrzeć utwory zrealizowane w latach 2003-08 w celu ich poprawy, nadaniu połysku, a następnie pokazaniu światu. W tym przypadku nie można mówić o wybraniu drogi na skróty, ponieważ mieszkaniec Waszyngtonu stale udoskonala nagrane przez siebie utwory, nie zadowalając się przy tym żadnymi półśrodkami. W związku z tym, zamiast odrzutów otrzymaliśmy na trzech woluminach „HISS” pełnoprawne nagrania, będące dowodem klasy tego producenta. Damu The Fudgemunk kapitalnie opanował sztukę tworzenia boom-bapowych ścieżek, popartą pieczołowitym doborem sampli i linii perkusyjnych. Jego muzyka przypomina o latach 90.tych, ale jednocześnie brzmi świeżo, a w tym wszystkim łatwo można odnaleźć styl waszyngtońskiego beatmakera.

    W czasie, gdy praktycznie każdy artysta byłby zadowolony z siebie, dostarczając trzyczęściowy album złożony z 33 utworów, Damu The Fudgemunk postąpił zupełnie na odwrót. Po wydaniu w październiku „How It Should Sound 3-5”, w listopadzie rozszerzył całą serię wydawniczą o „HISS Abyss”. Co się kryje za tą EP-ką? Na tym projekcie umieszczono utwory, które z różnych względów nie znalazły miejsca na poprzednich odsłonach tego cyklu. Pod względem konstrukcji różnią się one od swoich poprzedników, gdyż dominują tutaj krótkie ścieżki, pokazujące warsztat producenta od nieco innej strony. Wszystko to przełożyło się na piękne nawiązanie do serii  zapoczątkowanej w 2010 roku.

    Wszystkie wydawnictwa odsłuchacie na Bandcampie („HISS 3-5”, „Abyss”) oraz pozostałych serwisach streamingowych (Spotify, Deezer, itp.). Redefinition Records przyzwyczaiło swoich sympatyków do pieczołowitego wydawania płyt. Jednak do tej pory nie spotkaliśmy się z tak wielkim rozmachem przy wydawnictwach amerykańskiego labelu. „HISS 3-5” + „Abyss” doczekało się kilku różnych edycji. Przede wszystkim każdy z tych projektów ukazał się na płytach winylowych, które nadal cieszą się sporym wzięciem wśród kupujących. Oprócz tego pojawiły się w obiegu również kompakty. REDEF promuje całość produkcji poprzez kilka singli – „In My Regretless Lifetime”, „What Happened To Easy Street”, „Checkmate Execution”, „Time On!” oraz „Fabrega’s Discotecas” (utwór przedstawiany w formie „HISS Foundations”). Na YouTube znajdziecie również 9-minutowe video promocyjne, zawierające sporo ekskluzywnych materiałów. Damu The Fudgemunk po raz wtóry pokazał, że posiada duszę i niezwykłe umiejętności tworzenia instrumentalnego hip hopu na wysokim poziomie.

    Na marginesie dodam, że współwłaściciel Redefinition Records nieustannie działa na polu wydawniczym. 8 stycznia ukazał się jego album, „Full Time”. Pod tym tytułem kryją się winylowe wersje premierowych projektów Damu„Spare Time” oraz „Overtime”. Wydanie fizyczne produkcji dostępne w sprzedaży za pośrednictwem sklepów REDEF i HHV.DE.

    Tracklista

    1. Continue Here
    2. The Sound
    3. Time On! (2005)
    4. Kool Papa Sport (2004)
    5. It Drinks it Pours (2004)
    6. Hallway (2005)
    7. Pursuit (2008)
    8. Just Look Up [Pawt 2] (2005)
    9. Fragment (2005)
    10. The Exchange (2004)
    11. You Earned It (2004)
    12. In with the Moonlight (2004)
    13. For the Angry Poet (2003)
    14. Ego Check (2006)
    15. My Mood Exactly (2005)
    16. Have Time (2004)
    17. Retro-Future (2004)
    18. The Gift (2004)
    19. It’s a Fine Night for… (2005)
    20. Sensory Rebirth (2004)
    21. Everyday is Another Opportunity (2003)
    22. In Passing (2004)
    23. Snatching Wind (2003)
    24. A Fifth of HISS (vol – 5 intro)
    25. Feeling Majestic (2004)
    26. We’re Gonna Prove (2007)
    27. Lunchbox Theory (2007)
    28. Diamond Digging (2004)
    29. Checkmate Execution (2004)
    30. In My Regretless Lifetime (2005)
    31. Sounds How it Should (2005)
    32. It’s Hard to Leave You (2004)
    33. Losin’ & Earnin’ [Part 1] (2004)
  • Stones Throw Records wydaje Hud Dreems Knxwledge’a

    Stones Throw Records wydaje Hud Dreems Knxwledge’a

    3–4 minut

    W przyszłym roku kalifornijskie Stones Throw Records będzie obchodziło 20-lecie swojego istnienia. Już po kilku latach działalności label założony przez Peanut Butter Wolfa był doceniany za wydawanie niesztampowej i wyznaczającej nowe trendy muzyki. Po drodze PBW utworzył wraz ze swoimi kompanami kilka sublabeli z Leaving Records i Now-Again Records na czele. Przez blisko dwie dekady przez wytwórnię płytową z siedzibą w Los Angeles przewinęło się kilkudziesięciu wykonawców, wliczając w to Madliba, J Dillę, Perceego P, Aloe Blacca, Karriema Rigginsa, MF Dooma i innych. W tym roku nakładem STR ukazało się kilka projektów autorstwa Tuxedo, Dam-Funka, Guilty Simpsona czy White Boiz. Obok nich swój materiał w Stones Throw Records wypuścił również Knxwledge. „Hud Dreems” to pierwszy longplay nagrany przez producenta dla labelu Peanut Butter Wolfa.

    Po 2008 roku wypłynęło na szersze wody wielu niezależnych producentów. Część z nich zasłynęła z regularnego wydawania krótszych i dłuższych projektów, czasem po kilka(naście) rocznie. W tym osobliwym kręgu znalazł się Knxwledge. Producent pochodzący z Filadelfii, zaś zamieszkały obecnie w Los Angeles, dosłownie zasypał odbiorców swoją muzyką. W jego przypadku niekiedy wychodziło tak, że zanim słuchacze zdążyli na dobre zapoznać się z danym materiałem KNX-a, to amerykański beatmaker… publikował kolejny zbiór swoich nagrań. Jak się okazuje, w tym szaleństwie wydawniczym jest metoda.

    Konia z rzędem temu, kto wprawnie orientuje się w wydawnictw Knxwledge’a. Wydaje się to niemożliwe, ponieważ przedstawiciel Cali wydał mnóstwo płyt, rozszerzając praktycznie non stop swoją dyskografię o następne wydawnictwa. Do najważniejszych z nich należą „Klouds”, „Kauliflower”, „Rap Jointz Vol. 1” i seria „Hexual Sealings”. Pierwsze z ww. produkcji trafiły do obiegu dzięki współpracy beatmakera z irlandzkim All City Records. W 2013 roku kalifornijskie Leaving Records wypuściło „Anthology” – swoisty przekrój przez dotychczasowe projekty bohatera tego artykułu. Wypada również nadmienić, iż oprócz solowej działalności producent współpracuje z innymi wykonawcami. Wśród partnerów muzycznych KNX-a wyróżnimy Andersona .Paaka (w grudniu ukazała się EP-ka producenta i tego wokalista, którą wydano pod szyldem grupy Nx Worries), Kendricka Lamara, Co$$a, Mndsgna, Blu, Joeya Bada$$a, Homeboya Sandmana, Fatimę, Pyramida Vritra i SiR-a. Po wydaniu „Anthology” Knxwledge rozpoczął współpracę ze Stones Throw Records. Kooperacja ta przerodziła się w powstanie „Hud Dreems”.

    W pierwszej kolejności płyta trafiła na rynek w postaci elektronicznej. Akurat do tego formatu przyzwyczaili się wszyscy sympatycy twórczości producenta (tylko wybrane materiały Kalifornijczyka ukazały się na kompaktach, winylach lub kasetach). Po cyfrowej premierze STR opublikowało materiał w wersji fizycznej, co dobrze odebrano w środowisku muzycznym. Knxwledge solidnie przygotował się do wypuszczenia pierwszej płyty w słynnej wytwórni płytowej z Los Angeles. „Hud Dreems” jest pozbawione wypełniaczy i nie ma tutaj mowy o bylejakości. Producent na majowym wydawnictwie zaprezentował 26 ścieżki utrzymane w klimacie instrumentalnego hip hopu. Większość nagrań zgromadzonych na LP trwa poniżej 2 minut. Każdy utwór gładko przechodzi w następny, dzięki czemu całość stanowi smakowite danie muzyczne, które nie jest złożone jedynie z liche jakości przystawek. Problem tylko w tym, że przez mnogość instrumentali i ich okrojoną długość, trudno zapamiętać przynajmniej połowę tracków na „Hud Dreems”. W związku z tym, najlepiej wypadają najdłuższe nagrania na albumie – „trsh”, „nvrending” oraz „demskreets.fekts”. Tak właśnie wygląda świat kreowany przez KNX-a, który nie znosi żadnych przestojów, co trzeba mieć na uwadze za każdym razem, kiedy stykamy się z jego twórczością.

    Wydawnictwo ukazało się na Bandcampie oraz na pozostałych serwisach streamingowych (Spotify, Deezer, YouTube, itd.). Jak wspomniałem pierwotnie „Hud Dreems” pojawiło się w obiegu w wersji cyfrowej, do której następnie dołożono wydanie fizyczne na płytach kompaktowych i winylowych. Instrumentalny album promuje kilka singli, w tym „flyinglizrds” i „jstowee”. Dodatkowo do pierwszego z tych nagrań nakręcono również teledysk, zaś drugi doczekał się zapisu z wykonania jego na żywo (seria „In The Dungeon”). Knxwledge powinien być zadowolony z odbioru tego projektu, dzięki któremu jeszcze bardziej ugruntował on swoją pozycję w branży. Oczywiście zapracowany beatmaker nie poprzestał na „Hud Dreems” – w poprzednich miesiącach zdążył on jeszcze opublikować kolejne części „WrapTaypes” oraz „Hexual Sealings”, dokładając do tego „Link Up & Suede” z Andersonem .Paakiem. Jak tak dalej pójdzie, to żaden inny producent nie będzie w stanie dorównać jego dyskografii.

    Tracklista

    1. kometostai.aintreallynootherwaytoputitro
    2. time&tide
    3. tkekareofit
    4. mylife
    5. shuremng
    6. noflowrs[instrw]
    7. dntfall
    8. frmnowhere
    9. thtroll
    10. letuleave.[geekdop]
    11. onlijournitro
    12. thtbodi
    13. bodies[TOTW]
    14. behindme
    15. faraway
    16. flyinglizrds
    17. mydesire[fortwin][vanuys]
    18. trsh
    19. jstowee
    20. nvrending
    21. stilluhme
    22. Aintitovr
    23. demskreets.fekts
    24. beleeveibne
    25. rightaftr[THK]
    26. okaiokai
  • Recenzja LP: Igor Boxx – Delirium

    Recenzja LP: Igor Boxx – Delirium

    2–4 minut

    PlugAudio | 2015

    Tekst: Emilia Falkowska

    Każdy zgodzi się ze stwierdzeniem, że jazz to silna karta w historii polskiej muzyki. Takie osobistości, jak Krzysztof Komeda czy Zbigniew Namysłowski są powodami do dumy dla całych pokoleń. Zainteresowanie tym gatunkiem nie skończyło się wraz z opadnięciem emocji po „Astigmatic”, co to, to nie. Korzenie ruchu jazzowego w Polsce sięgają głęboko, jednak sam gatunek nie przestaje ewoluować. Świeże brzmienie nadaje mu obecnie nie kto inny, jak Igor Boxx, bez wątpienia jeden z najważniejszych współczesnych polskich muzyków, ½ szanowanego i wielokrotnie nagradzanego duetu Skalpel oraz świetnie radzący sobie solowy artysta. Artysta przez wielkie „A”.

    Każdy jego projekt to ujście dla szerokiej wyobraźni i genialna mieszanka stylów prowokująca wyjątkowe doznania. Perfekcyjnie łączony jazz z elektroniką i hip hopem jest wizytówką panów z Wrocławia. Igor Pudło wraz z Marcinem Cichym ponad dekadę temu zostali dostrzeżeni przez kultową londyńską wytwórnię płytową Ninja Tune, dzięki której usłyszeliśmy „Skalpel” czy też „Konfusion” – albumy rozpoznawalne na świecie i kultywowane w kraju. Warto wspomnieć, że ich „Virtual Cuts” jest uważany za najlepszy mixtape w historii polskiej muzyki elektronicznej.

    Światowy poziom projektów został dostrzeżony i doceniony, a Igorowi Boxxowi otworzył drzwi do solowej kariery. Człowiek, który, jak sam mówi, był świadkiem narodzin punk rocka i złotej ery hip hopu, pamięta przejście Polski z komunizmu na kapitalizm i wersji analogowych na cyfrowe, w 2010 roku wydał solowy album „Breslau”, osobistą ekspresję na temat historii Wrocławia. Debiut jakich mało. Wydawnictwo ruszyło w świat i przyciągnęło tłumy zainteresowanych muzyką zza żelaznej kurtyny, połączeniem klasyki z nowoczesnością, historii i emocjonalnych związków artysty z rodzinnym miastem.

    To, co w Igorze wyjątkowe, to nieposkromiona kreatywność. Dowodem na jej ogrom (jakby komukolwiek jeszcze takowy był potrzebny po wcześniejszych sukcesach) jest „Delirium” – nowy album wydany 6 listopada dzięki PlugAudio. Album dojrzały (tak samo jak jego autor, swoją drogą tworzący muzykę już od 24 lat), dopieszczony, zdecydowanie satysfakcjonujący, acz nieprzerwanie intrygujący. Wszystko to dzięki jazzowym samplom i psychodelicznym elementom, które wylewają się z głośników dosłownie, jak obrazy z ram po substancjach psychoaktywnych.

    „Delirium” to płyta ewidentnie wychodząca poza ramy, niekonwencjonalna i fascynująca. Materiał bardziej burzliwy niż dzieci Skalpela (w ub.r. ukazały się dwa nowe projekty grupy – „Transit” i „Simple”), jednak jakościowo tak samo sięga najwyższej półki łącząc jazz, krautrock i new wave. „Delirium” to dziesięć hipnotyzujących utworów tworzących psychologiczny autoportret Igora Boxxa. Zmysł kompozycyjny pełen spontaniczności i smaku pozwolił mu stworzyć futurystyczny materiał, za punkt wyjścia mający old-schoolowe brzmienia.

    Pierwszy utwór, „Nordic Crime”, to porządna dawka delirycznych dźwięków, którym nie da się oprzeć. Po pierwszym zastrzyku psychodelicznych beatów przychodzi pora na trzeci numer „Metabolix”, wymuszający całkowitą zmianę koncepcji na odbiór tego albumu. Klimatem powraca na chwilę do poprzedniego solowego wydawnictwa Igora Boxxa, „Dream Logic”, przyśpieszając tempo i dodając taneczne elementy. Podobny zabieg słychać w „Stolen Moments”. „Twisted Childhood” to kolejny ciekawy utwór, nagle w tym narkotycznym świecie słychać odrobinę dziecinności i marzeń. Dwa ostatnie utwory – „Delirious Material” i „Swamp Forever” – przybliżone są klimatem do „Nordic Crime”. W tym drugim jednak warto zwrócić uwagę na dodatkowy element wprowadzony na końcu wydawnictwa, wyjaśniający nieco całą tę grę wyobraźni.

    „Delirium” zaskakuje różnorodnością, ale i kunsztem wykonania. Najmniejsze elementy dobrane są tu by subtelnie nadać smaku całości. Fantastyczny klimat stworzony przez Igora mógłby być genialną ścieżką dźwiękową filmu lub po prostu soundtrackiem niezapomnianego jesiennego wieczoru.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Nordic Crime
    2. Paranoia
    3. Metabolix
    4. Moonbase Alpha
    5. Sorrow Tomorrow
    6. Twisted Childhood
    7. Stolen Moments
    8. Nightbreak
    9. Delirious Material
    10. Swamp Forever

    Zapisz

Translate »