Tag: bandcamp

  • Onra z trzecią częścią Chinoiseries

    Onra z trzecią częścią Chinoiseries

    4–6 minut

    W pierwszych miesiącach roku ukazało się pełno mniej i bardziej zaskakujących wydawnictw. Oczywiście, spoglądając na półkę hip hopową, kolejny raz przyćmił wszystkich Kendrick Lamar, wypuszczając głośne „DAMN”. W dalszym ciągu media na całym świecie dokonują głębokich analiz tego albumu, wynosząc artystę z Compton pod niebiosa. W zgoła odmiennym położeniu znalazł się Joey Bada$$. W kwietniu ukazał się jego nowy projekt, „All-Amerikkkan Bada$$”, przynosząc mu huśtawkę nastrojów. Produkcję odebrano pochlebnie (ogół recenzentów wystawia wysokie noty płycie), co zupełnie nie przełożyło się na sprzedaż materiału. Jak natomiast przedstawia się sytuacja w kręgach niezależnego hip hopu? Ano odnotowaliśmy sporo ważnych premier płytowych. Oddisee, Your Old Droog, Roc Marciano, El Michels Affair, Homeboy Sandman, Damu The Fudgemunk, Kid Koala, J Scienide, Jonwayne, Onra i wielu innych opublikowało nowe produkcje. Każdy z tych wykonawców zagości na łamach naszej strony, a wydawnictwa powyższych twórców rozpocznę od „Chinoiseries pt​.​3” Onry.

    Od ponad 5 lat podkreślam jakość muzyki napływającej od beatmakerów z rozmaitych zakątków świata. Rozkładając na czynniki pierwsze każdą krajową scenę producencką, przed szereg wysuwają się Niemcy i Japończycy. Nieco w tyle pozostają Francuzi, co wcale nie oznacza, iż nad Sekwaną i Loarą nie mają kim poszczyć się w tej niszy muzycznej. Wręcz przeciwnie, w końcu od dekady jednym z przednich produktów eksportowych Francji pozostaje Onra. Paryski producent o oryginalnych korzeniach (urodzony w Niemczech, ojciec pochodzenia wietnamskiego, a matka związana z Wybrzeżem Kości Słoniowej) słusznie jest zaliczany w poczet niesztampowych i stale rozwijających swój warsztat wykonawców. Wystarczy tylko prześledzić dotychczasową karierę muzyczną Onry, aby dobitnie przekonać się o jego wielkości.

    W latach 2006-2016 producent wypuścił ponad tuzin projektów. Paryżanin potrafi umiejętnie łączyć nagrania solowe ze współpracą z innymi artystami. W pierwszej szufladzie znajdziemy „1.0.8”, „Long Distance”, czy też „Deep In The Night„, pomiędzy trafi producenckie „Fundamentals„, zaś po drugiej stronie barykady postawimy kolaboracje Onry z Quetzalem (na czele z „Tribute”) i Buddym Sativą w ramach działalności kolektywu Yatha Bhuta Jazz Combo. Niemal każdy materiał przynosił inne spojrzenie beatmakera na muzykę, potrafiącego czerpać inspiracje z zupełnie odmiennych światów. W jego dyskografii prawdziwą wisienką na torcie jest bez wątpienia zapoczątkowana w 2007 roku seria „Chinoiseries”. Instrumentalne albumy (druga część ukazała się w 2011 roku) oparte wyłącznie na samplach pochodzących z azjatyckich płyt (przeważnie chińskich, aczkolwiek trafiały się również wietnamskie i tajskie nagrania) oczarowały niejednego odbiorcę. Po dekadzie prac nad tym projektem Onra przygotował trzecią odsłonę trylogii, będącą przy okazji godnym zwieńczeniem jego azjatyckich kronik muzycznych.

    Od premiery projektu minęły blisko dwa miesiące. Przez ten okres płyta dotarła do słuchaczy z wielu krajów, chociaż trzeba przyznać, że jej odbiór aż tak rewelacyjnie nie wygląda. Pomijając umiarkowaną obecność „Chinoiseries pt​.​3” na stronach muzycznych (temat na zupełnie inną opowieść), to wygląda na to, że zabrakło właściwego wydania płyty od strony marketingowej. We współczesnej branży fonograficznej nie zawsze wystarczy seria singli i opieranie kampanii promocyjnej na samym nazwisku artysty. Poniekąd takie postępowanie All City Records może dziwić, aczkolwiek trudno było oczekiwać radykalnych działań. W końcu po płytę i tak sięgnęła grupa docelowa Onry, złożona z sympatyków jego twórczości i fanów muzyki instrumentalnej.

    Jak natomiast przedstawia się zawartość „Chinoiseries pt​.​3”? Zgodnie z przyjętą wcześniej formułą, album względem swoich poprzedników zawiera 32 instrumentalne ścieżki skrzętnie połączone w jedną całość. Ponownie dominują krótkie nagrania, trwające ok. 2 minut, co stanowi niewątpliwą zaletę, jak i wadę projektu. Owszem, należy rozumieć nastawienie Onry do tworzenia niedługich utworów, dzięki czemu potrafi on zatrzymać słuchaczy na dłużej (wyrywkowe słuchanie i pomijanie poszczególnych nagrań, to istna zmora muzyki XXI wieku). Francuski twórca posiada także rzadką umiejętność gładkiego przechodzenia do następujących po sobie kompozycji, stawiając przede wszystkim na różnorodność i niesłychany klimat pełnego albumu. Jednak należy pamiętać o tym, że przy utworach pokroju „Loyalty”, „Fake Porcelain”, „Voices In My Head”, „Memories From 1968”, „The Spirit Blossoms All Over the Land” czy „Betrayal” aż prosi się o rozszerzenie ścieżek. W porównaniu do poprzednich części, na „Chinoiseries pt​.​3” można zaobserwować większą dbałość Onry o wysublimowane i skrzętnie wplecione sample. Producent nie ukrywa tego, iż przy ostatniej części przedsięwzięcia spędził więcej czasu na crate diggingu. Z uprzednio przygotowanych starych azjatyckich płyt wyciągnął on prawdziwą muzykę z duszą, tworząc tym samym miejscami upajającym pięknem album.

    „Chinoiseries pt​.​3” udostępniono do odsłuchu na wszystkich możliwych serwisach streamingowych (Spotify, Deezer, Bandcamp, itd.). Ostatnia część trylogii Onry trafiła do sprzedaży w wersji elektronicznej i fizycznej. All City Records dopięło wszelkich starań do godnego wydania albumu – projekt można nabyć na kasetach, płytach kompaktowych (digipack) i winylowych. Ponadto przez pewien okres w sprzedaży znajdowała się specjalna edycja 3 odsłon „Chinoiseries” (nakład wyczerpano). Wiosenny materiał promuje szereg singli – do sieci trafiło łącznie 7 nagrań promujących produkcję. Onra w udany sposób zakończył reminiscencyjne podróże do Azji, spinając klamrą dekadę nagrań przesiąkniętych orientalnym klimatem.

    Aktualizacja: W drugiej połowie maja ukazał się teledysk promocyjny „Chinoiseries pt.3”. Przyciągający uwagę videoclip powstał do utworu „The Storm”.

    Tracklista

    1. The Final Chapter
    2. Loyalty
    3. Autumn Moon Shining Over the Calm Lake
    4. Reminds Me Of…
    5. Will I See You Again
    6. Hold My Hand
    7. The Storm
    8. Fake Porcelain
    9. Moonlit Street
    10. Like the Seasons
    11. Lin Shao Ding
    12. Tea Vender On the Street
    13. Behind the Curtain
    14. Voices In My Head
    15. Keep Your Head Up
    16. Waterlily
    17. Memories From 1968
    18. Thank You Very Much
    19. Last Cup of Wine
    20. Zoodiac
    21. Against the Wall
    22. Trip To Yunnan
    23. New Year’s In Guang Zhou
    24. A Distant Dream
    25. Incantation
    26. Pearl Song
    27. The Spirit Blossoms All Over the Land
    28. Legacy
    29. Betrayal
    30. Persons on the Blacklist
    31. They Got Breaks Pt.3
    32. Bye Bye
  • Endurance kolejnym projektem The Jazz Jousters

    Endurance kolejnym projektem The Jazz Jousters

    3–5 minut

    Od blisko dekady na świecie nieprzerwanie trwa rosnące zainteresowanie płytami winylowymi. Na całej kuli ziemskiej zanotowano wzrost sprzedaży winyli na rynku pierwotnym i wtórnym. Wyraźnie to widać na przestrzeni ostatnich 5 lat, kiedy to zarówno tzw. majorsy, jak i niezależni wydawcy, położyli większy nacisk na publikowanie muzyki na woskach. Jednak czy odtrąbiony przez tysiące osób renesans kultury płyt winylowych w pełni oddaje faktyczny stan rzeczy? Prawda jest zgoła inna, ponieważ ukazuje się wiele winyli, których nikt praktycznie nie kupuje. Ponadto część wytwórni płytowych nastawionych na ten nośnik ma trudności ze sprzedażą całego nakładu danego wydawnictwa. Z drugiej strony, nisza odbiorców oczekuje właśnie wosków po niektórych oficynach wydawniczych. W tym kręgu znajduje się Millennium Jazz Music. W pierwszej połowie maja ukazał się drugi winyl wydany przez MJM – „Endurance” The Jazz Jousters.

    W ostatnich latach kolektywy muzyczne zaczęły przyciągać wielu odbiorców, przekształcając się niekiedy we wpływowe i prężnie działające platformy wydawnicze (patrz: Soulection). W niezależnym środowisku hip hopowym sporo osób zwróciło uwagę właśnie na The Jazz Jousters. Inicjatywa powstania wspólnego kręgu zrzeszającego producentów z różnych krajów wyszła ze strony założyciela labelu Millennium Jazz Music, Gadgeta. Wraz z odpowiednio dobranymi współpracownikami pokazał on, że można kreatywnie bazować na starych nagraniach jazzowych i łączyć je w dobrym stylu ze stylistyką hip hopową.

    Od początku istnienia The Jazz Jousters kierowało się z kilkoma podstawowymi wytycznymi. Wszystkie osoby zaangażowane w życie kolektywu wytrwale i sukcesywnie pracowały nad nowymi nagraniami, demonstrując przy tym rozległą wiedzę o jazzie. Millennium Jazz Music w błyskawicznym tempie publikowało kolejne płyty, działając z ogromnym rozmachem. Przez 4 lata funkcjonowania pod egidą MJM ukazało się mnóstwo wartościowej muzyki. Większość projektów przypisano do dwóch rubryk. Pierwsza dotyczy specjalnych hołdów składanych wielkim muzykom jazzowym, zaś druga to seria „Locations” dedykowana wybranym państwom z całego świata (w marcu ub.r. ukazała się kompilacja „Locations: Poland”). Oprócz materiałów wydawanych w ramach The Jazz Jousters pojawiły się też solowe produkcje artystów, w tym polskiej grupy NoName KolektyF („Piramida Maslowa LP” + EP-ka z remiksami). Pod koniec ub.r. Millennium Jazz Music wydało po raz pierwszy nagrania na płytach winylowych – składanka „The Vault – The Best of The Jazz Jousters” cieszyła się dużą popularnością wśród kupujących (łączny nakład szybko wyprzedano). W maju wypadło 100. wydawnictwo MJM. „Endurance” stanowi zarazem premierowy oficjalny album TJJ.

    Premiera wydawnictwa miała miejsce 6 maja. Millennium Jazz Music informowało o planowanym wydaniu tego projektu znacznie wcześniej. Wzmianki o pierwszym oficjalnym albumie The Jazz Jousters przewinęły się przy okazji ww. premierowego winylu kolektywu – „The Vault LP” – a następnie grupa producentów kilkakrotnie wspominała o tym materiale za pośrednictwem portali społecznościowych. MJM postarało się również odpowiednio rozłożyć akcenty pomiędzy „Endurance” a pozostałymi materiałami, które były szczególnie promowane w tym samym czasie („Locations: England” i „The Repetory Volume 2” Bonesa The Beat Heada, o którym więcej jeszcze w przyszłym miesiącu na łamach naszej strony).

    Na najnowszym materiale The Jazz Jousters usłyszymy w zasadzie wszystkich najważniejszych przedstawicieli tego kolektywu. Wystarczy wymienić tutaj osoby będące przy TJJ od jego początku – Gadgeta, Stay Classy’ego, SmokedBeata, Pawcuta i Bones The Beat Heada. Oprócz nich na „Endurance” zagościły produkcje autorstwa Slone’a (w lutym br. wydał on solowe „At the Boom Jazz Cafe”), Mr. Moodsa (produktywny kanadyjski beatmaker), Es-K (przed dwoma laty Cold Busted opublikowało jego album „Serenity”), Oldy Clap Recordza i najmniej znanego spośród tego towarzystwa Scaleya WaleZa. Każdy z nich przygotował po jednej około 3-minutowej instrumentalnej kompozycji. Nagrania osadzone w jazz-hopowych realiach skrzętnie łączą się w całość, będąc właściwą wizytówką Millennium Jazz Music. Osoby bliżej zaznajomione z dokonaniami The Jazz Jousters mogą też słusznie zauważyć, że „Endurance” to jak dotychczas jeden z najbardziej udanych projektów tego kolektywu. TJJ nadal pozostaje w formie, pokazując przy wytrwałość i umiejętnie dążenie do celu, jakim jest docieranie do kolejnych sympatyków współczesnego jazzu i instrumentalnego hip hopu.

    Wydawnictwo dostępne do odsłuchu za pośrednictwem Bandcampa oraz pozostałych serwisów streamingowych (Spotify, Deezer, YouTube, etc.). Wydanie winylowe „Endurance” do nabycia na BC i HHV.DE. Oczywiście pojawiła się również wersja elektroniczna projektu. Album promuje nagranie Es-K, „Lude”. The Jazz Jousters stanowi jeden z najbardziej pracowitych i interesujących kolektywów na niezależnej scenie muzycznej. Już w tej chwili wypada życzyć kolejnej setki płyt opatrzonych logiem Millennium Jazz Music.

    Brytyjska platforma wydawnicza regularnie publikuje nowe projekty. Oprócz ww. ostatniej płyty Bonesa The Beat Heada we wrześniu na łamach naszego serwisu zagości „Mood Swings” duetu Lady Paradox & Gadget (nieoczekiwany nowy materiał tych wykonawców).

    Tracklista

    1. Slone – Part of My Life
    2. Stay Classy – Classy’s Café
    3. Gadget – Egg Flan
    4. Mr. Moods – Point Blank
    5. SmokedBeat – Secret Tears
    6. Pawcut – Entourage
    7. Es-K – Lude
    8. Bones The Beat Head – Astro
    9. Scaley WaleZ – Malachi’s Flavours
    10. Oldy Clap Recordz – Dust on the Road
  • Mc Shinobi przedstawia debiutancką płytę

    Mc Shinobi przedstawia debiutancką płytę

    3–5 minut

    Boom-bap. Słowo-klucz dla tysięcy osób związanych z hip hopem, zarówno bezpośrednich twórców, jak i zwykłych odbiorców tej kultury. W dawnych czasach artyści boom-bapowi należeli do ścisłej czołówki mainstreamu, nadając ton poszczególnym etapom rozwoju rapu. Po wielu przeobrażeniach w tej chwili w kulturze masowej nie pojawiają się współcześni artyści z tego kręgu. Z drugiej strony, w niezależnym kręgu hip hopowym twórcy przywiązani do starej stylistyki rapowej mają się całkiem dobrze, aczkolwiek wielu przedstawicieli mediów i słuchaczy nie chce ich zauważyć. Wychodzenie z założenia, że wszystko to, co najlepsze z tego nurtu wychodziło w latach 90.tych, jest krzywdzące dla dzisiejszych twórców. Jak choćby pokazuje przykład Mc Shinobiego, neo boom-bap wypada naprawdę okazale. Premierowa płyta rapera z amerykańskiego Phoenix, „Mc Shinobi”, dobitnie o tym przekonuje.

    Amerykańska Arizona nie przywodzi zbyt wielu skojarzeń z kulturą hip hopową. Oprócz singla Public Enemy, „Going Back to Arizona”, przeciętny zjadacz rapu wzruszy jedynie ramionami na nazwę tego stanu. Kilku współczesnych artystów usilnie pracuje nad tym, aby zmienić postrzeganie Phoenix i okolicy w branży hip hopowej. Mc Shinobi należy do czołówki dzisiejszych raperów wywodzących się z tej części Stanów Zjednoczonych (tak na marginesie, to należy pamiętać także o Glad2Mechy). Dzięki charakterystycznemu flow i odpowiedniemu nastawieniu do tworzenia muzyki powoli zwracał na siebie uwagę kolejnych sympatyków boom-bapu.

    W początkowym okresie działalności Emcee inspirowany kulturą japońską (jego pseudonim został zapożyczony z filmu „Shinobi” z 2005 roku) i kultowymi czasami przypadającymi na gry SNES ograniczał się do wypuszczania luźnych singli na Soundcloudzie. Przy okazji artysta na każdym kroku podkreślał przywiązanie do korzeni hip hopowych, co natychmiastowo znalazło odzwierciedlenie w jego twórczości. Po nabraniu pierwszych szlifów, poznaniu mechanizmów występujących w dzisiejszej branży muzycznej i zebraniu właściwych współpracowników, Mc Shinobi postanowił opublikować debiutancką płytę. Co ciekawe, premiery „Mc Shinobi” wypatrywało całkiem sporo odbiorców boom-bapu.

    Przymiarki pod wydanie debiutanckiej płyty mieszkaniec Arizony poczynił ponad rok temu. W związku z tym, że Mc Shinobi osobiście nadzorował nad wszystkimi kwestiami związanymi z opublikowaniem albumu, to przez kilka miesięcy trudno było przewidzieć konkretną datę premiery materiału. Po dopięciu wszystkich spraw stanęło na tym, że „Mc Shinobi” trafi do obiegu w styczniu tego roku. Po udostępnieniu singli – „Just Like That” i „Terror” – oraz promomiksu albumu jedno było pewne – osobliwy styl amerykańskiego rapera niesłychanie wyróżnia jego spośród innych współczesnych twórców boom-bapowych. Wszystkie te przewidywania potwierdziły się po zapoznaniu się z zawartością jego całego longplaya. Przez to trudno jego porównywać do pozostałych solistów i grup z tego kręgu, gdyż znacznie różni się od Epidemic, Da Shogunz, Split Prophets czy The Doppelgangaz. Agresywne flow kontrastujące z jego image’em (wyglądem przypomina on bardziej grzecznego syna sąsiada, przynoszącego zakupy wszystkim dziadkom z okolicy, aniżeli gniewnego Emceego) i soczyste podkłady autorstwa mniej znanych producentów (najbardziej znanym z nich jest Mpadrums) okazały się iście wybuchową mieszanką. Mc Shinobi przykłada się również do warstwy lirycznej, co wystawia mu jeszcze lepsze świadectwo. Wystarczy tylko zapoznać się z „Just Like That”, „Back To The Old School” i przede wszystkim „When All Hope Is Lost” kapitalnie podkreślają atuty gospodarza płyty. Owszem, przez odmienny warsztat Mc Shinobi nie trafi do szerszego grona odbiorców (nawet w undergroundzie), aczkolwiek w niczym to jemu nie przeszkadza i nawet stanowi jego przewagę nad innymi twórcami. W końcu często specyficzni artyści posiadają najwierniejszych fanów.

    Album można odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa, Spotify, Deezer i stron pokrewnych. „Mc Shinobi” dostępne w sprzedaży zarówno w postaci cyfrowej, jak i fizycznej. Płyty kompaktowe i winylowe, a także kasety do nabycia bezpośrednio w sklepie Mc Shinobiego lub na Underground Hip Hop. Głównymi singlami promującymi LP wybrano „Just Like That” i „Terror”. Do obu tych nagrań nakręcono przy tym teledyski („Just Like That” w wersji Mpadrumsa). Boom-bapowy raper nagrał naprawdę wyrównany i tłusto brzmiący album, który doceniono w wybranych kręgach hip hopowych. Przy dalszym rozwoju Mc Shinobi może jeszcze więcej osiągnąć, chociaż wątpię w to, że na kolejnych płytach zmieni on styl na bardziej przystępny dla ogółu słuchaczy. W końcu nie o to tutaj chodzi, tylko o dostarczenie rapu w konwencji rough, rugged and raw z autorskim pazurem.

    Mc Shinobi po wydaniu pierwszej płyty poszedł za ciosem. W lipcu raper ogłosił premierę drugiego albumu, „The Revenge Of Shinobi”, który powinien trafić do obiegu jeszcze w tym roku. Pojawiły się już m.in. dwa single zapowiadające ten projekt – „Any Day” oraz „Phoenix Rising”.

    Tracklista

    1. Intro
    2. Destined (prod. iNSiDE-OUT MAN)
    3. Terror (prod. Soe95)
    4. Just Like That (The Dan Morze Remix)
    5. Kicking Facts (prod. Jimmer-Man)
    6. Back To The Old School feat. Sb Metrix (prod. Coat-b)
    7. Absolute Attention (prod. King P Pete)
    8. Feeble Attempts (prod. Monplacebo)
    9. When All Hope Is Lost (prod. Soe95)
    10. Just Like That (Mpadrums Remix)
    11. We Take Our Time (prod. Comcap)
  • Ill Treats, Audessey i Oxygen przedstawiają Classic Material

    Ill Treats, Audessey i Oxygen przedstawiają Classic Material

    4–5 minut

    W 2016 roku można wyróżnić dziesiątki artystów utożsamiających się z neo boom-bapem. Jeżeli przyjrzymy się dokładnie międzynarodowej scenie hip hopowej, to dostrzeżemy, że nie wszyscy twórcy poszukują nowych form wyrazu. Odrzucając na bok mainstream, w którym klasyczna strona rapu nie istnieje, to okaże się, iż lista współczesnych twórców przypisanych do tego nurtu jest naprawdę długa. Oprócz licznych korzyści płynących z tego tytułu z przechowywaniem korzennego brzmienia hip hopowego na czele, pojawiają się również problemy. W środowisku nie brakuje, zresztą słusznych, zarzutów pod kierunkiem twórców, których nagrania brzmią w formie gorszych kopii utworów z lat 90.tych. W związku z powyższym warto sięgać po pełnowartościowe projekty neo boom-bapowe pokroju Classic Material. Ill Treats, Audessey i Oxygen stworzyli wspólnymi siłami kawał dobrej muzyki na „Classic Material”.

    Na przestrzeni ostatnich lat w undergroundzie dochodzi do częstej współpracy pomiędzy amerykańskimi a brytyjskimi artystami i wydawcami. Przede wszystkim można to zauważyć w sferze boom-bapu. Koronnym przykładem potwierdzającym powyższe słowa jest undergroundowa supergrupa Soundsci. Właśnie z tym zespołem są związani Audessey i Oxygen. Doświadczeni amerykańscy raperzy wraz z DJ-em Ollie Teebą, Jonnym Cubą i U George’em wydali szereg soczyści brzmiących płyt. Wystarczy tutaj wymienić „Formula 99”, „Soundsational” czy „Expo 2014” – każdy z tych projektów wypadł na co najmniej zadowalającym poziomie. Oprócz projektów tworzonych ze swoimi przyjaciółmi, Audessey wypuścił też solową siódemkę „Jack Jones”, a także opublikował serię materiałów wyprodukowanych przez A Cat Called Fritzem z „Beats Per Minute” na czele. Oxygen również może pochwalić się licznymi produkcjami spoza swojej formacji macierzystej. Do pokaźnego koszyka zawierającego single i dwunastki (niedawno ukazał się jego nowy singiel winylowy, „1-4-9” b/w „Droppin’ Bombs”), przy których współpracował raper, pojawia się także jego wspólne wydawnictwo z Edanem, „Days Before It Happened”.

    Przedstawiciele Soundsci współpracowali z wieloma różnymi producentami. Wśród nich znalazł się Ill Treats. Brytyjski beatmaker może nie jest specjalnie kojarzony na świecie, aczkolwiek przysłużył się on do powstania kilku projektów. Zdecydowanie na pierwsze miejsce wybija się wspólne wydawnictwo z Glad2Mechą, „Hello”. Jazz-hopowy album sprzed ponad 4 lat uznaje się w pewnych kręgach za współczesny klasyk. Oprócz tego Brytyjczyk nagrywał utwory z innymi artystami, a także dorzucił swoje trzy grosze do wydanego przez The Jazz Jousters „Locations: Cuba”. Ponadto współpracował on przy siódemce Dirty Treatsa i Praverba The Wyse’a, „Original” b/w „Everything Is Broken”. W tym kwartale Ill Treats ponownie pokazał się z dobrej strony, odpowiadając za warstwę muzyczną na „Classic Material”. Audessey i Oxygen na pewno docenili kunszt swojego przyjaciela.

    Proces nagrywania projektu rozpoczął się jeszcze w 2012 roku. Przez dłuższy czas trudno było przewidzieć, czy i kiedy wydawnictwo ujrzy światło dzienne. Artyści zaangażowani w istnienie formacji Classic Material skupili się na innych przedsięwzięciach (przede wszystkim chodziło tutaj o rozwój działalności Soundsci), przez co płyta przez ponad dwa lata pozostawała w zawieszeniu. W drugiej połowie ub.r. za pośrednictwem portali społecznościowych Ill Treats potwierdził to, że kolaboracja amerykańsko-brytyjska trafi do obiegu.

    Artyści zaangażowani w postanie LP, wspomagani przez resztę Soundsci i niezawodnego ilustratora Mr. Kruma, ostatecznie opublikowali materiał w połowie kwietnia. Słuchacze niezaznajomieni ze wcześniejszymi dokonaniami członków Classic Material mogą z dystansem podejść do tytułu tego wydawnictwa. W końcu popularne jest krytykowanie raperów po 40-stce stale nagrywających rap w korzennym wydaniu, przypinając im liczne etykiety z leśnymi dziadkami na czele. Jednak jak trafnie zauważa Ryan Proctor ze strony Old To The New (jeden z lepszych blogów o hip hopie w tej chwili), „Classic Material” należy traktować w formie odwołania do korzeni rapu, a także jako natychmiastowy klasyk. Po zapoznaniu się z zawartością longplaya trzeba przyznać, że brytyjski bloger celnie spuentował tę płytę. Audessey i Oxygen są raperami z krwi i kości, co podkreślają na każdym kroku. Pewne i umiejętnie podane zwrotki gładko korelują z beatami zaserwowanymi przez Ill Treatsa. Album wypada korzennie i przyjemnie jego słucha się, czego nie można powiedzieć o wszystkich produkcjach neo boom-bapowych. Co prawda artyści nie odkrywają na tym projekcie niczego nowego, ale przecież chodzi tutaj o styl i sposób podania muzyki. Na marginesie dodam, że przyjemnie posłuchać T-Love w „Cosmic B-Boy”, która nie zapomniała wcale, jak się nagrywa rap na dobrym poziomie.

    Projekt udostępniono do odsłuchu na Bandcampie, Spotify, Deezerze i pozostałych platformach streamingowych. Wydawnictwo trafiło do obiegu w postaci cyfrowej i fizycznej. Płyty winylowe i kasety trafiły do sprzedaży dzięki współpracy Classic Material z niemieckim sklepem i oficyną wydawniczą HHV.DE (nakład wyprzedany). Do zapoznania się z całą zawartością „Classic Material” zachęcają poszczególne single – „On Some Other Shit”, „Mirror”, „Peep The Form” i tytułowe nagranie pochodzące z LP. Ill Treats, Audessey i Oxygen nagrali klasycznie brzmiącą płytę, którą można postawić za wzór wszystkim młodym adeptom korzennego rapu.

    4 lipca odbyła się premiera nowego albumu Soundsci, „Walk The Earth”. Recenzja tego wydawnictwa trafi na naszą stronę w drugiej połowie września.

    Aktualizacja: Ill Treats udostępnił na Bandcampie instrumentalną wersję „Classic Material”. Materiał dostępny do pobrania w formie „buy now – name your price”.

    Tracklista

    1. Classic Material
    2. Peep The Form feat. U-George & Ghettosocks
    3. Mirror feat. U-George
    4. On Some Other Shit
    5. Routine (saksofon: Dexter Tolson)
    6. By Design feat. Cadence (prod. Audessey)
    7. Kick’n Flavor feat. U-George
    8. Tune In
    9. Angles
    10. Have You Ever? (gitara: Ronnie Flores)
    11. Cosmic B-Boy feat. U-George & T-Love
    12. Classic Presents
    13. Classic Material (Jack Jones Remix)
  • Liście rozwijają się za sprawą Lulka i Magierskiego

    Liście rozwijają się za sprawą Lulka i Magierskiego

    3–5 minut

    Przez wszystkie lata ogólnoświatowa scena (około) hip hopowa ulegała ciągłym przeobrażeniom. Widać to nie tylko po zmieniających się trendach, sposobach publikacji i docierania do informacji o muzyce, ale także po sposobu odbierania płyt. Pomimo tego iż w dalszym ciągu część osób nie traktuje na poważnie wydawnictw instrumentalnych, to trzeba przyznać, że w ostatnich 5 latach notowania projektów przypisanych do tej kategorii znacząco zyskały na wartości. Jeszcze wcześniej media i słuchacze doceniali jedynie wybrane płyty instrumentalne a dzisiaj wypada na korzyść twórców z tego kręgu. Lista producentów i wydawców, którzy zyskali na tych zmianach jest długa i szeroka. Nawet niszowe materiały, niekiedy promowane głównie w obrębie jednego kraju, pod tym względem przedstawiają się okazale. Na potwierdzenie powyższych słów wystarczy przywołać wspólny album polskich beatmakerów – Lulka i Magierskiego – zatytułowany „Liście”.

    Wrocławscy artyści walnie przyczynili się do rozwoju kultury hip hopowej w kraju. Wiele osób powinno kojarzyć hasło Wrocław 71, który przewija się w środowisku rapowym już od kilkunastu lat. Właśnie stamtąd wywodzą się bohaterowie niniejszego artykułu. Łukasz Lulek i Tomasz Janiszewski są zasłużonymi postaciami w polskim środowisku hip hopowym, co nie powinno podlegać żadnej dyskusji. Polscy twórcy zapisali na swoich kontach pokaźną liczbę różnego rodzaju produkcji, które na przestrzeni blisko dwóch dekad trafiły na szereg wydawnictw.

    Pierwszy z nich nagrywa muzykę od końca lat 90.tych. W dotychczasowej działalności wrocławianin występował pod kilkoma pseudonimami (oprócz imienia i nazwiska jego nagrania podpisywano jako Lu i Lulek). Już w 2000 roku wraz z Magierskim wyprodukował kompilację „2071”, stanowiącą przegląd ówczesnej wrocławskiej sceny rapowej. Na początku tego stulecia wraz z Roszją współtworzył on kultowy w wybranych kręgach zespół Sfond Sqnksa. Jedyny album grupy – „Obawa Przed Potem” – kilka lat temu ukazał się po raz pierwszy na winylu. W dalszych latach Lulek rozwijał się muzycznie, czego efektem były następne płyty. Solowe „Night Moves” oraz wspólny projekt z Roszją, „Przez Ścianę”, są mile wspominane przez sympatyków niesztampowego polskiego rapu. Ponadto producent podejmował się współpracy z innymi wykonawcami, nie tylko hip hopowymi. Wśród nich warto wymienić Skalpel, Ostrego, kIRk, Vojto Monteurę, Variete, Kasta Squad, Tymona, Kut-O, Metro, Elektronez i White House.

    Współzałożycielem ostatniego projektu z powyższej listy jest akurat Magiera. Wraz z L.A. stworzyli oni doskonały duet. Wrocławscy twórcy w szybkim tempie stali się wiodącą grupą producencką w kraju. Seria wydanych przez nich kompilacji („Kodex 1-5” uzupełnione przez jeden suplement i podsumowanie trylogii) znalazła pełno odbiorców. Beatmakerzy nagrywali utwory z czołówką polskiej sceny hip hopowej, dodatkowo produkując również utwory na płytach szeregu wykonawców. W ostatnich latach wyprodukowali oni także składankę „Poeci” oraz płytę Pei, „Książe Aka. Slumilioner”. Nie można też zapominać o pozostałych dokonaniach Magierskiego. Jego dyskografia obejmuje choćby wspólny materiał z Tymonem i Małym72, „Oddycham Smogiem”. Magiera, podobnie jak Lulek, stale poszerza swoje muzyczne horyzonty. „Liście” stanowi doskonały dowód na sięganie przez tych producentów po nowe brzmienia i inspiracje.

    Płyta trafiła do obiegu w połowie kwietnia. Wrocławianie przy wydaniu tego materiału postawili na dobrze kojarzoną wytwórnię płytową Queen Size Records, która stanowi sprawdzoną i pewną markę w branży. Przy nagrywaniu projektu Magierski i Lulek zwrócili się w stronę kilku muzyków, szukając rozwiązań na bardziej organiczne i akustyczne brzmienie swoich nagrań. Za każdym razem tzw. żywe instrumenty nadają kolorytu utworom hip hopowym. Identycznie stało się w przypadku albumu Liści. Dzięki pracy włożonej przez gospodarzy materiału oraz ww. gości (Radek „Bond” Bednarz, Grzegorz Dąbrowski, Olgierd Dokalski i Mały72), odpowiadających za akustyczną stronę longplaya, „Liście” długimi momentami brzmi ponadprzeciętnie. Na ostateczny kształt albumu wpłynęła nie tylko obecność instrumentalistów. Magierski wraz z Lulkiem popisali się umiejętnym łączeniem klasycznej szkoły hip hopowej ze smukłą elektroniką. Selekcja sampli, przygotowanie zaplecza i więcej niż tylko poprawne poruszanie się pomiędzy różnymi klimatami muzycznymi powoduje, że mamy do czynienia z pełnokrwistym instrumentalnym albumem. Oczywiście, nad pewnymi nagraniami można było bardziej popracować (kłania się tutaj „Yearning” i „Kick”), aczkolwiek nie można tutaj mówić o wybieraniu dróg na skróty przez polskich artystów i dostarczania niedopracowanego produktu. W końcu sztuką jest stworzenie płyty rozpościerającej się od korzennego hip hopu po brzmienia orientalne, która stanowi więcej niż zwykły beat tape. Należy też podkreślić fakt, że muzyczna ewolucja wrocławian jest ze wszech miar godna podziwu, co wystawia im bardzo dobre świadectwo.

    „Liście” udostępniono do odsłuchu na Bandcampie i Soundcloudzie. Wydawnictwo ukazało się w wersji elektronicznej i fizycznej (płyty winylowe). Praktycznie cały nakład winyli już wyprzedano; ostatnie sztuki albumu dostępne do nabycia w wybranych sklepach muzycznych. Wydawnictwo promują dwa zamykające projekt utwory – „Kick” i „On The Trail”. Lulek i Magierski odpowiadają za wydanie udanego materiału, który spokojnie poradziłby sobie również zagranicą. Jedna z lepszych instrumentalnych tegorocznych płyt.

    Tracklista

    1. Płanetnik
    2. In The Woods (bas: Radek „Bond” Bednarz)
    3. Immersion (trąbka: Olgierd Dokalski; flet i cytra: Grzegorz Dąbrowski)
    4. Collapse
    5. The Womb
    6. Yearning
    7. Blooming (Dla Syna) (gitara: Mały72)
    8. Kick (skrzypce: Grzegorz Dąbrowski)
    9. On The Trail (flet i skrzypce: Grzegorz Dąbrowski)
  • Życie i udręki, czyli solowy album A Cat Called Fritza

    Życie i udręki, czyli solowy album A Cat Called Fritza

    3–4 minut

    Po świetnie przyjętym albumie „Beats Per Minute” nagranym wspólnie z członkiem Soundsci – Audesseyem – paryski producent A Cat Called Fritz postanowił dostarczyć słuchaczom swój debiutancki solowy longplay „Tribulations And Life Of”. Zanim jednak przejdziemy do głównego tematu warto szerzej przybliżyć sylwetkę francuskiego beatmakera i przypatrzeć się drodze, którą kroczył kot Fritz.

    Pierwsza poważna styczność tego wykonawcy z francuskim rynku muzycznym przypadła na wypuszczenie w 2009 roku 7-calowego singla winylowego „On & On”. Wydawnictwo choć krótkie (zamieszczono trzy utwory) ukazało namiastkę stylu produkcji A Cat Called Fritza. Ciepłe, głębokie brzmienie podrasowane soulowym klimatem. Za promocję materiału odpowiedzialna była wówczas niezależna oficyna Coffe Break Records, która jeszcze w tym samym roku postanawia iść za ciosem i wspólnie z muzykiem wydają kolejną siódemkę – „Slow Down”. Koncepcja podobnie oparta na trzech utworach utrzymanych w klimacie pierwszego wosku, co niejako stanowi kontynuację kociego stylu.

    Kolejne projekty, o których nie sposób nie wspomnieć, to kolaboracja z członkiem SoundsciAudesseyem. Do współpracy obu panów doszło przy okazji pobytu beatmakera w USA. Rozpoczęło się singlami „By Design”, „The Hop” oraz „My Mic & Me: Dusty Remix”. Nagrania stały na tak wysokim poziomie, że wytwórnia Slice Of Spice skutecznie zachęciła duet do wydania EP-ki „Beats Per Minute”.

    A Cat Called Fritz, jak każdy szanujący się beatmaker, również nie stroni od remiksowania klasycznych już utworów rapowych. Francuz posiada w swoim dorobku wiele alternatywnych wersji, których jest autorem. Szczególnie jedna z nich cieszyła się swego czasu wyjątkowym zainteresowaniem. Mowa o remiksie utworu z repertuaru Bahamadii, „I Confess”, który w bardzo szybkim czasie zyskał przychylność wśród miłośników reworków.

    Oprócz tego lista remiksowanych przez francuza artystów była całkiem pokaźna. Wystarczy wspomnieć m.in. Beatnuts, Nasa, Little Brother czy Pete Rocka & C.L. Smootha. Większość ze wspomnianych nagrań trafiła na projekt „NOWADAYS Mixtape”, który ukazał się w tym roku. Dodatkowym uzupełnieniem tracklisty były ścieżki instrumentalne oraz kilka nowych, niepublikowanych wcześniej utworów (m.in. z gościnnymi występami Dyzberga, Audesseya oraz Fisto i DJ-a P). Całość można pobrać za darmo z Soundclouda i/lub nabyć w postaci elektronicznej i fizycznej (płyty winylowe i kasety).

    Jeżeli krążymy wokół tematu mixtape’ów, to sprawą honorową jest wspomnienie o kolejnym wspólnym projekcie nagranym z Audesseyem. „The Metronome Mixtape” również udostępniony został do darmowego pobrania, co możecie zrobić dzięki uprzejmości ww. Slice Of Spice.

    Kot nazywany Fritzem jest również autorem jazzowego miksu „A Tape Called Mondayjazz Mix”. Zasadniczo jest to czysta kompilacja hip hopowa wzbogacona o takie aspekty, jak instrumentalne ścieżki, prezentująca zarówno utwory tych znanych jak i mniej rozpoznawalnych artystów.

    Na przełomie września i października trafił do obiegu najnowszy projekt artysty, „Tribulations And Life Of”. Przygotowywane miesiącami wydawnictwo w pełni oddaję kreatywność i pracowitość beatmakera. Album zawiera 12 nagrań (do wersji elektronicznej dołączono dwa bonusowe tracki), które swoimi osobami ubarwili międzynarodowi goście. Mamy tu zarówno Emcees pochodzących ze Stanów Zjednoczonych (Kokayi, Audessey, T-Love, Chaotik Stylz oraz RepLife), brytyjską wokalistkę Mirandę Perkins oraz francuskiego duetu Lemdi & Moax. Całość dopełniają trzy ścieżki instrumentalne.

    Na początku września ukazały się snippety poszczególnych utworów promujących album. Na pierwszy rzut ucha wybija się kooperacja z nieodłącznym kompanem A Cat Called Fritza, Audesseyem. Chemia pomiędzy raperem z Atlanty a francuskim producentem jest niesamowita i widać, że obaj panowie bez problemu odnajdują się na płaszczyźnie muzycznej. Zresztą nawet promomix ukazuje, jak wszechstronnym producentem jest A Cat Called Fritz. Bogate, melodyjne aranżacje uzupełnione tzw. żywymi partiami muzyków stanowią produkt syty, ale przy tym i lekkostrawny. Warto również nadmienić, iż wszystkie okładki oraz związane z fizycznymi wydaniami bonusy (pocztówki, wlepki) projektuje i wykonuje sam artysta.

    Album znajdziecie na Bandcampie. „Tribulations And Life Of” w wydaniu winylowym zostało wyprzedane w kilka tygodni. Doprawdy zachęcam i polecam zanurzyć się w atmosferę muzyki A Cat Called Fritza i bacznie obserwować kroki, które stawia krocząc ścieżkami kociej alei.

    Tracklista

    1. Tribulation & Life Of
    2. The Sun feat. RepLife
    3. The Moon
    4. Jungle Vibe
    5. Contact feat. Audessey
    6. Purpose feat. Chaotik Stylz
    7. Coast To Coast feat. Miranda Perkins & Ree-Call
    8. Fly Like I Do feat. Kokayi
    9. Get Down
    10. In & Out feat. T-Love
    11. My Life Is Like A Movie feat. ZigSixteen
    12. Herbe A Chat feat. Lemdi & Moax
    13. Love Goes (Bonus Track)
    14. Never The Same feat. JoBee (Bonus Track)
  • The Many Faces of UGeorge pierwszą płytą UGeorge’a

    The Many Faces of UGeorge pierwszą płytą UGeorge’a

    3–5 minut

    Wszelkie badania demograficzne dotyczące środowiska hip hopowego są szalenie wciągające. W końcu tylko w tym nurcie muzycznym tak często dyskutuje się o wieku zarówno artystów, jak i słuchaczy. Mnóstwo relacji zachodzących pomiędzy obiema grupami można dowolnie uszeregować. Wybór grupy docelowej przez wykonawców stanowi tak naprawdę sedno sprawy. W końcu każdy wykonawca powinien określić swoją grupę docelową i wraz z upływem lat dokumentować sukcesywny rozwój, a nie taplać się w stagnacji. W związku z powyższym wypada mocno docenić każdego współczesnego rapera starającego się tworzyć płyty dedykowane głównie swoim rówieśnikom, a nie tylko młodszemu pokoleniu. W ten krajobraz zgrabnie wpisuje się przedstawiciel Soundsci, UGeorge. W zeszłym miesiącu odbyła się premiera jego premierowego LP – „The Many Faces of UGeorge”.

    W undergroundzie można wyróżnić wielu doświadczonych raperów, nagrywających muzykę przeważnie z myślą o swoich rówieśnikach, aniżeli o przedstawicielach młodszego pokolenia. UGeorge stanowi doskonały przykład Emceego zorientowanego na rap, którego odbiorcami są starsi słuchacze. Artysta pochodzący z Wysp Dziewiczych pozostaje wierny zasadom Złotej Ery hip hopu. Jeżeli prześledzimy jego życiorys, to nie powinniśmy się specjalnie zdziwić powyższym założeniom George’a Moolenaara.

    Amerykański wykonawca wychowywał się w umuzykalnionej rodzinie. Jego rodzice byli muzykami i już w dzieciństwie ukształtowali jego w tym kierunku. UGeorge nauczył się gry na gitarze i perkusji, a przy tym brał lekcje śpiewu, co zaprocentowało w jego późniejszej działalności muzycznej. Raper dorastał w Nowym Jorku w czasach, gdy formowała się kultura hip hopowa. Przez następne lata poznał on na wylot rap, ale musiało minąć wiele lat zanim zdecydował się on na nagrywanie muzyki. Po spędzeniu dłuższego czasu na współpracy z innymi twórcami (The Hemisphere, Floyd The Locsmif, Tariq L., Stahhr, Scienz Of Life i pozostali należeli do partnerów muzycznych tego artysty), UGeorge stał się częścią międzynarodowej formacji Soundsci. Wraz z Oxygenem, Audesseyem, Ollie Teebą i Jonnym Cubą wydał kilka płyt, w tym „The Ultimate EP”, „Expo 2014”, „Formula 99” oraz „Soundsational”. Po serii wydawnictw zrealizowanych ze swoimi kompanami, Emcee poczynił kroku w stronę wypuszczenia solowego albumu. „The Many Faces of UGeorge” to skrupulatnie przygotowany projekt, który mógłby posłużyć za wzorzec młodym adeptom rapu.

    Premierę projektu wyznaczono na 9 listopada. Wydaniem materiału zajęła się wytwórnia płytowa założona przez Soundsci, World Expo Records. Przed opublikowaniem materiału Jonny Cuba przekonywał, że UGeorge nagrał najlepsze jak do tej pory wydawnictwo sygnowane przez tę formację. Początkowo można było traktować powyższą opinię z przymrużeniem oka, gdyż wcześniej międzynarodowa grupa wypuściła kilka grubych płyt. Jednak każdy niedowiarek wnet przekonał się, iż brytyjski producent doskonale wiedział, o czym mówi. „The Many Faces of UGeorge” to najbardziej dopracowana płyta, jaka wyszła dotąd od członków Soundsci. Projekt sprzed miesiąca automatycznie docenią miłośnicy korzennego rapu oraz osoby poszukujące dojrzałych materiałów hip hopowych. Trzeźwe spojrzenie na środowisko rapowe oraz codzienne sprawy widziane oczami 40-letniego Emceego przetaczają się przez cały album. UGeorge udowadnia na tym projekcie, że jest rasowym raperem. W „40 Year Old Rapper” (najważniejszy utwór na płycie), „I Ain’t Watchin’ You”, „Blowin’ Up”, „Thaddeus Speaks” czy „When We Were Young” (reminiscencyjne nagranie z właściwie podanym refrenem) gospodarz longplaya błyszczy najjaśniej. Wszystko to skrzętnie łączy z warstwą muzyczną albumu, za którą odpowiadają Ollie Teeba, Jonny Cuba, The ProcessMyke ForteFloyd the LocsmifAudessey. Płytę uzupełniają gościnne udziały członków Soundsci (Supastition od tego roku również należy do tej formacji), czyli wszystko zostało w rodzinie. „The Many Faces of UGeorge” podano z dbałością o szczegóły – poprawny mix i mastering płyty nadają dodatkowego połysku wydawnictwu. Wypada o tym pamiętać, ponieważ obecnie nawet w undergroundzie nie jest tak łatwo znaleźć wykonawców o podobnym etosie pracy i nastawieniu do rapu.

    Wydawnictwo opublikowano na Bandcampie. „The Many Faces of UGeorge” można nabyć w wersji elektronicznej i fizycznej (płyty winylowe). Album promuje kilka singli – „Blowin’ Up”, „Conscious” oraz „Interview with a Vampire” (utwór spoza płyty, który ukazał się na tydzień przed premierą materiału). Do pierwszego z tych nagrań powstał również videoclip. UGeorge pokazuje, że nawet w zaawansowanym wieku można postarać się o wydanie klasowego debiutu na scenie hip hopowej.

    Tracklista

    1. 40 Year Old Rapper (prod. Myke Forte)
    2. I Ain’t Watchin’ You (prod. Floyd the Locsmif)
    3. Three the Hard Way feat. Oxygen & Audessey (prod. Ollie Teeba & Jonny Cuba)
    4. Mr Right Now (prod. The Process)
    5. Class In Session (prod. Ollie Teeba)
    6. Thaddeus Speaks (prod. Silent Someone)
    7. Generations feat. Supastition (prod. The Process)
    8. I Give In (prod. Myke Forte)
    9. Blowin’ Up feat. Oxygen & Audessey (prod. The Process)
    10. Tribute (prod. Ollie Teeba)
    11. When We Were Young feat. Oxygen & Audessey (prod. Jonny Cuba)
    12. Speechless (Bonus Track) [prod. Myke Forte]
    13. Conscious (Bonus Track) [prod. Audessey]
  • Metaliczny świat Def Dee na D-1000

    Metaliczny świat Def Dee na D-1000

    3–5 minut

    Każdego roku ukazuje się setki mniej lub bardziej zajmujących instrumentalnych projektów napływających z różnych zakątków świata. W miarę regularnie do głosu dochodzą nowi producenci, którzy starają się zwrócić uwagę na siebie mediów i przeciętnych słuchaczy. Problem tylko w tym, że spośród dziesiątek beatmakerów nader często wybijają się zupełnie przypadkowe osoby. Powoduje to, iż po drugiej stronie barykady stoją postaci pomijane przez ogół odbiorców. Z drugiej strony, wcale nie musi to oznaczać, że nikt ich nie docenia. Wręcz przeciwnie – przecież na scenie producenckiej bezproblemowo natkniemy się na artystów, którzy dotarli do pewnej niszy odbiorców i dobrze się w tym odnajdują. Def Dee z amerykańskiego Seattle to doskonały przykład na potwierdzenie tej tezy. W sierpniu ukazała się jego nowa płyta – „D-1000” – stanowiąca kolejny etap w jego karierze muzycznej.

    Artyści z Seattle raz po raz zadziwiają słuchaczy na całym świecie. Ze stolicą stanu Waszyngton jest związanych mnóstwo istotnych twórców, od Blue Scholars, przez Jake One’a i Macklemore’a, aż skończywszy na plejadzie mniej znanych wykonawców. W tej grupie umieścimy bohatera dzisiejszego artykułu. Oprócz tego Def Dee należy do licznej grupy producentów na dorobku, którzy przewijają się w undergroundzie od kilku lat, ale jeszcze nie wybili się na tyle, żeby można było stwierdzić, iż nadszedł ich czas.

    Twórca z Północno-Zachodniej strony Stanów Zjednoczonych prowadzi działalność na scenie hip hopowej od końca poprzedniej dekady. Jego pierwszym wydawnictwem, dzięki którym wybił się nieco na lokalnej scenie, była kolaboracyjna płyta z raperem La„Gravity”. Po pewnym czasie osobą Def Dee zainteresowało się wszystkim znane Mello Music Group. W latach 2011-13 beatmaker nagrywał właśnie dla tego labelu.

    W tym czasie wypuścił on przede wszystkim dwa materiały. W pierwszej kolejności ukazał się beat tape producenta, „Cheap Hate”. Projekt obejmujący blisko 30 utworów nawiązywał do starej szkoły rapu, co towarzyszy nagraniom beatmakera aż do dzisiaj. Drugie ważne wydawnictwo Def Dee – „33 and a Third” – pojawiło się w obiegu w połowie 2013 roku. Wydanie produkcji łączącej elementy kompilacji, zbioru remiksów i płyty producenckiej, poprzedziła EP-ka nagrana wraz z raperem Zarem, „Zulu Delta”.

    Po okresie spędzonym w Mello Music Group, mieszkaniec Seattle rozpoczął współpracę z inną dobrze kojarzoną oficyną wydawniczą – Redefinition Records. Nakładem REDEF ukazała się w drugiej połowie ub.r. płyta „Deja Vu”. Dzięki temu wydawnictwu Def Dee zyskał sporo przychylnych opinii ze strony sympatyków korzennego rapu. Wydane pod koniec sierpnia „D-1000”, to kontynuacja kooperacji beatmakera z labelem Damu The Fudgemunka i Johna Notarfrancesco.

    Przy okazji premiery „Deja Vu” Redefinition Records podawało, że to jednorazowa współpraca z producentem z Seattle. Jednak plany te zweryfikowano i zdecydowano się zatrzymać beatmakera na dłużej. REDEF rozpoczęło przygotowania do wydania tej płyty na kilka miesięcy przed jej premierą. Dłuższy okres prac nad tym wydawnictw wziął się z prozaicznej przyczyny – priorytetem było wypuszczenie materiału na płytach winylowych, na wytłoczenie których trzeba obecnie czekać w USA około 14 tygodni (sic!). W końcu, pod koniec ubiegłego lata „D-1000” trafiło do obiegu. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to tytuł nawiązujący do słynnego „Terminatora”. Na tym nie kończą się skojarzenia z sagą zapoczątkowaną ponad 3 dekady temu przez Jamesa Camerona. Def Dee postanowił nadać swojemu najnowszemu wydawnictwu odrobinę inny posmak w porównaniu do poprzednich nagrań. Beatmaker inspirował się ścieżką dźwiękową do pierwszych dwóch części „Terminatora”, co znalazło odzwierciedlenie w klimacie całej produkcji. Metaliczne brzmienie przetacza się przez całą płytę – część utworów („Tech-Com”, „The Merc”, „Sarah’s Jam ‘84”, „Mimetic Poly-Alloy”, „D-1000”), to istne hymny poświęcone Arnoldowi Schwarzeneggerowi i Bradowi Friedelowi, twórcy ścieżki dźwiękowej do „Terminatora” z 1984 roku. W pozostałych nagraniach Def Dee serwuje bardziej stonowane beaty, rozbudowując je o dodatkowe elementy (pełno wstawek i cutów) oraz warstwy. Całość uzupełniają trzy utwory wokalne z udziałem Davida Luke’a, Fisha i Blu.

    „D-1000” pojawiło się na Bandcampie. Wydawnictwo do nabycia w wersji elektronicznej (BC, iTunes) i fizycznej (płyty winylowe). Album promują dwa single – remix „Illest In Charge” z udziałem Blu i „Mimetic Poly-Alloy”. Wygląda na to, że Def Dee odnalazł już swoje miejsce pośród innych producentów. Jednak nadal jego akcje idą w górę, i tylko od słuchaczy zależy czy na dobre amerykański producent zagości w świadomości sympatyków undergroundu.

    Tracklista

    1. D-1000
    2. Movin’ It On
    3. The Merc
    4. Lets Do It
    5. Remains
    6. The Galleria
    7. Mimetic Poly-Alloy
    8. Keep Keep It On
    9. Sunrise Reese
    10. Sarah’s Jam ‘84
    11. Reconvene
    12. Tell Yo Frenz
    13. Ugly
    14. Tech-Com
    15. SFV
    16. Dee’angelo (Bonus)
    17. Feel It feat. David Luke (Bonus)
    18. Game Started feat. Fish (Bonus)
    19. Illest In Charge feat. Blu (Bonus Redef Remix by Def Dee)Zap
  • Recenzja EP: The Audible Doctor – Can’t Keep The People Waiting

    Recenzja EP: The Audible Doctor – Can’t Keep The People Waiting

    4–5 minut

    AMD Music | 2014

    W dyskusjach dotyczących poszczególnych aspektów hip hopu regularnie jest poruszany temat najlepszych producentów w dziejach tego gatunku. Większość rankingów obejmuje tych samych artystów i tak naprawdę trudno tutaj o jakiekolwiek zaskoczenie (chyba, że ograniczamy się do ostatnich lat w rapie). Inaczej sprawy wyglądają, jeżeli zagłębimy się pomiędzy najwybitniejszych beatmakerów, którzy z powodzeniem radzą sobie także jako Emcees. Pete Rock, Large Professor, DJ Quik, Dr. Dre, Havoc, Lord Finesse, RZA, El-P, Diamond D, Erick Sermon, Q-Tip – wszyscy powyżsi twórcy powinni być wymienieni w tej kategorii. W ostatnich latach zwrócił na siebie uwagę inny producent występujący też w roli rapera – The Audible Doctor. W grudniu ub.r. ukazała się jego nowa płyta, „Can’t Keep The People Waiting”.

    Brown Bag AllStars należy do grona dobrze rozpoznawalnych kolektywów na nowojorskiej mapie hip hopowej. Jednym z najjaśniejszych punktów BBAS, a przy tym motorem napędowym crew, jest bez dwóch zdań The Audible Doctor. Artysta rodem z Brooklynu publikuje muzykę już od dekady. Przez ten okres dał się on poznać jako uzdolniony producent oraz porządnie wykwalifikowany raper. Na przestrzeni dekady nowojorczyk zapisał na swoim koncie pokaźną liczbę wydawnictw. Dyskografia twórcy obejmuje „Brownies” LP oraz szereg EP-ek (m.in. „The Crackers EP Vol. 1”, „The Spread”, „Doctorin”, „The Winter Tape” i „The Summer Tape”). Na tym nie zamykają się dokonania przedstawiciela BBAS.

    W ub.r. The Audible Doctor wyprodukował w całości solową płytę Fredro Starra, „Made In The Streets”. W trakcie swojej kariery współpracował on z pokaźnym gronem innych wykonawców, do których oprócz członków Brown Bag AllStars zaliczają się choćby 50 Cent, Joell Ortiz, Has-Lo, Silent Knight, J-Live, Homeboy Sandman, Neek The Exotic, maticulous czy Von Poe VII. Wydawałoby się, iż powyższe osiągnięcia predysponują beatmakera i rapera w jednym do zajęcia względnie wysokiego miejsca w hierarchii hip hopowej. Jednak nadal w wielu przypadkach pomija się kompletnie Marka Woodforda, a szkoda. Wydane przed 9 miesiącami „Can’t Keep The People Waiting” dobitnie pokazuje, iż należy się jemu znacznie większa uwaga ze strony mediów i słuchaczy.

    Jeżeli dany artysta często wydaje nowe materiały, to wypada dokonać nie tylko pobieżnego, ale też głębszego porównania konstrukcji nowej płyty względem tych starszych, które niekiedy mają raptem po (kilka)naście miesięcy. Wydawnictwo z listopada ub.r. z powodzeniem nawiązuje do wcześniejszych projektów The Audible Doctora. Podobnie jak na „The Summer Tape” materiał obfituje w gościnne występy innych twórców. Do tego przedstawiciel Brown Bag AllStars wystąpił na płycie w roli producenta i rapera w jednym. Nowojorczyk coraz pewniej czuje się jako Emcee, co znalazło odzwierciedlenie na „Can’t Keep The People Waiting”. Mieszkaniec Brooklynu ciągle rozwija się od tej strony, i chociaż nadal brakuje mu najbardziej uzdolnionych beatmakerów za mikrofonem z Large Professorem na czele, to widać jego postępy. Wyrobione flow, umiejętne dobieranie tematyki utworów, więcej niż poprawne rymy i spory zasób słownictwa wystawia jemu wysokie noty. „Cycle / So Tired”, „The Beast” i „Multiply” należą do najmocniejszych momentów na płycie, w których The Audible Doctor wypada najkorzystniej w roli rapera. Co warte podkreślenia, większość gości zaproszonych na „Can’t Keep The People Waiting” nie daje plamy. Hassaan Mackey, Consequence, Guilty Simpson i John Robinson (czy kiedykolwiek on zawiódł goszcząc na produkcjach innych osób?) dorzucili wartościowe zwrotki i nie potraktowali tego, jak niczym nieznaczących epizodów w swojej działalności. Należy również pochwalić Davenporta Grimesa, wprowadzającego wiele kolorytu na płytę dzięki swoim hookom i refrenom. Jedynie po Astro należy spodziewać się większej werwy w rymowaniu, a Bumpy Knuckles brzmi tutaj nieco topornie.

    Jak natomiast przedstawia się EP-ka od strony producenckiej? Ano naprawdę sympatycznie. Charakterystyczne brzmienie The Audible Doctora oparte głównie o soulowe sample utrzymuje słuchacza w zaciekawieniu przez całą długość „Can’t Keep The People Waiting”. Nowojorski artysta ponownie postawił na beaty wykorzystujące samplowane wokale, które świetnie urozmaicają poszczególne nagrania. Jeżeli nawet zmienia on nieco klimat utworów (patrz: „Warning” i „The Burial Plot”), to całość pozostaje wyegzekwowana w odpowiedni sposób. Owszem, niektórzy odbiorcy oczekiwaliby bardziej nastrojowych podkładów i/lub ukierunkowania produkcji w stronę bangerów na miarę „Battle Cry”. The Audible Doctor poniekąd rekompensuje to za sprawą rozbudowanych beatów, zgrabnie zmieniających klimat i przekształcających się w dodatkowe nagrania („Cycle / So Tired”, „Chocolate Covered Liar”, „Leave Me Alone / Complication”). „Can’t Keep The People Waiting” łączy w sobie nie tylko właściwie dostarczaną warstwę liryczną, ale przede wszystkim stanowi potwierdzenie klasy producenckiej The Audible Doctora.

    We współczesnej branży hip hopowej wszystko zmienia się, jak w kalejdoskopie. Ze względu na ogromne nagromadzenie nowej muzyki trudno poświęcić wystarczającą ilość czasu na wydawnictwa, które na to w pełni zasługują. Wygląda na to, że kolejny raz sporo osób nie doceniła The Audible Doctora, niesłusznie pomijając „Can’t Keep The People Waiting”. Z drugiej strony, producent/raper dzięki tej płycie bardziej przebił się w środowisku, do czego przyczyniła się też winylowa wersja wydawnictwa. Oczywiście nowojorczyk zdążył wypuścić już kolejny materiał, „The Spring EP”, podtrzymując dobrą formę z ubiegłorocznego projektu. W końcu nie może on dopuścić do tego, aby ludzie (zbyt) długo czekali na jego nowe nagrania.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Cycle / So Tired
    2. Warning
    3. Chocolate Covered Liar feat. Astro & Hassaan Mackey
    4. No Future feat. Consequence
    5. The Beast feat. Bumpy Knuckles
    6. Leave Me Alone / Complication feat. Guilty Simpson
    7. Multiply feat. John Robinson
    8. The Burial Plot
  • Specyficzny świat Chestera Watsona na Tin Wooki

    Specyficzny świat Chestera Watsona na Tin Wooki

    4–5 minut

    Branża hip hopowa to jedyna część przemysłu fonograficznego, w którym tak często poddaje się pod dyskusję wiek artystów. Nie sposób zrozumieć tego zjawiska, nieważne czy znajdujemy się w centrum wydarzeń, czy patrzymy na wszystko z dalszej perspektywy. Po zaistniałych zmianach pokoleniowych młodzi twórcy i odbiorcy rapu nie mają za grosz szacunku do weteranów, a ci nie są skorzy do prawienia komplementów nowej fali przedstawicieli tego gatunku. Widać jak na dłoni, że młodzi są za bardzo zapatrzeni w siebie i w pogoni za panującymi obecnie trendami kompletnie odcinają się od korzeni całej kultury. Jedynie garstka z nich kultywuje stare tradycje, usiłując przy tym dodać do tego własne elementy. W tym wąskim gronie umieścimy Chestera Watsona. 18-letni artysta na ubiegłorocznej płycie „Tin Wooki” przedstawił własną wizję boom-bapu.

    W dzisiejszych czasach na ogół młodzi wykonawcy mają niewiele wspólnego z korzeniami hip hopowymi. Jednak zdarzają się odstępstwa od tej reguły i niektórzy usiłują nadać swojej muzyce  dawnego posmaku. Chester Watson może posłużyć za przykład twórcy korzystającego z dobrodziejstwa lat 90.tych, ale wyznaczających przy tym nowe kierunku rozwoju rapu. Przedstawiciel nowej fali wykonawców hip hopowych pochodzi z południa USA. Na jego twórczość istotny wpływ miały liczne przeprowadzki i zmiany lokalnego środowiska. Oprócz tego wrażliwość muzyczna mieszkańca Florydy ukształtowała się również dzięki baletowi, który pochłaniał jego przez kilka lat. Jednak to muzyka okazała się najodpowiedniejszym środkiem wyrazu w jego życiu.

    Premierowy materiał rapera i producenta w jednym, „Phantom”, trafił do obiegu 3 lata temu. Chester Watson wypuścił ten projekt w wieku zaledwie 15 lat. W szybkim tempie jego nagraniami zainteresowali się słuchacze ze Stanów Zjednoczonych,Europy i Azji. Doceniono oryginalny styl Amerykanina łączący boom-bap ze specyficzną szkołą rapu. Nic w tym dziwnego, skoro do największych swoich inspiracji CW zalicza Earla Sweatshirta, Tylera, the Creatora, MF Dooma, Mos Defa i Andre 3000. W następnych latach artysta wraz ze swoim kolektywem Nü Age Syndicate pracował nad kolejnymi płytami. Od lipca 2013 do czerwca 2015 roku wypuścił on kilka zajmujących projektów, pokazując rosnące umiejętności producenckie i raperskie. „Tin Wooki”, „Space Nobility”, „my girlfriend made me drop this”, „Summer Mirage” oraz 4-częściowa seria „Guru” przyciągnęły liczne zainteresowanie ze strony mediów i odbiorców. Pośród wszystkich tych produkcji zdecydowanie najważniejszą pozostaje pierwsza z nich. Właśnie ten album stanowił prawdziwy przełom w karierze Chestera Watsona.

    Premiera „Tin Wooki” odbyła się na początku stycznia ub.r. Wydawnictwo na tyle przypadło do gustu słuchaczom i rozeszło się na całym świecie, że rok później niemiecki label Radio Juicy pokusił się o wydanie albumu na płytach winylowych. Po tym zabiegu projekt otrzymał drugie życie, tak ważne teraz ze względu na coraz krótsze zainteresowanie ze strony opinii publicznej współczesnymi produkcjami. W czym tkwi klucz do sukcesu płyty sprzed 1,5 roku? Na pozytywny odbiór wydawnictwa złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim Chester Watson charakteryzuje się kapitalnym producenckim stylem. Przedstawiciel Nü Age Syndicate inspiruje się boom-bapem, ale wprowadza do tego wiele świeżych rozwiązań. Wszystkie beaty są drobiazgowo dostosowane do jego flow; w odpowiednich momentach każdy podkład zwalnia, albo umyślnie zostaje rozbudowany. Przy każdym podkładzie CW wraz z pozostałymi beatmakerami pracującymi nad utworami (Damachą, Psymunem, Ace’em, Calebem Crowe’em, Art Vandelayem, Günem Yaprakiem, Josephem the Strangerem, Lumim i Dave’em Sparksem) mocno popracował nad upajającym klimatem, cechą rozpoznawczą każdego nagrania zawartego na „Tin Wooki”. Tak skonstruowane środowisko umożliwiło Chesterowi Watsonowi na pełną ekspresję i ekstrawagancję. Nieprzypadkowo podzielił on cały album na 5 aktów – „The Prophecy”, „Land of the Monsters”, „The Witch and the Forest”, „The Villain’s Creed” i „War” – przypisując poszczególne utwory do pojedynczych scen. Jego głównym założeniem na tym longplayu było utworzenie płyty nawiązującej do filmu i sztuki. Krótkie nagrania oparte o osobliwe beaty przedstawiają wybrane aspekty towarzyszące życiu CW. Trzeba poświęcić trochę czasu, aby w pełni odnaleźć się w takiej scenerii oraz rozwikłać wszystkie gry słowne Watsona, które niekiedy prowadzą do rozmaitych i niekoniecznie oczywistych związków. Inaczej trudno będzie zrozumieć ten materiał i zupełnie pominąć jego piękno.

    Wydawnictwo udostępniono na Bandcampie oraz pozostałych serwisach streamingowych (Spotify i pozostałe). „Tin Wooki” można pobrać w wersji elektronicznej za pośrednictwem BC, a także nabyć na płytach winylowych opublikowanych przez Radio Juicy. Chester Watson wypuścił kilka singli promujących album – „Monotone Samurai”, „Midwest”, „Bog Me Čuva”, „Mammoth”„PicBascassquiato”, „Lair” oraz „Creed”. Do ostatniego z tych nagrań nakręcono także videoclip. Oddzielny obraz powstał do ponad 9-minutowego „Act IV – the Villain’s Creed”. Młody artysta odpowiada za jedno z najświeższych spojrzeń na współczesny boom-bap i wiele wskazuje na to, że wraz z kolejnymi materiałami będzie o nim coraz głośniej.

    Tracklista

    1. Yetti (prod. Damacha)
    2. Picbascassquiato (prod. Psymun)
    3. Chinamen feat. Comme (prod. Psymun)
    4. Ded Hills (prod. Chester Watson)
    5. Film Noir (prod. Ace)
    6. Sir Metal Wig (prod. Caleb Crowe)
    7. Camels and Cranes (prod. Art Vandelay)
    8. The Witches Curse (Instrumental) (prod. Chester Watson)
    9. Sycamore feat. K.Raydio (prod. Chester Watson)
    10. Bog Me Čuva feat. Gün Yaprak (prod. Gün Yaprak)
    11. Sweets (prod. Psymun)
    12. Will Darkness (prod. Joseph the Stranger)
    13. Mute Siren (Instrumental) (prod. Chester Watson)
    14. Lair feat. Chuuwee (prod. Chester Watson)
    15. Casanegra feat. Gabe Nandez (prod. Chester Watson)
    16. Villin feat. Lumi (prod. Chester Watson)
    17. Mammoth feat. Breeze Pachino (prod. Chester Watson)
    18. Creed (prod. Dave Sparks & Camillo Fritanga)
    19. Smoke Veteran (prod. Lumi & Chester Watson)
    20. Fck (prod. Damcha)
    21. Ichikotu (Instrumental) (prod. Art Vandelay & Chester Watson)
    22. Monotone Samurai (prod. Art Vandelay & Chester Watson)
    23. Midwest (Instrumental) (prod. Art Vandelay & Chester Watson)
    24. Execution feat. Dr. Londes (prod. Chester Watson)
  • Druga płyta Windmills – Broken Record

    Druga płyta Windmills – Broken Record

    3–4 minut

    Jednym z największych problemów współczesnej branży muzycznej jest ogrom nowych wydawnictw. Pochodną powyższej problematyki jest też to, że nie tylko przeciętni słuchacze nie potrafią odnaleźć się pośród płyt dostarczanych przez wydawców i artystów, ale także widać to po działalności poszczególnych serwisów muzycznych. Informacje są filtrowane i nie ma możliwości na znalezienie kilku witryn rzetelnie piszących o świeżych wydawnictwach. Regularnie dochodzi do sytuacji, w których wybrani twórcy i ich płyty są promowane i uznawane przez dane strony, recenzentów i odbiorców, a inni zupełnie pomijają ich projekty. Właśnie tak się stało w przypadku drugiej płyty kalifornijskiej formacji Windmills. „Broken Record” zostało przez jednych szalenie docenione, zaś pozostali obeszli ten album szerokim łukiem.

    Kalifornia raz po raz zachwyca swoją różnorodnością. Na rozbudowanej hip hopowej mapie Cali widnieje setki drogowskazów prowadzących do mniej i bardziej znanych artystów. Jeżeli nawet ktokolwiek doskonale kojarzy wielu wykonawców pochodzących stamtąd, to i tak łatwo może być zaskoczony twórcami pokroju Frameworka (Emcee/DJ) i Rex Reya (producent i multiinstrumentalista). Właśnie ten duet odpowiada za działalność formacji Windmills. Historia formacji sięga marca 2010 roku, kiedy to ww. artyści postanowili nagrywać wspólnie muzykę. Obaj wynieśli podobne inspiracje (Black Moon, EPMD, Rakim, ale także Edan i Anti-Pop Consortium – kto jeszcze pamięta o tym zespole?), co miało oczywiście wpływ na uformowanie przez nich podstawowych założeń przy nagrywaniu utworów.

    W tym połączeniu Framework i Rex Rey szybko odnaleźli wspólny język, co przełożyło się na wydanie w marcu 2011 roku debiutanckiej płyty „As Above, So Below”. Kalifornijski duet przygotował szczery i przy tym głęboko zakorzeniony w undergroundowych tradycjach album przebił się na scenie lokalnej, docierając też do odbiorców na całym świecie. Po tym materiale Windmills odłożyło swoje następne nagrania na kolejne 3 lata. Grupa postanowiła dogłębnie przemyśleć schemat drugiego longplaya i dalszy kierunek własnego rozwoju. Jak się okazało, wyszło to duetowi na dobre, ponieważ „Broken Record” stanowi kompletny album, o jakie współcześnie coraz trudniej.

    Longplay zadebiutował na rynku na dwa tygodnie przed ubiegłorocznym Bożym Narodzeniem. Atmosfera towarzysząca końcówce roku na pewno odbiła się na odbiorze płyty Windmills, aczkolwiek trzeba od razu dodać, że wcale grupa nie straciła tak wiele na wydaniu materiału akurat w tym okresie. Wręcz przeciwnie – po głównym singlu zapowiadającym płytę, „Bring Out the Sun”, wybrana nisza słuchaczy oczekiwała na LP w przekonaniu, że to będzie odpowiedniej jakości produkcja. Windmills nie zawiedli odbiorców i w szybkim tempie zachwycili osoby niezaznajomione z „As Above, So Below”. W czym tkwi sekret formacji z Miasta Aniołów? Zderzenie szczerych, osobistych i refleksyjnych tekstów Frameworka popartych doskonałym flow z rozbudowaną warstwą muzyczną dostarczoną przez Rex Reya przyniosło odpowiedni efekt na „Broken Record”. Kiedyś powyższe podstawy nie należałyby do niczego niecodziennego, jednak przy dzisiejszych uwarunkowaniach w branży hip hopowej, Kalifornijczycy wraz z nowym projektem przynieśli mocny świeży powiew na scenie. W ten sposób stworzone LP automatycznie zostało przeznaczone dla słuchaczy poszukujących prawdziwych form rapowych z nutą nostalgii. Jednak w tym przypadku stanowi to zaletę, ponieważ Windmills nie poszukują dróg na skróty, ani nie zamierzają w żadnym stopniu przypodobać się odbiorcom. Duet artystów wsparty kilkoma muzykami, dzięki którym wybrane podkłady rozszerzono o brzmienie tzw. żywych instrumentów, stworzyli (od)ważny i więcej, niż porządny album. Ogromnym atutem „Broken Record” jest to, że każdy pojedynczy utwór wypada zacnie i nie zawodzi. Od instrumentalnego tytułowego nagrania, przez motywacyjne „Get Up”, przez najmocniejszy moment płyty (trzy utwory – „Bring Out the Sun”, „Graffiti in the Night i „Moving On”), aż po zamykające album „Truly Yours”, wszystko tutaj jest niemal perfekcyjnie dobrane. Dzięki takim wydawnictwom hip hop nadal żyje.

    „Broken Record” pojawiło się na Bandcampie i innych powszechnie znanych serwisach streamingowych (Spotify, Deezer, itp.). Windmills opublikowało materiał w wersji cyfrowej i fizycznej (płyty kompaktowe). Framework i Rex Rey promują LP poprzez kilka singli – „Bring Out the Sun”, „Get Up” i „Moving On”. Kalifornijczycy wnieśli dużą jakość wraz ze swoim drugim wydawnictwem i pokazali tym samym, że undergroundowa scena z Cali jest jeszcze bardziej urozmaicona i rozbudowana, niż większości osób wydaje się. Pozycja dedykowana też miłośnikom znamienitej serii „Dark Souls” (tak, samplowanie z soundtracków do gier wideo to też sztuka).

    Tracklista

    1. Broken Record
    2. Regular Handshake
    3. Get Up
    4. Path to Pave
    5. Underground Gem
    6. The Beach When It Rains
    7. Bring Out the Sun
    8. Graffiti in the Night
    9. Moving On
    10. You Know You’re Right
    11. Not All Right
    12. Truly Yours
  • Recenzja LP: Klaus Layer – Restless Adventures

    Recenzja LP: Klaus Layer – Restless Adventures

    4–7 minut

    Redefinition Records | 2015

    Przy panujących warunkach w branży muzycznej coraz trudniej pozyskać prawdziwe zainteresowanie słuchaczy. Wszędzie panuje niesłychana konkurencja i każdy wydawca stara się przekonać odbiorców do głębszego zapoznania się z wypuszczaną przez siebie muzyką. Jednak niewiele oficyn wydawniczych tak naprawdę wyróżnia się pośród innych i niekiedy nie ma znaczenia, czy mamy do czynienia z amerykańską, europejską, azjatycką czy australijską firmą. W związku z tym, wytwórnie pokroju Redefinition Records są na wagę złota. Label założony przez Damu The Fudgemunka i Johna Notarfrancesco od początku kieruje się według motta „jakość ponad ilość”. Każdy materiał wypuszczany przez REDEF jest drobiazgowo przygotowany i wydany we właściwej formie. Nowy rok amerykańska oficyna wydawnicza rozpoczyna od kolejnego projektu niemieckiego producenta, Klausa Layera (aka Captain Crook) – „Restless Adventures”.

    Przed przejściem do dalszej części artykułu, sięgnijmy do historii wytwórni. Początkowo Redefinition Records zajmowało się publikowaniem płyt tylko amerykańskich artystów. W pierwszych latach działalności labelu z siedzibami w New Jersey i Waszyngtonie otrzymaliśmy materiały od Damu The Fudgemunka, K-Defa czy Keva Browna. W 2012 roku REDEF niespodziewanie ogłosiło, że zamierza wydać debiutancki album mało znanego wówczas beatmakera z Niemiec, Klausa Layera. Co prawda na premierę „The Adventures Of Captain Crook” trzeba było zaczekać do września 2013, ale od razu należy zaznaczyć, iż warto było dłużej wypatrywać tego albumu. Instrumentalny longplay olśnił niejedną osobę i wręcz ekspresowo trafił do szerokiego grona odbiorców. Captain Crook zwrócił na siebie uwagę w głównej mierze za sprawą estetyki swoich nagrań i dobierania świeżo brzmiących sampli, zahaczających gdzieniegdzie o psychodeliczne klimaty, co nadawało utworom producenta dodatkowego smaku. Wszystkie jego nagrania posiadały charakterystyczną otoczkę – styl producencki wyróżnia jego pośród innych artystów. Po zapoznaniu się z warsztatem tego artysty łatwo można zapamiętać jego znak rozpoznawczy – perfekcyjny sampling oraz brzmienie perkusji.

    Niemiecki twórca z powodzeniem prezentował własny przepis na współczesną formę boom-bapu, co z jeszcze lepszym skutkiem kontynuował na swoich kolejnych wydawnictwach – „Ist Wie Ein Kreis (It’s Like A Circle)” oraz „For The People Like Us”. Obie płyty – opublikowane odpowiednio w grudniu 2013 i czerwcu 2014 roku – dowiodły jego dużej klasy. Na tych produkcjach jeszcze bardziej widać polot i zmysł w łączeniu przez Klausa Layera melodyjnych sampli z inspiracjami wyniesionymi ze Złotej Ery rapu. Najnowszy projekt niemieckiego artysty – „Restless Adventures” – stanowi kolejny etap w jego rozwoju muzycznym.

    Jak przedstawia się konstrukcja nowego dzieła Captaina Crooka? Schemat styczniowego wydawnictwa nie odbiega od wcześniejszych dokonań tego wykonawcy. Ponownie postawił on na instrumentalny longplay, dający w sumie nieco ponad 30 minut muzyki. Wydawałoby się, że to nic szczególnie oryginalnego i nowatorskiego, ale zupełnie nie o to chodzi Klausowi Layerowi. Przedstawiciel Redefinition Records nadal wciąga odbiorców do swojego boom-bapowego świata upiększonego znakomicie dobranymi samplami – psychodelicznymi, jak i organicznymi – połączonymi z typowym dla niego przygotowaniem perkusji. Najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że posiada on niepodrabiany styl, stanowiący jego znak rozpoznawczy, który może być doskonale kojarzony od położonego na Alasce Anchorage, aż po Auckland na Nowej Zelandii. We współczesnej branży muzycznej ze świecą szukać równie utalentowanych beatmakerów posiadających na tyle charakterystyczne brzmienie, co Niemiec. W jego przypadku to jednak broń obosieczna. Od początku działalności Klaus Layer boryka się z jednym problemem pojawiającym się w jego nagraniach – właśnie z kształtem i sposobem złożenia bębnów. Należy to traktować, jak znak firmowy Niemca, ale na dłuższą metę stale powtarzające się elementy w każdym kolejnym tracku potrafią być męczące. Brakuje tutaj większej otwartości na świeże koncepty, chociaż nie należy tego traktować jako ogromnej wady produkcji u Captaina Crooka, gdyż płynnie i swobodnie odnajduje się w swoim osobistym świecie.

    Przy dłuższym obyciu z „Restless Adventures” można też zauważyć, że ta płyta jest bardziej kontynuacją debiutanckiego LP („The Adventures Of Captain Crook”), aniżeli poprzednich materiałów. Z drugiej strony, nie brakuje na tej płycie eksperymentów. Wydawnictwo naszego zachodniego sąsiada nie wypada zaklasyfikować jako zwykłego beat tape’u, ponieważ już otwierające materiał „Inner Earth Vibe” wykracza daleko poza standardowe ramy produkcji hip hopowej. Klaus Layer pozwolił sobie na większą improwizację i swobodę, tak bardzo widoczną po konstrukcji „Time Out” czy „A Day Vision”. Natomiast singlowe „Another Season” i „Our Hearts” należą do ułożonych i wysublimowanych tracków, podanych w typowej dla tego producenta panierce. Na „Restless Adventures” nie brakuje też nieco nostalgicznych momentów. „Happiness at the Lake” i „Kaleidoscope” ukazują inną stronę artystycznej duszy Klausa Layera, która nieprzerwanie spogląda gdzieś za latami 60. czy 70.tymi. Osoby dobrze zaznajomione z technikami używanymi przez Captain Crooka mogą być z góry przygotowane występowanie danych elementów w poszczególnych utworach na „Restless Adventures”. Jednak tym razem beatmaker potrafi zaskoczyć, znacznie urozmaicając wybrane utwory. W tym akurat pomogła tytułowa niespokojność wymieszana z otwartością umysłu, co świetnie widać w bonusowym „You Don’t Know”. Nowy rozdział muzycznych przygód niemieckiego twórcy znamionuje o jego rozległej wiedzy i rzadkiego talentu do tworzenia wciągających instrumentalnych płyt.

    W czasie, gdy coraz więcej nagrań i pełnych wydawnictw brzmi po prostu tak samo, warto sięgać po projekty takie, jak „Restless Adventures”. Owszem, znajdą się krytycy i malkontenci, którzy stwierdzą, iż praktycznie wszystko już było na poprzednich płytach Klausa Layera i nie sięga on po nic nowatorskiego. W końcu żyjemy w dobie wszelkich muzycznych eksperymentów i należy do tego dostosować się. Jednak nie o to chodzi, aby non stop zmieniać swój styl, szukać nieustannie innych rozwiązań, wiecznie podążać za panującymi w danej chwili trendami i zwyczajnie w świecie wychodzić do ludzi z muzyką, która brzmi płytko i nie wyróżnia się pośród wydawnictw pozostałych artystów. Captain Crook stworzył własnoręcznie świat, w którym on decyduje, jak będą wyglądały jego beaty i klimat produkcji. Co ważniejsze, zamiast ciągłego ewoluowania widać u niego bardziej rewolucję boom-bapowych podstaw z lat 90.tych, a na ten nurt hip hopowy nadal znajdują się chętni odbiorcy. Minusem tutaj pozostaje niemal identyczna podstawa, punkt wypadkowy, z którego wychodzą muzyczne wizje wykonawcy. Nawet, kiedy artysta dalej opiera warsztat o uprzednio znane składowe, nie odstrasza to, zaś dzięki eksperymentom widać u niego skłonność do mierzenia się z nowymi wyzwaniami, a nie pozostawania w tym samym miejscu. W końcu chodzi o sukcesywne definiowanie na nowo swojego stylu. Należy o tym pamiętać za każdym razem, gdy ma się do czynienia z nagraniami Klausa Layera, które również wpisują się w motto Redefinition Records„jakość ponad ilość”.

    Kup: Klaus Layer – „Restless Adventures”

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Inner Earth Vibe
    2. Another Season
    3. Through The Looking Glass
    4. Our Hearts
    5. Time Out
    6. A Day Vision
    7. Happiness at the Lake
    8. Kaleidoscope
    9. Don’t You Care
    10. You Don’t Know (Bonus track)
Translate »