Autor: Mastyl

  • Hip hop przychodzi naturalnie i mówi sam za siebie – wywiad z G Roc Gayle’em

    Hip hop przychodzi naturalnie i mówi sam za siebie – wywiad z G Roc Gayle’em

    11–16 minut

    „Self-Titled” – dokładnie taki tytuł miał wydany w 2012 roku longplay pochodzącego z Toronto duetu Piece Of Mind. Korzenny projekt formacji zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie, toteż na łamach serwisu obok rekomendacji pojawiła się także recenzja tego albumu. Rapująca połowa składu, Emcee G Roc Gayle, okazał się być osobą o bardzo szerokich zainteresowaniach, talentach oraz niezwykle otwartym umyśle. Szereg rozmów o muzyce, i nie tylko, zaowocowało pomysłem przeprowadzenia wywiadu.

    Pomimo tego iż do wymiany pytań i odpowiedzi doszło już jakieś pół roku temu, większość myśli kompletnie się nie zdezaktualizowała i nadal może stanowić inspiracje dla wszystkich identyfikujących się z kulturą hip hopową. W trakcie dłuższej rozmowy poruszyliśmy szereg różnych tematów dotyczących działalności G Roc Gayle’a i jego spostrzeżeń na temat kultury hip hopowej.


    Witaj, G Roc, co dobrego u Ciebie? Zanim przejdziemy do właściwej części wywiadu, chciałbym spytać Cię o podsumowanie roku 2014 – czy jesteś z niego zadowolony?

    U mnie wszystko w porządku, dzięki za propozycję rozmowy. Wszystko idzie wspaniale i jestem bardzo usatysfakcjonowany. Pojawiło się wiele przeszkód, z którymi musiałem sobie poradzić w 2014 roku, ale udało mi się je przezwyciężyć. Życie jest sprawdzianem i minęło kolejne 12 miesięcy wyzwań, dojrzewania, zmian, prowadzących mnie do wielkich możliwości w obecnym 2015 roku. W 2014 trochę odsunąłem się od „biznesowej” strony muzyki, aby skupić się na mojej codziennej pracy – edukowaniu dzieci, pisaniu nowych rymów, nagrywania muzyki, czytania książek, karmienia swojego umysłu, ciała i duszy. Cieszę się, że udało mi się oddać temu, co jest najważniejsze.

    Jako U Call That Love śledzimy Cię poprzez różne media społecznościowe, dlatego też jestem pewien, że jesteś właściwym reprezentantem kultury hip hop, z którym można przeprowadzić ciekawy wywiad. Na wstępie, porozmawiajmy chwilę o Piece Of Mind. Minęły dobre dwa lata od kiedy ukazał się Wasz debiutancki album, „Self-Titled”. Wydane przez Was LP spotkało się z dużym uznaniem na podziemnej scenie. Udało się Wam również wydać singiel „Rap Phenomenon” w wersji winylowej. Dlaczego tak długo trwało wypuszczenie go w wersji fizycznej?

    Wielki szacunek za to, że jesteście z tym na bieżąco, bardzo się cieszę, że „Self-Titled” zostało tak bardzo docenione, nie wiedziałem o tym. Zaraz przed tym, kiedy miałem ogłosić start przedsprzedaży, otrzymałem smutne wieści na temat mojego taty. Cierpi on na cukrzycę i w tamtym czasie stan jego zdrowia się skomplikował. Tata był bliski śmierci, więc właściwą decyzją było skupienie się na spędzeniu czasu właśnie z nim. Nie miałem energii, aby skoncentrować się we właściwy sposób na biznesowej stronie mojej muzyki, więc musiałem zrobić parę kroków wstecz. Byłem w kiepskim stanie, ale teraz jest znacznie lepiej, za co jestem wdzięczny. Rodzina ponad wszystko, nieprawdaż?

    Drugą, aczkolwiek nie mniej istotną, twarzą Waszego duetu jest DJ Gedsi. Jak wpadłeś na pomysł współpracy właśnie z nim i czym zajmuje się on aktualnie?

    Gedsi jest instruktorem w szkole techniki nagrań w centrum Toronto. Jeden z moich przyjaciół, który się tam uczył, przedstawił nas sobie. Po sesji w studio miałem szansę pogadać z nim i dostrzegłem, że nadajemy na tych samych falach. Gedsi powiedział, że robi beaty, ja z kolei piszę teksty, więc zaczęliśmy wymieniać e-maile, i jakoś to poszło. Gedsi to świetny beatmaker i DJ, nagrywanie z nim „Self-Titled” było prawdziwą przyjemnością. Nie jestem do końca pewien, czym zajmuje się obecnie, ale cokolwiek robiłby, życzę mu jak najlepiej. Obaj zdecydowaliśmy dać sobie przerwę jako Piece Of Mind, toteż nie jestem przekonany, czy usłyszycie nasz kolejny wspólny album bądź singiel. Między nami jest bardzo dobra chemia, ale w muzyce interesują nas inne rzeczy, mamy inne cele, co komplikuje proces tworzenia. W każdym razie – trzymajcie kciuki, nigdy nic nie wiadomo.

    Obecnie pracujesz nad swoją nową EP-ką, więc wydaje mi się, że naturalnym będzie zapytanie Cię o nią. Czyjego gościnnego udziału możemy się spodziewać? Czy mógłbyś powiedzieć nam coś więcej na temat tego projektu?

    Tak, pracuję nad nią, ale na razie nie chcę zdradzać zbyt wiele. Wszystko to, co mogę Ci teraz o tym powiedzieć to to, iż będzie to projekt mojej nowej grupy [Big Boom Bap przyp. red.] i mamy zamiar wypuścić na wosku boom bap rodem z lat 90.tych. Wyraziste bębny, mocne werble, ciężki linie basu, sample, cuty, scratche i porządne gry słowne. Bardzo się cieszę na myśl o tym projekcie i nie mogę się doczekać, aż podzielę się nim ze światem. Jeśli chodzi o gościnne udziały, zdecydowaliśmy się pozostać przy dwóch. Dzięki za pytanie, wypuścimy to już niebawem.

    Bardzo inspirujące dla mnie jest to, iż podziemna scena ma bardzo pozytywny vibe i ukazuje dużo miłości zarówno dla pionierów, jak i nowicjuszy. Co sprawiło, że Ty pokochałeś underground?

    Pionierzy, którzy przetarli szlaki tej wyjątkowej kulturze jaką nazywamy hip hopem, dorastanie będąc otoczonym Emcees, DJ-ami, bboyammi, writerami, poetami, aktywistami hip hopowej społeczności, jej charakter, czytanie o niej, płyty winylowe, taśmy, programy radiowe za czasów college’u, open mic nights, spędzanie czasu w studio, podpatrując i ucząc się, zafascynowało mnie i sprawiło, iż zakochałem się w podziemnej kulturze hip hopu. Ta miłość kierowała też pionierami, którzy poświęcili swoje całe życie dla kultury hip hop i jej reprezentantom na całym świecie. W dzisiejszych czasach niektórzy z newcomerów mają gdzieś naszą kulturę i tych, którym należy się wyróżnienie, dlatego tak inspirujące jest widzieć, że Afrika Bambaataa (Zulu Nation), Grandmaster Flash, Kool DJ Herc, KRS-One, Chuck D, Rock Steady Crew i wielu innych jest nadal obecnych i gotowych głosić słowa kultury hip hop całej reszcie. To też czas dla naszego pokolenia by spokornieć i wrócić do pracy, szanując tych, którzy byli tu przed nami. Mnie nie chodzi tylko o muzykę, a o coś więcej, bo kultura hip hopowa to nie tylko muzyka. W tym miejscu moje podziękowania należą się Project Underground, moim mentorom z wczesnych lat 90.tych, od których się uczyłem. Gdyby nie oni, nie byłbym tutaj i nie reprezentował prawdziwych wartości.

    A co jest obecnie największym grzechem sceny hip hop?

    Zakłamanie, ogłupianie, brak szacunku dla przodków, oddawanie wartości za dobra materialne. Takie działania powodują konflikt interesów ludzi, których nie interesuje rozwijanie kultury z nami, gotowymi rozwijać świadomość i odpowiedzialność. Hip hop powinien otrzymać należny szacunek, bowiem zbudowaliśmy wyjątkową kulturę, nadającą kształt społeczeństwom na skalę globalną.

    Oprócz zajmowania się muzyką, pracujesz również z dziećmi. Czy podjąłeś próby, by uczyć ich także na temat kultury hip hopowej? Co mógłby dać im duch tej kultury?

    To wspaniała droga być nauczycielem, hip hop przychodzi naturalnie, więc nie muszę ich nim atakować. Co jest interesujące, pewnego dnia puściłem dzieciakom „Fancy Free” Donalda Byrda. Spytałem je, czym jest jazz i jeden z nich odpowiedział: „jazz to hip hop”, więc jak widzisz, hip hop przychodzi naturalnie i mówi sam za siebie. Dzieciaki czerpią z różnych przekazywanych im środków, nawyków zdrowego życia, literatury, sztuki, tańca, muzyki, natury. Przekazywania ducha hip hopu zależne jest od nauczycieli i ich wiedzy na ten temat. Duch hip hopu pozwoli dzieciakom poznać prawdę, która daje siłę ich nauczycielom, by to robić. Prawdę.

    Porozmawialiśmy o dzieciakach, więc przejdźmy płynnie do następnego tematu. Jesteś zapalonym crate-diggerem. Gdzie sięgają Twoje korzenie jako diggera? Czy również Twoi rodzice zbierali nagrania lub byli powiązani w jakiś sposób z muzyką?

    Moje korzenie tkwią w muzyce gospel, jeżeli chodzi o kolekcjonowanie winyli. W moim rodzinnym domu było bardzo dużo muzyki gospel, słuchanej właśnie z winyli. To były wczesne początki mojej kolekcji. Pewnego niedzielnego popołudnia grzebałem w 45-kach i trafiłem na jedną z nich, zatytułowaną The Haltons – „Soul Stirring”. Jedyne nagranie The Haltons o jakim wiedziałem nazywało się „Higher Grands”. Włączyłem ten utwór, moja mama była w tym samym pokoju co ja i powiedziała: „To ja śpiewam w tym utworze”. Byłem w wielkim szoku, bo pierwszy raz usłyszałem o tym, że była oryginalną członkinią The Haltons. Od tamtej pory czułem się zainspirowany nie tylko do kolekcjonowania płyt, ale także do pisania rymów. Mój tata był bardziej zainteresowany pisarstwem, był także wielebnym, lecz niezbyt długo z powodu jego problemów z cukrzycą. Dlatego też odziedziczyłem pisanie rymów po tacie, a poczucie rytmu po mamie. Słuchałem także dużo funku, disco, reggae, soulu, klasycznego hip hopu, jazzu i afrobeatu, kiedy uczęszczałem na spotkania rodzinne, więc winyle były gigantyczną częścią mojego dojrzewania. I tak naprawdę – wciąż nią są.

    G Roc Gayle wywiad dla U Call That Love

    Jak wiele nagrań obecnie posiadasz? Czy posiadasz swój własny „święty Graal”?

    Miałem ich około 3 tysięcy, ale parę z nich sprzedałem i dokonałem kilku wymian. Myślę, że moim „świętym Graalem” jest 45-ka z nagraniem mojej mamy i jej grupy The Haltons, kolekcja moich rodziców oraz kolekcja płyt, którą dostałem w prezencie od mojej śp. cioci Glorii. Jestem im za to bardzo wdzięczny.

    Jesteś również częścią Crate Bugz i udzielasz się muzycznie jako DJ Rhythm Funk Bug. Powiedz mi więcej na temat tego ruchu, jego początkach i tym, co Was wyróżnia.

    Głównymi członkami Crate Bugz obok mnie są DJ/producent A-Mu z Japonii, DJ Fresh, nasz najnowszy członek DJ Yoda oraz kilka zaprzyjaźnionych osób. Mówiąc w skrócie, Crate Bugz powstało latem 2007 roku z inicjatywy mojej i pierwszych członków grupy. Podczas przerwy wakacyjnej w college’u w latach 2010/2011 rozpadł się dość długi związek, w którym byłem, a do tego zmagałem się ze znalezieniem pracy. Wszystkim co wtedy mieliśmy były płyty, rymy, beaty i prosty sprzęt do nagrywania, należący do ówczesnego członka Crate Bugz, Richie’ego Betza. Aby spożytkować moją energię na czymś innym niż smucenie się z powodu zerwania czy stresowanie się poszukiwaniem roboty, połączyliśmy swoje siły i stworzyliśmy efektowny album zatytułowany „Prep Time”. Pozdrowienia dla członka Crate Bugz ze Szwajcarii, Igiego B, który zaprojektował nasze logo. W 2013 roku poznałem przez Facebooka DJ-a Fresha i zaczęliśmy gadać o różnych rzeczach związanych z hip hopem, życiem, winylami, więc wszystko doprowadziło do tego, iż stał się jednym z nas. Obecnie przyjaźnimy się także poza muzyką. Z DJ-em A-Mu poznaliśmy się na imprezie w Toronto, prowadzonej przez DJ-a Seriousa. A-Mu miał na sobie limitowany t-shirt z trasy koncertowej Lorda Finesse’a po Japonii, wspieranej przez Slice Of Spice, więc podszedłem do niego, żebym z nim o tym pogadać. Okazało się, że jest producentem i DJ-em, więc utrzymujemy kontakt, a A-Mu wstąpił w szeregi Crate Bugz.

    Wielu DJ-ów gra wciąż te same utwory, przez co ich imprezy stają się coraz nudniejsze. Co według Ciebie jest najważniejsze podczas prowadzenia imprezy jako DJ?

    Nie bój się grzebać w pudłach aby znaleźć nowe nagrania. Co chcę przekazać – niektórzy diggerzy przestają to robić, kiedy zgromadzą odpowiednią ilość płyt i poczują się związani ze swoją kolekcją. Myślę, że to właśnie dlatego grają non stop te same rutyny. Jeżeli naprawdę poświęcisz swój czas i zaczniesz grzebać w płytach bez żadnych wymówek, na pewno znajdziesz utwory, których nikt wcześniej nie wykorzystywał. Digging jest niemal nieskończony. Słyszałem DJ-ów, którzy mówili coś w stylu: „zrobiłem swoje grzebiąc w płytach przez te wszystkie lata, więc nie muszę już tego robić”. Co to ma znaczyć? Właśnie dlatego tak bardzo szanuję starszych takich jak Lord Finesse, Diamond D, DJ Scratch, Pete Rock i wielu innych, bo robią to cały czas i nie boją się ubrudzić rąk kurzem. Mój człowiek Milton, DJ i dobry znajomy, przez Facebooka zauważył kiedyś coś takiego: „Jestem już zmęczony tymi postami z wszystkim dobrze znanymi nagraniami, stary. Nie zrozum mnie źle, MÓGŁBYM wrzucić jakieś klasyki od czasu do czasu żeby pokazać swoją miłość do tego co było na początku, ale cholera. Jak często ludzie wrzucają „Nautiliusa”? Tak obserwacja dająca upust frustracji”. To samo tyczy się DJ-ów grających imprezy. Hip hop wciąż krąży pośród ton nowych i nieodkrytych nagrań na winylach, tak jak funk, soul, disco, jazz czy wiele innych. Podczas DJ-skiego seta musi być zachowany balans. Jako przykład sprawdźcie „Edan’s Radio Show” (No. 4) oraz program radiowy Vinyl Veterans w Totallyradio. SEARCH, RESCUE, BREAK NEW RECORDS.

    Wiedza jest istotną częścią kultury hip hopowej i każdy hip hopowiec powinien wiedzieć co nieco na temat każdego z elementów. Nagrałeś utwór zatytułowany „Graffiti”. Czy miałeś swoje doświadczenia w tym elemencie hip hopu? Czy przyjaźnisz się również z bboyami i beat bokserami?

    Osobiście nie jestem writerem, ale mocno wspieram graffiti i grafficiarzy. Dorastając, zaczynałem jako perkusista i przeszedłem do rapowania. Zostałem przy tym, ponieważ urodziłem się, aby wypowiadać się poprzez rymy. Graffiti to zupełnie inny poziom kreatywności. Writerzy mówią przez sztukę i chylę czoła przed wszystkimi graff-writerami na całym świecie, którzy wciąż bombią i tagują. Moje pierwsze doświadczenie z graffiti miało miejsce we wczesnych latach 90.tych, kiedy odwiedzałem moją ciocię i kuzynów w Filadelfii. Podróżując metrem byłem zafascynowany tymi wszystkimi niesamowitymi pracami. Jeśli chodzi o utwór „Graffiti”, to jest to moja osobista dedykacja dla wszystkich writerów oraz odpowiedź dla Roba Forda, naszego burmistrza [skończył swoją kadencję jako burmistrz Toronto w 2014 r. – przyp. red.], na jego totalny brak szacunku dla tej formy sztuki prezentowanej w mieście. Wystartował on z kampanią mającą na celu wyeliminowanie graffiti w naszym mieście. A, i oczywiście – dorastałem pośród wielu graffiti writerów, bboyów i bgirls. To są elementy hip hopu.

    Wydajesz się być bardzo pozytywną, wdzięczną osobą. Co sprawia, że Twoje życie jest tak radosne?

    Wszystkie te pozytywne i negatywne doświadczenia, które dotknęły mnie przez lata. Każdy dzień staram się przeżyć tak, jakby był tym ostatnim, i próbuję nie dopuścić, by nieżyczliwi ludzie uniemożliwili mi bycie szczęśliwym. Nie mogę również pominąć mojej rodziny i rodziców.

    Mówi się, że internet i media społecznościowe odgrywają obecnie wielką rolę na światowej scenie hip hopowej. W Polsce, stanowią one nasze główne źródło do czerpania nowych informacji. Czy często używasz sieci, aby komunikować się ze społecznością hip hopową na całym świecie?

    To prawda, w dzisiejszych czasach to spory fragment hip hopowej społeczności. Telewizja i radio próbowały nas stłamsić, więc zwróciliśmy się ku internetowi, mediom społecznościowym i blogom. Dzięki temu poznałem wielu utalentowanych beatmakerów, writerów, DJ-ów, Emcees i kolekcjonerów płyt, a nawet ugruntowałem parę poważnych przyjaźni. Przez Internet i media społecznościowe dowiedziałem się także o wielu wydaniach płyt i nowych hip hopowych labelach, więc mógłbym powiedzieć, że to wszystko jest gratyfikacją dla hip hopowej społeczności.

    Co jest planem na najbliższą przyszłość Twoją i Structures Built Records?

    Oczywiście ciągłe wydawanie dobrego hip hopu na płytach winylowych na podwalinach, które postawiło Structures Built Records. Oczekujcie naszych kolejnych nagrań i rzecz jasna dołączcie do nas na Facebooku. Mamy z tego dużo przyjemności, ale też ciężko pracujemy. Chcielibyśmy, aby Structures Built Records działało przez naprawdę długi czas. Nie zapomnijcie zamówić także wydanego przez nas na winylowej siódemce jako pierwsze nagrania Piece Of Mind – „Rap Phenomenon” – na Big Cartelu.

    Wielkie dzięki za rozmowę. To była prawdziwa przyjemność. Pokój!

    To ja Wam dziękuję, miałem z tym dużo frajdy. Dobre pytania. Trzymajcie się!


    We wrześniu 2015 roku nakładem Chopped Herring Records ukazała się zapowiadana EP-ka składu Big Boom Bap (G Roc Gayle, VersOne i DJ Fresh), „Dope I Mean”. Wśród gości na limitowanym winylowym wydawnictwie pojawili się Soundsci oraz duet DJ Suspect & Doc TMK. EP-kę promują single „94 Style” i „Aim High”. Wydawnictwo można odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa.

    G Roc Gayle na Facebooku

    Big Boom Bap na Soundcloudzie
    Big Boom Bap na Facebooku

    Kup „Dope I Mean” na 12-calowej płycie winylowej
    Kup „Rap Phenomenon” na 7-calowej płycie winylowej

    Pobierz „Self-Titled” Piece of Mind na Bandcampie

    Tracklista

    Strona A

    A1 Dope I Mean
    A2 94 Style
    A3 Hit Em Hard
    A4 Aim High feat. Soundsci

    Strona B

    B1 Find Your Gift
    B2 Cold Days
    B3 Dope I Mean (VersOne Remix)
    B4 94 Style (DJ Suspect & Doc TMK Remix)Zapisz

  • Historie (nie tylko) dla znajomych na nowym albumie Skyzoo

    Historie (nie tylko) dla znajomych na nowym albumie Skyzoo

    3–4 minut

    Przygotowując się do napisania tego tekstu, przejrzałem w sieci artykuły i wzmianki, pojawiające się przy okazji kolejnych projektów autorstwa Skyzoo. Stosunkowo sporo na jego temat znalazło się także na łamach U Call That Love (także przy moim skromnym wkładzie) i…

    …i znowu nie chciałbym zaczynać podobnie jak wcześniej. A mam z tym mały problem, gdyż za każdym razem, gdy słucham kolejnych projektów tego rapera, pierwsze o czym myślę, to to, jak bardzo jest on niedoceniany, niezauważany, a masa komentarzy pod jego dokonaniami zamyka się w dwóch słowach: slept on. Czy Skyzoo faktycznie przespał swoje 5 minut?

    Od czasu „A Dream Deferred” (2012) raper pokusił się o nagranie mixtape’ów, serii freestyli czy EP-ki „An Ode To Reasonable Doubt”, nawiązującej do twórczości Jay-Z. Wśród większych projektów na uwagę bez wątpienia zasługuje projekt „Barrel Brothers” (2014), nagrany wespół z Torae’em, będący naprawdę pozytywnie odebranym albumem. Sęk w tym, że pomimo wielu superlatyw charakteryzujących Skyzoo, ciężko jest wskazać jakiś moment przełomowy w jego karierze. Fantastycznie, że jego nagrania zawsze są na dobrym poziomie, jednak sądzę, że niektórzy słuchacze przyzwyczaili się do tego, że Skyzoo po prostu „był, jest i będzie” – z pokaźną ilością rzetelnych utworów, jednak na bocznym torze, a wręcz w drugiej lidze. Patrząc na to z tej perspektywy, robi się naprawdę przykro, gdyż artyści tego pokroju naprawdę zasługują na szerszy rozgłos.

    Sam Skyzoo jednak nie wydaje się być tym zbyt przejęty. Do tej pory poznaliśmy Gregory’ego Skylera Taylora jako rapera niesamowicie wiarygodnego, potrafiącego zjednać sobie bardziej wnikliwych słuchaczy nie tylko techniką, ale przede wszystkim niewymuszoną naturalnością, którą słychać w każdym utworze. W dobie popularności wielu raperów skupiających się głównie na technice bądź wizerunku, autentyczność odkładana jest na dalszy plan, jednak to właśnie ona pozwala budować więź ze słuchaczami i tworzyć lojalny fanbase. Nawet w tym kontekście możemy rozpatrywać tytuł i koncept najnowszego LP tego Emcee – „Music For My Friends”.

    Wydany w połowie 2015 roku album stanowi niejako nawiązanie do „A Dream Deferred”. Także i tym razem dostajemy do odsłuchu dojrzały (co nie znaczy, że zawsze poważny) projekt, opiewający w historie z lat młodzieńczych, jak i te bardziej aktualne, oraz ich wzajemne korelacje. Można powiedzieć, że Skyzoo słynie z tego typu tematyki – szerszego spoglądania na codzienność, szukania dalszych den w tym, co pozornie najbardziej prozaiczne. Warto wspomnieć, że hip hop dotykający prozy życia codziennego, dający poczucie identyfikacji odbiorcy z artystą, jest coraz częściej określany jako tzw. blue collar rap, a artysta ten doskonale wpisuje się w ten umownie nazywany nurt, nie tylko zresztą na „Music For My Friends”, ale na każdym pozostałym swoim materiale.

    Na zawierającym 15 utworów albumie wydanych nakładem First Generation Rich we współpracy z Empire gościnnie pojawiają się tacy artyści jak Black Thought, Bilal, Elzhi czy Jadakiss, zaś wśród producentów wymienić należy Theoloniusa Martina, Illminda, AntMana Wondera czy Apollo Browna. Wśród promujących „Music For My Friends” videoclipów znajdziemy te do utworów „Luxury” z Westside Gunnem i „Playing Favorites” z Christonem Grayem.

    Całość można przesłuchać na YouTube, Spotify, Deezerze czy DJBooth.net.

    Tracklista

    1. All Day, Always (prod. AntMan Wonder)
    2. Suicide Doors (prod. MarcNfinit)
    3. The Moments That Matter feat. Kay Cola (prod. Jahlil Beats, Co-prod. AntMan Wonder)
    4. Luxury feat. Westside Gunn (prod. Skyzoo)
    5. Everything’s For Sale (prod. !llmind)
    6. See A Key (Ki’) feat. Jadakiss (prod. Thelonious Martin)
    7. Money Makes Us Happy feat. Black Thought & Bilal (prod. The Rvlt.)
    8. Playing Favorites feat. Christon Gray (prod. !llmind)
    9. Meadow Of Trust feat. Saba (prod. Black Metaphor)
    10. Women Who Can Cook (prod. Thelonious Martin)
    11. Civilized Leisure feat. MoZaic (prod. !llmind)
    12. The Experience (prod. MarcNfinit)
    13. Asking Bodie For A Package feat. Skarr Akbar (prod. !llmind)
    14. Things I Should’ve Told My Friends (prod. Apollo Brown)
    15. Sweet Pursuit feat. Kay Cola (prod. Seige Monstracity)
    16. Falling Out The Sky (prod. Praise) [iTunes Bonus]
    17. Hands Folded Together feat. eLZhi (prod. DJ Prince) [Vinyl/Cassette Bonus]
  • Recenzja LP: Looptroop Rockers – Naked Swedes

    Recenzja LP: Looptroop Rockers – Naked Swedes

    4–6 minut

    David Vs. Goliath | 2014

    Całkiem niedawno na łamach naszego serwisu pojawił się artykuł traktujący o dobrze wszystkim znanej formacji Looptroop Rockers, będący jednocześnie rekomendacją ich najnowszego albumu, „Naked Swedes”. Od premiery i mojego pierwszego odsłuchu płyty minęło już trochę czasu, więc przyszła pora na to, aby oddać w ręce Czytelników recenzję tego wydawnictwa.

    W odróżnieniu od poprzednich wydawnictw Szwedów, „Naked Swedes” w Polsce ukazało się oficjalnie pod banderą Prosto Label, dzięki czemu album na CD można nabyć w niemal każdym szanującym się sklepie muzycznym w bardzo przystępnej cenie. Jest to spora zaleta, ponieważ do tej pory większość zainteresowanych kupnem krążków LTR w naszym kraju musiała obejść się smakiem, ze względu na niewielką, rzekłbym wręcz śladową, ilość sprowadzanych do nas kopii oraz stosunkowo wysoką cenę. Wersja CD została wydana w zgrabnym digipacku, wewnątrz którego znajduje się książeczka z tekstami (co jest standardem w wydawnictwach tych artystów), a to wszystko ozdobione rysunkami, za którymi stoją Supreme i Cos.M.I.C.

    Poprzedni longplay, „Mitt hjärta är en bomb”, choć ciepło przyjęty w Szwecji, za sprawą bariery językowej spotkał się ze słabszym przyjęciem poza jej granicami. Na najnowszym dziele Skandynawowie powrócili do rapowania po angielsku, co nie ukrywajmy, potrafią robić bardzo dobrze.

    Siadając do pisania tego artykułu, doszedłem do wniosku, iż dość często będę musiał używać zwrotów pokroju „ale o tym wiadomo nie od dziś”, „jak zawsze przedtem” i im podobnym. Dlaczego? Ano dlatego, że album utrzymany jest na poziomie i w klimacie mniej więcej zbliżonym do tego, do jakiego przyzwyczailiśmy się słuchając paru poprzednich wydawnictw Szwedów. Tutaj z kolei nasuwa się kolejne pytanie – czy to źle? Moim zdaniem nie, gdyż obrana stylistyka, i głównie mam tu na myśli brzmienie serwowane przez Embeego, niejako z założenia zakłada eksperymentowanie i sięganie w brzmieniu po coraz to nowe pomysły i inspiracje, wyznaczanie sobie kolejnych celów i opracowywanie własnych patentów. To, co nadworny beatmaker LTR rozpoczął w okolicach albumu „Good Things” wciąż się rozwija, a naturalne odejście od produkcji nawiązującej do lat dziewięćdziesiątych w jego przypadku słusznie procentuje, ukazując jego majstersztyk i rzetelność kompozycji. Różnorodność, niejednokrotnie wręcz eklektyzm, zmiany tempa, czerpanie z alternatywnych gatunków elektroniki i nie tylko, czyni z Embeego artystę, który sprawdziłby się w produkcji nie tylko hip hopowej, dobrze brzmiącego zarówno solo, jak i z wokalem, za co zresztą był już wcześniej doceniany i nagradzany.

    Rap? I tu jest podobnie, jak pisałem na początku pierwszego akapitu. Choć każdy z Emcees naprawdę świetnie sprawdza się za mikrofonem, to nie mogę oprzeć się pokusie tego, aby napisać, iż liderem wśród tej „świetnej trójcy” jest Promoe. Nie ujmując umiejętnościom jego kompanów muszę przyznać, iż to w jego wykonaniu słychać największą świadomości możliwości głosu i różnych wariacji flow, najbardziej interesującego budowania tekstów i opakowywania nimi bezkompromisowych treści. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno zjawisko – mimo że mamy do czynienia z trzema Emcees i co za tym idzie, trzema innymi osobowościami, stylami, poszczególne zwrotki pozostają ze sobą spójne, zawsze mamy więc do czynienia z kompletnymi utworami. Może się wydawać, że piszę teraz o czymś zupełnie oczywistym, jednak wiele grup hip hopowych nie radzi sobie z tym, i nieraz można odnieść wrażenie, iż słuchacz otrzymuje zwykły zlepek szesnastek, napisanych przez zupełnie niezwiązanych ze sobą raperów. Wśród członków Looptroop można zauważyć tę specyficzną chemię, przekładającą się na pracę i ostateczny wynik artystyczny.

    Przyznam, że czas podczas słuchania LP upływa dość szybko, a jednocześnie przyjemnie. Instrumentalne intro „Line Check” stanowi krótkie wprowadzenie, po którym stykamy się z tytułowym „Naked Swedes” z gościnnym udziałem Deacona i Nattiego z CunninLynguists. Udane rozpoczęcie albumu pozornie traktuje o pewnej specyfice zachowań, z której znani są Szwedzi, przez jej pryzmat mówiąc jednak o „nagości” psychicznej, szczerości wobec siebie i innych, wolności i pierwotnej wrażliwości. Następny w kolejce, pozytywnie brzmiący singiel „Slippin’”, w specyficzny sposób mówi o uczuciach i jedności dwojga ludzi – „(…) I would steal you the world if you told me you needed it, but I know you don’t need that shit”. W opozycji do tego typu numerów pojawia się chociażby „Another Love Song”, który, jak sami rapują, chętnie by napisali, gdyby nie masa innych problemów i zaprzątających ich głowy okrucieństw świata, o których również należy mówić głośno. Do gustu przypadł mi również bardzo emocjonalny, melancholijny i jednocześnie niepokojący „Tonight You Decide” z refrenem w wykonaniu Seinabo Sey. Jak już pewnie wielu Czytelników się domyśla, i na tym albumie znalazły się utwory zaangażowane społecznie lub politycznie. Choć tematyka ta w jakiś sposób przewija się na całej płycie, wyróżnię utwory „Illegal” (fenomenalny beat Embeego), „Sea Of Death”, poruszający problem m.in. migracji i uchodźstwa, wzbogacony o zawartą w „Four Numbers” historię opowiedzianą przez Husni Hassan, oraz „We Got Guns”, obnażający brutalną prawdę o pokojowej polityce Szwecji (o tym była już mowa w publikowanych przez LTR zapowiedziach albumu).

    Wielu słuchaczy może zarzucić grupie, iż to kolejna płyta nagrana wedle podobnego klucza, z utworami o podobnej tematyce. Nie da się ukryć, że można doszukiwać się w takich głosach nuty słuszności, czy jednak należy oczekiwać, że artyści nagrają album mówiący o tym, czego oczekują słuchacze? Nie, gdyż doszłoby wtedy do zatarcia granicy między swobodą artystyczną i wyrażaniem siebie, a wytwarzaniem „produktów”, do czego raczej nie posunęliby się Looptroop Rockers. Na plus zasługuje to, iż treść zawsze idzie w parze z formą, nawet utwory o poważnej tematyce i wydźwięku oparte są o zapadające w pamięci beaty i śpiewane refreny, przystępne dla większości słuchaczy. Jako fan tej formacji, dość dobrze obeznany w całej twórczości, z pewnością znalazłbym w niej albumy, za które po głębszym zastanowieniu mógłbym z czystym sumieniem przyznać maksymalną ocenę, jednak „Naked Swedes”, mimo obiektywnie wysokiego poziomu artystycznego, nie wyróżnia się wśród ich ostatnich albumów żadnym czynnikiem dodanym. Pomimo tego trzeba przyznać, że Skandynawowie nadal potrafią nagrywać wartościową muzykę.

    Ocena: 4/5


    Tracklista

    1. Line Check
    2. Naked Swedes feat. Deacon & Natti of CunninLynguists
    3. Slippin’
    4. Ugly Face
    5. Another Love Song
    6. Tonight You Decide feat. Seinabo Sey
    7. Illegal
    8. Sea of Death feat. Sabina Ddumba
    9. Four Numbers
    10. We Got Guns
    11. Beautiful Mistake
    12. The Machine
  • Podróż (nie tylko) po Szwecji z Looptroop Rockers

    Podróż (nie tylko) po Szwecji z Looptroop Rockers

    7–10 minut

    Skandynawia, mimo pewnego rodzaju alienacji od reszty Europy, prócz pięknych krajobrazów, chłodu i wysokiego standardu życia może pochwalić się również dobrze prosperującą sceną hip hopową. Choć mogłoby się wydawać, że w tej części Starego Kontynentu hip hop nie jest tak eksponowany, jak np. w Niemczech czy we Francji, spora rzesza artystów z drugiej strony Bałtyku tworzy rzeczy na bardzo wysokim poziomie artystycznym. Szczególnie mocno trzymają się Finowie (UCTL utrzymuje stały kontakt m.in. z Mawem, The Boomjacks czy The Megaphone State) oraz Szwedzi, reprezentowani choćby przez Professora P & DJ-a Akillesa, a w głównej mierze dobrze wszystkim znanych Looptroop Rockers. Właśnie miała miejsce premiera ostatniego albumu LTR, „Naked Swedes”, co stanowi dobry pretekst do tego, aby napisać dłuższy artykuł na ich temat.

    Cofnijmy się do roku 1991, do położonego w środkowej Szwecji Västerås, wielu kojarzącemu się głównie z marką H&M. Nastoletni wówczas raper Promoe i beatmaker Embee, koledzy ze szkoły, zakładają hip hopowy duet pod nazwą Looptroop, do którego jakiś czas po tym dołącza również Cosmic (obecnie Cos.M.I.C.). Już z jego udziałem, w 1993 roku powstaje pierwsze EP grupy, „Superstars”. Wydany na kasecie materiał trafia głównie do rąk znajomych i dziś bardzo ciężko jest znaleźć pochodzące z niego oryginalne nagrania, które z pewnością stanowiłyby nie lada gratkę dla każdego miłośnika formacji. W 1995 roku na taśmie „Threesicksteez” debiutuje Supreme, który w rok później, na EP-ce „From the Waxcabinet” udziela się już jako pełnoprawny członek grupy. Składający się z 19 utworów album zawiera m.in. „Spraycan Stories”, będący jednym z najbardziej znanych storytellingów związanych z graffiti. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż Promoe i Cosmic byli swego czasu aktywnymi członkami crew BIF (Babylon is Falling), stąd w tekstach obu panów dopatrzeć się można wielu nawiązań do czasów, kiedy to nosili obszerne kurtki i spodnie, z kieszeniami po brzegi wypchanymi farbami (ciekawostka: tag, którego używał Promoe to po prostu SHIT).

    Lata 1997-1998 przyniosły cztery kolejne EP-ki, tym razem wydane na płytach 12-calowych. Pierwsza z nich, „Unsigned hype”, na światło dzienne wyszła jeszcze bez logo żadnego wydawnictwa, natomiast winylowa reedycja „From The Waxcabinet”, „Heads Or Tails” oraz „Schlook From Birth” dały początek prowadzonej przez Looptroop wytwórni, David Vs. Goliath. W myśl przyświecającej im przez cały czas idei DIY, artyści wzięli sprawę w swoje ręce i przy wsparciu punkowej oficyny Burning Heart Records powołali do życia swój własny label. Od tej pory wszystkie kolejne albumy Szwedów wydawane są właśnie pod szyldem DVSG (często z pomocą w dystrybucji innych marek).

    „Punkx Not Dead”, „Ambush in the Night” oraz „Embeetious Art EP” (producenckie EP Embeego) były kolejnymi wydawnictwami, mającymi przygotować słuchaczy na długogrający album. W 2000 roku doczekaliśmy się świetnego „Modern Day City Symphony”, promowanego przez głośny singiel „Long Arm Of The Law”. Anty-systemowy i anty-policyjny utwór w sposób bezpośredni stanowi manifest szwedzkich Emcees, jak i jeden z najważniejszych numerów w dziejach hip hopu ze Starego Kontynentu. Dzięki niemu o Looptroop stało się głośno poza granicami ich rodzimego kraju, a artyści spotkali się z pozytywnymi opiniami nie tylko na temat przekazu i brzmienia nawiązującego do dobrze wspominanych lat 90., ale także łatwości w posługiwaniu się językiem angielskim, co uwidaczniały wprawnie konstruowane teksty i naturalnie brzmiący akcent, tak ciężki do wyuczenia przez wielu innych raperów z Europy. Mimo iż na płycie pojawiły się równie świetne „Zombies”, „Modern Day City Symphony” czy „Reclaim The City”, to wspomniany singiel stał się sztandarowym utworem formacji, z nutą melancholii wspominanym do dziś.

    Looptroop Rockers - The Struggle Continues

    Rok później Cos.M.I.C. oraz Embee łączą swoje siły jako Casual Brothers, wydając krótkie EP o tym samym tytule. Przechodzi jednak ono bez większego echa, być może również za sprawą tego, że przyćmiewa je pierwszy solowy longplay Promoe, „Government Music”. Frontman grupy oddaje w ręce słuchaczy 16 utworów, poruszających w dużej części tematy polityczne i społeczne. W teledysku do „Prime Time” Emcee wciela się w rolę m.in. bezdomnego, rapując o niszczącym wpływie mass mediów i powszechnym zakłamaniu. Będąc przy charyzmatycznym Emcee, nie sposób nie wspomnieć o tym, iż jest on jedną z najbardziej wyrazistych postaci w hip hopie, mocno odbiegającą od panujących stereotypów. Długie i bujne dready (także na brodzie) Promoe zaczął „hodować” już w szkole średniej, stając w opozycji do konsumpcyjnego podejścia do życia, mody i propagowania ładnego wyglądu za wszelką cenę. Prócz tego jest on zdrowo odżywiającym się weganinem i abstynentem, stroni od używek i narkotyków. Kwestię zmiany swojego trybu życia poruszył na swoim drugim solowym projekcie, w tytułowym utworze z „The Long Distance Runner” (2004). Album muzycznie różni się od swojego poprzednika m.in. poprzez widoczne inspiracje muzyką reggae i jej pochodnymi.

    Następnymi jego projektami były „White Man’s Burden” (2006) oraz „Standard Bearer” (2007), trzymające równy poziom, jednak zapadające w pamięci nie aż tak, jak dwa poprzednie. W 2006 roku znany na niemieckiej scenie Kool Savas nagrał diss-track piętnujący Promoe, na co doczekał się odpowiedzi w postaci utworu „Sag Was”, na którym cały beef właściwie się zakończył. Rok 2009 przyniósł albumy „Bondfångeri” oraz „Kråksången”, nagrane w języku szwedzkim, toteż ich popularność poza granicami ojczyzny LTR nie rozwinęła się, nie licząc singla „Svennebanan”. Utwór, nagrany prowokacyjnie z wykorzystaniem skocznego elektronicznego podkładu, miał być swoistym żartem, ośmieszającym popularność „plastikowej” muzyki. Niestety, wiele osób odebrało ten ruch na poważnie, sądząc, iż Emcee ma zamiar zmienić wykonywany gatunek muzyczny. Od tamtej pory nie pojawił się już żaden inny album sygnowany jego pseudonimem, jednak w sieci odnaleźć można było kilka pojedynczych utworów (m.in. tribute song poświęcony pamięci Guru) i featuringów, w tym świeże „Fabric of Life” na albumie „Nokturny & Demony”, autorstwa polskiego beatmakera, Czarnego HIFI.

    Wróćmy jednak do reszty składu zespołu, gdyż w 2002 roku na sklepowe półki trafia drugie LP, „The Struggle Continues”. Na tym świetnie przyjętym wśród krytyków i recenzentów albumie z łatwością można dostrzec, iż warsztat producencki Embeego mocno się rozwinął, i choć wciąż mamy tu do czynienia z „ulicznymi”, przybrudzonymi beatami, całość nabrała świeżości. Wśród dużej ilości utworów traktujących o problemach społecznych i politycznych (czym bez nich byliby nasi bohaterowie?), pojawia się sporo braggadoccio (sztandarowe „Don’t Hate The Player”) i energicznych, motywujących wersów. Nie sposób nie dostrzec takich utworów jak „Looking for Love” (ciekawy manifest połączony z bardzo udanym beatem) czy „Bandit Queen” (specyficzny love song, z pewnością nie jeden zakochany hip hopowiec włączył go swojej wybrance). Po dwuletniej przerwie Embee oddaje w ręce słuchaczy producencki krążek „Tellings From Solitaria”, który tego samego roku zostaje zasłużenie odznaczony szwedzką nagrodą Grammy w kategorii hip hop/soul.

    Jak już wielokrotnie wspominałem, treści polityczne i społeczne (jednocześnie na ogół krytyczne) stanowią znaczną część tematów poruszanych na albumach Szwedów, jednak najbardziej nimi nasycony wydaje się być ich czwarte wydawnictwo, o wymownym tytule „Fort Europa” (2005). Nie trzeba być zbyt bystrym słuchaczem, aby zauważyć, iż członkowie Looptroop reprezentują w dużej mierze poglądy o podłożu lewicowym, krytycznie wypowiadając się o działalności szwedzkiej skrajnej prawicy, nietolerancji i stronniczości mediów. Sporo celnych ciosów pada w kierunku światowych przywódców, z Georgem W. Bushem na czele („Hurricane George”), a dezaprobata i krytyka obecnego porządku świata wydają się być słowami najdelikatniejszymi.

    Dwa lata później, ze składu Looptroop odchodzi Cosmic. Wszystko odbywa się w przyjacielskiej atmosferze, a Emcee swoje odejście tłumaczy chęcią skupienia się na rodzinie i pobocznych projektach. Grupa zmienia po tym nazwę na Looptroop Rockers i w 2008 roku wypuszcza kolejny projekt, „Good Things” (bardzo optymistyczny tytuł). Wydawnictwo promują chwytliwe „The Building” oraz oparte na elektronice „Naive”. W podkładach Embeego słychać różnorodność i mnogość inspiracji, utwory stają się bardziej melodyjne, toteż wielu anonimowych krytyków zaczyna posądzać muzyków o nagrywanie utworów pod publiczkę.

    Fala nieuzasadnionej krytyki, jak i liczba fanów na całym świecie, rośnie w siłę przy okazji premiery kolejnego albumu, „Professional Dreamers” (2011). Do składu grupy powraca Cos.M.I.C., a motyw przewodni longplaya staje się niejako mottem LTR. Duże trasy koncertowe, profesjonalnie wyreżyserowane i nagrane wideoklipy oraz pełen profesjonalizm podczas występów na żywo, choć doceniane również wcześniej, stają się znakiem rozpoznawczym. Podczas produkcji materiału Embee sięgał do wielu, nieraz wydawałoby się – kontrastujących, gatunków muzycznych, które udało mu się przekuć w niepowtarzalne, artystyczne kompozycje. Tematyka jest na ogół optymistyczna i emocjonalna (nie zabrakło niepochlebnie wypowiadającego się o ówczesnej szwedzkiej polityce „On Repeat”), a duża część utworów ma potencjał do tego, aby zostać chwytliwym hitem, docenionym nie tylko przez wielbicieli hip hopu.

    Zeszłoroczny, szósty album grupy – „Mitt hjärta är en bomb” został nagrany w całości w ojczystym języku artystów. Choć w sieci można znaleźć tłumaczenia tekstów na język angielski, nieznajomość języka może wpływać na odbiór albumu wśród słuchaczy spoza Szwecji. Przyznam jednak, iż słuchanie żywiołowego rapu wykonywanego w tym języku to dość ciekawe doświadczenie i już to może sprawić niemałą przyjemność.

    Najnowszym dziełem Looptroop Rockers jest, mający swoją premierę przed kilkoma dniami, album „Naked Swedes”. Tytuł tego zawierającego 12 utworów longplaya jest dość wymowny, gdyż owa „nagość” odnosi się nie tylko do ogólnie przyjętego stereotypu, iż Szwedzi są dość liberalni pod względem swojej cielesności, ale przede wszystkim eksponuje prawdziwą naturę artystów i ich narodu – naturę nie zawsze łatwą w odbiorze i nierzadko inną, niż sobie wyobrażamy. Z pełną świadomością można rzec, iż album jest nowoczesny pod względem brzmienia, za sprawą ucieczek Embeego w stronę nietuzinkowych rozwiązań muzyki elektronicznej i klubowej. Już teraz jestem przekonany, iż o płycie tej będzie się mówiło sporo, a opinie będą bardzo zróżnicowane.

    Album można odsłuchać na Bandcampie oficyny Jakarta Records. W Polsce dystrybucją albumu zajmuje się Prosto, toteż „Naked Swedes” z łatwością można nabyć w cenie 38 zł online. lub w większości stacjonarnych sklepów muzycznych. Wydawnictwo promują wideoklipy do utworów „Another Love Song”/„Beautiful Mistake” oraz „Slippin’”.

    Tracklista

    1. Line Check
    2. Naked Swedes feat. Deacon & Natti of CunninLynguists
    3. Slippin’
    4. Ugly Face
    5. Another Love Song
    6. Tonight You Decide feat. Seinabo Sey
    7. Illegal
    8. Sea of Death feat. Sabina Ddumba
    9. Four Numbers
    10. We Got Guns
    11. Beautiful Mistake
    12. The Machine
  • Ozay Moore nie boi się przegranych

    Ozay Moore nie boi się przegranych

    3–4 minut

    Na ścieżce artystycznej każdego muzyka (wykonawcy/wokalisty/producenta – niepotrzebne skreślić) niemal zawsze pojawia się kluczowy moment, zapowiadający czas przemian. Choć wielu współczesnych twórców hip hopowych, znanych ze swoich dokonań na przykład w latach 90.tych, wciąż stara się iść obraną dawno temu drogą, nie możemy ukrywać faktu, że brak rozwoju i powielanie wciąż tych samych, dobrze znanych schematów staje się z czasem nudne oraz źle odbierane przez słuchaczy. Na szczęście na scenie są też i tacy, którzy zmian absolutnie się nie boją, a prezentowane przez nich „rewolucje” spotykają się z pozytywnym przyjęciem.

    Związany z Michigan Ozay Moore (Tyson Pumphrey), bo o nim mowa, swoje pierwsze rymy nagrywał już w pierwszej połowie lat 90.tych na sprzęcie do karaoke. Jego oficjalne wkroczenie na scenę miało miejsce około roku 1998, gdy jego twórczość sygnowana była jeszcze pseudonimem Othello. Oczarowany wpływami takich grup jak ATCQ, De La Soul czy People Under The Stairs, artysta prezentował korzenne, boom-bapowe brzmienie nawiązujące do lat świetności gatunku.

    W 2002 roku światło dzienne ujrzał album „Pure Thoughts” formacji Lightheaded, którą oprócz Othello, tworzyli również Braille i Ohmega Watts. Longplay spotkał się z uznaniem słuchaczy i krytyków, ze względu na m.in. podniosłość treści i poruszane tematy, sięgające w głąb duszy i psychiki ludzkiej, skłaniając do refleksji. Niejednokrotnie, również przy późniejszych wydawnictwach kolektywu, odnoszono się do Lightheaded jako przedstawicieli rapu chrześcijańskiego. Othello, choć nie pochodził z rodziny o ściśle chrześcijańskich korzeniach, także potem kontynuował wspomnianą tematykę i promował niejednowymiarowe podejście do życia.

    Od około 2004 roku Othello zaczął pojawiać się na wydawnictwach fizycznych firmowanych jego własną ksywą. „Classic” z The Hipnotics (2004), „Elevator Music” (2005), „Alive At The Assembly Line” (2006), „Active Balanced” (2009) z DJ-em Vajrą oraz „Translation Please” (2012) nagrane wspólnie z Pocket Change Band należy uznać za bardzo udane momenty w jego karierze, pozwalające mu na stałe zapaść w pamięci wielu słuchaczy. Mimo iż Othello nigdy nie był postacią pierwszoplanową i na ogół stał w cieniu, nie sposób odmówić posłuchu, jaki dały jego osobie sukcesywnie ukazujące się wydawnictwa.

    Dzięki szczerości swoich tekstów i niesamowitej pasji, wkładanej w każdy utwór, artysta sprzedał setki tysięcy albumów na całym świecie, podróżując po różnych kontynentach i współpracując z wykonawcami z różnych zakątków globu (ciekawostka: w karierze Ozaya pojawiły się też polskie wątki, jak na przykład wspólny utwór z DJ-em Czarnym i Tasem, „Time To Build” oraz What You Love” na płycie producenckiej Soulpete’a). Rok 2012 to też niejako przełom w jego twórczości artystycznej i postrzeganiu świata. Artysta postanowił porzucić na jakiś czas osobę Othello i przybrać nowe ego – Ozay Moore. Podczas gdy Othello był prawdziwym true schoolowym Emcee, Ozay jest artystą szukającym odpowiadających mu brzmień wśród takich gatunków jak elektronika i electro soul. Te muzyczne podróże i inspiracje słychać było już na gościnnych udziałach na albumach m.in. Tall Black Guya czy 14KT, jednak w pełnej okazałości Ozay Moore zaprezentował się na swoim najnowszym projekcie, „Taking L’s”.

    Mający swoją premierę 26 maja b.r.. nakładem Mellow Orange, album wyprodukował wyżej wspomniany 14KT. Pośród 12 utworów znalazły się nagrania o bardzo zróżnicowanej tematyce, którą łączy jeden wspólny mianownik: dojrzałość. Tyson Pumphrey to obecnie 32-letni mężczyzna, dbający o swoją rodzinę, zaangażowany w życie lokalnej społeczności, potrafiący trzeźwo spojrzeć na społeczeństwo i obserwowanych ludzi, stąd na albumie przeważają utwory refleksyjne. „Taking L’s” ukazuje, iż porażki nie zawsze są złe, a czasem nawet należy spojrzeć na nie jako warunek konieczny i przyczynek dalszych, nierzadko pozytywnych, wydarzeń. Uzależnienia, rozterki miłosne, krytyczne spojrzenie na rozwój technologii czy wyniszczenie rynku muzycznego to tylko kilka najbardziej wyrazistych przykładów tego, iż Ozay porusza zagadnienia, które w dzisiejszych czasach zaprzątają głowę niemalże każdego z nas.

    „Taking L’s” można odsłuchać i/lub nabyć w wersji elektronicznej za pośrednictwem Bandcampa.

    Aktualizacja: Jak to w muzycznym świecie bywa, album ostatecznie zniknął z Bandcampa, pojawiając się następnie na pozostałych serwisach streamingowych. Wszystkie zawirowania dotyczą relacji na linii Ozay Moore – wydawca. Po pewnym czasie wykonawca postarał się również o instrumentalną wersję „Taking L’s”.

    Tracklista

    1. Pillow Thoughts
    2. Bloom
    3. Bang
    4. Slingshot feat. Vursatyl & Chip-Fu
    5. Record Store Day feat. 14KT
    6. Together Alone
    7. PSA feat. Jamall Bufford
    8. The Fix
    9. After The Cool feat. LO5, Promise, Theory Hazit
    10. Glitch feat. Magestik Legend
    11. Top Spillin
    12. Insufficient Fun$ feat. Monica Blaire
  • Kocie wędrówki ACatCalledFRITZ-a i Audesseya

    Kocie wędrówki ACatCalledFRITZ-a i Audesseya

    2–3 minut

    Soundsci to formacja, o której staramy się pisać na bieżąco, i śledzić poczynania jak najwnikliwiej. Bez wątpienia jest to kolektyw złożony z samych tuzów undergroundu, doskonale znających się na rzeczy i wiedzących, jak powinien brzmieć hip hop na najwyższym poziomie. Audessey, Johnny Cuba, Ollie Teeba, U-George i Oxygen niejednokrotnie już pokazali swoją klasę, i to w różnych projektach, solowych i nie tylko. Pierwszy z wymienionych, pochodzący z Virginii, a mieszkający obecnie w Atlancie, zamieszany w powstanie formacji MassInfluence, Audessey (Anthony Johnson), pod koniec 2013 roku zrobił miłą niespodziankę swoim fanom, nagrywając album z paryskim producentem ACatCalledFRITZ-em (Cyril Merlin).

    Do spotkania wymienionych artystów doszło niejako podczas powstawania projektu Taury Love, „Picki People” (2010), gdzie swój wkład mieli bohaterowie artykułu. Znany z zamiłowania do swoich podróży muzyczno-globtroterskich „kot Fritz” (pseudonim inspirowany postacią antropomorficznego dachowca o tym samym imieniu, bohatera niszowego komiksu ze Stanów Zjednoczonych, jak i będący nawiązaniem do ATCQ, łącząc w ten sposób obie pasje beatmakera) zawędrował do USA, gdzie muzycznie postanowił zostać na trochę dłużej, zapraszając do wspólnej włóczęgi Audesseya, otwartego na współpracę i rozwój poprzez szukanie coraz to nowych ścieżek i inspiracji. Mimo iż panowie całą współpracę rozwijali głównie drogą elektroniczną, nie planując wcześniej wspólnej płyty, te dwie indywidualności świetnie dogadały się na płaszczyźnie artystycznej, co potwierdziło się po jakimś czasie, podczas spotkania we Francji. ACatCalledFRITZ to producent wytworny i wysublimowany, potrafiący dokonać niebanalnego połączenia jazzowej delikatności z perkusjami, czyniącymi jego kompozycje przestrzennymi i wielowymiarowymi, doskonale dopełniającymi się z charakterystycznym flow i wersami, bogatymi w dojrzałość prawdziwego weterana rapu, jakim jest Audessey. To wyważone, trafione w sedno połączenie, stanowi najlepsze streszczenie albumu „Beats Per Minute„.

    Stosunkowo krótki, bo zawierający zaledwie 11 utworów, longplay wydany nakładem Slice-Of-Spice, spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem wśród znawców podziemnej sceny, zorientowanych głównie na korzenne i jazz-hopowe brzmienia. Nie sposób odmówić racji wszystkim tym, którzy oceniają „Beats Per Minute” naprawdę bardzo wysoko. Warto nadmienić, iż duet pracuje już nad kolejnym projektem, zatytułowanym „Lost In Translation”. Mówi się, że koty chodzą własnymi ścieżkami – zobaczymy, co wyjdzie z tego następnym razem.

    Do tej pory pojawiły się trzy wideoklipy, promujące ten album – „Frequencies”, „A New Day” oraz „My Mic & Me: A New Day”. Longplay „Beats Per Minute” można odsłuchać na Bandcampie.

    Za pośrednictwem Laid Back Radio powstał krótki mixtape autorstwa ACatCalledFRITZ-a, „The Metronomy Mixtape”, na którym usłyszeć możemy m.in. wcześniejsze produkcje Fritza, połączone z rapem Audesseya.

    Tracklista

    1. Welcome (intro)
    2. A New Day
    3. Frequencies
    4. Impressions
    5. Solid Ground
    6. Work It Out
    7. My Mic & Me
    8. The Hop
    9. By Design
    10. Traveling Thoughts (feat. Miranda and Bryony Perkins)
    11. My Mic & Me (Dusty Remix)
  • Bohaterowie codziennego życia, czyli pierwszy album Ugly Heroes

    Bohaterowie codziennego życia, czyli pierwszy album Ugly Heroes

    2–3 minut

    Pod natłokiem ostatnich obowiązków dość długo zwlekałem z napisaniem tego tekstu. Codzienne trudności i brak większej ilości wolnego czasu dały się we znaki, więc na początek Nowego Roku postanowiłem nadrobić zaległości i napisać krótką rekomendację albumu Ugly Heroes. Albumu, który w pewien sposób każdy z nas może odnieść do własnej codzienności.

    Postaci Apollo Browna nie trzeba przedstawiać już chyba nikomu, gdyż pochodzący z Detroit producent ostatnimi czasy sukcesywnie obdarowywał nas wartościowymi muzycznymi podarunkami, w postaci albumów m.in. z O.C. („Trophies”) czy Guilty Simpsonem („Dice Game”). Znany ze swojego, hołdującego klasycznemu boom-bapowi, brzmienia opartego na samplach i starannie dobranych perkusjach, artysta wielokrotnie jawił się jako świetny partner we współpracy z różnymi Emcees. Tym razem możliwość sprawdzenia swoich umiejętności lirycznych na podkładach Browna dostali Verbal Kent i Red Pill, przedstawiciele niezależnego rapu z Chicago i Detroit.

    Z połączenia tych trzech osobowości powstał projekt Ugly Heroes, stanowiący świetny przykład tzw. blue collar rap, charakterystycznego zresztą dla oficyny Mello Music Group. Archetyp superbohatera przedstawia na ogół nadnaturalnie obdarzoną siłą, sprytem i nieludzkimi umiejętnościami personę, żyjącą z dala od przyziemnych problemów szarych jednostek. „Ugly hero” jest doskonałym przeciwieństwem wyżej wspomnianego, człowiekiem borykającym się z codziennymi trudnościami, gotowym pokonać wszelkie kłopoty i przeciwności losu, stawianym swym współbratymcom za swoisty przykład.

    Życie Ugly Heroes rzadko usłane jest płatkami róży, a więcej w nim cierni i emocjonalnej suchości, niż piękna kwiatów i zapachu drogich perfum. Verbal Kent i Red Pill snują swoje nastrojowe, nie raz markotne, opowieści o życiu, które obserwują na ulicach i którego na własnej skórze doświadczają. Ich narracje stoją daleko od wymyślonych opowiastek, są mocno zakorzenione w panujących realiach, a inteligencja raperów dopełnia całości. Nie brak również kilku uszczypliwych uwag skierowanych do przedstawicieli bardziej mainstreamowego nurtu, których, szczerze mówiąc, można było spodziewać się po reprezentujących underground artystów tego pokroju.

    Koncentrując uwagę na stronie producenckiej, nietrudno zauważyć (a bardziej usłyszeć), iż Apollo Brown wykonał na „Ugly Heroes” kawał porządnej roboty. Beaty wzbudzają w słuchaczu pewną melancholię i nostalgię, wprowadzając w klimat utworów. Czy jednak któryś z nich uznamy za majstersztyk, obrazujący wyżyny kunsztu tego producenta? W mojej opinii, poziom poszczególnych podkładów jest wyrównany i postawiony wysoko, stanowiąc klasyczny obraz brzmienia Browna, jednak daleki od przewrotnych rewelacji.

    Album „Ugly Heroes” to z pewnością rzecz warta przesłuchania. Przestrzegam jednak przed poprzedzającym odsłuch entuzjazmem – płyta może wydawać się czasami powtarzalna i nagrywana z mozołem.

    Longplay można przesłuchać i zamówić na Bandcampie. Zapraszam także do obejrzenia klipów do „Hero’ Theme” i „Desperate”. Bonusowe nagranie „Me” można bezpłatnie pobrać za pośrednictwem BC.

    Tracklista

    1. The Feeling
    2. Desperate
    3. Good Things Die
    4. Long Drive Home
    5. Hero’s Theme
    6. Graves
    7. Heart & Soul
    8. Take It Or Leave It
    9. Never Go
    10. Sweet Love
    11. God’s Day Off
    12. Just Relax
    13. This Is Life
    14. Impaired Judgement
    15. Push
    16. Ugly feat. DJ Eclipse
    17. Me (Bonus track)
  • Powrót Jednorękiego Bandyty – ostatni album Ryana-O’Neila i 100dBs

    Powrót Jednorękiego Bandyty – ostatni album Ryana-O’Neila i 100dBs

    2–3 minut

    Światek podziemnego hip hopu to istne zagłębie indywidualności, ludzi chętnych do tego, by nie tylko z pozycji obserwatora, ale także aktywnego uczestnika partycypować w rozwoju tej dziedziny kultury. Nierzadko właściciele serwisów muzycznych, dziennikarze czy blogerzy posuwają się do poszerzenia swojej działalności o prowadzenie własnej oficyny wydawniczej. Tak też stało się w przypadku prowadzącego jednej z najważniejszych witryn traktujących o hip hopie – Kevina Nottinghama, będącego jednocześnie CEO HiPNOTT Records. Wśród artystów zrzeszonych pod skrzydłami wytwórni, obok m.in. MidaZa The Beasta, Junclassica, Spectaca, Tanyi Morgan czy SciFi Stu znaleźli się 100dBs oraz Ryan-O’Neil, autorzy genialnego „Tea & Spliffs”.

    Ryan-O’Neil, zwany nie bez powodu The One Hand Bandit (Jednoręki Bandyta – wszystko stanie się jasne po obejrzeniu jego zdjęć i teledysków), to obdarzony burzą dread locków, urodzony na Jamajce, a mieszkający w Nowym Jorku Emcee. Co więcej – osoba o gruntownym wykształceniu muzycznym, a także nauczyciel gry na gitarze. Przełomowym momentem dla jego twórczości było spotkanie w 2006 roku DJ’a 100dBs, beatmakera wychowanego na wczesnej muzyce elektronicznej, mającego głowę pełną pomysłów.

    „The Adventures of The One Hand Bandit and The Slum Computer Wizard” to zaprezentowany rok po spotkaniu, wspólny projekt obu panów. Świeże pomysły opakowane w klasyczny boom-bap szybko zostały docenione, a album często wymieniano jako jeden z najciekawszych podziemnych LP roku 2007. Co prawda na kolejne wydawnictwo tego duetu trzeba było trochę poczekać, jednak trzeba przyznać, że ani Ryan, ani 100dBs nie zmarnowali czasu, który poświęcili na pracę nad „Tea & Spliffs”.

    Zawierający 16 utworów longplay jest bardzo różnorodny, i to zarówno pod względem produkcji, jak i tematyki czy samego sposobu rapowania. Mimo że i tym razem jest boom-bapowo, nie jest to brzmienie, jakie kojarzyć się może jako pierwsze z tym terminem. Pomimo wykorzystywania sampli czy cutów, beaty nie nudzą i nie ma w nich przewidywalności czy monotonii, która czasami zdarza się przy tego rodzaju produkcjach. Choć 100dBs to utalentowany beatmaker, należy zaznaczyć, że na pierwszy plan wysuwa się Emcee The One Hand Bandit. Inteligencji, jaką ubiera w swoją błyskotliwość, ironię czy czasem nawet lekkie rozdrażnienie, szukać by można u takich tuzów jak członkowie chociażby Native Tongues. Bez wątpienia jest to raper wiedzący jak (i o czym) pisać teksty, ale też w jaki sposób dzielić się nimi ze słuchaczem, operować głosem czy flow. Dla przykładu przywołajmy singlowe „Wait A Minute”, gdzie Ryan wymierza liryczne policzki w stronę pseudohipsterów, próbujących na siłę wedrzeć się do bastionu zwanego hip hopem. Swoją drogą – jestem pewien, że O’Neil wypowiedział w świetny sposób myśli, które chodzą po głowie niejednego z nas…

    Album „Tea & Spliffs” można w całości odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa HiPNOTT Records. Wydawnictwo promuje kilka singli – „Long Time”, „Too Much Noise”, „Power For The People” i ww. „Wait A Minute”, do którego nakręcono również kreatywny teledysk. Opublikowano też zapis części sesji nagraniowej duetu, w czasie której pracowano nad utworem „Across The Verrazano, Part 2”.

    Tracklista

    1. Tea & Spliffs (Intro)
    2. Flatbush & U
    3. Listen To Me
    4. Long Time
    5. Superman feat. Jake Lefco
    6. Beautiful People
    7. Snapper (Interlude)
    8. Wait A Minute feat. DJ Far East
    9. Here I Go feat. The Beege & Kats
    10. So Long feat. Glen Pine
    11. Too Much Noise feat. Pat Kigongo
    12. Power For The People
    13. Whiteboys, Jamaicans
    14. Across The Verrazano, Part 2
    15. Church (Interlude)
    16. Makin’ Moves
  • Tegoroczne projekty formacji Soundsci

    Tegoroczne projekty formacji Soundsci

    2–3 minut

    Jestem niemalże pewien, że każdy z nas ma swoich faworytów na rynku muzycznym, postaci, z których twórczością, nawet mimo przelotnego zetknięcia, staramy się zostać jak najdłużej i w miarę konsekwentnie śledzić dalsze poczynania. Niejednokrotnie artyści odpłacają się wiernym słuchaczom za oddanie i sympatię, wzbogacając kolejne release’y o limitowane gadżety czy poboczne projekty. Bez wątpienia jednym z takich kolektywów jest Soundsci.

    Formacja złożona z najznamienitszych reprezentantów undergroundu: Audesseya (MassInfluence), Johnny’ego Cuby (Dynamic Syncopation), Olliego Teeby (Herbaliser), U-George’a (Hemisphere) oraz Oxygena (Sputnik Brown), co jakiś czas pojawiało się na łamach U Call That Love. Dotyczy to zarówno pojedynczych newsów o wydawnictwach publikowanych na facebookowym fanpage’u serwisu, a także w związku z albumem „Formula 99”, gdzie przy okazji został pokrótce omówiony profil grupy. W takim razie przyszła kolej na omówienie dwóch tegorocznych projektów Soundsci, które są bez cienia wątpliwości godne polecenia.

    Zacznijmy od wydanej nakładem WorldExpo Records 25 lutego b.r. EP-ki „The Ultimate”, promowanej przez singiel pod tym samym tytułem. Wydawnictwo liczy w sumie osiem utworów, z czego aż trzy to remiksy – wspomnianego „The Ultimate” oraz tracków pochodzących z debiutanckiego „Formula 99”„ILL Dialect” DJ’a Spinny i „Rhyme 4 Rhyme” DJ’a Formata. Pozwolę sobie wspomnieć, iż mnie bardziej do gustu przypadła pierwotna wersja tego pierwszego, a z kolei odświeżone przez Formata „Rhyme 4 Rhyme” jest równie bujające, co poprzedni wariant. „The Ultimate” spotkało się z bardzo pozytywnym odbiorem słuchaczy i niejednokrotnie wymieniane było jako jedna z najlepszych EP-ek pierwszej połowy roku 2013.

    Płytę w całości można przesłuchać i zamówić na Bandcampie.

    Tracklista

    1. The Ultimate
    2. ILL Dialect (DJ Spinna’s Classic Beyond Real Mix)
    3. Rhyme 4 Rhyme (DJ Format Remix)
    4. The Ultimate (Drillakilla Remix)
    5. The Vow
    6. Bon Appetit
    7. Lyrical Beatdown
    8. P.O.T.U (Plight Of The Underdog)

    Latem bieżącego roku ukazał się szumnie zapowiadany longplay, „Soundsational”, wyjątkowy w swoim założeniu, bo inspirowany i oparty na samplach z klasycznego albumu Mike’a Jamesa Kirklanda, „Don’t Sell Your Soul”. Dziesięć spójnych utworów świetnie kontynuuje klimat znany ze wcześniejszych nagrań Soundsci, oddający hołd perfekcji hip hopu lat 90.tych, jednak nie nudzący, a wręcz przyciągający słuchacza do wnikliwego przesłuchania całego materiału. Pomimo faktu, iż panowie z Soundsci mogą się wydawać już niejako rapowymi dziadkami, nie brak im nowych pomysłów, a monotonię, której co niektórzy mogą się spodziewać, zastępują świeżością. Nie można zapomnieć o tym, iż grupa jest bardzo poważana również wśród samych artystów podziemia Stanów Zjednoczonych i nie tylko, często podkreślających swój pozytywny stosunek do jej twórczości. Jak zawsze bywa w przypadku tego kolektywu, tak i teraz przy kupnie „Soundsational” możemy wybierać między kilkoma rodzajami nośników, zestawów czy gadżetów (wersja cyfrowa, CD, winyl, paczka zawierająca każdy z nich, dodatkowe LP Kirklanda, wersja z autografem, instrumentalami, etc.). Wracając do tego, co napisałem na samym początku tekstu – Soundsci to zdecydowanie jeden z zespołów, który stara się zadbać o swoich fanów. Swoją drogą, cieszy fakt, iż podobne ruchy w undergroundzie, łącznie z rozwojem merchandise’u, stają się powoli standardem, budującym stałą więź ze słuchaczem i pozwalającym mu identyfikować się ze wspieranym artystą.

    „Soundsational” można przesłuchać lub zamówić za pośrednictwem Bandcampa labelu Ubiquity Records.

    Tracklista:

    1. Understand the Message
    2. Inner Energy
    3. That’s Life
    4. Bust 'Em (In the Dome)
    5. Coastin’
    6. Soundsational
    7. Deception
    8. Rastaman
    9. Get Even
    10. Styles
  • Joey Bada$$ – młoda nadzieja Beast Coast?

    Joey Bada$$ – młoda nadzieja Beast Coast?

    5–8 minut

    Wędkarski kapelusz, wytarta jeansowa kurtka, boom-bap, brudne ulice Nowego Jorku, szmery w odbieranym obrazie… Brzmi jak opis videoclipu Boot Camp Click z lat dziewięćdziesiątych? Nie do końca – mamy rok 2013, a Joey Bada$$ to dziś zaledwie osiemnastoletni Emcee, kultywujący tradycje hip hopu jeszcze sprzed swoich narodzin. Całkiem niedawno ukazał się jego mixtape „Summer Knights”, a na przyszły rok raper zapowiada swój pierwszy longplay. Być może, idąc w ślad słów singla „Waves”, powinniśmy odpowiedzieć na pytanie: Who is Joey Bad?

    Jo-Vaughn Virgine Scott przyszedł na świat 20 stycznia 1995 roku, jako drugie najstarsze dziecko w pochodzącej z Karaibów rodzinie, a jako pierwsze urodzone w USA. Spośród trojga braci i jednej siostry, jako jedyny dorastał na Brooklynie pod opieką swojej matki. Za swoje pierwsze zetknięcie z hip hopem uznaje klasyczny dzisiaj „Hypnotize” Notoriousa B.I.G., którego tekst, jeszcze bez pełnej świadomości, czego tak naprawdę słucha, jako kilkuletnie dziecko znał w całości – wers po wersie, co z czasem zaowocowało jego sympatią do poezji. Wymyślanie krótkich wierszy wkrótce przekształciło się we freestyle rapping, który Jo-Vaughn niejednokrotnie prezentował podczas różnych turniejów czy potyczek slamerów.

    Podczas nauki w szkole Edwarda R. Murrowa, młody Joey wraz z trójką przyjaciół – Capitalem STEEZ, CJ Fly’em i Pow Pe położył podwaliny supergrupy Pro Era (początkowo Progressive Era), liczącego dziś około 20 osób, zaangażowanych w różne dziedziny sztuki czy działalności. Inspirując się muzyką Nasa, Notoriousa B.I.G., Jaya-Z czy MF Dooma (z krótką fascynacją twórczością Lil’ Wayne’a, o czym Emcee dziś mówi z pewnym zażenowaniem), Joey – jeszcze wtedy jako JayOhVee, szlifował swoje umiejętności i doskonalił warsztat. Jednym z kamieni milowych w jego karierze okazał się być freestyle, nagrany przez Joeya w wieku 15 lat, dzięki któremu jego pseudonim pojawił się na łamach WorldStarHipHop. Zaraz potem skontaktował się z nim Jonny Shipes, reprezentujący The Smoker’s Club i Cinematic Music Group. Zajmując się jednocześnie managementem Big K.R.I.T.-a czy Smoke DZA, pchnął popularność założyciela Pro Ery w dobrą stronę i zainspirował do pracy nad mixtapem „1999”.

    W międzyczasie nastąpiła zmiana ksywki z JayOhVee na Joey Bada$$, którą młody Emcee tłumaczy jednoczesną zmianą mentalną i przebiegunowaniem poglądów. Mimo to, ważniejsze dla niego jest zainteresowanie jego muzyką, a pseudonim to jedynie drugoplanowy czynnik.

    Pierwszym oficjalnym wideoklipem promującym „1999” został, zrealizowany przez Creative Control, obraz do „Survival Tactics”, z udziałem Capitala STEEZ-a (w niewielkich odstępach czasowych pojawiła się także jego EP-ka – „AmeriKKKan Korruption” oraz pierwszy mixtape Pro Ery„The Secc$ Tape”), który na YouTube ukazał się w lutym 2012 roku. Typowo nowojorska sceneria i dynamiczny sposób rapowania, połączony z niesamowitą dojrzałością obu wykonawców spotkał się z ciepłym przyjęciem wśród słuchaczy, oczekujących z przejęciem na kolejny ruch Pro Ery. Skłaniający do przemyśleń „Hardknock” z CJ Fly’em stał się kolejnym krokiem do promocji nadchodzącego wydawnictwa.

    Czerwiec 2012 roku to miesiąc premiery mixtape’u „1999”, szybko okrzykniętego mianem najlepszego mixtape’u roku 2012 wg HipHopDX.com, czy też uważanego za trzydziesty ósmy najlepszy album roku 2012 wg magazynu Complex. Wśród dobranych beatów pojawiły się zarówno podkłady zrobione z myślą o tym projekcie (aplauz dla kompana z Pro EryChucka Strangersa), jak i wybrane przez artystę spośród już wcześniej gdzieś wykorzystanych, jak te od J Dilli czy MF Dooma. Zadziwiające jest to, iż undergroundowe wydawnictwo tak młodego newcomera zdołało przyciągnąć potężną rzeszę fanów, a do tego udało się zrealizować całkiem pokaźną ilość klipów (czyżby magia managera?). Miesiąc po premierze ukazał się teledysk do trochę luźniejszego „Waves”, a jakiś czas potem (moim zdaniem najmocniejszy strzał) „Fromdatomb$”, z bezbłędnym beatem autorstwa wcześniej wspomnianego Chucka Strangersa, przez wielu oglądany na portalu YouTube w rozdzielczości 240p, by móc jeszcze lepiej poczuć klimat sprzed paru dekad. Co ciekawe, sam tytuł mixtape’u nie jest przypadkowy – odzwierciedla on nie tylko hołd oddany końcowi Złotej Ery, ale symbolizuje również koniec ostatniego tysiąclecia.

    Jakiś czas po wydaniu „1999” pojawił się kolejny mixtape, „Rejex”, zawierający tracki, które nie dostały się na główny projekt. Od chwili sukcesu swojego pierwszego poważniejszego wydawnictwa Joey pojawił się gościnnie na albumach m.in. Maca Millera czy ASAP Rocky’ego, a także w bardzo udanym singlu Dyme-A-Duzina, „Swank Sinatra”, przy boku CJ Fly’a i Capitala STEEZ.

    Pod koniec roku 2012 sporo zamieszania zrobiła wiadomość o rzekomym podpisaniu kontraktu z labelem Roc Nation. Plotkę tę szybko zdementowano, a artysta wyznał, iż chciałby nawiązać bezpośrednią współpracę artystyczną z Jayem-Z, jednak póki co woli pozostać niezależny. Trwająca w ubiegłym roku fala popularności Progressive Ery przyniosła w grudniu mixtape kolektywu, „P.E.E.P: The aPROcalypse”, promowany m.in. przez luźny singiel „School High”. Mimo że członkowie formacji prezentowali na ogół dobry poziom, na wydawnictwie nie zabrakło słabszych momentów i chwil nudzących słuchaczy, uświadamiających jednak fakt, iż grupa ta dopiero się rozkręca i jeszcze pokaże, na co ich stać.

    W wigilię Bożego Narodzenia 2012 członkowie Pro Ery przeżyli cios. Po lakonicznym wpisie na Twitterze (The End), samobójstwo popełnił jeden z najlepszych przyjaciół JoeyaCapital STEEZ. Przeżycie to jeszcze często będzie miało odbicie w działalności grupy, a videoclip do „Like Water” (z beatem Statika Selektah) został poświęcony pamięci zmarłego kolegi.

    Na początku bieżącego roku doszło do przepychanki słownej między Joeyem, a niechcianą maskotką amerykańskiej sceny, Lil’ B. Poszło o wersy Capitala STEEZ-a z pamiętnego „Survival Tactics” („They say hard work pays off / Well, tell the Based God don’t quit his day job„). Być może do beefu nie doszłoby, gdyby Joey nie zamieścił wymienionych słów na Twitterze. Następnego dnia w sieci pojawił się diss Lil’ B, „I’m The Bada$$”, na który zaraz potem bohater artykułu odpowiedział singlem o oczywistym tytule – „Don’t Quit Ya Day Job”. Wymiana zdań przeszła bez większego echa, być może dlatego, iż same dissy nie stały na oczekiwanym poziomie (szczególnie, jeżeli chodzi o utwór Bada$$a).

    Sporemu zamieszaniu w internetowym światku była winna wiadomość o współpracy Joeya z żywą legendą, DJ’em Premierem z Gang Starr, co potwierdziło jego pnącą się w górę pozycję na rynku muzycznym i sumiennie zdobywany prestiż. Kolaboracja zaowocowała singlem „Unorthodox”, do którego nakręcono pomysłowy videoclip, a coraz więcej słuchaczy, kierowanych przeświadczeniem o złotym uchu Preema, skłoniło się do zapoznania z materiałami młodego artysty.

    W marcu świat obiegła wiadomość o nominacji młodego Emcee do Freshman Class 2013 magazynu XXL. W międzyczasie raper został creative directorem marki ECKO Unltd., co z pewnością będzie miało wpływ na estetykę najbliższych kolekcji tej marki odzieżowej.

    Trasy koncertowa (m.in. Under The Influence Tour) stały się dobrym wyznacznikiem popularności Pro Ery, o czym świadczą materiały filmowe z różnych części nie tylko USA, ale także Europy (Francja, Skandynawia, Niemcy itd.), ukazujące tłumy wiernych fanów pod sceną.

    W lipcu 2013 światło dzienne ujrzał kolejny mixtape, „Summer Knights”, pierwotnie planowany jako EP-ka mająca być wydana równo po roku od premiery „1999”. Pierwszą zapowiedzią ostatniego wydawnictwa był singiel „95 Til Infinity”, po którym wyraźnie można było odnieść wrażenie, iż zmienił się trochę styl rapowania tego Emcee. Jego flow i głos stały się bardziej chropowate i nieoszlifowane, co fenomenalnie wpisało się w estetykę utworu, ale jednocześnie podzieliło niektórych z fanów. Na mixtapie pojawiły się beaty m.in. DJ’a Premiera, Lee Bannona, Oddiseego i Chucka Strangersa.

    W następnym roku możemy wyczekiwać pierwszego legalnego wydawnictwa Joeya, o dającym różne możliwości interpretacji, aczkolwiek krótkim, tytule „B4.Da.$$”. W pracy nad albumem wspierają go m.in. Preemo, Pete Rock czy Q-Tip, a więc śmietanka producentów lat 90.tych i po dziś dzień wzory do naśladowania dla kolejnych pokoleń beatmakerów. Pozostaje nam cierpliwe oczekiwanie, gdyż już za rok o tej samej porze najprawdopodobniej będziemy mogli sami ocenić, czy Joey poczynił progres oraz czy jest dla niego miejsce na obecnej scenie.

    Często porównywany do Big L’a czy Nasa, Joey Bada$$ udowadnia, iż wciąż, nawet w tak młodym wieku, można tworzyć muzykę nawiązującą do korzeni gatunku, u starszych odbiorców – wzbudzającą nostalgię, u młodszych – fascynację. Liczne freestyle w rozgłośniach radiowych czy w cypherach u boku DJ’a Evil Dee i Buckshota, pokazują, iż reprezentant Beast Coast ma za sobą całą armię ludzi zauroczonych jego talentem i postawą, gotowych wspierać go w dalszych poczynaniach. A Pro Era (i tu nie obejdzie się bez porównań – Wu-Tang Clan naszych czasów?) ma szeroką perspektywę stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych kolektywów ze Wschodniego Wybrzeża.

  • Cut Chemist potwierdza, że hip hop żyje i ma się dobrze

    Cut Chemist potwierdza, że hip hop żyje i ma się dobrze

    2–3 minut

    Wakacje to z jednej strony okres festiwali i licznych koncertów, zapoznawania się z ostatnimi produkcjami czy jeszcze raczkującymi na scenie artystami, z drugiej jednak – czas, podczas którego chętnie wracamy do dobrze znanych klasyków, siedząc w zatłoczonym pociągu czy umilając sobie dłużącą się podróż. W takich chwilach warto zaopatrzyć się w biblioteczkę miksów, które świetnie sprawdzają się w takich sytuacjach. Świetnie się składa, gdyż zaledwie parę dni temu Cut Chemist zaprezentował sympatyczną kompilację nagrań z lat 1985-1996.

    Cut Chemist to bez wątpienia postać, o której słyszał dosłownie każdy, kto choć trochę pretenduje do względnego tytułu „wielbiciela gatunku”. Lekko ponad 40-letni Lucas MacFadden to pochodzący z Kalifornii turntablista i producent muzyczny. DJ-ingiem zajął się już w roku 1984, mając zaledwie 11 lat, a trzy lata potem rozpoczął nagrywanie ze swoimi przyjaciółmi, wśród których znalazł się legendarny Emcee Chali 2na. Właśnie wraz z nim w 1993, przy współudziale innych członków, powołał klasyczną dla Zachodniego Wybrzeża korzenną formację Jurassic 5. W tym samym roku Cut Chemist zadebiutował na scenie jako członek Unity Commitee, prezentując swój solowy utwór „Lesson 4: The Radio” na stronie B singla „Unified Rebelution”.

    Oprócz owocnej współpracy przy albumach J5, Cut Chemist wspomagał latin-funkową grupę Ozomatli, a także wszedł w kolaborację z gigantem sceny – DJ-em Shadowem, wydając miksy „Brainfreeze” i „Product Placement”.

    Oficjalny początek solowej kariery Cut Chemista przypada na rok 2006, kiedy to światło dzienne ujrzało pierwsze LP sygnowane jego pseudonimem – „The Audience’s Listening”. Cieszący się popularnością tytułowy singiel stał się theme songiem reklamy iPoda Nano, zaś klip do „What’s The Altitude” stał się jednym z najczęściej oglądanych w serwisie YouTube.

    Dla wielu zatwardziałych hip hopowców niespodzianką może okazać się fakt, iż Cut Chemist wspierał w 2007 roku na scenie nikogo innego, jak… Shakirę. To, że pochodzący ze Stanów undergroundowi producenci to ludzie niesztampowi i lubiący sprawdzać się na różnych, często zaskakujących, płaszczyznach, wiadomo nie od dziś. Dodajmy do tego fakt, iż pan MacFadden miał swoje gościnne udziały w produkcjach filmowych, takich jak „Juno” (swego czasu dość głośno przyjęty w naszym kraju), „Jennifer’s Body” czy „Up in the Air”.

    Swoistym nawiązaniem do „The Audience’s Listening” okazał się wydany w 2010 roku mix „Sound Of Tha Police”. Produkcja to nad wyraz niezwykła, bo nagrana na żywo, za pomocą jednego tylko gramofonu, obfita w inspiracje rodem z Etiopii, Kolumbii, Sudanu, Brazylii oraz wielu innych egzotycznych zakątków świata, mająca za zadanie przypomnienie odbiorcom, iż korzenie hip hopu najgłębiej sięgają właśnie Afryki.

    Liczba wydanych miksów, remiksów, gościnnych udziałów czy produkcji jest naprawdę imponująca, a Cut Chemist przez wielu uważany jest za jednego z najbardziej utalentowanych DJ’ów i producentów na świecie, z czym trudno polemizować.

    „Hip Hop Lives (1985-1996)”, choć w dobrej jakości MP3 pojawił się w internecie 13 lipca tego roku, został nagrany znacznie wcześniej, bo w 2008 roku podczas imprezy tematycznej Afex w Los Angeles. Trwająca ponad trzy kwadranse podróż przez nagrania Złotej Ery to niemalże elementarz brzmień tego okresu, wypełniona utworami, hookami i wstawkami, dobrze znanymi większości Czytelników UCTL. Wśród artystów, których utwory wykorzystano, można wspomnieć chociażby Biza Markie’ego, Doctora Dre i Eda Lovera, Public Enemy, Organized Konfusion, De La Soul czy GZA. A to wszystko wzbogacone o bezbłędne scratche i cuty w wykonaniu mistrza swego kunsztu – Cut Chemista.

    Mix można pobrać i odsłuchać w całości za pośrednictwem serwisu Bandcamp. Niebawem trafi też do sprzedaży fizyczne wydanie projektu, które zostanie udostępnione w sklepie Cut Chemista.

  • Album Aesop Rocka wydany nakładem Rhymesayers Entertainment

    Aesop Rock - SkelethonRhymesayers Entertainment – jestem niemalże pewien, że duża część Czytelników UCTL wśród swoich ulubionych labelów muzycznych wymieniłaby między innymi powyższy. Powodów jest wiele, gdyż panowie z Rhymesayers dbają o to, by szeregi wytwórni zasilali najbardziej szanowani artyści niezależnej sceny hip hopowej, prezentujący inteligentne i emocjonalne podejście. Warto wspomnieć chociażby o ostatnich albumach Evidence’a, Atmosphere czy wydany w ubiegłym roku, przez wielu oczekiwany „Mourning In America and Dreaming In Color” Brothera Aliego. Mimo że ostatni z raperów lekko przyćmił pozostałe wydawnictwa oficyny z roku 2012, nie wyobrażam sobie, by na łamach U Call That Love nie pojawiła się chociażby krótka wzmianka na temat ostatniego longplaya Aesop Rocka, o wdzięcznym tytule „Skelethon”. (więcej…)

Translate »