Relacja z koncertu Pete Rocka w klubie The Fresh

Pete Rock wystąpił w Warszawie
2–3 minut

Jak zwykle z opóźnieniem informujemy o wydarzeniach muzycznych, które miały miejsce, ale mam nadzieję, że nie będziecie za to nas tak bardzo ganić. W końcu relacja z koncertu, a raczej DJ seta, legendarnego Pete Rocka powinna znaleźć się na U Call That Love, więc zapraszam do lektury streszczenia z tamtego wieczoru w warszawskim klubie The Fresh.

Nie spodziewałem się wiele po występie Pete Rocka, tym bardziej, że wyruszył on w swoją trasę koncertową tylko z dwoma managerami, po czym można było wysnuć przypuszczenia, iż będzie to po prostu DJ set a nie koncert. Oczywiście agencja Konkret Promo nie poinformowała jak będzie wyglądał występ nowojorskiego artysty. Co gorsza o zmianie miejsca odbycia się imprezy dowiedzieliśmy się tego samego dnia, co już w ogóle nie było do przyjęcia. Ponoć organizatorzy nie spodziewali się tylu chętnych, którzy wybiorą się na ten koncert i w ostatniej chwili zmienili lokalizację z klubu Karmel do The Fresh. Doskonale wiadomo jakie warunki panują w The Fresh i czego można się spodziewać po imprezie organizowanej w tym miejscu. Oczywiście trzeba było nieskończenie długo czekać na rozpoczęcie imprezy aż do około 23.30, kiedy na scenie pojawił się nie wiadomo z jakiej racji, Eldo wspierany przez Dioxa. Zaskoczenie było tym większy, ponieważ Eldoka nie widniał na żadnym plakacie i jego występ  nie był wstępnie ogłaszany na ten wieczór. Cóż, może to była skrywana niespodzianka przez organizatorów. Warszawski raper zagrał krótko, 3-4 utwory po czym zniknął ze sceny. Wreszcie po kilkunastu minutach po jego mini-koncercie pojawił się Pete Rock. Rzucił krótko, że po raz pierwszy jest w Polsce, napomknął coś o swojej trasie i szybko stanął za deckami.

Na początek usłyszeliśmy kilka okrzyków w stylu „Go Pete Rock, go Pete Rock” a potem rozpoczął się dwugodzinny set, który zawiódł moje jak i wielu pozostałych, oczekiwania. Z jednej strony było poprawnie, Pete grał kawałki głównie z początku lat 90.tych zahaczając także o old school ale z drugiej strony czegoś brakowało. Owszem było przyjemnie usłyszeć na żywo Chubb Rocka i jego „Treat 'Em Right” czy Big Daddy Kane’a i „Ain’t No Half Steepin’”, ale wszystko sprawiało wrażenie granego nieco na odwal, bez większego zaangażowania się w show legendy hip hopu. Momentami było naprawdę kiepsko i jak to Franz stwierdził dopiero pod koniec uratował się grając swoje własne kawałki. Denerwował widok jednego managera Pete’a, który stojąc przy deckach często wymachiwał płytami Pete’a dostępnymi do kupienia w trakcie i po koncercie. Po upływie równo 2 godzin DJ set zakończył się, przyszła pora na autografy oraz czas poświęcony prasie a publiczność mogła rozejść się z niedosytem do domów.

Warto było zobaczyć na żywo legendę jaką bez wątpienia jest Pete Rock, lecz po jego występie mam mieszane uczucia. Nie spodziewałem się wiele, z rezerwą podchodziłem do jego występu. Całościowo jednak mogło to wyglądać znacznie lepiej, już nawet rymowanie kilku wersów „T.R.O.Y.” trochę wyprostowałoby sprawę.

O autorze:

Awatar Witalij
Translate