Tag: instrumental album

  • Orientalna płyta Emancipatora – Baralku

    Orientalna płyta Emancipatora – Baralku

    3–5 minut

    Jeszcze kilka lat temu nie przypuszczałbym, że najwięcej czasu będę spędzał przy muzyce instrumentalnej. Kiedyś poświęcałem długie godziny na poszukiwanie płyt współczesnych raperów czy grup hip hopowych, zaś teraz nie wyobrażam sobie choćby dnia bez muzyki nowo poznanych producentów. Nie oznacza to wcale, że całkowicie porzuciłem nagrania wokalne, ponieważ nadal doceniam szereg Emcees, zarówno tych sprzed lat, jak i z obecnych czasów. Jednak ustępują oni miejsca beatmakerom i kompozytorom z różnych stron świata. Instrumentalne płyty kapitalnie wypadają szczególnie w okresie jesienno-zimowym. W ostatnich 2-3 miesiącach kilka wydawnictw z tej kategorii utkwiło w mojej pamięci. „Jukebox Buddha” Dr. Quandary’ego, „hiraeth” idealisma, „winter chill” johto (sam wise), „Casual Horns, Dog” The Jefferson Park Boys, „Venture” GrandHuita & Atamone’a, „Into The Deep Ocean” Funkonamiego i kilka pozostałych materiałów często towarzyszyły mi w tym okresie. Jednak najbliższą płytą poprzednich tygodni okazał się nowy album Emancipatora – „Baralku” – pierwszorzędny koncepcyjny materiał uznanego amerykańskiego producenta.

    Lata sprzed pojawieniem i upowszechnieniem serwisów streamingowych wydają się odległą i mroczną epoką. W tamtych czasach dotarcie do muzyki nieznanych wcześniej twórców nie było wcale takie proste i wymagało niekiedy sprytu i szczęścia. Nielicznym niezależnym producentom udało się wybić, przyciągając na dłużej swoimi nagraniami słuchaczy. W tej grupie znajduje się także Emancipator. Amerykański artysta nie nastawiał się na zrobienie zawrotnej kariery muzycznej, skupiając się początkowo na wydawaniu nagrań dla własnej przyjemności. W krótkim czasie okazało się, że jego muzyka przemawia do wielu odbiorców.

    Pierwsze płyty Douglasa Applinga„Soon It Will Be Cold Enough” i „Safe In The Steep Cliffs” – osiągnęły dużą popularność na świecie. Przyczyniła się do tego promocji albumów na zapomnianym obecnie portalu MySpace oraz obecności projektów na dziesiątkach blogów udostępniających odnośniki do nielegalnego pobierania muzyki. Już w młodym wieku Emancipator wykazywał znakomite czucie klimatów downtempo i trip-hopu z domieszką ambientu oraz instrumentalnego hip hopu. W następnych latach mieszkaniec Portland rozwijał swoje brzmienie. W jego przypadku kluczowym momentem był 2013 rok, i to nie tylko ze względu na wydany wtedy longplay „Dusk To Dawn”. Przed 5 laty beatmaker założył własną wytwórnię płytową Loci Records. Producent przyjął pod swoje skrzydła innych twórców, wydając w następnych latach projekty m.in. Frameworksa, Nyma i Tora. Emancipator nie zaprzestał tworzenia nowych produkcji. W 2015 roku wypuścił aż 3 płyty – „Dusk To Dawn Remixes”, płytę koncertową „Live In Athens” oraz następny album „Seven Seas”. Około 1,5 roku temu Amerykanin świętował 10-lecie premiery debiutanckiego longplaya „Soon It Will Be Cold Enough”. Z tej okazji ukazała się kolejne reedycja projektu oraz podwójna EP-ka „Maps & Father King”. W dalszym ciągu nieszablonowy artysta czerpie nowe pomysły na nagrywanie muzyki. Doskonale świadczy o tym „Baralku”, będące metafizyczną podróżą do odległej krainy ze snów i marzeń.

    Wydanie płyty dokładnie zaplanowano. Przed premierą albumu Loci Records nie ujawniło szczegółów produkcji, ograniczając się do 3 singli promocyjnych. Celowy zabieg miał zwiększyć zainteresowanie licznego grona słuchaczy, co zresztą powiodło się wytwórni. Przy listopadowej premierze LP ogłoszono również długą trasę koncertową Emancipator Ensemble, co dodatkowo przyczyniło się do popularyzacji projektu w Ameryce Północnej. Dzięki profesjonalnemu podejściu do kwestii wydawniczych, Emancipator stale poszerza również grono swoich sympatyków.

    Przed omawianiem zawartości LP wypada wspomnieć o otoczce towarzyszącej „Baralku”. Tytuł albumu odnosi się do mitycznej wyspy, na której duszy umarłych rozpalają światło tym, których kochały za życia, informując przy tym o bezpiecznym dotarciu do tej krainy (słowo baralku występuje w kulturze ludu Yolngu, rdzennych mieszkańców Australii). Pod tym względem producent nawiązywał też do „Seven Seas”, posiadającego również pewne cechy płyty podróżniczej i odkrywającej nowe tereny muzycznej ekspresji. Przy zetknięciu z ubiegłorocznym wydawnictwem beatmakera łatwo zauważyć odniesienia do wcześniejszych projektów. Emancipator skrzętnie korzysta ze swojego dorobku, rozwijając motywy, dodając nowe elementy do utworów. Spokojne i wyszukane dźwięki rozciągają się nad całym albumem. „Baralku” daleko odchodzi od schematycznych instrumentalnych płyt, w których na ogół poszczególne utwory nie są powiązane ze sobą. W przypadku najnowszego dzieła doświadczonego twórcy wszystkie nagrania łączą się ze sobą, odnosząc się do etapów podróży ludzkich duszy w poszukiwaniu spokojnej przystani. Instrumentalna płyta opowiada nie tylko o ekspedycjach pomiędzy myślą a czasem. Wybrane utwory snują opowieści o życiu i śmierci, a także sensie istnienia. Na pierwszy rzut oka brzmi mi pompatycznie, skomplikowanie i wymagająco ze strony odbiorców. Należy wziąć poprawkę na to, że Emancipator nie tworzy schematycznej i miałkiej muzyki. Producentowi zależało na poruszeniu i natchnieniu słuchaczy do spojrzenia wgląd siebie, przedstawiając soundtrack do podróży po zakończeniu życia doczesnego.

    „Baralku” udostępniono do odsłuchu na wszystkich platformach streamingowych (Bandcamp, Spotify, Deezer, Soundcloud, YouTube i pozostałych). Początkowo projekt opublikowano jedynie w wersji elektronicznej, co jest charakterystyczne dla poczynań Loci Records. Po pewny czasie album trafił do sprzedaży na płytach kompaktowych i winylowych. Wydawnictwo promują 3 singlowe nagrania – „Ghost Pong”, „Goodness” i „Baralku”. Do tytułowego utworu pochodzącego z płyty nakręcono również teledysk. Emancipator nie zawiódł oczekiwań odbiorców. Amerykański producent nadal potrafi tworzyć wyborne nagrania, przyciągając słuchaczy na dłużej za sprawą nietuzinkowego klimatu muzyki.

    Tracklista

    1. Baralku
    2. Ghost Pong
    3. Mako
    4. Daffodil Pickles
    5. Tree Hunt
    6. Abracadabra
    7. Goodness
    8. Udon
    9. Bat Country
    10. Pancakes
    11. Rappahannock
    12. Winter Dub
    13. Time for Space
    14. Sands
  • Antiphon pierwszym longplayem Alfa Mista

    Antiphon pierwszym longplayem Alfa Mista

    4–5 minut

    Brytyjska scena muzyczna przyciąga licznych fanów z różnych zakątków świata a ich płyty posiadają dużą siłę oddziaływania. Jeżeli zwrócimy się w stronę muzyki około hip hopowej i elektronicznej, to na pierwszy ogień pójdą wykonawcy związani z grime’em. Dzięki sukcesom komercyjnym Dizzeego Rascala, Wileya, Kano, Stormzy’ego, Skepty, JME i pozostałych, ten nurt muzyczny cieszy się obecnie ogromną popularnością. W dalszej kolejności należy wymienić całą rzeszę wykonawców, w których twórczości dominują różne formy elektroniki. W ostatnich latach twórcy pokroju Mura Masy, Jamesa Blake’a, Hudsona Mohawke’a, Maribou State, Thundercata, SOHN czy Caribou zdobyli licznych sympatyków daleko poza Wyspami Brytyjskimi. W środowisku rapowym przodują artyści nagrywający dla High Focus Records, lecz również pozostałe jednostki potrafią mocno namieszać na scenie (patrz: Little Simz). W tym barwnym tyglu muzycznym nieco na uboczu stoją muzycy jazzowi. Jednak zdarzają się postaci potrafiące wybić się ze swoimi nagraniami na szeroką skalę. Na pierwszym miejscu postawimy Alfa Mista. Wydany w marcu ub.r. longplay „Antiphon” stanowi koronny dowód na jego klasę.

    Większość przyszłych artystów muzycznych rozpoczyna zmagania z tworzeniem pierwszych nagrań w szkole średniej lub na studiach. W tym okresie ludzie definiują swój styl, poszukują inspiracji, starając się zgłębić tajniki nagrywania muzyki. Niektórzy weryfikują też plany, porzucając dotychczasowe upodobania na rzecz innych nurtów muzycznych. Nie inaczej sprawy przedstawiają się w przypadku Alfa Mista. Początkowo Brytyjczyk skupiał się na muzyce hip hopowej i grime’ie. Po dokładnym poznaniu samplingu pochodzący z Londynu twórca skupił się na dokładnej eksploracji jazzu i muzyki filmowej. Wizjonerzy pokroju Milesa Davisa i Hansa Zimmera stali się wzorami do naśladowania dla przyszłego kompozytora i producenta. Po nauce gry na pianinie i pozostałych instrumentach, Alfa Mist zwrócił się w stronę nagrywania autorskich utworów.

    Pierwszym godnym odnotowania projektem londyńczyka była wspólna EP-ka nagrana z Emmavie, „Epoch”. Krótki, ale jakże treściwy materiał, utrzymany w klimatach neo soulowych zebrał pochlebne opinie i recenzje. Sukces wydawnictwa tkwił w zgrabnym połączeniu produkcji Alfa Mista, z której można było wyodrębnić elementy hip hopowe, z upajającym wokalem Emmavie. Majestatyczny klimat nagrań brytyjskiego artysty rozpościerał się również nad jego drugim materiałem, „Nocturnes EP”. Opublikowana w lipcu 2015 roku płyta okazała się niespodzianką dużego kalibru. Melancholijny soul zespolony z jazzową estetyką, polany hip hopowymi składowymi, zachwycił niejednego słuchacza. Projekt nagrany wraz z pozostałymi członkami luźnego kolektywu Are We Live (Tom Misch, Jordan Rakei, Kaya Thomas-Dyke, Rick David, Barney Artist, Racheal Ofori, Lester Duval) niesłychanie chwycił. Po tym wydawnictwie Alfa Mist otrzymał rzeszę pochlebstw – część stron muzycznych widziała w nim już przyszłą gwiazdę brytyjskiej sceny muzycznej. Jeżeli ktokolwiek w tamtym czasie traktował tego rodzaju przypuszczenia i określenia z przymrużeniem oka, to musiał obejść się smakiem. Pierwszy album w dorobku artysty, „Antiphon”, należy odbierać w kategoriach natychmiastowego klasyka.

    Podobnie jak w wypadku „Nocturnes EP” brytyjski muzyk postawił na ścisłą współpracę z Pinkbird Recording. Jednak tym razem kooperację rozszerzono, gdyż londyńskie studio nagraniowe przyjęło też rolę wydawcy płyty w formacie fizycznym. Po sukcesie „Nocturnes EP” popyt na muzykę Alfa Mista wzrósł kilkakrotnie, więc taki zabieg okazał się wręcz koniecznością. W porównaniu do poprzedniego materiału uległ zmianie skład zespołu, uczestniczącego w procesie nagrywania płyty. Rozszerzono ekipę studyjną o kolejne osoby i instrumenty, w skutek czego otrzymaliśmy pełniejsze i bardziej dopieszczone brzmienie projektu. „Antiphon” urzeka misternie przygotowaną atmosferą, nieporównywalną z grosem pozostałych współczesnych albumów jazzowych. Co więcej, Alfa Mist wraz ze swoimi kompanami nie trzymał się ściśle stylistyki jazzowej, ponownie sięgając po inne nurty. Otwarty umysł i zdolność do łączenia różnorodnych pierwiastków muzycznych w dobrze przyswajalną strawę stanowią jedne z największych zalet młodego brytyjskiego kompozytora. Przy udziale licznych muzyków potrafił on naprowadzić ich na właściwy tor muzyczny, nie zamykając całego zespołu, i dając pełną swobodę działań. Improwizacja to kolejna składowa ubiegłorocznej produkcji. „Antiphon” wiele zyskał na niczym nieskrępowanemu korzystaniu z pomysłów poszczególnych twórców, biorących udział w powstawaniu nagrań. Świadczą o tym choćby najdłuższe kompozycje na longplayu – „Errors” oraz „Breathe”. Alfa Mist bryluje w budowaniu atmosfery, o czym można przekonać się za sprawą „Potential” czy „Kyoki”. Wstawki hip hopowe pojawiają się tu i ówdzie, szczególnie w „7th October”. Jednak utworem najlepiej oddającym klimat pełnego albumu jest „Keep On”. Rozbudowany jazzowy singiel właściwie nadaje ton dalszej części tej wspaniałej płyty. Melancholia w wydaniu Brytyjczyka nie ma gorzkiego smaku, tylko pokazuje jakie odcienie może przybierać współczesny jazz.

    „Antiphon” opublikowano na wszystkich możliwych serwisach streamingowych (od Bandcampa, przez YouTube, Spotify, Deezera, Sounclouda, aż skończywszy na Tidalu). Początkowo album ukazał się jedynie w wersji elektronicznej. W połowie ub.r. odbyła się premiera projektu na płytach kompaktowych i winylowych (nakład wyczerpano jeszcze w przedsprzedaży). W skutek niesłabnącego popytu na woski, w listopadzie PinkBird Recording poinformowało o drugiej edycji winyli. Ponownie płyty znalazły nabywców w oka mgnieniu. Głównym singlem promocyjnym wybrano rozpoczynające longplay „Keep On”. Alfa Mist wraz z zespołem wykonał ten utwór na żywo w ramach Mahogany Sessions. Ponadto przygotowano krótki materiał video w formie EPK, wprowadzający odbiorców do świata brytyjskiego muzyka. Jeszcze długo „Antiphon” będzie przewijał się w środowisku jazzowym i hip hopowym. Liczne wyróżnienia i pochlebne recenzje materiału nie są na wyrost, gdyż mamy do czynienia z najwartościowszą płytą 2017 roku.

    Tracklista

    1. Keep On
    2. Potential
    3. Errors
    4. Breathe feat. Kaya Thomas-Dyke
    5. 7th October
    6. Kyoki
    7. Nucleus
    8. Brian
  • Instrumentalne opowieści Brocka Berrigana na Point Pleasant

    Instrumentalne opowieści Brocka Berrigana na Point Pleasant

    3–5 minut

    Od 2008 roku trwa w najlepsze renesans płyt winylowych, co odnotowały nawet media w ogóle niezwiązane z muzyką. W końcu winyle można kupić już w sieci dyskontów Biedronka i Lidl, więc nie ma co ukrywać, że woski ponownie weszły do życia codziennego. Z drugiej strony, osoby dobrze zorientowane w środowisku muzycznym doskonale wiedzą, że ten nośnik muzyczny rzadko funkcjonuje w mainstreamie, w którym króluje cyfrowa postać nagrań. Płyty winylowe mają wzięcie wśród fanów rocka (Jack White ma najbardziej oddanych sympatyków) oraz w wybranych niszach – setki reedycji starszych materiałów oraz niezależna strona muzyki. W ostatniej z tych kategorii śmiało poczynają sobie undergroundowi wydawcy i artyści z pogranicza hip hopu i brzmień instrumentalnych. W wielu przypadkach wykonawcy stawiają sobie za cel wydanie albumu na winylu, co niekiedy stanowi szczyt ich marzeń. Nierzadko dochodzi do tego dopiero przy którejś z rzędu produkcji poszczególnego twórcy, jak choćby u amerykańskiego producenta Brocka Berrigana. Pochodzące z maja ub.r. „Point Pleasant” to jego pierwsze wydawnictwo wytłoczone na płytach winylowych.

    Artyści ukrywający swoją tożsamość posiadają niekiedy dużą siłę przyciągania. W tym miejscu nie mam na myśli jedynie MF Dooma, ale także billy’ego woodsa, The Koreatown Oddity’ego czy właśnie Brocka Berrigana. Amerykański twórca zawsze pojawia się w masce indyka, co stało się jego znakiem rozpoznawczym. W jego wypadku trudno mówić o tanim chwycie reklamowym, gdyż wydawnictwa beatmakera bronią się same.

    Nowojorski producent z powodzeniem prowadzi działalność wydawniczą od 2011 roku. Przez ten czas wydał on ponad 10 płyt, za każdym razem stawiając na instrumentalną odsłonę swoich projektów. Brock Berrigan stawia na krótsze nagrania, które skrzętnie składają się w jedną całość na płytach. Nowojorczyk posiadł też rzadką umiejętność tworzenia za pomocą muzyki historyjek, czerpiąc przy tym inspiracje z rozmaitych stron. W ten sposób nagrania producenta brzmią bardziej okazale i nie należy ich rozpatrywać w kategoriach zwykłych pętli czy prostych beatów. Już po premierowym materiale – „2011 Beat Tape” – bohater niniejszego artykułu trafił do niszy odbiorców chętnie przekazujących informacje dalej o jego twórczości. Do najważniejszych wydawnictw Amerykanina należą „Good Company”, „Four Walls and an Amplifier”, „Two AM”, „Chapter 10” i „Way of Life”. Wszystkie te materiały doczekały się dużej popularności na Bandcampie; nie brakowało też wzmianek o tym producencie na łamach stron muzycznych. Brock Berrigan doceniły również osoby kierujące platformami wydającymi kompilacje z nagraniami beatmakerów. Ten Million Sounds, Dloaw & Co., Outlier Recordings, Pragmatic Theory Records, Gergaz Netlabel oraz Chillhop Records na przestrzeni lat współpracowały z beatmakerem. Amerykanin nawiązał najściślejsze stosunku z ostatnią z ww. oficyn wydawniczych. Po 4-letniej kooperacji holenderski label pokusił się o wydanie pełnego albumu Brocka Berrigana na woskach. „Point Pleasant” stanowi ukoronowanie dotychczasowej pracy wykonanej przez nowojorczyka.

    Album zadebiutował na rynku płytowym 9 maja. Wraz z opublikowaniem materiału ruszyła kampania crowdfundingowa na Qrates, mająca na celu wydanie produkcji na płytach winylowych. Po miesiącu starań Chillhop Records udało się doprowadzić do wytłoczenia płyt winylowych. Należy zaznaczyć, że muzyka amerykańskiego producenta od dawna zasługiwała na wypuszczenie na woskach. Brock Berrigan solidnie popracował nad materiałem, oddając do rąk słuchaczy w pełni dopracowany projekt. Przy pracach nad longplayem artysta poszukiwał natchnienia daleko od miejskiego zgiełku, obcując przez długi czas z naturą. Ucieczka beatmakera w kierunku nowych inspiracji do tworzenia muzyki zdała egzamin. „Point Pleasant” to ponad wszelką wątpliwość urozmaicona płyta. Już po pierwszym zapoznaniu się z longplayem można odczuć, że mamy do czynienia z muzyką świata. Dobitnie świadczy o tym przekrój utworów, zróżnicowanych i opartych o niestandardowe sample. Wyraźnie to widać na przykładzie tytułowego „Point Pleasant”, „Angel’s Landing” czy „Hazel Part Two”. Poza tymi nagraniami Brock Berrigan zaserwował rozwiązania znane z wcześniejszych materiałów. Nienaganny sampling, umiejętnie łączony z odpowiednim brzmieniem perkusji i basem, a także chwytliwe melodie wplątywane w utwory – wszystko to znajdziemy na „Point Pleasant”. Na produkcji sporo dzieje się, nie ma miejsca na jakiekolwiek wypełniacze bądź powtarzane schematy. Amerykanin sprawnie operuje emocjami odbiorców i atmosferą ścieżek, dzięki czemu nie ma mowy o jakiejkolwiek monotonii. Wyraźna zasługa w tym rozbudowanych instrumentalnych kompozycji, wzbogacających bardziej projekt, aniżeli byłoby to w przypadku zwykłych i często spotykanych pętli, bądź krótkich i urywanych nagrań. Przemyślany i właściwie przygotowany album, do którego powraca się z przyjemnością.

    Płytę można odsłuchać za pośrednictwem doskonale znanych serwisów streamingowych (Bandcamp, Soundcloud, Spotify, YouTube, Deezer i innych). Po skutecznej kampanii przeprowadzonej na Qrates winylowa edycja „Point Pleasant” trafiła do sprzedaży. Majowy materiał promują liczne single. „The Look”, „The Waiting Game”, „Angel’s Landing”, „Owl Farm” oraz „Crossing Paths” nadal cieszą się dużą popularnością, co mocno przyczyniło się do sukcesu całego projektu. Brock Berrigan może nie należy do ścisłej czołówki producentów zajmujących się instrumentalnym hip hopem, aczkolwiek i tak posiada on licznych fanów. Warto podkreślić fakt, że beatmaker wciąż rozwija się, co jest świetnym prognostykiem na przyszłość. Z kolei Chillhop Records posiada potężną bazę odbiorców, co doskonale wróży tej wytwórni na kolejne lata.

    Tracklista

    1. The Time Has Come
    2. The Look
    3. Fax Machine
    4. Split Decision
    5. Point Pleasant
    6. The Waiting Game
    7. Joy She Brings
    8. Baxter
    9. So In Love
    10. Angel’s Landing
    11. Owl Farm
    12. Smoke Break
    13. Crossing Paths
    14. Hazel Part Two
  • Mounika zadaje pytanie How Are You?

    Mounika zadaje pytanie How Are You?

    4–5 minut

    Po okresie zdominowanym przez serwisy muzyczne 2-3 lata temu nastąpiła odczuwalna zmiana w stosunku do sposobu rozpowszechniania muzyki. Zdecydowana większość niezależnych artystów skupia się na bezpośrednim kontakcie ze swoimi grupami docelowymi. Skuteczniejsze docieranie do odbiorców stało się możliwe dzięki ogromnej sile tkwiącej w platformach streamingowych. Spotify, Soundcloud, Bandcamp i pozostałe serwisy odgrywają ogromną rolę w kształtowaniu współczesnej sceny. Istotną grupą zyskującą na tym stała się, stale powiększająca rozmiary, nisza niezależnych producentów. W tym momencie beatmakerzy odgrywają istotną rolę na międzynarodowej scenie muzycznej, co nie podlega żadnej dyskusji. Rozpoznawalność poszczególnych osób z tych kręgów i wysokie statystyki osiągane przez ich nagrania w sieci zachęcają kolejne postaci do podążania ich śladem. Przy takim natłoku twórców i tysiącach płyt trudno odnaleźć się słuchaczom, co stanowi drugie oblicze ery streamingowej. Artystą pozostającym na poziomie od lat, który osiągnął już dużą popularność w wybranych kręgach, jest Mounika. Wydane w połowie ub.r. „How Are You” potwierdza klasę francuskiego producenta.

    Soundcloud to prawdziwa mekka artystów spod znaku low-fidelity. Od kilku lat SC nie ma dobrej prasy, czemu nie należy wcale dziwić się (więcej o tym w przyszłym miesiącu), jednak nie można odmówić tej stronie tego, że dzięki niej wybiła się długa lista wykonawców. Wśród nich znajdziemy właśnie Mounikę. Niepozorny producent ukrywający się pod żeńskim imieniem, to wręcz sztandarowy przykład tego, jak mogą wyglądać kariery beatmakerów związanych ściśle z klimatami lo-fi.

    Pierwsze wzmianki o francuskim twórcy pojawiły się ponad 5 lat temu. Pierwsze materiały producenta – „Wake Up” oraz „Beats Volume 1” – nie zrobiły większej furory, lecz w końcu od czegoś trzeba zacząć, nieprawdaż? Mounika zwrócił na siebie uwagę sympatyków instrumentalnego hip hopu wydając w październiku 2014 roku „Basket Sound”. Kolekcję instrumentali cechowały charakterystyczne sample i dbałość artysty o szczegóły. Utwory nagrywane przez Francuza bezproblemowo mogły posłużyć raperom za beaty, czego nie ukrywał przy tym ich autor. W następnych miesiącach niezależny beatmaker podjął współpracę z Dusted Wax Kingdom, co umożliwiło mu na jeszcze lepsze docieranie ze swoją twórczością do odbiorców. Z drugiej strony, grono sympatyków Mouniki rosło automatycznie, do czego przyczyniały się jego kolejne trafnie budowane płyty. „Born To Be Beats”, „Seagulls EP” oraz dwie nowe odsłony serii „Basket Sound” przyczyniły się do znacznie zwiększonego zainteresowania działalnością producenta. W 2016 roku powstał zagadkowy i nad wyraz klimatyczny videoclip do jednego z najlepszych nagrań Francuza, „There Is A Bed In My Head”, który dodatkowo przysłużył się do promocji jego muzyki. Pomiędzy tym wszystkim brakowało przysłowiowej kropki nad i – pełnego albumu. Wydane w tym roku „How Are You” to nie tylko uzupełnienie dotychczasowej twórczości Mouniki, ale także brakujące ogniwo w jego dorobku.

    Przy nowym wydawnictwie Francuz podjął współpracę z belgijską platformą DLoaw, skupioną niegdyś na działalności wyłącznie promocyjnej, przekształconej następnie w oficynę wydawniczą. Po zyskaniu silnego partnera w sferze instrumentalnego hip hopu można było liczyć na odpowiednią promocję materiału oraz na pierwsze wydanie produkcji Mouniki na płytach winylowych, do czego ostatecznie jednak nie doszło (o szczegółach poniżej). Płytę opublikowano 19 czerwca 2017 roku. Wszyscy dotychczasowi sympatycy twórczości francuskiego beatmakera nie powinni narzekać na poziom albumu. Od razu trzeba zaznaczyć też, że dzięki „How Are You” Mounika zdobył masę nowych słuchaczy. W czym tkwi sukces tegorocznej płyty producenta? Przede wszystkim rzuca się w oczy (czytaj: uszy) rzadka umiejętność opowiadania historii za pomocą instrumentalnych nagrań. Wyraźnie to widać na pierwszej części longplaya, bardziej stonowanej, łagodnej, zahaczającej o klimaty deep/slow beats. „Cut My Hair”, „Lost With You”, „Dreamin’” i „Winter” nie tylko wpadają w ucho, ale również wciągają do świata kreowanego przez Mounikę, przez co przypominają się płyty mistrza tego stylu, Kid Koali. W drugiej połowie „How Are You” zyskuje na neo boom-bapowym brzmieniu wymieszanym z dźwiękami latynoskimi. Nie oznacza to jednak, że na tym kończą się historyjki dostarczane przez Francuza, o czym świadczą utworu pokroju „Smoking With Her”, „Love You Sweet It’s What I Do” czy „YouMayWithoutMe”. Skwapliwie utkana nić przez Francuza łącząca poszczególne sample i delikatną atmosferę albumu posiada dużą siłę oddziaływania. Wrażliwość muzyczna Mouniki znana z jego poprzednich dokonań weszła na tym projekcie na wyższy poziom.

    Projekt do odsłuchu na wszystkich popularnych serwisach streamingowych (Spotify, Deezer, Bandcamp, etc.). „How Are You” trafiło do obiegu w postaci cyfrowej. Docelowo projekt miał ujrzeć światło dzienne również na winylach. Początkowo premierę płyt winylowych zapowiedziano na wrzesień. W skutek nieprzewidzianych zdarzeń ze strony DLoaw, płyta nie doczekała się do tej pory premiery na woskach; trudno też powiedzieć, czy kiedykolwiek do tego dojdzie. Album promuje kilka singli na czele z „Love You Sweet It’s What I Do” oraz „Cut My Hair” z udziałem Cavetowna. Do pierwszego z tych nagrań powstał również stosowny videoclip. Wraz z tegoroczną produkcją Mounika przedarł się znacznie wyżej w hierarchii beatmakerów, co na pewno zaprocentuje w przypadku jego kolejnych materiałów.

    Wypada też wspomnieć, że pod koniec grudnia ukazała się EP-ka „Walking Good”, brzmiąca na odpowiednim poziomie, czego można było spodziewać się po Mounice.

    Aktualizacja: Wskutek nie do końca jasnych i klarownych działań ze strony wydawcy, materiał został okrojony do 7 utworów.

    Tracklista

    1. De Roses Et De Colombes
    2. Cut My Hair (feat. Cavetown)
    3. Left Me
    4. Lost With You
    5. Interlude (The Middle Of The Film)
    6. Long Silent
    7. Nowhere (feat. Lotte Kestner)
  • Sly5thAve upamiętnia Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre

    Sly5thAve upamiętnia Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre

    4–6 minut

    W przemyśle muzycznym listopad i grudzień należą zazwyczaj do spokojnych miesięcy. Z reguły w ostatnich miesiącach roku wychodzi mniej nowości płytowych, zaś większość osób skupia się na promocji wypuszczonych wcześniej projektów, bądź też finalizacji materiałów przeznaczonych do wydania w przyszłym roku. Zdarzają się jednak odstępstwa od tej reguły, jak to ma miejsce w tym roku. W czasie, gdy pełno przedstawicieli mediów szykowało się do podsumowania 2017 roku (liczne rankingi tworzone na tę potrzebę zakrawają na śmieszność i są bliźniaczo podobne do siebie), część wykonawców opublikowała klasowe płyty. W tych kategoriach na pewno należy mówić o „Baralku” Emancipatora, „Children Of Nu” Reginalda Omasa Mamode IV, „Case” The Cancel Bandu, „Da Flowin’ Dutchman” BlabberMoufa, „The Offering” Darkhouse Family, „Boom Bap Bigelow” Invincible Mask (Kyo Itachi & Tha Soloist), „The Reflecting Sea (Welcome to a New Philosophy)” Damu The Fudgemunka & Raw Poetika czy „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” Sly5thAve’a. W niniejszym artykule przedstawię szerzej ostatnią produkcję, w piękny sposób upamiętniającą twórczość Dr. Dre.

    Artyści o afrykańskich korzeniach posiadają wyjątkowe czucie muzyki. Od lat dobitnie przekonuje o tym wszystkich Oddisee, lecz należy pamiętać o tym, że oprócz niego są pozostali intrygujący wykonawcy o rodowodzie z Czarnego Lądu. Na przestrzeni ostatnich lat w Stanach Zjednoczonych pokazał się szerzej niepozorny Sylvester Uzoma Onyejiaka II. Urodzony w amerykańskim Houston od najmłodszych lat przejawiał zamiłowanie do muzyki. W dzieciństwie uczył się gry na różnych instrumentach (od perkusji, przez pianino, aż po saksofon), a także uczył się śpiewu w lokalnym chórze. Po wstępnych naukach Sly5thAve dołączył do zespołu działającego na terenie Houston, w ramach którego poszerzał swoje umiejętności. Po ukończeniu szkoły średniej nie zamierzał on rezygnować z dalszej muzycznej edukacji. Młody artysta dostał się na University of North Texas, gdzie poznał kolejne osoby mające wpływ na jego dalsze poczynania, stając się członkiem słynnego zespołu One O’Clock Lab Band (kultowy uniwersytecki jazzowy kolektyw). Wraz z upływem lat pasja do muzyki przeobraziła się również w jego życie zawodowe.

    Po przeprowadzce n nowojorski Brooklyn Sly5thAve rozpoczął działalność jako muzyk koncertowy i sesyjny. W krótkiem okresie udało mu się podjąć współpracę z prawdziwymi tuzami jazzu, soulu i funku. Wystarczy tutaj wymienić choćby Gladys Knight, The Dave Brubeck Quartet, Jamesa Cartera, Keitha Andersona, Maceo Parkera czy Branforda Marsalisa. Sly5thAve był również częścią zespołu koncertowego Prince’a & The New Power Generation, co niewątpliwie było dużą nobilitacją dla młodego twórcy. Zainteresowanie artysty wybiegają poza ww. gatunki. Amerykanin pomagał w pracach studyjnych też wykonawcom hip hopowym (Blu, Homeboy Sandman, Denitia & Sene). Jazzowo-soulowy kolaż muzyczny z elementami hip hopu i Afro beatu w całości znalazł się na debiutanckiej solowej płycie Sly5thAve’a, „Akuma”. Album wydany przez Truth Revolution Records odsłonił spory talent muzyka o nigeryjskich korzeniach do tworzenia nieschematycznych nagrań. Po tak udanym początku Sylvester Uzoma Onyejiaka II pokusił się o szalenie wciągający i dojrzały materiał. „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” to kapitalny hołd złożony jednemu z największych producentów hip hopowych wszech czasów.

    Projekt zadebiutował na rynku płytowym 17 listopada. Wydaniem materiału zajęło się brytyjskie Tru Thoughts, co już stanowi doskonałą rekomendację wydawnictwa. Interpretacje klasycznych utworów Dr. Dre w wykonaniu innych twórców nie zawsze wypadały na zadowalającym poziomie. Sly5thAve zmierzył się z trudną sztuką właściwego przedstawienia dorobku współzałożyciela N.W.A. Prekursor G-funku posiada bogatą dyskografię, szczególnie dotyczy to lat 90.tych, kiedy to późniejszy współtwórca marki Beats By Dre był najbardziej aktywny. W końcu nie tylko chodzi tutaj o płyty producenckie („The Chronic”, „2001”), czy kompilację „The Aftermath”, ale także o masę singli wyprodukowanych przez Dr. Dre. Wobec tego przed przygotowaniem tego dzieła Sly5thAve dokonał wnikliwej selekcji materiału, zapraszając przy tym do współpracy szereg uznanych postaci. Mark de Clive Lowe, Quantic, Zach Brock, Patrick Bailey, DJ Center i pozostali artyści najpierw uczestniczyli w nagraniach studyjnych, a następnie wystąpili wraz z Sylvesterem Uzoma Onyejiaką II na specjalnym koncercie w Wilshire Ebell Theatre w Los Angeles z udziałem Dr. Dre, na którym po raz pierwszy zaprezentowano publicznie album.

    „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” zabiera słuchaczy w świat Dr. Dre, w którym za przewodnika służy niepozorny wydawałoby się nowojorczyk. Bogate aranżacje, rozbudowane instrumentarium, smukłe łączenie utworów w całość, polot i wizja – wszystko to zostało zawarte na tej płycie. Niesłychanym atutem LP jest to, że koniec każdego nagrania równocześnie rozpoczyna następną kompozycję; dzięki temu niezmiernie łatwo wsiąknąć w ten świat muzyczny. „Shiznit” połączone z „California Love”, „Curtis” ze „Still D.R.E.” czy „Let Me Ride” z „The Edge” są świetnymi przykładami, jak należy tworzyć tego rodzaju wydawnictwa. W tym wypadku nie ma mowy jedynie o suchym odtworzeniu ścieżek, lecz również występuje tutaj wartość dodana w postaci autorskich pomysłów rozbudowujących poszczególne nagrania. Publiczność zgromadzona na pierwszym wykonaniu „Dr. Dre na The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” wraz z Dr. Dre na czele przyjęła materiał przez aklamację. Trudno temu się dziwić, skoro mamy do czynienia ze świeżym spojrzeniem na klasyczne nagrania Dr. Dre wykonanym z ogromną klasą.

    Album udostępniono do odsłuchu na wszystkich dostępnych platformach streamingowych (Bandcamp, Spotify, YouTube, Deezer i pozostałych). „The Invisible Man: An Orchestral Tribute To Dr. Dre” trafiło do sprzedaży w wydaniu elektronicznym i fizycznym (płyty kompaktowe i winylowe). Woski cieszą się dużą popularnością wśród kolekcjonerów płyt (nakład na wyczerpaniu). Wydawnictwo promują 3 singlowe nagrania – „Shiznit”, „Still D.R.E.” i „Let Me Ride”. Sly5thAve przy wsparciu swoich gości stworzył monumentalne dzieło, mocno wybijające się ponad przeciętność. Twórczość Dr. Dre została w piękny sposób upamiętniona, o co prosiło się od lat.

    Tracklista

    1. Shiznit feat. Jesse Fischer
    2. California Love feat. Cory Henry
    3. Drelude for Woo feat. Mark de Clive Lowe
    4. Forgot About Dre
    5. Interlude #2 feat. Zach Brock
    6. No Diggity feat. Sydney Driver
    7. The Jam feat. Matthias „Pedals” Loescher
    8. Who Am I feat. Paul Wilson
    9. The Jam Part II feat. Paul Wilson
    10. I’d Rather Be With You feat. Melissa McMillan
    11. Curtis feat. Patrick Bailey
    12. Still D.R.E.
    13. The Jam Part III
    14. My Name Is feat. Robert „Sput”n Searight
    15. Interlude #3 feat. DJ Center
    16. Guilty Conscience
    17. Interlude #4
    18. Nuthin’ But A „G” Thang feat. Brad Allen Williams
    19. Interlude #5
    20. Let Me Ride feat. Jimetta Rose (Radio Edit)
    21. The Edge feat. Quantic
    22. Next Episode
    23. Peace
  • Spacer w chmurach z Apollo Brownem

    Apollo Brown - CloudsNiezależnie od podziału na gatunki muzyczne, albumy instrumentalne stanowią jedne z najbardziej wymagających od słuchacza wydawnictw płytowych. Produkcje pozbawione wokali z reguły trafiają do znacznie mniejszego grona odbiorców niż materiały posiadające warstwę liryczną. Dlatego też, niełatwą jest sztuką utrzymanie słuchacza przy płycie stricte instrumentalnej, tym bardziej jeżeli mamy do czynienia z longplayem opartym o brzmienia hip hopowe. Z drugiej strony, z roku na rok przybywa zwolenników instrumentalnego hip hopu, co jest również zauważalne po ilości tego rodzaju produkcji w ostatnim czasie. Za jeden z najbardziej wyczekiwanych LP pierwszego kwartału 2011 roku można uznać solowy album Apollo Browna„Clouds”, nota bene krążek dryfujący pomiędzy beat tapem, a konceptualnym wydawnictwem. (więcej…)

  • Feelin’Music prezentuje nowy album Chiefa

    Chief - Drone Beats & Electric WavesEuropejscy producenci w dalszym ciągu prowadzą sukcesywną ekspansję w sieci internetowej. Coraz częściej otrzymujemy informacje o kolejnych wydawnictwach płytowych sygnowanych pseudonimem przedstawiciela Starego Kontynentu. Instrumentalne albumy stały popularne, o czym zdążyłem poinformować na stronie. Wśród nadchodzących instrumentalnych projektów warto poświęcić miejsca dla najnowszej płyty szwajcarskiego beatmakera Chiefa, który szykuje się do wydania „Drone Beats & Electric Waves”. (więcej…)