Weterani hip hopowi nie odpuszczają i nadal stanowią znaczną siłę w branży. Część doświadczonych amerykańskich wykonawców posiada liczne grono sympatyków w naszym kraju. Jednym z najpopularniejszych leciwych twórców zza Atlantyku jest Masta Ace. W tym roku doświadczony raper wrócił do nagrywania muzyki w ramach działalności supergrupy eMC. Wspólnie z Wordsworthem, Punchline’em i Stricklinem wydał on kilka miesięcy temu EP-kę „The Turning Point”. Po wypuszczeniu płyty nowojorska formacja ruszyła w trasę koncertową. W ramach europejskiego touru zespół wkrótce ponownie zawita do Polski. eMC zagra już 10 listopada w katowickich klubie Prokultura.
10 listopada 2014 roku, Klub Prokultura, ul. Jagiellońska 17a, Katowice Koncert eMC (Masta Ace, Wordsworth & Stricklin) Before i after party: DJ Noriz & DJ HWR Start: godz. 20:00 Cena biletu: wejściówki w przedsprzedaży w cenie 30/35 złotych, w dniu koncertu 40 złotych. Bilety dostępne w sprzedaży za pośrednictwem sieci Ticketportal. Wejściówki można nabyć również w punktach stacjonarnych na terenie Katowic:
12 Cali Vinyl Shop, ul. Andrzeja Mielęckiego 6
Prosto Shop, ul. Słowackiego 5
Zdecydowanie najbardziej znanym i utytułowanym członkiem eMC jest Masta Ace. Artysta prowadzi działalność wydawniczą na scenie muzycznej już od ponad dwóch dekad. Debiutancki album wychowanka Brooklynu – „Take A Look Around” ukazał się w 1990 roku. Po tym przyszedł czas na wydawnictwa wykonawcy w ramach założonej przez siebie grupy Masta Ace Incorporated. Kolektyw ten wydał w latach 1993-95 dwie produkcje – „SlaughtaHouse” i „Sittin’ On Chrome”. Pod koniec lat 90.tych Duval Clear postanowił odpocząć na trochę od nagrywania muzyki, ale ostatecznie nie wycofał się z branży. Masta Ace powrócił na początku nowego stulecia wypuszczając ciepło przyjęte solowe projekty – „Disposable Arts” i „A Long Hot Summer”. Ostatnie lata przyniosły głównie płyty tworzone przez Emceego w ramach współpracy z innymi wykonawcami. W 2009 roku ujrzał światło dzienne jego projekt nagrany wraz z EDO G – „Arts & Entertainment”. Z kolei w połowie 2012 roku trafił na półki sklepowe wspólny materiał nowojorczyka opartymi o beaty MF Dooma, „MA DOOM: Son Of Yvonne”. Wypada też pamiętać o tym, że przedstawiciel oryginalnego kolektywu Crooklyn Dodgers i legendarnego Juice Crew chętnie z różnymi artystami z całego świata, często goszcząc na wydawnictwach głównie undergroundowych wykonawców.
Pozostali członkowie eMC nie posiadają aż tak pokaźnej dyskografii. Wordsworth zapisał się w pamięci słuchaczy za sprawą dobrze przyjętego albumu „Mirror Music” z 2004 roku. Poza tym raper nagrał sporo singli i EP-ek, wśród których znajdziemy jego wydawnictwa powstałe przy udziale innego przedstawiciela nowojorskiej supergrupy, Punchline’a. Obaj artyści wypuścili jako Punch & Words projekt „Punchline & Wordsworth EP”, a także single „Last Days (So What)” b/w „Mistress” oraz „Let Me Be” b/w „I-95”. Natomiast Stricklin może pochwalić się mało znaną płytą „The Resume Mixtape”. Trzeba jednak przyznać, że trzej raperzy wspólnie z Mastą Ace’em dobrze wypadają jako jedna formacja, co udowodnili na opublikowanych materiałach – „The Show” i „The Turning Point” – oraz za sprawą licznych koncertów.
Premierowa płyta zespołu była jednym z najbardziej oczekiwanych projektów 2008 roku. Płyta wydana nakładem M3 Macmil Music/Traffic Entertainment Group powstała przy udziale mniej i bardziej znanych producentów (Koolade, The ARE, Nicolay, Ayatollah, Frequency, Marco Polo). „The Show” zawierało nagrania zrealizowane wspólnie z Seanem Price’em, Little Brother i Ladybug Meccą. Wydawnictwo spotkało się z ciepłymi ocenami recenzentów, którzy poskreślali umiejętne przekazanie old schoolowego ducha w połączeniu ze współczesnymi elementami rapu.
Po blisko 6 latach od premiery tej płyty, eMC pokusiło się o wydanie drugiego materiału. „The Turning Point” stanowi nic innego, jak przedłużenie „The Show”. Wydawnictwo z pierwszej połowy roku kontynuuje drogę rozpoczętą przez zespół na debiutanckim materiale i ponownie możemy mówić o produkcji stojącej na dobrym poziomie. Początkowo materiał oparty o beaty 14KT, Pava Bundy’ego, DJ’a Scienza, Deborah’s Son i Quincy’ego Tonesa ukazał się tylko w wersji elektronicznej. Później dobrze znane niemieckie HHV.DE postanowiło opublikować longplay na płytach winylowych, co jest świadectwem tego, jakim szacunkiem w Europie cieszy się eMC.
Materiał pochodzący z nowego LP oraz utwory z innych produkcji Masta Ace’a i spółki już wkrótce będą mogli usłyszeć polscy fani. Koncert nowojorskich wyjadaczy już w przyszły poniedziałek w Katowicach.
Poprzez nieustanne podróże w świecie muzycznym, w ostatnich latach poznałem twórczość multum nowych artystów i wydawców. Nie narzucając żadnych ograniczeń i nie sugerując się jakimikolwiek wytycznymi dotarłem do muzyki mniej i bardziej znanych osób. Jedni z nich pochodzą dobrze rozwiniętych krajów pod względem muzycznym, inni zaś rezydują w egzotycznych zakątkach globu pokroju Indonezji, Chile czy RPA. Pozostańmy na dłuższą chwilę przy raperach i producentach reprezentujących mocno rozbudowane sceny. Przyglądając się wykonawcom z państw pokroju Niemiec widać niesłychaną różnorodność i koegzystencję dużych nazwisk w branży obok twórców pozostających na dorobku. W tym drugim koszyku umieścimy członka kolektywu Morgen Noi, Ju-Ara. Wydana przez niego w tym roku płyta „Day Out” pokazuje, że w przyszłości powinien on być znacznie bardziej znany.
Niesłychanie rozbudowana niemiecka scena producencka ma wielu swoich sympatyków. Bardziej wnikliwi i uważni odbiorcy na pewno zauważyli wydawnictwa Morgen Noi. W ramach tego kolektywu swoją muzykę wydają Ju-Ar, Salvia Kamili, Lupid Ocampo oraz nowy członek crew, Truestatiks. Najaktywniejszym przedstawicielem tej platformy jest pierwszy z tych artystów. Producent o polskich korzeniach pokazał się z dobrej strony na dotychczasowych dwóch longplayach – „Orange Air” i „Good Breeze”. Debiutancka płyta beatmakera z marca 2011 roku zrobiła wrażenia na słuchaczach poszukujących pozytywnie nastrajających do życia nagrań. Na materiale sprzed ponad 3 lat nasz zachodni sąsiad umiejętnie połączył jazzowe sample z wokalami, dodając do tego szczyptę współczesnych brzmień instrumentalnych. Przy tym osiągnął on najważniejszy cel – udało mu się nadać wszystkim utworom formę ciepły i słoneczny kształt, stanowiący zresztą jego znak rozpoznawczy. Longplay doceniły niezależne serwisy muzyczne, uznając „Orange Air” za udany wstęp do pozostałych albumów perspektywicznego beatmakera.
Równie pochlebne oceny spłynęły do producenta po premierze drugiego LP – „Good Breeze”. Wydawnictwo pochodzące z października 2012 roku trafiło przy tym do szerszego grona odbiorców. Ju-Ar rozszerzył swój warsztat, co pozwoliło mu na skompletowanie w pełni przemyślanego i wyrównanego albumu. Niemiecki beatmaker udowodnił na tej płycie, że jego utworów nie należy określać mianem zwykłych beatów. W jego przypadku mamy do czynienia z klimatycznymi i chilloutowymi kompozycjami, podanymi w przystępny sposób dla słuchacza. Powyższe zalety znajdziemy także na nowym wydawnictwie twórcy z zachodniej części Niemiec. „Day Out” to najbardziej wyrafinowane dzieło w dotychczasowej karierze tego wykonawcy.
1 listopada minęło już 5 miesięcy od premiery materiału. Ju-Ar nie mógł znaleźć lepszego momentu na wydanie płyty, ponieważ jego trzeci materiał stanowił idealny soundtrack na wiosenno-letnią porę. Jak przedstawia się tegoroczny projekt artysty względem jego wcześniejszych dokonań? Przede wszystkim na „Day Out” jest zauważalny dalszy rozwój i progres beatmakera. Wszystkie pomysły na swoje nagrania pewniej on egzekwuje i wprowadza w życie. Klimat utworów pozostał zachowany, ponieważ nadal dominują spokojne i leniwe brzmienia. Poświęcając więcej czasu na dogłębne zapoznanie się z longplayem można wyłapać dodatkowe smaczki i niuanse sprawiające, iż czerwcowy album producenta niepostrzeżenie wyrasta na jedno z ciekawszych instrumentalnych dzieł ostatnich miesięcy. Przekonują o tym ścieżki pokroju „Get On”, „Mint Flavor”, „Wait For”, „Cosmic Glory” czy „Love Thing”. Naprawdę warto spędzić trochę czasu w urokliwej muzycznej krainie tworzonej przez Ju-Ara.
Morgen Noi opublikowało materiał na Bandcampie. Album udostępniono jedynie w wersji elektronicznej w formie „buy now – name your price”. „Day Out” promują dwa single – „Get On” oraz „Mint Flavor” w remiksie Lupida Ocampo. Oprócz tego pojawiło się także video nakręcone do teasera całego wydawnictwa. Pomimo tego iż Ju-Ar nagrał projekt przeznaczony głównie na błogie wiosenne i letnie lenistwo, nie oznacza to, że tegoroczny materiał nie sprawdzi się też w innych porach roku. Wręcz przeciwnie, „Day Out” wprowadzi dużo ciepła na nadchodzące chłodniejsze jesienne dni.
Azja Południowo-Wschodnia przywodzi na myśl wiele pozytywnych aspektów związanych z kulturą hip hopową. Szaleni i niezwykle utalentowani południowokoreańscy i japońscy bboye, producenci o charakterystycznym stylu czy zwariowani DJ’e odnoszący sukcesy na całym świecie, to tylko jedna strona medalu. Do tego należy wymienić szereg koncernów elektronicznych, bez których trudno byłoby wyobrazić sobie kształt muzyki hip hopowej, jak również liczne wytwórnie płytowe publikujące wydawnictwa różnych artystów oraz świetnie zaopatrzone sklepy płytowe posiadające w sprzedaży pełno białych kruków. Południowoazjatycki rynek fonograficzny rządzi się własnymi prawami, przez co masa świetnej muzyki nie jest praktycznie wcale promowana na pozostałych kontynentach. Na szczęście ten los nie spotkał płyty „Soul Quest” duetu związanego zarówno z Tokiem, jak i Los Angeles, Budamunka i Joego Stylesa.
W przeszłości raz za razem dochodziło do współpracy pomiędzy japońskimi a amerykańskimi wykonawcami (także wydawcami). Piękne tradycje rozpoczęte w latach 90.tych przez DJ’a Krusha, DJ’a Hondę i innych twórców z powodzeniem kontynuują Budamunk (producent) i Joe Styles (raper/producent). Wspólne ich korzenie sięgają powstaniu The Keentokers Crew, które współtworzą też DJ Duel i OYG (formacja uraczyła 3 lata temu słuchaczy płytą „The Fresh Speech”). Natomiast jeszcze wcześniej bohaterowie tego artykułu zdążyli zrealizować debiutanckie LP. Właśnie 5 lat temu po dwóch EP-kach duet wydał pierwszą płytę, „Budastyles Classics”. Wydawnictwo opublikowane przez Jazzy Sport rozpoczęło serię projektów Japończyka i Amerykanina. Następne lata przyniosły kolejne materiały BudaStyles. „Lost Budamunk Files For Joe Styles”, „Blunted Monkey Fist 2”, „The Remix EP” oraz „From LA To Tokyo” docenili w głównej mierze gorący zwolennicy boom-bapowych nagrań oraz sympatycy rapu o stricte undergroundowym posmaku. Obaj twórcy wchodzą też w skład kolektywu Soul Jugglerz, stanowiąc przy tym integralną część tego crew.
Oprócz wspólnych sesji nagraniowych Budamunk i Joe Styles mają na swoich kontach solowe wydawnictwa, a także nagrania z innymi wykonawcami. Aktywniejszą połową duetu jest przedstawiciel Nippon. Tokijski beatmaker zebrał liczne pochwały za „Buda Session: The Mixtape”, „Buda Session EP”, „Smoke Deep EP”, „Mokstrumentals Volume 1-2”, „Resolute Dragon Beat Tape” i wydane w zeszłym roku „Boom Bap Theory”. Japoński artysta pokazał swoje nieprzeciętne umiejętności również na płytach zrealizowanych w kooperacji z Dr. Oopem („Black Love Oriented”), 16Flipem („Dusty Ample Beat Tape Vol.1”), Issugim („Get Ready EP”) oraz Takumim Kaneko i Mimismoothem („First Jam Magic”).
Dyskografia Joego Stylesa wypada ubożej w porównaniu z Budamunkiem, ale mieszkaniec Los Angeles wcale nie ma się czego wstydzić. Twórca z Miasta Aniołów rozpoczął wydawanie muzyki ponad dekadę temu. Na początku poprzedniej dekady ukazała się jego pierwsza płyta, „Melodical Era”. Po dłuższej przerwie amerykański artysta wypuścił w 2012 roku album „Elevation Music”. W ub.r. dorzucił do tego „Goodbye Darkness Hello Light”, zaś w maju br. pojawił się w obiegu jego kolejny materiał, „The Cold War”. Po tym wydawnictwie Joe Styles postanowił zrealizować wraz ze swoim japońskim przyjacielem kolejny longplay. „Soul Quest” odbiega nieco od dotychczasowych nagrań duetu, odsłaniając bardziej melodyczną i ciepłą stronę ich muzyki.
Wydaniem materiału na rynku azjatyckim zajęło się Jazzy Sport. Natomiast światowa premiera płyty odbyła się 16 września za sprawą Delicious Vinyl. Amerykańskiemu labelowi należą się gromkie brawa za doprowadzenie do ogólnego dostępu do tego longplaya. Sympatycy twórczości Budamunka i Joego Stylesa z pewnością są za to niezmiernie wdzięczni. Jak już wspomniałem, tym razem BudaStyles postanowiło skompletować bardziej urozmaicony i ciekawszy materiał. Przy pracy nad „Soul Quest” sięgnęli oni po szeroki zakres muzycznych inspiracji. W ten sposób na ich nowym albumie otrzymaliśmy utwory oparte o jazz, neo-soul, R’n’B, które mieszają się z klasycznymi brzmieniami hip hopowymi. Joe Styles znakomicie odnalazł się na melodycznych i soulfulowych beatach. Raper pokazał szeroki wachlarz umiejętności, dobrze wypadając również w zestawieniu z wokalistkami. Wysoką estetykę utworów z wrześniowego longplaya najlepiej odczuć po „Feelin You”, „Your Love”, „Soul Music”, „I Am Not Afraid” oraz „Universal Love” (wszystkie tracki sprawdzają się na romantyczne chwile z drugą połówką). Wszystko to dało w rezultacie klasowe wydawnictwo udanie i skrzętnie łączące ze sobą różne nurty muzyczne. Wyprawa do wnętrza duszy każdego odbiorcy podana ze smakiem.
Joe Styles opublikował pełen album na Bandcampie. Wydawnictwo ukazało się w wersji elektronicznej i kompaktowej. „Soul Quest” promują trzy single, do których nakręcono również klipy. Obrazy powstały do „BudaStyles Part 2”, „Your Love” oraz „Jazz Cafe Pt. 2”. Całość uzupełnia krótki video wywiad, w którym artyści opowiadają o koncepcji LP. Dzięki wysiłkom włożonym przez Delicious Vinyl w ogólnoświatową dystrybucję tego LP jeden z lepszych materiałów ostatnich tygodni jest dostępny bez żadnych przeszkód dla każdego odbiorcy.
Na koniec wypada wspomnieć, że produktywni artyści wypuścili niedawno nowe wydawnictwa. Budamunk opublikował w październiku solowy projekt „The Awakening”, zaś Joe Styles wydał wspólną płytę z Maticiem, „Timeless”. O tych materiałach innym razem na łamach naszej strony.
Tracklista
Soul Quest (prod. Budamunk)
BudaStyles Part 2 feat. DJ IQ (prod. Budamunk, co prod. Ill Sugi)
Your Love feat. Botni Applebum (prod. Budamunk)
Ms. Mahogany (Instrumental) [prod. Budamunk]
Apologies (prod. Budamunk)
Indestructable feat. Medina (prod. Joe Styles)
Music is Me feat. Allison Jones (prod. Budamunk)
Feelin You feat. Botni Applebum (prod. Joe Styles)
Soul Music (prod. Budamunk, co prod. Ill Sugi)
Passionate feat. Cora Scott (prod. Budamunk)
I Am Not Afraid feat. Cora Scott (prod. Joe Styles)
Celebration (prod. Joe Styles)
Jazz Cafe Pt. 2 (Instrumental) [prod. Budamunk]
In Love With Music (prod. Budamunk)
Universal Love feat. Allison Jones (prod. Joe Styles)
69. sezon NBA już rozpoczęty. Po pierwszych meczach nie należy wysuwać daleko idących wniosków, aczkolwiek trzeba przyznać, że w przypadku niejednej drużyny szybko zrobiło się ciekawie. W Chicago drżą o zdrowie Derricka Rose’a, który zdążył już opuścić jedno spotkanie ze względu na skręcone kostki, a w Oklahomie odmawiają zdrowaśki za zakończenie feralnej passy związanej z kontuzjami graczy Thunder. Kobe Bryant walczy z całych sił, ale musi przyzwyczaić się do tego, że ten sezon szybko Los Angeles Lakers spisze na straty. Marcin Gortat prezentuje się dobrze, podobnie zresztą jak chociażby back court Golden State Warriors. Jednak na tym koniec tematyki dotyczących obecnego sezonu najlepszej ligi świata, gdyż w drugiej odsłonie cyklu „NBA sprzed lat” skupimy się na czymś zupełnie innym, bowiem na sylwetce jednego z najwybitniejszych koszykarzy w dziejach, Hakeema Olajuwona.
Każda osoba zaznajomiona z historią NBA powinna posiadać utworzoną listę z najbardziej niedocenianymi graczami w historii. W moim zestawieniu pierwsze miejsce okupuje koszykarz, który zupełnie nie wiadomo z jakich powodów, nie otrzymuje od ludzi takiego szacunku, na jaki bez dwóch zdań zasługuje. W tym miejscu mam na myśli Hakeema Olajuwona. Pochodzący z Nigerii zawodnik ma za sobą piękną karierę zawodową i pełno osiągnięć indywidualnych i zawodowych. Jednak z pewnych względów ten niesamowity center nigdy nie jest wymieniany jednym tchem obok największych koszykarzy w historii, do tego wiele osób umieszcza innych środkowych wyżej w swoich rankingach. Wszystko to bierze się z niedoceniania Olajuwona i braku kompletnej wiedzy odnośnie jego dokonań.
Nie mam zamiaru tutaj podawać dokładnej biografii urodzonego w 1963 roku w Lagos koszykarza, każdy może zapoznać się z tym odwiedzając Wikipedię. Pozwolicie, że jedynie wybiorę poszczególne fakty z jego życiorysu, aby jak najlepiej oddać wielkość „The Dreama” i udowodnić, że zasługuje on na znacznie większy szacunek. Olajuwon poznawał tajniki koszykarskiego rzemiosła na University of Houston, do którego ściągnął jego trener Guy Lewis. Już na pierwszym roku ówczesny Akeem zdradzał nieprzeciętny talent, co szybko dostrzeżono w uniwersyteckiej drużynie Cougars. Walory defensywne i ofensywne centra w oka mgnieniu obiegły Stany Zjednoczone, co doprowadziło do tego, że będąc jeszcze nastolatkiem aspirował on do miana największych koszykarskich talentów pierwszej połowy lat 80.tych. Młodziana docenił ówczesny gigant NBA, Moses Malone, który reprezentując barwy Houston Rockets udzielał Olajuwonowi lekcji. Jak się później okazało, uczeń przerósł swojego mistrza.
Jeżeli mówimy o czasach uniwersyteckich, to należy jeszcze wspomnieć o dwóch istotnych wydarzeniach. Właśnie na University of Houston poznał swojego przyszłego przyjaciela, Clyde’a Drexlera. Natomiast rozgrywki NCAA pokazały, jak koszykówka może być piękna, a także niewdzięczna. W barwach Cougars Olajuwon w latach 1983-84 docierał do Final Four lecz za każdym razem musiał przełykać gorycz porażki. Najbardziej niewdzięczna okazała się porażka w 1984 roku, gdyż w finałowym spotkaniu Houston poniosło klęskę w starciu z Georgetown, którymi dowodził Patrick Ewing. „The Dream” nie zapomniał nieudanych podejść do zdobycia tytułu mistrza NCAA, co tak naprawdę wyszło mu na dobre, gdyż wyzwoliło w nim prawdziwego ducha i zahartowało na zmierzenie się z wymogami NBA.
Hakeem Olajuwon przystąpił do draftu w 1984 roku, który następnie okazał się najsilniejszy w historii (właśnie 30 lat temu wybierano Michaela Jordana, Charlesa Barkleya, Johna Stocktona, Alvina Robertsona, Kevina Willisa czy Sama Perkinsa). Uznawany wówczas za najbardziej perspektywicznego centra młodego pokolenia (obok ww. Ewinga, Sama Bowie’ego i Davida Robinsona), pochodzący z Nigerii koszykarz trafił z numerem 1 do Houston Rockets. Jak sam przyznał, był on wielce usatysfakcjonowany takim obrotem spraw, ponieważ nie dojść, że nie musiał zmieniać miejsca zamieszkania, to jeszcze otrzymał okazję stworzenia silnego front courtu kierowanego przez Ralpha Sampsona. Ponadto „The Dream” miał przed sobą wypełnienie luki pod koszem po odejściu Mosesa Malone’a, który wtedy grał dla Philadelphii 76ers.
Hakeem Olajuwon i Patrick Ewing podczas finałów NBA w sezonie 1993/94
W pierwszych latach kariery zawodowej bohater tego artykułu wspólnie z Ralphem Sampsonem stworzyli skuteczny i świetnie rozumiejący się duet podkoszowy. W 1986 roku przy wsparciu m.in. Johna Lucasa i Lewisa Lloyda doprowadzili Houston Rockets do finałów NBA, w których musieli uznać wyższość jednej z najlepszych drużyn tamtego okresu, Boston Celtics. W następnych latach HOU regularnie meldowało się w play-offach, ale nie odnosili w nich większych sukcesów. Po przebudowie drużyny na przełomie lat 80. i 90.tych, w końcu pojawiły się lepsze perspektywy dla Olajuwona. Wraz z Kennym Smithem, Vernonem Maxwellem, Mario Elie, Samem Cassellem, Otisem Thorpe’em, Robertem Horrym i innymi zbudowali oni team będący w stanie włączyć się do walki o mistrzostwo NBA. Prowadzeni przez znakomitego trenera, Rudy’ego Tomjonovicha, po raz pierwszy przeszli początkową rundę rozgrywek posezonowych w sezonie 1992/93.
Rok później, „The Dream” dał niesłychany popis umiejętności, zanosząc na swoich plecach Rockets do finałów NBA. W nich Houston zmierzyło się z New York Knicks. Ponownie doszło do wielkiego pojedynku pomiędzy Olajuwanem a Ewingiem. Jednak tym razem center HOU, który wcześniej odebrał nagrodę MVP sezonu regularnego, nie dał się stłamsić i przy wsparciu swoich partnerów z drużyny w popisowy sposób rozprawił się z NYK (wygrana w serii 4-3). Po zdobyciu mistrzostwa „The Dream” dokonał kolejnej wielkiej rzeczy, gdyż następny sezon zakończył udaną obroną tytułu. Po drodze na sam szczyt gwiazda Houston upokorzyła w Finałach Konferencji Zachodniej wielkiego Davida Robinsona (słynne „Dream Shake” w starciu podkoszowych tytanów, które uznano później za największy pojedynek 1 vs 1 w historii play-offów). Druga z rzędu wygrana w lidze (tzw. back to back) odbyła się przy udziale ww. Clyde’a Drexlera. Olajuwon i spółka odprawili z kwitkiem (sweep 4-0) młody zespół Orlando Magic, który prowadzili wtedy do boju Shaquille O’neill i Penny Hardaway. Po finałach z 1995 roku Shaq przyznał, że w żaden sposób nie potrafił złamać „The Dreama”. W obu wygranych finałowych seriach Olajuwon był zdecydowanie najlepszy na parkiecie. Komisarz ligi, David Stern, dwukrotnie wręczył jemu statuetki MVP finałów w latach 1994-95.
W czym tkwiła wielkość Olajuwona? Wszystko sprowadzało się tak naprawdę do trzech rzeczy – niesamowitego serca do walki, niebywałej pracy nóg i wszechstronności. „The Dream” jak mało kto inny wkładał w swoją grę wszystko to, co miał najlepsze do oddania i zaoferowania. Nigdy nie poddawał się, nie poprosił o transfer do innego klubu, w którym miałby lepsze perspektywy na zdobycie mistrzowskiego pierścienia. Walczył na parkiecie jak lew i pomagał partnerom z zespołu stać się lepszymi koszykarzami. O jego magicznej pracy nóg i zwodach w post-up powstało już dziesiątki artykułów (jeżeli chcecie porównać jego z obecnymi gwiazdami NBA, to obejrzyjcie kilka materiałów video ze wspólnych sesji treningowych Hakeema i Dwighta Howarda, LeBrona Jamesa czy Carmelo Anthony’ego). Przy jego wzroście żaden inny gracz nie posiadał takiej zwinności, gibkości i ruchów wręcz zarezerwowanych jedynie dla obrońców. „The Dream” urodził się z tym, podobnie jak Kareem-Abdul Jabbar ze sky hookiem, a Michael Jordan z ogromną wolą zwyciężania i współzawodnictwa. Większość osób, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, pamięta Olajuwona jedynie jako centra potrafiącego zdobywać punkty, zaliczać zbiórki i bloki. Zapomina się przy tym, że był on nieprawdopodobnym dominatorem po obu stronach parkietu, zarówno w obronie, jak i w ataku. W jednym sezonie Hakeem potrafił znaleźć się w TOP 10 pod względem liczby zdobywanych punktów, zbiórek, bloków, przechwytów i skuteczności z gry! Skupiając na sobie uwagę kilku obrońców potrafił odegrać w błyskotliwy sposób piłkę nieobstawionemu partnerowi z drużyny. Przy przekazywaniu krycia potrafił nadążyć za rozgrywającym i rzucającym obrońcom przeciwnego teamu, o czym boleśnie przekonał się na własnej skórze m.in. John Starks w decydującej akcji 6. meczu w finałach z 1994 roku (po tym spotkaniu JS nie był już takim samym zawodnikiem, jak wcześniej).
Na osobną wzmiankę zasługuje też inny fakt. Hakeem Olajuwon wcale nie mierzył 7’0″, tylko 6’10”-6’11”. We wcześniejszych latach, NBA była nastawiona na niesłychanie fizyczną walkę i każdy wielki gracz musiał wykazywać się niesamowitą sprawnością i wytrzymałością. Silni skrzydłowi nie uciekali daleko poza trumnę, było niewielu tzw. stretch four, wszyscy pchali się pod kosz i toczyli ze sobą wyniszczające boje. Lider wszech czasów pod względem zaliczonych bloków potrafił znakomicie poradzić sobie z każdym i przez większość swojej kariery omijały jego kontuzje. Wszystko to nie miałoby miejsca, gdyby nie jego etyka pracy i dyscyplina, które pozwoliły jemu dojść na sam szczyt.
W mojej ocenie, Hakeem Olajuwon jest najwybitniejszym centrem, jaki kiedykolwiek pojawił się na koszykarskich parkietach na całym świecie. W moim pick-up teamie„The Dream” grałby obok ww. Stocktona, Jordana i Barkleya oraz Scottie Pippena i jestem głęboko przekonany, że tak stworzona drużyna byłaby w stanie wygrać z każdą inną. Ludzie szybko zapomnieli o dokonaniach Hall-of-Famera z 2008 roku, przez co w niejednym rankingu wyżej od niego ustawiani są inni środkowi. Jednymi z nielicznych osób pamiętających o jego wielkości są Kenny Smith, Robert Horry i MJ, który wielokrotnie podkreślał fakt, jakim niezrównanym koszykarzem był ten center. Jednak to nie Kareem, Wilt Chamberlain, Bill Russell, Shaq, Robinson, Ewing potrafili niemal w pojedynkę dokonać pięknych i niezwykłych rzeczy. W 1994 roku nie miał on ani jednego gracza w drużynie formatu All-Star, a mimo tego w fenomenalny sposób zdobył mistrzostwo! To nie oni potrafili całkowicie zdominować przeciwnika czyniąc to z finezją, gracją i polotem. Gra „The Dreama” była czystą poezją, która nigdy nie powróci już do NBA. Legenda Houston Rockets zasłużyła sobie na znacznie większy szacunek i każdy sympatyk koszykówki powinien o tym pamiętać.
Na koniec pewna anegdota dotycząca „Dream Shake”. W 1995 roku nagrodę MVP sezonu regularnego otrzymał David Robinson. David Stern wręczył mu nagrodę przed rozpoczęciem pierwszego meczu Finałów Konferencji Zachodniej w San Antonio. Hakeem Olajuwon, zwykle cichy i spokojny, siedząc na ławce rezerwowych i oglądając całą ceremonię, poczuł się tym mocno dotknięty i powiedział głośno: – Jak oni mogą mnie tak nie szanować? To jest moja nagroda! Wszyscy gracze Houston Rockets byli niemalże w szoku, ponieważ nikt nie spodziewał się takiej reakcji ich lidera, ale też wiedzieli, iż w serii ze Spurs czeka na nich „The Dreama”, jakiego wcześniej nie spotkali. Robert Horry przyznał po latach, że po tych słowach każdy zawodnik HOU jeszcze bardziej uwierzył w siebie. Jakby tego było mało, to zdecydowanej większości zagrań z repertuaru Hakeema, które pojawiły się w „Dream Shake”, nigdy nie widzieli nawet na treningach. W taki sposób została zapisana jedna z piękniejszych kart w historii NBA. David Robinson przez długie lata nie mógł później spać spokojnie (koszmary pewnie ustąpiły po zdobyciu przez niego pierwszego mistrzostwa w 1999 roku).
Poniżej znajdziecie film dokumentalny, „It Changed Everything”. Dokument nakręcony po wygraniu przez Rockets mistrzostwa w 1994 roku pokazuje długą wędrówkę Hakeema Olajuwona po zasłużony pierwszy pierścień w karierze.
W ubiegłą środę opublikowałem pierwszą część premier płytowych na jesień 2014 roku. W poprzednim wydaniu tej mini-serii przedstawiłem pokrótce wybrane projekty, które trafiły do obiegu od 23 września do 21 października. W zestawieniu ująłem nowe wydawnictwa milo, Paula White’a, Diamond District, DJ’a JS-1, Army Of The Pharaohs, K-Defa & 45 Kinga, Bishopa Nehru & MF Dooma, Flying Lotusa i innych wykonawców. W drugiej odsłonie cyklu umieściłem wszystkie pozostałe ważne płyty oczekiwane tej jesieni.
Apollo Brown & Ras Kass – „Blasphemy” (28 października, Mello Music Group)
Apollo Brown należy do grona najbardziej zapracowanych producentów. Tylko w tym roku artysta nagrywający dla Mello Music Group wydał solową płytę „Thirty Eight” oraz wespół z Verbal Kentem i Red Pillem „Ugly Heroes EP”. Teraz przyszedł czas na kolejne wyzwanie – wspólny album z Ras Kassem. „Blasphemy” elektryzowało wielu przedstawicieli mediów i słuchaczy od kilku tygodni i wszystko wskazuje na to, że o tym materiale powstanie niejeden artykuł.
Black Milk – „If There’s A Hell Below” (28 października, Computer Ugly)
Black Milk po wydaniu w październiku ub.r. „No Poison No Paradise” ochoczo zabrał się do dalszej pracy. Na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy powoli rozwijał on działalność własnego labelu Computer Ugly, dorzucając do tego instrumentalną płytę „Glitches In The Break”. Od dłuższego czasu raper/producent z Mo-Town zapowiadał swój kolejny longplay, „If There’s A Hell Below”. Jeden z ważniejszych albumów tej jesieni.
Run The Jewels (El-P & Killer Mike) – „Run The Jewels 2” (28 października, Mass Appeal Records)
Już na początku roku można było w ciemno obstawiać, że druga płyta Run The Jewels odbije się głośnym echem na scenie muzycznej. Tak też się stało. Co prawda El-P & Killer Mike zmienili wydawcę (Mass Appeal Records zajęło miejsce Fool’s Gold Records) lecz klimat nagrań na „Run The Jewels 2” pozostał taki sam, jak na poprzednim materiale. Jedna z najgłośniejszych tegorocznych premier, a to jeszcze nie koniec, ponieważ w przygotowaniu jest jedyne w swoim rodzaju przedsięwzięcie „Meow The Jewels”.
Gabriel Teodros & SoulChef – „Evidence Of Things Not Seen” (28 października, Self-released)
Niezależny producent SoulChef sprawnie działa w undergroundzie. Jednym z singli promujących jego tegoroczny album – „Food For Thought” – był utwór nagrany z Gabrielem Teodrosem, „Black Love”. Obaj artyści postanowili ściślej współpracować ze sobą, co doprowadziło do powstania płyty „Evidence Of Things Not Seen”. Amerykańsko-nowozelandzka kooperacja na wysokim poziomie artystycznym.
Dday One – „Dialogue with Life” (28 października, Content (L)abel)
28 października trafił do obiegu kolejny album jednego z moich ulubionych współczesnych producentów, Dday One’a. Założyciel wytwórni płytowej „Content (L)abel” opublikował kolejną instrumentalną płytę, „Dialogue with Life”. Kalifornijski mistrz tworzenia rozbudowanych i niesłychanie klimatycznych utworów nadal trzyma wysoki poziom. Jego najnowszy projekt to świetny następca „Mood Algorithms” z 2011 roku.
Mike Mictlan – „HELLA FRREAL” (28 października, Doomtree Records)
W ostatnim czasie Doomtree Records wypuściło dwie płyty – „Field Notes EP” oraz „HELLA FRREAL” Mike’a Mictlana. Drugi z ww. członków Doomtree przygotował mini LP stanowiące kontynuację jego specyficznych eksperymentów muzycznych ze „SNAXXX” czy „Hand Over Fist”. Projekt promowany singlem „CLAPP’D” wyprodukowali Cecil Otter, RedVelvet Beats, 2% Muck, 1990, JuanL, Mike Frey i Lazerbeak.
Adlib – „The HighWay” (28 października, The Last Man/Sensi Star)
Filadelfijscy twórcy znani są z wypuszczania porządnie brzmiących płyt. 28 października ukazał się nowy album rapera z Pensylwanii, Adliba. Jak utrzymuje Emcee, „The HighWay” to jego najdoskonalsze dotychczasowe dzieło, przy którym spędził dużo czasu. W osiągnięciu końcowego efektu pomogli m.in. Madchild, J.O the Last Man, Ali Armz, Shabaam Sahdeeq i Rob The Viking. Materiał trafił do sprzedaży dzięki The Last Man/Sensi Star.
Infinito 2017 – „Single Consciousness My Independent Mine” (28 października, Joe Left Hand Records)
Jeden z liderów undergroundowego crew Nacrobats z Chi-Town, Infinito 2017, nieprzerwanie dostarcza nam nowej muzyki. Niezwykle produktywny artysta może pochwalić się mocno rozbudowaną dyskografią, do której pod koniec października dopisał kolejną pozycję. „Single Consciousness My Independent Mine” w piękny sposób nawiązuje do poprzednich dokonań chicagowskiego wykonawcy. Wydawnictwo przeznaczone dla słuchaczy poszukujących niezależnego rapu w starym-dobrym wydaniu.
Looptroop Rockers – „Naked Swedes” (29 października, David vs. Goliath)
Od lat szwedzka formacja Looptroop Rockers należy do jednych z najbardziej szanowanych i rozpoznawalnych europejskich zespołów. Promoe i spółka posiadają wielu fanów w różnych zakątkach świata, którzy na pewno od tygodni nie mogli doczekać się premiery nowej płyty grupy, „Naked Swedes”. Skandynawowie najlepsze lata swojej działalności mają już za sobą lecz wcale nie oznacza to, iż nagrywają obecnie bezwartościową muzykę.
W 2012 roku francuski duet Chill Bump wypuścił serię ciepło przyjętych EP-ek – „Starting From Scratch”, „Hors Série”, „Back To The Grain”, „Hidden Strings” i „The Loop”. Po blisko dwóch latach przerwy od wydania ostatniego projektu Miscellaneous (raper) i Bankal (DJ/producent) postanowili wydać własnym sumptem pierwszy pełny album. Płyta zapowiadana singlami „The Memo” i „One Way Ticket” może być jedną z ciekawszych jesiennych produkcji.
Lee Bannon – „Main/Flex” (4 listopada, Chillectro/Babygrande Records)
Amerykański producent Lee Bannon współpracował już z Plug Research czy Ninja Tune. Przy swoim kolejnym materiale, „Main/Flex”, artysta pochodzący z Sacramento podjął kolaborację z Babygrande Records. Kalifornijczyk znany jest z łączenia niekiedy bardzo odmiennych nurt muzycznych ze sobą. Nie inaczej powinno być na jego nowym albumie, na którym pojawią się Hak (Ratking), Charlie Benante (Anthrax) oraz Deejay Earl (TEKLIFE).
Low Budget Crew znowu daje znać o sobie. Doczekaliśmy się wspólnej płyty najważniejszej postaci tego kolektywu – Keva Browna – oraz Hassaana Mackeya. „That Grit” będzie tym samym kolejną okazję ku temu, aby raper znajdujący się niegdyś na liście Rawkus50 w końcu zdobył większe uznanie w środowisku. Album trafił na półki sklepowe nakładem Ill Adrenaline Records/Low Budget Records. W przyszłym tygodniu premiera winylowego wydania projektu.
Wax Tailor – „Phonovisions Symphonic Orchestra” (4 listopada, Le Plan Music)
Powszechnie znany francuski producent, Wax Tailor, niebawem dopisze do swojej dyskografii kolejną pozycję. Jeden z najbardziej znanych europejskich przedstawicieli muzyki około hip hopowej wydaje „Phonovisions Symphonic Orchestra”. Rozszerzony projekt powstał przy udziale Symphonic Orchestry, dzięki czemu można spodziewać się nad wyraz eklektycznej produkcji. Single zapowiadające materiał – „Que Sera” i „Something” – zapowiadają wyrafinowaną muzykę.
W latach 2010-12 australijski producent Thrupence wypuścił kilka dobrze przyjętych projektów. Po dwuletniej przerwie szalenie uzdolniony twórca szykuje kolejną płytę, „Lessons (Originals Mixtape 4)”. Zamieszkały w Melbourne artysta przygotowuje wydawnictwo dużego kalibru, o czym dobitnie świadczą single zapowiadające LP – „Don’t You Mind” oraz „Silk”. Nadchodzi jeden z ciekawszych instrumentalnych albumów tego roku.
The 1978ers (yU & Slimkat) – „People Of Today” (11 listopada, Mello Music Group)
Artyści rodem z DMV ożywili się w tym roku. Jeden z członków Diamond District, yU, realizuje swój projekt ze Slimkatem w ramach działalności grupy The 1978ers. „People Of Today” nie powinno znacząco różnić się od dotychczasowych nagrań tych artystów, którzy kładą nacisk na duchowy i pozytywny wymiar swojej muzyki. Do pełnego albumu wprowadza krótki materiał „P.O.T. EP (Acts I,II, III)”.
Serengeti – „Kenny Dennis III” (11 listopada, Joyful Noise Recordings)
Alternatywny raper wywodzący się z Chicago, Serengeti, przygotowuje się do wydania kolejnego solowego wydawnictwa. Po udziale w projekcie Sisyphus (skądinąd udane przedsięwzięcie) artysta związany z Anticonem szykuje następną odsłonę sagi o Kennym Dennisie. Na nadchodzącej płycie – „Kenny Dennis III” – chicagowski twórca przedstawi dalsze losy stworzonego przez siebie bohatera. Projekt ukaże się nakładem Joyful Noise Recordings.
Szalenie sympatyczny artysta, dziennikarz muzyczny i aktywista hip hopowy w jednym, J-Zone, otrzymał wiele ciepłych słów za ubiegłoroczny album „Peter Pan Syndrome”. Po tej płycie nowojorczyk skoncentrował się na rozwoju swoich umiejętności grania na perkusji. Przełożyło się to na kilka singli i wydawnictwo „Lunch Breaks”. Wersja elektroniczna projektu ukazała się w lutym dzięki The Drum Broker, wydanie fizyczne materiału trafi do sprzedaży 11 listopada nakładem Redefinition Records.
Omniscence – „The Raw Factor” (11 listopada, Gentleman’s Relief Records)
W historii rapu nie brakowało płyt, które z różnych względów ukazywały się wiele lat po planowanej premierze (lub w ogóle nie trafiały do obiegu). Podobny los spotkał album Omniscience’a, „The Raw Factor”. Po 18 latach od planowanej premiery materiał rapera z Północnej Karoliny wreszcie ujrzy światło dzienne. Głównym singlem pochodzącym z „The Raw Factor” jest nagranie „Touch Y’all”. Album w sprzedaży od 11 listopada.
Hail Mary Mallon – „Bestiary” (11 listopada, Rhymesayers Entertainment)
Już dawno Rhymesayers Entertainment przyzwyczaił swoich sympatyków do wypuszczania muzyki na wysokim poziomie. Właśnie co najmniej porządnego wydawnictwa należy oczekiwać po Hail Mary Mallon. Aesop Rock, Rob Sonic i DJ Big Wiz przygotowują się do wydania drugiego longplaya. Zanosi się na to, że „Bestiary” trafi do szerokiego grona odbiorców wypatrujących godnej kontynuacji „Are You Gonna Eat That?” sprzed dwóch lat.
Chicagowski underground przywodzi na myśl wielu utalentowanych artystów. Wśród nich znajdziemy Hellsenta. W połowie tego listopada doczekamy się premiery jego kolejnego albumu – „Bat Outta Hell”. Wydawnictwo w całości wyprodukuje producent z Florydy, Batsauce. Projekt zapowiada singiel „Bob Proctor”. Wydaniem longplaya zajmie się najbardziej uznana niezależna oficyna wydawnicza z Wietrznego Miasta, Galapagos4.
Seria wspólnych EP-ek („Shame EP”, „Thuggin’” oraz „Deeper EP”) zakończona świetnie przyjętym longplayem „Pinata” została skrzętnie odnotowana przez wielu przedstawicieli mediów. Pod koniec roku doczekamy się kolejnej odsłony muzycznych wariacji obu twórców. „Knicks EP” to nic innego, jak zbiór remiksów i niepublikowanych dotąd nagrań pochodzących z sesji nagraniowych tych wykonawców. Wśród gości na tym materiale usłyszymy Actiona Bronsona, Joeya Bada$$a, Ransoma oraz BJ The Chicago Kida.
Blockhead – „Bells and Whistles” (18 listopada, Self-released)
Jedna z ikon nowojorskiego undergroundu, Blockhead, regularnie dostarcza nam porcje nowej muzyki. Po czterech płytach nagranych wraz z Illogiciem (z „Capture The Sun” na czele) i po jednym wydawnictwie z billym woodsem („Dour Candy”) oraz MarQ Spektem („JustPlayWitIt”), przyszedł czas na kolejny solowy projekt beatmakera. „Bells and Whistles” zapowiadają dwa instrumentalne utwory – „Kaput!” i „On The Back Of A Golden Dolphin”.
Red Martina – „Come On Home” (18 listopada, Badtape Music)
Jesienią ub.r. ukazał się progresywny album filadelfijskiej formacji Red Martina, „Intransit”. Po roku od premiery tego wydawnictwa pojawi się w sprzedaży druga płyta grupy, „Come On Home”. Styl zespołu składającego się z Noesisa, Hayley Cass, Ish Quintero i Stoupe’a przypisywany jest do downtempo, ale nie brakuje w ich nagraniach również elementów rapowych. Warto zwrócić baczną uwagę na nadchodzące LP jednej z najbardziej oryginalnych grup około hip hopowych.
Havoc – „13 Reloaded” (18 listopada, Hclass Entertainment Inc.)
Po wypuszczeniu w pierwszej połowie roku „The Infamous Mobb Deep”, członkowie tej grupy znowu wrócili do solowych projektów. 18 listopada trafi na półki sklepowe kolejna płyta Havoca, „13 Reloaded”. Follow-up do ubiegłorocznego wydawnictwa opublikowanego przez Nature Sounds promuje singiel „Dirt Calls”. Na nadchodzącym materiale pojawią się utwory powstałe przy udziale Prodigy’ego, Sheek Loucha czy Cormegi.
Axel F. (MED & J Rocc) – „Theme Music” (25 listopada, Bang Ya Head Entertainment)
Każdy sympatyk kalifornijskiego rapu powinien kojarzyć wydawnictwa MED-a i J Rocca. Obaj artyści nagrywają wspólnie muzykę od dłuższego czasu, co przełożyło się na założenie przez nich formacji Axel F. Po ubiegłorocznej EP-ce „The Sofa Set” duet przygotowuje się do wypuszczenia pełnego albumu, „Theme Music”. Soundtrack opisujący życie w latach 80.tych stworzonego przez nich bohatera, Axela, powinien znaleźć spore grono nabywców.
Von Pea – „To: You” (25 listopada, HiPNOTT Records)
Tanya Morgan to dobrze rozpoznawalna niezależna formacja. Oprócz tworzenia wspólnych utworów, Von Pea i Donwill zajmują się też solowymi projektami. Pierwszy z nich szykuje się do wypuszczenia kolejnej płyty, „To: You”. Wydawnictwo w całości zostanie wyprodukowane przez duet The Other Guys. Całość materiału zapowiada singiel „So East Coast”. Wśród gości na tym projekcie pojawią się Substantial, Kooley High oraz Lessondary Crew.
Nie tylko Havoc przymierza się do wydania nowego wydawnictwa, ale również drugi członek Mobb Deep, Prodigy, znajduje się w przededniu premiery kolejnej płyty. Po wspólnych wydawnictwach z Alchemistem, nowojorczyk szykuje się do zaprezentowania albumu z Boogz Boogetzem, „Young Rollin Stonerz”. Weteran hip hopowy w połączeniu ze znacznie młodszym twórcą na jednej płycie? Już wkrótce przekonamy się, co z tego wyjdzie.
uMaNg & B.B.Z. Darney – „The Black Rose Certificate” (25 listopada, Ill Adrenaline Records)
Osoby dobrze orientujące się w undergroundzie powinni kojarzyć rapera z New Jersey, uMaNga, a także szwedzkiego producenta B.B.Z. Darneya. Obaj artyści pokazali próbkę niemałych umiejętności na swoich poprzednich nagraniach i już wkrótce będziemy mogli przekonać się, jak oni wypadają na wspólnym albumie. „The Black Rose Certificate” to będzie stricte boom-bapowy materiał, który ukaże się dzięki Ill Adrenaline Records. Longplay zapowiada singiel „Accomplices”.
Betty Ford Boys – „Retox” (28 listopada, Melting Pot Records)
Niemieccy producenci z coraz większym powodzeniem wydają swoje projekty. W ub.r. sporo ciepłych komentarzy otrzymała jedna z tamtejszych formacji, Betty Ford Boys (Suff Daddy, Dexter i Brenk Sinatra). Pod koniec roku doczekamy się follow-upu do pierwszej płyty formacji, „Leaders Of The Brew School”. Wydawnictwo zatytułowane „Retox” poprzedziła porządna dziesiątka „Uppers” b/w „Downers”. Szykuje się eklektyczna instrumentalna produkcja.
Redefinition Records należy obecnie do jednych z najważniejszych niezależnych oficyn wydawniczych. Label z siedzibą w New Jersey doceniają głównie koneserzy muzyki hip hopowej i kolekcjonerzy płyt winylowych. Damu The Fudgemunk wraz z Johnem Notafrancesco dokładają wszelkich starań do tego, aby każdy projekt wypuszczany przez REDEF nie zawodził słuchaczy. Pomimo tego iż dewiza tej wytwórni płytowej brzmi „jakość ponad ilość”, to w tym roku ukazało się już naprawdę sporo przednich materiałów sygnowanych logiem amerykańskiej oficyny wydawniczej. Właśnie dzięki temu labelowi Klaus Layer, Kev Brown, K-Def, Damu The Fudgemunk, Artifacts czy Raw Poetic dopisali do swoich kont kolejne płyty. We wrześniu pojawiła się w obiegu nowego nabytku REDEF – Def Dee. Producent rodem z Seattle niedawno wypuścił longplay zatytułowany „Deja Vu”.
Stolica stanu Waszyngton, Seattle, może poszczycić się rozbudowaną i urozmaiconą sceną hip hopową. Wśród wielu przedstawicieli tamtejszego środowiska znajdziemy też bohatera tego artykułu. Def Dee posiada spory potencjał, który zdążył już ujawnić na kilku mniejszych i większych projektach. Beatmaker młodego pokolenia prowadzi działalność wydawniczą od końca poprzedniej dekady. Po pierwszym poważnym przedsięwzięciu, wspólnej płycie z raperem La, „Gravity”, tym artystą zainteresowało się dobrze znane Mello Music Group. Jego współpraca z tą uznaną wytwórnią płytową szybko doszła do skutku.
W kwietniu 2011 roku dzięki MMG ukazał się beat tape producenta, „Cheap Hate”. Wydawnictwo opublikowane przed 3 laty przyniosło 29 ścieżek utrzymanych w duchu Złotej Ery rapu. Def Dee zaprezentował styl czerpiący garściami ze Złotej Ery rapu ze wpływami twórców z Seattle – Jake One’a i Sabziego – uzupełnionych o jego autorskie rozwiązania. Na następny materiał beatmakera trzeba było czekać do stycznia 2013 roku. Wtedy to ukazała się wspólna EP-ka tego twórcy i rapera Zara, „Zulu Delta”. Wydawnictwo wprowadzało do pierwszego oficjalnego longplaya artysty, „33 and a Third”. Album wypuszczony w trakcie ubiegłorocznych wakacji łączył w sobie elementy kompilacji oraz płyty producenckiej. Def Dee pokazał więcej niż poprawny warsztat i jedynie można żałować, że po ten materiał sięgnęło tak niewielu odbiorców. Jednak producent nie załamywał rąk i zabrał się do dalszej pracy, czego efektem jest longplay „Deja Vu”, który stanowi kolejny krok do przodu w jego rozwoju.
Album beatmakera z północno-zachodniej części USA trafił na półki sklepowe 2 września. Przed opublikowaniem materiału mieszkaniec Seattle zmienił wydawcę, zamieniając Mello Music Group na Redefinion Records, co w jego przypadku było słusznym wyborem. Wrześniowa płyta zawiera zarówno stricte instrumentalne utwory, jak i tracki powstałe przy udziale Emcees. Def Dee wypada z jak najlepszej strony w obu rolach. W nagraniach na „Deja Vu” czuć autorskie elementy oparte o co najmniej poprawny sampling oraz umiejętność tworzenia bujających beatów. Ponadto nie stara się on kopiować innych współczesnych kompanów po fachu, co można wyłapać nawet po pobieżnym zapoznaniem się z jego nagraniami. „C’Mon Now”, „Church” i „Pay More Attention” stanowią udane instrumentalne ścieżki. Muzyka przedstawiciela stanu Waszyngton nabiera dodatkowego smaku, kiedy współpracuje on z raperami. One Be Lo świetnie odnajduje z nim wspólny język w „Toss N Turn”, Roc Marciano dorzuca zwrotkę w „Marciano”, zaś El Da Sensei nie spuszcza z tonu w „Yeah”. W połowie płyty trafiamy na „New Burners”, w którym wzajemnie uzupełniają się Blu, La oraz Flex Mathews. Wydawnictwo zamyka lekki i ulotny track nagrany z Raw Poeticiem – „Beau”. W przyszłości Def Dee powinien bez większych przeszkód tworzyć jeszcze bardziej klimatyczne nagrania, nieważne czy z udziałem gości czy też nie.
Redefinition Records umieściło album na Bandcampie. Oprócz wydania elektronicznego „Deja Vu” można nabyć na płytach winylowych. Pierwszy projekt Def Dee wypuszczony przez REDEF jest promowany kilkoma singlami – „Beau”, „Toss N Turn”, „Yeah” oraz „C’Mon Now”. Do trzeciego z tych tracków dołożono też videoclip przedstawiający proces powstawania winyli (sic!). Teledysk nakręcono również do ostatniego z ww. nagrań. Po opublikowaniu tegorocznego materiału beatmaker nie ma czego wstydzić się względem bardziej uznanych artystów z lokalnej sceny hip hopowej z Seattle. Przydałoby się tylko, żeby więcej serwisów muzycznych i słuchaczy doceniło warsztat tego twórcy, o czym już wspominałem przy okazji artykułu o „33 and a Third”.
Aktualizacja: Po zamknięciu Redefinition Records lwia część katalogu tej wytwórni rozpłynęła się. Jedynymi śladami po działalności twórców związanych z tym labelem są pozostałe nagrania na YouTube i wersje fizyczne poszczególnych materiałów, w tym „Deja Vu”.
Producenci mają coraz więcej do powiedzenia na scenie muzycznej. Wzrost znaczenia beatmakerów odnotowaliśmy zwłaszcza w ostatnich latach. W związku z tym, mnóstwo twórców znalazło uznanie w oczach mediów i odbiorców. Dzięki temu autorzy podkładów cieszą się podobnym szacunkiem, co raperzy, wokaliści i/lub grupy muzyczne. Z drugiej strony, nie należy też zapominać o negatywnych aspektach towarzyszących współczesnej branży producenckiej. W dzisiejszych czasach brzmienia serwowane przez beatmakerów zbyt często zlewają się w jedną bezkształtną masę i to jest największy zarzut kierowany pod ich adresem. Dlatego też na wagę złota są producenci pokroju Dday One’a. Świeżo wydany album mieszkańca Los Angeles, „Dialogue with Life”, świetnie podkreśla jego wielkość i kunszt producencki.
Istnieje pewna grupa artystów, których muzyka jest w pełni rozumiana i doceniana jedynie przez koneserów, a także osoby o rozległej wiedzy. W tej kategorii od początku swojej działalności znajduje się Dday One. Pochodzący z Los Angeles Udeze Ukwuoma należy do grona twórców wychowanych na starych wytycznych i założeniach, spędzających długie tygodnie czy nawet miesiącu na znalezieniu odpowiednich sampli i nadanie im nowej formy. Założyciel wytwórni płytowej Content (L)abel zajmuje się działalnością wydawniczą od przeszło dekady. Już pierwsze jego dokonania – „Loop Extensions” (2005) i „Heavy Migration” (2008) – zwróciły na niego uwagę sympatyków instrumentalnego hip hopu i downtempo.
Kalifornijski wykonawca szybko wyrobił sobie charakterystyczny styl stanowiący jego znak rozpoznawczy i wyróżniającego jego na tle całej masy bliźniaczo podobnych do siebie beatmakerów. Co istotniejsze, artysta z Cali zdobył uznanie w oczach niejednego swojego kolegi po fachu; wielu innych artystów wyrażało się o nim w samych superlatywach. Wraz z wydawaniem przez Dday One’a kolejnych materiałów rosła liczba odbiorców, którzy starali się zgłębić tajniki jego warsztatu producenckiego. Rzadko spotykana umiejętność tworzenia wciągających i pochłaniających do reszty instrumentalnych utworów to znaki rozpoznawcze tego nietuzinkowego artysty. Każdy ten, kto dokładnie przestudiował poprzednie płyty Kalifornijczyka – „Journal” (2009) i „Mood Algorithms” – a także poznał skrupulatnie tworzone przez niego miksy (m.in. wydane w tym roku przez The Find Magazine „Mostly Instrumental”), nie mógł doczekać się premiery jego kolejnego projektu. Wypuszczone w zeszłym tygodniu „Dialogue with Life” to duże wydarzenie na niezależnej scenie producenckiej.
Od premiery „Mood Algorithms” minęły 3 lata. Wszyscy sympatycy twórczości producenta z Miasta Aniołów zastanawiali się, w jakiej formie po tym okresie znajduje się ich faworyt. Dday One udowodnił, iż nadal potrafi tworzyć muzykę na wysokim poziomie, która dodatkowo teraz brzmi jeszcze dojrzalej. Przedstawiciel Miasta Aniołów nic nie stracił z niezwykłej umiejętności budowania napięcia i nadawania swoim nagraniom kapitalnego klimatu. W porównaniu do poprzednich płyt, kalifornijski twórca na „Dialogue with Life” jeszcze lepiej potrafi opowiadać o uczuciach. Artysta jeszcze szerzej otworzył przed słuchaczami drzwi do poznania swojej skomplikowanej i niełatwej do zrozumienia osobowości. Dźwięki sączące się z pokoju wypełnionego samotnością i poszukiwaniem odpowiedzi dotyczących własnej tożsamości towarzyszą każdemu nagraniu na nowym wydawnictwie Dday One’a. „Towards The Roar”, „Open Cage”, „Journey to the Center” i „Aquarius” stanowią pomost do kulminacyjnego momentu na tym albumie, którym jest bez wątpienia „Anechoic Chamber”. W tej kompozycji każdy słuchacz może odnaleźć znacznie więcej, niż jemu się wydaje. Wystarczy tylko wyruszyć w wyprawę wgłąb siebie i odszukać wybrane wspomnienia, które ożyją na nowo przy tym utworze. Niepokojący wydźwięk „Dialogue with Life” stawia ten album jako doskonałą kontynuację „Heavy Migration” czy „Mood Algorithms”. Dday One udowodnił raz jeszcze, że jest ze wszech miar wyjątkowym artystą, wymagającego od każdego odbiorcy poświęcenia jemu długich godzin na pełne zrozumienie jego twórczości. Jednak każdy, kto zdecyduje się na ten krok, nie powinien żałować ani sekundy spędzonej przy dźwiękach amerykańskiego producenta.
Po album możecie sięgnąć za pośrednictwem Bandcampa. W tej chwili w sprzedaży znajdują się płyty kompaktowe; wersja winylowa projektu na przezroczystych woskach trafi do sprzedaży 14 listopada. Dday One promuje swoje nowe wydawnictwo poprzez mix utworów pochodzących z LP oraz materiały video. Pierwszy krótki klip odsłania kulisy powstania okładki do „Dialogue with Life”, natomiast drugi prezentuję wersję live zamykającego płytę utworu „Final Test”. Kalifornijski artysta kolejny raz udowodnił, iż jest mistrzem tworzenia klimatu w swoich utworach oddając do rąk słuchaczy klasową instrumentalną płytę.
We wstępie do kolejnego artykułu chciałbym dokonać szybkiego przeglądu niezależnej sceny hip hopowej. Zajmijmy się najbardziej poważanymi wykonawcami prowadzącymi działalność od nastu lat, którzy są poważani w undergroundzie i mainstreamie. W tym miejscu należy wymienić głównie twórców pokroju Atmosphere, Brothera Aliego, Madliba, Aesop Rocka, Sage Francisa, MF Dooma, RJD2, The Roots, Dilated Peoples, Taliba Kweliego czy też Mursa. Wszyscy ww. artyści mogą pochwalić się wieloletnim stażem i piękną dyskografią; każdy z nich to ikona hip hopu. Obok nich można również wyróżnić szereg twórców posiadających wszelkie predyspozycje ku temu, aby w niedalekiej przyszłości wspiąć się w hip hopowej hierarchii o szczebel wyżej. Black Milk jest jedną z takich osób. Najnowsza płyta reprezentanta Random Axe, „If There’s A Hell Below”, to dowód jego dużej klasy muzycznej.
Artyści z Detroit wyrobili sobie mocną pozycję nie tylko na amerykańskiej scenie hip hopowej, ale także w oczach mieszkańców innych państw. Curtis Cross przyczynił się do osiągnięcia tego statusu. W przyszłym roku minie już 10 lat od premiery pierwszej płyty Black Milka, „Sound of the City”, a wydawałoby się, iż ten twórca dopiero niedawno wkroczył do branży. Właściwie każde solowe wydawnictwo rapera/producenta z Mo-Town i kolaboracyjne projekty z innymi artystami są co najmniej porządnie oceniane w środowisku muzycznym. Przez blisko dekadę działalności wydawniczej wykonawca ten zapisał na swoim koncie pokaźną liczbę materiałów. „Popular Demand”, „Tronic”, „Album of the Year” i ubiegłoroczne „No Poison No Paradise” były szeroko omawiane przez serwisy muzyczne na całym świecie. Również wiele miejsca poświęcono jego płytom nagranym odpowiednio z Bishopem Lamontem („Caltroit”) i Dannym Brownem („Black And Brown!”), a także wspólnemu przedsięwzięciu z Seanem Price’em i Guilty Simpson – Random Axe.
Po wydaniu w październiku ub.r. „No Poison No Paradise” Black Milk skupił się na rozwoju własnego labelu o zapadającej w pamięć nazwie Computer Ugly. Jeszcze pod koniec 2013 roku wydał on EP-kę wokalistki Mel, „Burning Stones”. Kilka miesięcy później opublikował swoje instrumentalne LP, „Glitches In The Break”, które zrobiło niemałą furorę na scenie hip hopowej. Oba wydawnictwa w wersji fizycznej trafiły do sprzedaży na tegoroczne Record Store Day. Oprócz tego niezależny artysta odbył kilka tras koncertowych i pomiędzy tym wszystkim przygotowywał się do wypuszczenia kolejnego albumu zapowiedzianego na jesień. „If There’s A Hell Below” to jedna z najbardziej oczekiwanych premier płytowych ostatnich tygodni.
Przedsprzedaż płyty rozpoczęła się jeszcze w trakcie ubiegłych wakacji. W dystrybucji wydawnictwa pomogło dobrze kojarzone Fat Beats Records. Co kryje się za zagadkowym tytułem najnowszego dzieła Black Milka? Założyciel Computer Ugly na tym projekcie naszkicował historię odnoszącą się do singla Curtisa Mayfielda, „If There’s a Hell Below We’re All Going to Go”. W tym celu artysta stworzył fikcyjną postać Sonny’ego Jr., młodego twórcy stawiającego czoło problemom dotyczącym życiu w wielkich aglomeracjach miejskich i oddanego przy tym sztuce. Wszystkie utwory zgromadzone na longplayu zgrabnie łączą się w całość i opowiadają o perypetiach tego bohatera widzianych z jego własnej perspektywy oraz z punktu widzenia osób trzecich. Sprowadza się do tego, iż każdy słuchacz po co najmniej kilkakrotnym zapoznaniu się z płytą (to nie jest wydawnictwo na pobieżne przesłuchanie), powinien odpowiedzieć sobie na pytanie „If There’s A Hell Below”? Black Milk umiejętnie sprawdza się w roli narratora i architekta longplaya. Urozmaicona produkcja i dobrze przygotowana warstwa tekstowa LP są największymi atutami krążka. Z drugiej strony, artysta wypada lepiej w roli producenta, aniżeli rapera, co w niektórych momentach można wyłapać. Gościnnie na tym wydawnictwie usłyszymy Mel, Ab, Blu, Pete Rocka (o dziwo w porządnej formie), Gene Obey, Buna B oraz Guilty Simpsona i Seana Price’a.
„If There’s A Hell Below” znajdziecie na niezawodnym Bandcampie. Album trafił do obiegu w wersji digitalowej i fizycznej (płyty CD i winyle). O zainteresowaniu tym materiałem najlepiej świadczy fakt, iż płyty kompaktowe i winylowe rozeszły się za pośrednictwem BC i oficjalnej strony Black Milka jeszcze w przedsprzedaży. Projekt promują dwa singlowe nagrania – „What It’s Worth” oraz „Gold Piece”. W dniu premiery longplaya ukazał się minimalistyczny klip nakręcony do pierwszego z tych utworów. Czołowy przedstawiciel sceny hip hopowej z Detroit może być pewny tego, iż jego nowe LP dotrze do szerokiego grona słuchaczy.
Od lat australijska scena hip hopowa zachwyca tysiące osób. Twórcy z Krainy Kangurów wyróżniają się na tle wykonawców pochodzących z innych krajów głównie za sprawą swojego autorskiego podejścia do nagrywania muzyki. Właśnie dzięki temu sporo artystów z największej wyspy świata wybiło się i zrobiło międzynarodowe kariery. Hilltop Hoods, Bliss n Eso, Brad Strut, M-Phazes, Def Wish Cast czy też Katalyst otwierają listę najbardziej uznanych przedstawicieli hip hopowych z tej części świata. Oprócz tego Australia może pochwalić się licznymi undergroundowymi raperami i producentami, którzy również odnoszą sukcesy daleko poza granicami swojego kraju. Do wcześniej prezentowanych na łamach naszego serwisu reprezentantów Aussie dołącza teraz duet Context & Jimmy Flipshyt. W ostatnich kilkunastu miesiącach wydali oni dwie dobre EP-ki – „The Shadows” i „Fire In The Basement”.
W ostatnich latach całkiem pokaźne grono australijskich wykonawców pokazało się z jak najlepszej strony. Bohaterów dzisiejszego artykułu należy umieścić w tym zestawieniu. Context (Emcee) & Jimmy Flipshyt (producent) współpracują ze sobą od kilku lat. W pierwszym okresie swojej działalności mieszkańcy Canberry nagrali dwa projekty – „The Dusty Track Mixtape” oraz „The Monkey Bars EP”. Wydane materiały pozwoliły im zaistnieć na lokalnej scenie hip hopowej, co pociągnęło za sobą serię koncertów duetu. W dalszej kolejności artyści podjęli współpracę z oficyną wydawniczą Beat Basement Records przygotowując się przy tym do wypuszczenia kolejnych płyt. W oczekiwaniu na pierwsze w pełni oficjalne dzieło Australijczyków w listopadzie 2012 roku Jimmy Flipshyt wydał instrumentalne LP „The Jimmy Flipshyt Beat Tape”. Po tym wydawnictwie przyszła kolej na „The Shadows”. Przygotowany przez nich projekt trafił do szerszego obiegu.
Płyta Australijczyków ujrzała światło dzienne w kwietniu zeszłego roku. Duet ze stolicy Krainy Kangurów obraca się w stylistyce przynoszącej ducha lat 90.tych w połączeniu z undergroundowymi standardami. Tradycyjne metody tworzenia muzyki artyści uzupełnili autorskimi pierwiastkami kojarzonymi ze specyfiką australijskiej sceny hip hopowej. Context operuje wypracowanym i dobrym flow; raper nie próbuje na siłę przypodobać się słuchaczom i nie zmienia swojego akcentu, co zdarza się w przypadku niektórych Emcees z tego regionu świata. Pewność siebie i sprytnie przygotowana warstwa tekstowa na „The Shadows” rzuca się w uszy szczególnie w „Big Dog” oraz „Done and Dusted”. Jimmy Flipshyt stanowi świetne dopełnienie swojego partnera muzycznego. Beatmaker siedzi głęboko w szkole producenckiej opartej o klasyczne brzmienie Złotej Ery rapu. Jednak producent nie powiela uparcie wybranych schematów lecz dba o odpowiednią selekcję sampli, dopasowanie stopy i werbli starając się nadać całości własną formę. Gospodarzy EP-ki wspomagają Anton, Oneselv oraz Stateovmind.
„The Shadows” opublikowano na Bandcampie. Dzięki ww. współpracy z Beat Basement Records wydawnictwo doczekało się też wydania na limitowanej edycji płyt kompaktowych. W ramach kampanii promocyjnej Context & Jimmy Flipshyt wypuścili teledyski do singli „Down” oraz „Big Dog” (uroczy videoclip).
Tracklista
Down
Big Dog feat. Anton
The Shadows feat. Oneselv & Stateovmind
Interlude
Lost Soldier
Done and Dusted
Sidewalk
Po udanym ubiegłorocznym wydawnictwie australijski duet miał jeszcze większy zapał i chęci do dalszej pracy w studiu nagraniowym. Po ponad roku od wydania „The Shadows”Context & Jimmy Flipshyt wypuścili kolejny tłusty materiał. „Fire In The Basement” (kapitalna okładka) to jeszcze bardziej dopracowana płyta w porównaniu do poprzedniej płyty tych twórców. Ponownie wspierani przez Beat Basement Records i Capslock Collective artyści oddali do rąk słuchaczy EP-kę zawierającą 9 ścieżek. Boom-bapowe brzmienie w ich wydaniu nie jest wtórne, nie razi przewidywalnością i wypada znacznie lepiej od warstwy muzycznej niejednego bardziej znanego od nich wykonawcy. Pomiędzy Contextem a Jimmym Flipshytem panuje chemia i harmonia, obaj twórcy dokładnie wiedzą, co i w jaki sposób chcą osiągnąć. Pomagają im w tym BVA, P.Smurf, Sinks, Stateovmind, Mattrix oraz Dane One, którzy wypadają co najmniej poprawnie w poszczególnych utworach na tej płycie. Utwory pokroju „Just Listen”, „Normal Life”, „Incomparable” czy też tytułowe nagranie z EP-ki stanowią wystarczającą zachętę, aby spędzić trochę czasu przy muzyce tych artystów.
„Fire In The Basement” można odsłuchać i/lub nabyć za pośrednictwem Bandcampa. Drugi projekt duetu z Krainy Kangurów ukazał się w wydaniu elektronicznym i fizycznym (płyty kompaktowe i winylowe). Jako single promujące materiał wybrano „Incomparable”, a także tytułowe nagranie pochodzące z tego longplaya, do którego dołożono także teledysk. Wszystko wskazuje też na to, że w przyszłości otrzymamy jeszcze wiele wartościowych nagrań od Contexta & Jimmy’ego Flipshyta, czego sobie i Wam życzę.
Każdego roku wiosna i jesień przypadają na najgorętszy czas na rynku wydawniczym. Wiosenne miesiące obfitowały w premiery nowych płyt Atmosphere, People Under The Stairs, The Roots, Pharaohe Moncha, Army Of The Pharaohs, @Peace, J-Live’a, The Doppelgangaz, Jazz Spastiks i wielu innych artystów. Jesienią też nie można narzekać na świeże materiały pojawiające się na rynku fonograficznym. Wybrane jesienne produkcje zebrałem w poniższym zestawieniu obejmującym płyty wydane od 23 września do 28 listopada. Każdy projekt został opatrzony krótkim komentarzem. Ze względu na znaczną liczbę wydawnictw całość podzieliłem na dwie części. Dzisiaj pierwsza z nich, natomiast druga odsłona mini cyklu pojawi się u nas w niedzielę przyszłym tygodniu.
Paul White – „Shaker Notes” (23 września, R&S Records)
Od momentu wydania w sierpniu 2011 roku płyty „Rapping With Paul White”, brytyjski producent znajduje się na fali wznoszącej. Przed nowym albumem Paul White opublikował „Watch The Ants EP” oraz wyprodukował w całości „White Sands” Homeboya Sandmana. „Shaker Notes” to kolejna stacja w muzycznej podróży tego artysty. Album wydany przez R&S Records doceniło pokaźne grono słuchaczy aprobujących warsztat muzyczny Brytyjczyka.
We wrześniu Stones Throw Records pomogło w wydaniu płyty kalifornijskiego wykonawcy, Dntela. Producent zamieszkały w Los Angeles przedstawił instrumentalny projekt „Human Voice”. Za najważniejszy cel twórca z Cali postawił przekazanie za pośrednictwem swojej muzyki masy uczuć, które drzemią ukryte w poszczególnych utworach zawartych na LP. Wydawnictwo dedykowane słuchaczom poszukujących muzyki z duszą.
milo – „a toothpaste suburb” (23 września, Hellfyre Club)
Alternatywne formy hip hopowe ponownie mają się dobrze. Jednym z ciekawszych i oryginalniejszych przedstawicieli tego nurtu jest bez wątpienia milo. Raper związany z Hellfyre Club w końcu wypuścił pełnoprawny debiutancki longplay. „a toothpaste suburb” stanowi kontynuację podwójnej EP-ki „things that happen at day” / „things that happen at night”. Charyzmatyczny Emcee pochodzący z Chicago to jeden z najbardziej perspektywicznych współczesnych twórców.
Toki Wright & Big Cats – „Pangaea” (23 września, Soul Tools Entertainment)
Minneapolis to od lat spokojna przystań dla niezależnych artystów hip hopowych. W tamtejszym środowisku dobrze odnajduje się duet Toki Wright i Big Cats. Wszechstronnie uzdolniony raper i utalentowany producent połączyli swoje siły wydając album „Pangaea”. Wydawnictwo charakteryzuje się dużą kulturą i dojrzałością muzyczną, co było widać po EP-ce zapowiadającej płytę, „Prelude To Pangaea”.
Kanadyjscy artyści potrafią dostarczyć wartościowe nagrania. W przyszłości do długiej listy powszechnie szanowanych niezależnych wykonawców z Kraju Klonowego Liścia być może dopiszemy Drummachinemike’a. Póki co producent udanie wprowadził się na scenę hip hopową. „Drum Machine Music” zawiera utwory nagrane przy udziale wielu twórców (Open Mike Eagle, Ceschi Ramos, 2Mex, Thavius Beck, Noah23 i inni).
Daedelus – „The Light Brigade” (29 września, Brainfeeder)
Wszyscy fani brzmień elektronicznych i pochodnych odmian muzycznych na pewno są zaznajomieni z labelem założonym przez Flying Lotusa, Brainfeeder. Pod koniec września dzięki tej oficynie wydawniczej dostaliśmy nową płytę Daedelusa – „The Light Brigade”. Doświadczony amerykański artysta nie zamierza spuszczać z tonu. Jego najnowsze dzieło nie odstaje poziomem od poprzedników i przynosi urozmaiconą muzyczną strawę, pełną wyszukanych dźwięków.
The Black Opera – „The Great Year” (30 września, Mello Music Group)
W drugiej połowie 2012 roku Mello Music Group wypuściło kilka projektów enigmatycznej formacji kryjącej się pod nazwą The Black Opera. Po „Enter Mission” oraz „Libretto: Of King Legend” zagadkowa grupa prezentuje kolejny materiał, „The Great Year”. Na tym wydawnictwie zespół podąża wcześniej wytyczonym szlakiem. Jeżeli poszukujecie niesztampowych i niestandardowych rozwiązań w rapie, to powinniście sięgnąć po ten longplay.
Diamond D – „The Diam Piece” (30 września, Dymond Mine Records)
Jeden z filarów Diggin’ In The Crates, Diamond D, nie zamierza odchodzić na emeryturę. Od dłuższego czasu weteran hip hopowy podchodził do nagrania kolejnej płyty. „The Diam Piece” zapowiadano od pierwszego kwartału roku. Wśród gości na LP głownie starzy znajomi nowojorskiego wyjadacza – AG, Pharaohe Monch, Pete Rock, Freddie Foxxx, Masta Ace, Fat Joe, Talib Kweli oraz Black Rob.
K-Def & 45 King – „Back to the Beat” (30 września, Redefinition Records)
Redefinition Records nigdy nie zawodzi swoich sympatyków. Na początku tegorocznej jesieni REDEF wypuściło kolejny materiał K-Defa, „Back to the Beat”. Instrumentalne wydawnictwo zostało zrealizowane przy udziale jednej z ikon hip hopowych z New Jersey, 45 Kinga. 30-minutowa płyta jest utrzymana w korzennym stylu, co nie stanowi żadnego zaskoczenia dla fanów twórczości obu producentów.
Saigon – „G.S.N.T. 3: The Troubled Times Of Brian Carenard (The Greatest Story Never Told, Chapter 3)” (30 września, Squid Ink Squad Records)
Dobrze pamiętam dłużącą się w nieskończoność sagę związaną z wydaniem przez Saigona pierwszego oficjalnego albumu, „The Greatest Story Never Told”. Z drugą częścią tej serii poszło znacznie sprawniej, podobnie zresztą jak z trzecią odsłoną sagi, „G.S.N.T. 3: The Troubled Times Of Brian Carenard (The Greatest Story Never Told, Chapter 3)” (dłuższego tytułu nie dało się wymyślić?). Płyta wydana nakładem labelu założonego przez rapera z Brooklynu, Squid Ink Squad Records, to nic innego, jak przedłużenie pomysłów z poprzednich wydawnictw nowojorczyka.
Swollen Members to w opinii niejednej osoby jedna z najważniejszych formacji w historii kanadyjskiego hip hopu. Frontman grupy, Madchild, po swoim powrocie do muzyki w 2009 roku prowadzi intensywną działalność wydawniczą. „Switched On” to jego trzecia solowa płyta wydana w ostatnich dwóch latach. Projekt wypuszczony przez Suburban Noize Records/Battle Axe Records zawiera solidną dawkę bezkompromisowego rapu.
O tej płycie mówiło się od wielu miesięcy. Ikona muzyki hip hopowej, MF Doom, został zaproszony do nagrania wspólnego materiału z raperem młodego pokolenia, Bishopem Nehru. W ten sposób doszło do współpracy pomiędzy artystami, których dzieli jedno pokolenie (Doom ma 43 lata, zaś Nehru to 18-latek). Z tego względu „NehruvianDOOM” należy do wyjątkowych wydawnictw, które wypada bliżej poznać. Szkoda tylko, że obaj twórcy nie pokusili się o nagranie dłuższego LP.
Każde nowe Flying Lotusa wydawnictwo stanowi duże wydarzenie w branży muzycznej. Po ostatnim albumie kalifornijskiego artysty – „Until The Quiet Comes” z jesieni 2012 roku – oczekiwania wobec jego nowej płyty były naprawdę wysokie. „You’re Dead!” przyciągało uwagę odbiorców na długie tygodnie przed premierą. Warp Records dopilnowało oczywiście wszystkiego, co dotyczy promocji i godnego wydania longplaya, przez co informacje o tym projekcie przewinęły się przez dziesiątki serwisów muzycznych na całym świecie.
NjS – „Soular Power” (7 października, NjS Music)
Jazz-hop w amerykańsko-japońskim wydaniu? Brzmi zachęcająco, nieprawdaż? 7 października trafił do obiegu pierwszy oficjalny longplay zespołu NjS (Never just Settle), „Soular Power”. Już wcześniej urzędująca w San Francisco grupa założona przez Robby’ego Myersa i Aki Shimo ujawniła niemałe pokłady swoich możliwości (głównie za sprawą serii „Rock Da Building Mixtape”). W pierwszej połowie tego miesiąca undergroundowi wykonawcy przedstawili się szerszej publiczności.
Rapsody – „Beauty And The Beast” (7 października, Jamla Army)
Oficyna wydawnicza prowadzona przez 9th Wondera, Jamla Army, najmocniej promuje Rapsody. Członkini Kooley High po wydaniu w 2012 roku płyty „The Idea Of Beautiful” i ubiegłorocznego mixtape’u „She Got Game” skupia na sobie uwagę coraz większego grona odbiorców. „Beauty And The Beast” to pomost łączący poprzednie dokonania artystki i jej nadchodzące projekty. 9th Wonder na pewno jest dumny ze swojej podopiecznej.
Przedstawiciel Monsta Island Czars i Dynamix, Junclassic, regularnie wydaje nową muzykę. W styczniu br. nowojorski Emcee wypuścił wspólną płytę z Mr.Troyem, „Thinking Out Loud”. Druga połowa roku przynosi jego kolejne wydawnictwo, „Words Are Weapons Green”. Amerykański raper ponownie podjął współpracę z europejskimi wykonawcami. Tym razem przy powstaniu jego materiału wziął udział niemiecki duet Demograffics.
Al’Tarba – „Let the Ghosts Sing” (13 października, Jarring Effects)
Francuscy producenci odpowiadają za wydawanie coraz wartościowszych projektów. Jednym z najciekawszych beatmakerów znad Sekwany i Loary jest bez cienia wątpliwości Al’Tarba. Paryżanin zrealizował swój następny album, „Let the Ghosts Sing”. Dwupłytowy album opublikowany przez Jarring Effects jest promowany singlem „Just Like Ants”. Wszystko pięknie i ładnie, tylko przydałaby się lepsza promocja tego niesztampowego wydawnictwa.
Diamond District – „March On Washington” (14 października, Mello Music Group)
W połowie października odbyła się premiera jednej z najbardziej oczekiwanych płyt z tego roku, „March On Washington” formacji Diamond District. Oddisee, yU & Uptown XO kazali czekać długie 5 lat na premierę swojego drugiego wydawnictwa. Grupa założona w stolicy USA sprostała wyzwaniu i dostarczyła materiał będący godną kontynuacją ich pierwszego albumu, „In The Ruff”. Więcej informacji o tym LP znajdziecie we wcześniejszym artykule na łamach naszego serwisu.
The Game – „Blood Moon: Year of the Wolf” (14 października, Blood Money Entertainment/eOne Music)
W 2005 roku pojawił się w sprzedaży głośny album The Game’a, „The Documentary”. Następne lata przyniosły kolejne produkcje tego wykonawcy. W tym miesiącu sławny kalifornijski raper wypuścił już szósty album – „Blood Moon: Year of the Wolf” (najgłupsza okładka roku). Nad tym materiałem pracowało multum producentów i raperów (od Tygi, przez Lil Wayne’a i Freddie’ego Gibbsa, aż po Boi-1dę).
DJ JS-1 – „It Is What It Isn’t (Ground Original 4)” (14 października, Ground Original/Fat Beats Records)
W 2002 roku DJ JS-1 rozpoczął serię „Ground Original”. W tym roku doczekaliśmy się czwartej odsłony tego cyklu wydawniczego. Szanowany nowojorski DJ/producent przygotował klasowy follow-up do poprzedniej swojej płyty („No One Cares”), która ukazała się w 2011 roku. Obsada gościnna albumu wygląda imponująco. Breeze Brewin, Homeboy Sandman, OC, KRS-One, Buckshot, PackFM, Soul Khan, ILL Bill, El Da Sensei i inni wystąpili na tym LP.
Brytyjska wytwórnia płytowa KingUnderground Records wypuściła w lutym tego roku klimatyczną płytę norweskiego duetu Fredfades & Ivan Ave, „Breathe”. Po tym wydawnictwie Norwegowie skupili się na solowych projektach. Pierwszy z nich zrealizował EP-kę zatytułowaną po prostu „Remixes”. Tracklista obejmuje alternatywne wersje utworów Large Professora, Street Smartz, Keva Browna, Quasimoto, Method Mana i innych wykonawców.
Army Of The Pharaohs – „Heavy Lies The Crown” (21 października, Enemy Soil Records)
Konia z rzędem temu, kto przewidziałby, że Army of the Pharaohs wyda w jednym roku kalendarzowym dwa albumy. Supergrupa dowodzona przez Vinnie’ego Paza wypuściła w pierwszej połowie roku „In Death Reborn”. W trakcie sesji nagraniowych do tej płyty powstało znacznie więcej utworów, które ostatecznie trafiły na tracklistę drugiego tegorocznego projektu formacji, „Heavy Lies The Crown”. Głównymi singlami promującymi LP są „The Temple and the Bible Black” oraz „Terrorstorm”.
W drugiej odsłonie cyklu przedstawię płyty, których premierę przewidziano w okresie od 28 października do 28 listopada.
W ub.r. odnotowaliśmy liczne nowe wydawnictwa liczących się przedstawicieli niezależnego hip hopu sprzed lat. W trakcie 2013 roku ze świeżymi płytami powróciło wielu kultowych twórców rozpoczynających swoje kariery muzyczne naście lat temu. Deltron 3030, Quasimoto, Binary Star, R.A. The Rugged Man, The Procussions, Supastition i inni zaprezentowali po latach swoje kolejne nagrania. Warto też dodać, że większość z nich pokazała się z jak najlepszej strony. W tym roku mamy do czynienia z mniejszą liczbą powrotów artystów, aczkolwiek również odnotowaliśmy kilka udanych projektów przypisanych do tej kategorii. W połowie marca odbyła się premiera długo oczekiwanego nowego LP amerykańskiej formacji CYNE. „All My Angles Are Right” skupiło na sobie uwagę sporego grona słuchaczy.
Jeżeli miałbym pokusić się o stworzenie rankingu najbardziej zasłużonych niezależnych artystów, to Cultivating Your New Experience (świetne rozwinięcie nazwy zespołu) znalazłoby się w ścisłej czołówce. Grupę wywodzącą się z położonego na Florydzie Gainesville można postawić w jednym rzędzie z People Under The Stairs, Atmosphere, J-Live’em, Sage Francisem czy Blackalicious i nie będzie to wcale przesada. Jako jedna z nielicznych grup, CYNE wykształciło charakterystyczny i niepodrabiany styl, który od początku cechuje ich nagrania. Od wielu lat ich pierwsze wydawnictwa – „Time Being”, „Evolution Fight”, „Growing” oraz „Running Water” – uznaje się za kultowe i wręcz niedoścignione dzieła. Również dużo pozytywów można skierować pod adresem późniejszych wydawnictw formacji – „Grey Matter”, „Pretty Dark Things” i „Water for Mars”. Utwory pokroju „First Person”, „400 Years Revisited”, „Evolution Fight” czy „Arrow Of God” nadal urzekają słuchaczy i na stałe weszły do kanonu undergroundowych nagrań, które powinien każdy kojarzyć.
Sekret grupy tkwi w idealnej wręcz chemii pomiędzy jej członkami. Przez lata dwaj raperzy – Akin Yai i Cise Star – znakomicie odnajdywali się na pokładach tworzonych przez duet producentów – Specka i Enocha. Obaj Emcees zostali docenieni przede wszystkim w amerykańskim undergroundzie i w Japonii, co doprowadziło do późniejszej współpracy z Nujabesem, Uyamą Hiroto czy też dobrze znaną oficyną wydawniczą Goon Trax. W ostatnich latach działalność CYNE była ograniczona. Stało się tak ze względu na odejście z grupy Akina Yaiego (w listopadzie 2012 ukazała się jego solowa płyta „Nomadic”) i brak jasnych ustaleń dotyczących dalszej przyszłości. W grudniu 2011 roku do sieci trafiła kompilacja „Wasteland Vol. 1”, która została entuzjastycznie odebrana przez niejednego odbiorcę. Bez dwóch zdań zachęciło to Cise Stara, Specka i Enocha do kontynuowania wspólnej drogi. Jednak na następny pełnoprawny album należało zaczekać aż do pierwszego kwartału tego roku. Wtedy to właśnie „All My Angles Are Right” ujrzało światło dzienne.
Promocja materiału rozpoczęła się na kilka miesięcy przed jego premierą. Pierwszy oficjalny singiel zapowiadający LP – „Tears For Uriah” – pokazał, że CYNE szykuje się do wielkiego powrotu. Jeszcze przed premierą płyty zespół udzielił się na kompilacji swojej macierzystej wytwórni płytowej Hometapes, „A Ride To Anywhere”, dorzucając na ten projekt utwór „Mistletoe”. Wszystko wyglądało obiecująco, co też spowodowało, że premiery „All My Angles Are Right” wypatrywało wielu słuchaczy. Materiał opublikowany 18 marca spełnił oczekiwania zdecydowanej większości odbiorców. Doświadczona florydzka formacja udowodniła, iż potrafi korzystać ze zdobytego doświadczenia w czasie ponad dekady aktywności na scenie muzycznej prezentując równy i stojący na wysokim poziomie longplay. Największą zagadką pozostawało to, jak Cise Star wypełni lukę po Akin Yaim. Już po pierwszych utworach zgromadzonych na tym wydawnictwie („Sunglasses After Midnight” dobitnie podkreśliło jego warsztat) można było odczuć, iż stanął on na wysokości zadania, nawiązując przy tym do złotych czasów CYNE. Również o produkcji Specka i Enocha nie można powiedzieć ani złego słowa. Duet beatmakerów zaprezentował warstwę muzyczną zawieszoną pomiędzy klasycznymi formami hip hopowymi kojarzonymi z undergroundem a nowoczesnymi elementami, które spokojnie mogłyby pojawić się w utworach mainstreamowych artystów. Cultivating Your New Experience pokazało, w jaki sposób należy tworzyć współczesne płyty ściśle związane z niezależną stroną rapu. Właśnie takie grupy zasługują na największy szacunek mediów, słuchaczy i pozostałych artystów, którzy mogliby od Cise Stara, Specka i Enocha pobierać lekcje.
Wydawnictwo można odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa. Wersja elektroniczna i fizyczna (płyty kompaktowe i winylowe) albumu jest dostępna w sprzedaży również na BC. „All My Angles Are Right” promuje kilka singli – „Tears For Uriah”, „Avians” oraz „Firefights”. Do tego pierwszego nagrania powstał też teledysk (dodatkowo ukazało się promo video całego longplaya). Powrót CYNE to jedna z największych pozytywnych niespodzianek pierwszego półrocza 2014. Wszystko wskazuje na to, że „All My Angles Are Right” znajdzie się na wysokim miejscu niejednego podsumowania tego roku.
W trakcie trwającej jesieni nie brakuje zajmujących premier płytowych. W czasie minionych kilku tygodni na półki sklepowe trafiła pokaźna liczba nowych produkcji. Przeglądając niedawno wypuszczone projekty bez problemu wyróżnimy kilka przyciągających uwagę pozycji. Pod koniec września ujrzały światło dzienne kolejne materiały Paula White’a („Shaker Notes”) i milo („a toothpaste suburb”); otrzymaliśmy też wspólne LP Tokiego Wrighta & Big Catsa („Pangea”). Natomiast październik przyniósł wydawnictwa K-Defa & 45 Kinga („Back to the Beat”), Bishopa Nehru & MF Dooma („NehruvianDOOM”), Flying Lotusa („You’re Dead!”), DJ’a JS-1 („It Is What It Isn’t”) czy AOTP („Heavy Lies The Crown”). Obok wszystkich tych płyt doczekaliśmy się wreszcie drugiego longplaya Diamond District – „March On Washington”.
Amerykańska wytwórnia płytowa Mello Music Group od początku działalności jest ściśle związana z osobą Oddiseego. W pierwszych latach istnienia MMG szalenie utalentowany artysta ze stolicy USA wypuścił serię swoich wydawnictw, wśród których znalazła się debiutancka płyta formacji tego rapera/producenta – Diamond District. Amir Mohamed wspólnie z yU i Uptownem XO nagrał kapitalny longplay, „In The Ruff”. Projekt wypuszczony jesienią 2009 roku okazał się jednym z najświeższych ówczesnych albumów. Materiał zdefiniował na nowo boom-bapowe brzmienie, co zostało podkreślone przy każdej recenzji tego LP uważanego obecnie za współczesny klasyk. Od premiery płyty minęło już 5 lat. Wypada więc zadać pytanie, co w tym czasie porabiali członkowie Diamond District?
Zdecydowanie najbardziej zapracowany był Oddisee. W ostatnich latach niepozornie wyglądający artysta wyrósł na czołowego przedstawiciela niezależnego hip hopu. Pomiędzy 2010 a 2013 rokiem zapisał on na swoje konto szereg klasowych wydawnictw – „Odd Seasons”, „Rock Creek Park”, „People Hear What They See”, „Tangible Dream” oraz „The Beauty In All”. Dzięki eklektyzmowi i dbałości o każdy szczegół udało mu się zdobyć uznanie mnóstwa odbiorców na całym świecie, do czego przyczyniły się też liczne trasy koncertowe twórcy o sudańskich korzeniach.
Jego partnerzy z Diamond District nie osiągnęli tego samego poziomu pod względem solowych dokonań, ale nie można im odmówić starań i co najmniej porządnej jakości przedstawianej przez ich projekty. yU otrzymał sporą garść pochwał za dwa longplaye – „Before Taxes” i „the EARN” – po których jednak zamilknął na dłuższy czas. Z kolei Uptown XO opublikował w ub.r, album „Colour de Grey”, który również był kompletowany w branży. Jednak trzeba też przyznać, że mniej znani członkowie DD nadal są niedoceniani w środowisku rapowym i stoją w cieniu Oddiseego. Sytuacja ta powinna chociaż trochę ulec zmianie na ich korzyść po drugim longplayu Diamond District. „March On Washington”. zapowiadano od tak dawna, że niejeden słuchacz już powątpiewał w to, iż ten materiał kiedykolwiek trafi do obiegu. Jak się okazało, warto było cierpliwie czekać na ten krążek.
Mello Music Group ogłosiło premierę longplaya pod koniec wakacji. Informacje te zostały skrzętnie odnotowane przez niejednego przedstawiciela mediów odliczających dni do wydania materiału. Długo oczekiwane wydawnictwo ujrzało światło dzienne 14 października. Przez ostatnie 5 lat zaszło szereg zmian w branży hip hopowej, co od razu rzuca się w oczy, a raczej uszy, po zapoznaniu się z zawartością „March On Washington”. Diamond District mądrze postąpiło decydując się na oddanie słuchaczom świeżej płyty, rezygnując z powielania brzmienia z „In The Ruff”. Duża zasługa w tym Oddiseego, który kolejny raz potwierdził to, jak niezwykle wszechstronnym jest producentem. W porównaniu do jego solowych projektów widać urozmaiceń i kompletnie innych rozwiązań muzycznych. Dalsza ewolucja brzmienia rozpoczęta na debiutanckim longplayu DD wypadła udanie. Amir Mohamed nie zawiódł też w roli rapera grającego pierwsze skrzypce na LP. Właśnie to on przez większą część albumu nadaje tempo poszczególnym nagraniom i świetnie wywiązuje się z roli frontmana zespołu. yU i Uptown XO również nie zawodzą; nawet można powiedzieć, że momentami wspięli się oni na swój najwyższy poziom. Na całej płycie nie brakuje komentarzy socjologicznych; Emcees poruszają także tematykę bliską każdemu przeciętnemu człowiekowi w dzisiejszych czasach. „First Step”, „The Back Up”, „Say What You Mean” czy „Lost Cause” należą do najlepszych momentów na albumie, aczkolwiek to zjawiskowe i rozbudowane „Ain’t Over” kradnie show i najbardziej zapada w pamięć. „March On Washington” nie jest projektem na miarę kultowego już teraz „In The Ruff” lecz jestem głęboko przekonany, iż również do tego materiału mnóstwo osób będzie wracało po latach.
Wydawnictwo można odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa. „March On Washington” dostępne w sprzedaży w wersji elektronicznej i fizycznej (płyty kompaktowe i winylowe, które pojawią się na rynku 11 listopada). Projekt promuje kilka singlowych nagrań. „Lost Cause” udostępniono do darmowego pobrania na Bandcampie, zaś do „First Step” powstał również videoclip. Diamond District powróciło po 5 latach w dobrym stylu prezentując płytę skierowaną głównie do ukształtowanych słuchaczy.
Tracklista
March On Washington
First Step
These Bammas
The Back Up
Working Weekends
Purveryors of Truth
A Part Of It All
Say What You Mean
Ain’t Over
Erything
You Had To Be There
Lost Cause
March Off
Bonus Flow
Translate »
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.