Kategoria: News

  • The Good Fight kolejną płytą Oddiseego

    The Good Fight kolejną płytą Oddiseego

    4–6 minut

    W branży hip hopowej non stop pojawiają się przeróżne podsumowania i zestawienia. Zakładam, że już wielokrotnie trafiliście na publikacje dotyczące najlepszych płyt, raperów, producentów czy wytwórni płytowych. Znaczna część osób zajmuje się również bardziej wnikliwym analizom, w których poruszane są niekiedy ważne tematy. Z drugiej strony nadal brakuje odpowiednio przygotowanych artykułów odnośnie najbardziej liczących się i wpływowych współczesnych artystów silnie związanych z niezależnymi kręgami hip hopowymi, którzy wypłynęli na szersze wody kilka lat temu. Przygotowując pokrótce taką listę należy umieścić na niej choćby Blu, Homeboya Sandmana, Damu The Fudgemunka, Apollo Browna, Ta-ku, 20syla i Oddiseego. Nowy album ostatniego z tych twórców – „The Good Fight” – to klasa sama w sobie.

    Niewielu znajdziemy obecnie artystów hip hopowych cieszących się nieposzlakowaną opinią nie tylko pośród fanów rapu, ale także sympatyków innych gatunków muzycznych. W tym wąskim i elitarnym kręgu należy umieścić Amira Mohameda. Wybitny twórca o sudańskich korzeniach to według niejednej osoby zdecydowany numer 1 wśród niezależnych wykonawców hip hopowych. W tym momencie nie sposób wyobrazić sobie scenę muzyczną bez tej postaci, która mocno wpływa nie tylko na odbiorców, ale również na swoich kompanów po fachu. Mello Music Group niesłychanie wiele zawdzięcza właśnie jemu, gdyż bez wydawnictw Oddiseego MMG nie byłoby uznawane za niewiarygodnie wpływową wytwórnię płytową. Wypada jedynie zadać kluczowe pytanie: czy wszystko to łatwo przyszło bohaterowi dzisiejszej publikacji?

    Jeżeli skupimy się na ostatnich 5 latach, to zapewne większość osób stwierdzi, że Oddiseemu udało się trafić do odpowiedniej niszy we właściwym czasie, a reszta jest już historią. Jeżeli jednak przyjrzymy się całokształtowi jego kariery muzycznej, to okaże się, że prawda jest zgoła inna. Wychowanek regionu DMV długo musiał pracować na to, aby znaleźć się teraz w czołówce niezależnych twórców hip hopowych. Przez długie lata wytrwale nagrywał muzykę na własne konto, często udzielając się przy tym na produkcjach innych wykonawców. Wcale nie było mu łatwo i nawet liczne pochwały ze strony jego współpracowników, w tym legendarnego DJ’a Jazzy Jeffa, nie wystarczały na zdecydowane wybicie się w branży. Pierwsze projekty tego rapera i producenta w jednym – „Instrumental Mixtape Volume 1-2” i „Foot In The Door” – nie przebiły się znacząco w undergroundzie. Po zmianie wydawcy z Halftooth Records na Mello Music Group trudno było oczekiwać rychłej poprawy pozycji Amira Mohameda w środowisku.

    Wraz z kolejnymi materiałami Oddisee niespodziewanie zaczął być wynagradzany i docierał ze swoją twórczością do coraz szerszego grona odbiorców. Opinia publiczna zaczęły doceniać jego wizje muzyczne łączące stare-dobre tradycje hip hopowe ze świeżym spojrzeniem na ten nurt. Po serii wydawnictw z Trek Life’em i instrumentalną kolekcją „Odd Seasons” nadszedł przełomowy moment w jego działalności, który przypadł na dwie płyty – „Rock Creek Park” oraz „People Hear What They See”. Pierwsza płyta pokazała pełną wirtuozerię Oddiseego jako producenta, zaś druga płyta dowiodła temu, że nadal można ze smakiem tworzyć rap przepełniony uczuciami i ważnymi treściami, szczerze opowiadając przy tym o swoim życiu. Po tym już mnóstwo osób wyczekiwało kolejnego projektu amerykańskiego artysty. „The Beauty In All” ugruntowało pozycję twórcy na scenie muzycznej, natomiast dopełnienie tego longplaya w postaci „Tangible Dream” ponownie podkreśliło eklektyzm jego nagrań. Podobnie stało się w przypadku drugiego albumu grupy założonej przez niego – Diamond District. „March On Washington” był udanym follow-upem do kultowego w pewnych kręgach „In The Ruff”, ale trzeba przyznać, iż po tym materiale jeszcze bardziej wzrosły oczekiwania mediów i słuchaczy wobec następnego solowego wydawnictwa obecnego mieszkańca nowojorskiego Brooklynu. Czy Oddisee poradził sobie z tą presją? Wystarczy tylko szybki przegląd utworów zgromadzonych na „The Good Fight”, aby twierdząco odpowiedzieć na powyższe pytanie.

    Oficjalna data premiery longplaya wypadła dzisiaj. Jednak Mello Music Group postanowiło udostępnić pełen album o tydzień wcześniej, niż uprzednio planowano. Prapremiera wydawnictwa jeszcze bardziej zwiększyła zainteresowanie longplayem ze strony mediów i przeciętnych słuchaczy. Wspaniałym osiągnięciem Oddiseego jest właśnie to, że jego muzyka potrafi przyciągać, i co najważniejsze utrzymywać przy sobie, przypadkowych odbiorców, którzy później przekazują dalej informacje o swoich odkryciach. Należy podkreślić też to, że wielu nie zraża się dojrzałością muzyczną członka MMG i wręcz jest wdzięczna za muzykę odstającą od przewidywalnych, wtórnych i przynudzających innych artystach. Dodatkowo naprawdę łatwo można spostrzec nieustanną chęć samodoskonalenia się u Oddiseego. Jego muzyka w dalszym ciągu ewoluuje, nabiera głębszego znaczenia i sprawia coraz większą radość odbiorcom. Wszystko to i wiele więcej znajduje się na „The Good Fight”. Gospodarz albumu doskonale zdawał sobie sprawę, że na jego barkach spoczywa duża odpowiedzialność – w końcu akurat od niego tysiące osób oczekiwało soulfulowego rapu w najlepszej odsłonie. Amir Mohamed wiedział też, że powinien dać słuchaczom jeszcze więcej, niż na poprzednich swoich solowych wydawnictwach. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, iż od początku do końca wiedział on, jak należy osiągnąć każdy poszczególny cel. Wystarczy tylko posłuchać przebojowego „That’s Love”, dającego do myślenia „Contradiction’s Maze” (piękny refren w wykonaniu Maimouny Youseff), szczerego „Book Covers” czy melodycznego i misternie złożonego „First Choice”, aby dobitnie przekonać się o tym wszystkim, a do tego odkryć wiele dodatkowych elementów w twórczości Oddiseego. „The Good Fight” zasługuje bez dwóch zdań na miano natychmiastowego klasyka. Panie i Panowie, macie przed sobą nietuzinkową płytę wyznaczającą kierunek, w jakim powinien podążać współczesny organiczny rap tworzony przez artystów, którzy cały czas pragną rozwijać się.

    Album udostępniono do odsłuchu na Bandcampie, Spotify, Deezerze i pozostałych dobrze znanych serwisach streamingowych. „The Good Fight” trafiło do sprzedaży w postaci cyfrowej i fizycznej (płyty kompaktowe i winylowe). Wydawnictwo promuje seria singlowych nagrań – „That’s Love”, „Counter-Clockwise” i „Belong To The World”. Dodatkowo do drugiego utworu nakręcono klimatyczny videoclip, zaś trzeci można bezpłatnie pobrać za pośrednictwem Bandcampa. Oddisee pokazał wszem i wobec, że należy do ścisłej czołówki współczesnych artystów hip hopowych, a jego najnowsze dzieło to bezsprzecznie szalenie istotne wydarzenie pierwszego półrocza 2015 roku.

    Aktualizacja: Przedstawiciel Mello Music Group wystąpił w serii NPR Music Tiny Desk Concert, prezentując materiał ze swojej najnowszej płyty.

    Tracklista

    1. That’s Love
    2. Want Something Done
    3. Contradiction’s Maze feat. Maimouna Youseff
    4. Counter-Clockwise
    5. First Choice
    6. Belong To The World
    7. A List Of Withouts
    8. Book Covers feat. Nick Hakim
    9. Meant It When I Said It
    10. Fight Delays
    11. What They’ll Say feat. Gary Clarke Jr & Maimouna Youseff
    12. Worse Before Better feat. Tranqill
  • 3:33 wydaje podwójny album Bicameral Brain

    3:33 wydaje podwójny album Bicameral Brain

    3–5 minut

    W niezależnych kręgach hip hopowych wydawców muzycznych można znaleźć bez liku. Brak barier w rozpowszechnianiu wydawnictw i mnóstwo sposobów na dotarcie do słuchaczy powodują, iż każdego tygodnia otrzymujemy nowe produkcje od wytwórni płytowych z niemal całego świata. Jednak taki obraz generuje również ogromną konkurencję w branży, przez co niektóre oficyny wydawnicze mogą czuć się pokrzywdzone, będąc mało docenianymi przez środowisko. Przykładem takiego labelu jest Parallel Thought, Ltd. Firma założona przez formację Parallel Thought sukcesywnie wypuszcza projekty od ponad 7 lat, dbając przy tym o jakość swoich nagrań, ale jednocześnie nie znajdując uznania w oczach wielu odbiorców. Pod koniec października 2013 roku ukazał się kolejny dobry materiał sygnowany logiem tej wytwórni – podwójny album „Bicameral Brain” grupy 3:33.

    Wszyscy producenci, którzy nie ograniczają się do tworzenia jedynie beat tape’ów, mają pełne pole do popisu przy nagrywaniu większych projektów. Niejeden beatmaker usiłuje przekazać poprzez swoje utwory rozmaitą gamę uczuć i zaskoczyć instrumentalnymi opowieściami. W ten krajobraz idealnie wpasowują się członkowie niebywale enigmatycznej grupy 3:33. W mediach trudno doszukać się obszernych informacji dotyczących amerykańskiej formacji, głównie z tego względu, iż nawet przy kolejnych wydawnictwach zespół praktycznie nie podaje żadnych szczegółów o swojej działalności. Należy również zapomnieć o jakichkolwiek wywiadach czy nawet stronach internetowych zawierających aktualności odnośnie tego kolektywu. W ich przypadku wszystko zawęża się do informacji prasowych towarzyszących poszczególnym płytom 3:33 oraz odgrywającej szalenie istotne znaczenie interpretacji każdego dzieła formacji.

    Działalność wydawnicza zespołu rozpoczęła się w 2011 roku. Od początku grupa jest związana z oficyną wydawniczą Parallel Thought LTD., przez co mnóstwo osób uważa, że grupa producencka jest alternatywnym wcieleniem założycieli labelu, Parallel Thought. Jednak tutaj mamy do czynienia z zupełnie innymi twórcami i poglądami na muzykę. Już od pierwszych projektów – „333EP​-​1”, „The First Thousand Days” oraz „Live From The Grove” – każdy słuchacz posiada całkowitą pewność, że brzmienie nagrań 3:33 jest inne od pozostałych formacji. Enigmatyczni wykonawcy są mistrzami w tworzeniu niepokojących i niesamowicie klimatycznych kompozycji opierających się o celowe przesterowanie dźwięku. Muzyka amerykańskiego zespołu przypomina elementy wyjęte z innego wymiaru połączone z rytmami dudniącymi przy rytualnych obrzędach nieodkrytej jeszcze cywilizacji. Właśnie tak pokrótce można podsumować wydane w 2012 roku doskonałe „In The Middle Of Infinity”. Po tym albumie przyszła kolej na dalszą część osobliwych instrumentalnych historii pod batutą 3:33, które tym razem przyniosły rozbudowany materiał „Bicameral Brain”.

    Nowa produkcja tego zespołu ukazała się równo rok po wydaniu „In The Middle Of Infinity”. Podobnie, jak przy poprzednich wydawnictwach, również i ten album trafił do obiegu w okolicach Halloween. Wybór takiej daty premiery jest nieprzypadkowy, ponieważ muzyka 3:33 kapitalnie pasuje na jesienny okres, a znajdą się i tacy, którzy stwierdzą, że ich nagrania powinny służyć jako tło do wywoływania duchów i przy próbach nawiązywania kontaktu z zaświatami. Czy podobnie sprawy przedstawiają się w przypadku ostatniego longplaya formacji? Odpowiedź na te pytanie jest twierdząca. Amerykańska grupa kontynuuje na „Bicameral Brain” większość swoich oryginalnych pomysłów z wcześniejszych wydawnictw, aczkolwiek nie poprzestaje tylko na tym. Poprzednim razem zespół wprowadził słuchaczy do mrocznego i pełnego zagadek świata zawieszonego gdzieś pośrodku nieskończoności. Z kolei na podwójnym albumie sprzed 1,5 roku 3:33 wchodzi do umysłów każdego z odbiorców, tkając zwodniczą nić nieprzystępnych dźwięków. Wydawałoby się, że niewielu będzie takich, którzy zdecydują się na rozwikłanie tajemnic kryjących się za rozdwojonymi jaźniami i dwuczęściowymi schematami utworów. W trakcie zapoznawania się z długą opowieścią grupy producenckiej należy uważnie wyłapywać momenty kulminacyjne pokroju „BB-10”. Jednak to tylko jeden z licznych sekretów ukrytych na dnie „Bicameral Brain”, co należy mieć na uwadze obcując z tą płytą.

    Podwójny album 3:33 opublikowano na Bandcampie; materiał dostępny do odsłuchu również za pośrednictwem Spotify, Deezera i serwisów pokrewnych. Wydawnictwo można nabyć w wersji elektronicznej i fizycznej. Płyty kompaktowe wydano w formie tzw. mini LP cardboard gatefold. „Bicameral Brain” to kolejny materiał w karierze muzycznej tej grupy, wymagający od słuchaczy dużego skupienia. Amerykańska grupa producencka nie tworzy muzyki łatwej, miłej i przyjemnej, wpadającej do ucha już za pierwszym razem. Zamiast tego enigmatyczni artyści kreślą skomplikowany i pełen pułapek świat. Trzeba mieć nie lada odwagę, aby zmierzyć się z nim. Jednak mogę zapewnić, iż po dłuższym obcowaniu z dźwiękami 3:33 można dobrze odnaleźć się w tym środowisku i docenić warsztat tej formacji.

    W lutym br. otrzymaliśmy kolejną produkcję od tej zagadkowej grupy producenckiej. Przed blisko trzema miesiącami trafił do obiegu projekt „White Room” stanowiący pomost pomiędzy dotychczasowymi wydawnictwami 3:33, a ich kolejnymi wizjami muzycznymi. Materiał dostępny w sprzedaży na kasetach.

    Tracklista

    „Bicameral Brain” Disc 1

    1. BB-1
    2. BB-2
    3. BB-3
    4. BB-4
    5. BB-5
    6. BB-6
    7. BB-7
    8. BB-8
    9. BB-9
    10. BB-10
    11. BB-11

    „Bicameral Brain” Disc 2

    1. BB2-1
    2. BB2-2
    3. BB2-3
    4. BB2-4
    5. BB2-5
    6. BB2-6
    7. BB2-7
    8. BB2-8
    9. BB2-9
    10. BB2-10
    11. BB2-11
    12. BB2-12
    13. BB2-13
    14. BB2-14
  • Lewis Parker i Eastkoast wydają MK Ultra (Operation Hypnosis)

    Lewis Parker i Eastkoast wydają MK Ultra (Operation Hypnosis)

    3–5 minut

    Powróćmy na trochę do pierwszego kwartału roku. Pomimo tego iż przeważnie ten okres mnóstwo wytwórni płytowych i artystów stara się po prostu przezimować oczekując lepszych czasów wydawniczych (czytaj: wiosny), to i tak otrzymaliśmy pokaźną liczbę godnych odnotowania projektów. W tym czasie nowe wydawnictwa wypuściło wielu liczących się twórców. Kendrick Lamar, Sadat X, Klaus Layer, Ghostface Killah & BadBadNotGood, Ghostpoet, Marcus D, Figub Brazlevic, Malik B. & Mr. Green, Cannibal Ox, Hezekiah, Tuxedo (Jake One & Mayer Hawthorne), Shuko i inni wykonawcy opublikowali świeże produkcje. W gronie tegorocznych płyt godnych polecenia znajduje się też wspólny materiał Lewisa Parkera i Eastkoasta. Brytyjczyk i Amerykanin nagrali wspólnymi siłami „MK Ultra (Operation Hypnosis)” – stricte boom-bapowe LP.

    Kolejny raz mamy do czynienia z płytą zrealizowaną przez dobrze kojarzonego artystę i słabo znanego twórcę. Z brytyjsko-amerykańskiego duetu zdecydowanie bardziej utytułowanym wykonawcą jest Lewis Parker. Raper i producent w jednym to już legendarna postać na Wyspach Brytyjskich, a przy tym osoba ciesząca się szacunkiem w innych krajach europejskich i po drugiej stronie Atlantyku. W przeciągu 20-letniej kariery muzycznej wypuścił on mnóstwo wartościowych materiałów. Wszystko zaczęło się od wydanego w 1998 roku longplaya „Masquerades & Silhouettes (The Ancients Series One)”. W dalszej kolejności LP opublikował w 2002 roku „It’s All Happening Now (The Ancients Series Three)”, do którego następnie dołożył „Put A Beat To A Rhime” i „Home Grown Hip Hop”. W 2010 roku trafił do sprzedaży jego wspólny album nagrany z nowojorskim twórcą, Johnem Robinsonem. „International Summers”. Po tym projekcie Lewis Parker wydał dwie części solowego przedsięwzięcia – „The Puzzle: Episode One – The Big Game” oraz „The Puzzle: Episode 2 – The Glass Ceiling”. Oprócz tego Brytyjczyk zrealizował także wiele pomniejszych projektów. Wypada też nadmienić, że cały czas współpracuje on z szeregiem artystów i pozostaje wierny starej szkole rapu.

    Eastkoast w porównaniu do swojego kompana po fachu nie może pochwalić się równie rozbudowaną dyskografią. Pomimo tego iż wychowanek nowojorskiego Harlemu od lat przewija się w undergroundzie, to na jego koncie widniała do tego roku jedna płyta. W 2013 roku nakładem Blunted Astronaut Records ujrzała światło dzienne dwunastka „Ghost”, którą wyprodukował w całości Icerocks z DXA. Ponad pięć lat temu Emcee obdarzony charakterystycznym, lekko chropowatym flow, nawiązał współpracę z Lewisem Parkerem. Amerykanin wystąpił gościnnie na kilku produkcjach Brytyjczyka – „International Summers”, „The Unseen Trap” i „The Puzzle: Episode 2 – The Glass Ceiling”. Po tych udanych kolaboracjach obaj artyści postanowili stworzyć wspólny album. „MK Ultra (Operation Hypnosis)” okazuje się dobrym połączeniem stylów wykonawców zakorzenionych w latach 90.tych.

    Zanim przejdziemy do szczegółów albumu, to należy zwrócić uwagę na nieprzypadkowy tytuł LP. Tytuł „MK Ultra (Operation Hypnosis)” odnosi się do tajnego projektu agencji CIA prowadzonego od lat 50.tych XX wieku pod tą samą nazwą, który zajmował się szeregiem eksperymentów na ludziach poddawanych działaniom narkotyków (m.in. LSD). W ten sposób Amerykanie próbowali znaleźć rozwiązanie na kontrolowanie ludzkiego umysłu i wpływaniu na ich zachowanie. Wypada więc zadać pytanie: jak brytyjsko-amerykański przełożył ten niesławny projekt na swoją płytę? Powyższe odwołania można rozumieć różnie.

    Przede wszystkim przez cały czas trwania longplaya pojawiają się odniesienia do panującego systemu i poziomowi muzyki serwowanej przez mass media, aczkolwiek Lewis Parker i Eastkoast są dalecy od upolityczniania swojego materiału. Bardziej starają się oni pokazać słuchaczom, że w dzisiejszych czasach nadal pozostaje miejsce na korzennie brzmiący rap, czego nie dopuszcza do świadomości wiele, wiele osób.  Duet wykonawców postanowił zahipnotyzować odbiorców na „MK Ultra (Operation Hypnosis)” i wciągnąć ich do własnego świata rządzonego przez boom-bap. Słowa uznania należą się tutaj brytyjskiego artyście, który zapewnił swojemu amerykańskiego partnerowi muzycznemu doskonałe środowisko oparte o mocne uderzenia perkusji i jazzowe sample. Eastkoast mocno skorzystał na wypieszczonych beatach Lewisa Parkera i od razu można odczuć, że w takiej scenerii czuje się, jak ryba w wodzie. Jako dowody na powyższe stwierdzenie można przytoczyć kilka koronnych utworów pochodzących z albumu – „All or Nothing”, „Bank Robbery”, „LA to New York” i zamykające płytę „Prophesy”. Również zaproszeni na LP goście – El De Sensei, Shabaam Sahdeeq, John Robinson, Ade Something, King Malachi oraz Sam Hill – wnoszą sporo kolorytu i dokładają swoje cegiełki do poszczególnych nagrań. Produkt końcowy nie jest przeznaczony tylko dojrzałym słuchaczom wracających z nutką nostalgii do lat 90.tych, ale także tym młodszym, którzy nie boją się stykać z rapem w wydaniu doświadczonych artystów.

    „MK Ultra (Operation Hypnosis)” znajdziecie na Bandcampie i innych serwisach streamingowych. Premiery poszczególnych wersji płyty zostały rozłożone w czasie. Najpierw pojawiło się w obiegu elektroniczne wydanie materiału, zaś po pewnym czasie KingUnderground Records opublikowało album na płytach kompaktowych i woskach. Ponadto do sprzedaży trafiło instrumentalne wydanie materiału. Wydawnictwo promują trzy single – „All or Nothing”, „Bank Robbery” oraz „Superior MC’s”. Do pierwszego nagrania zrealizowano również teledysk. Lewis Parker i Eastkoast stworzyli przedni projekt, będący miejscami wybitnym dziełem. W takim wykonaniu boom-bap wypada niemal perfekcyjnie.

    Tracklista

    1. Intro
    2. All or Nothing
    3. Hustlin Junkie feat. John Robinson & King Malachi
    4. Bank Robbery
    5. Superior MC’s feat. El Da Sensei & Shabaam Sahdeeq
    6. Eyes of God feat. Sam Hill
    7. LA to New York feat. John Robinson & Lewis Parker
    8. Mentally Stuck
    9. MK Ultra feat. Ade Something
    10. Prophesy
  • ChillxWill z boom-bapowym projektem Almighty

    ChillxWill z boom-bapowym projektem Almighty

    3–4 minut

    Ponad 4 miesiące temu Propo’88 z holenderskiego crew Da Shogunz rozpoczął serię miksów dedykowanych współczesnym artystom wiernym korzeniom hip hopowym. „Contemporary BoomBap” to jedno z bardziej odkrywczych i ciekawszych przedsięwzięć ostatniego czasu. Do tej pory ukazały się 4 odsłony projekty, które zawierały nagrania szeregu twórców z całego świata. Inicjator całego wydawnictwa jest bardzo otwarty i nie ogranicza się do określonych wykonawców, ponieważ główne kryterium przy dobieraniu tracklist opiera się o jakość nagrań. Dzięki temu otrzymaliśmy od Propo’88 rzetelny i odpowiednio skonstruowany przegląd dzisiejszego boom-bapu. Jednym z artystów, którego utwory pojawiły się na „Contemporary BoomBap” jest ChillxWill. Szerzej nieznany Emcee wydał ostatnio znakomite „Almighty” LP.

    Większość artystów podaje w sieci dokładne życiorysy, dzięki czemu bezproblemowo i szybko można zasięgnąć istotnych informacji na temat działalności poszczególnych postaci. Zupełnym przeciwieństwem do nich są osoby, o których nie jest tak łatwo dowiedzieć się czegokolwiek i trzeba nie lada zachodu, aby odkryć ich tożsamość. Właśnie w tej drugiej niszy znajduje się ChillxWill. Zacznijmy od tego, że najważniejszą informacją podawaną przez niego jest to, że w żaden sposób nie należy utożsamiać jego z raperem o podobnym pseudonimie, Chill Willem. Następnie można dowiedzieć się, iż pochodzi on z położonej w stanie Waszyngton Tacomy i należy do lokalnego crew BKR$CLB (WhatInTheBakery). Oprócz bohatera dzisiejszej publikacji do tego kolektywu należą Raz Fresco, The 6th Letter, BriskInTheHouse oraz Lo Thraxx.

    Właśnie przy silnym wsparciu swoich przyjaciół w latach 2011-12 ukazały się premierowe mixtape’y ChillxWilla„Cold Chillin 2” oraz „The Popcorn Tape & No Hookz”. Oba wydawnictwa trafiły do wąskiego grona odbiorców, ale to wystarczyło do zainteresowania osobą młodego rapera ze strony wytwórni płytowej Ill Adrenaline Records. Przy wydatnej pomocy tego labelu amerykański Emcee nagrał najważniejszy projekt w swojej dotychczasowej karierze, „Almighty”. Wydawnictwo sprzed kilku miesięcy to boom-bap pełną gebą.

    Longplay krąży po sieci już końca października ub.r., aczkolwiek dopiero od premiery wersji fizycznej, która nastąpiła na początku lutego, zrobiło się głośniej o tym materiale. Wydaniem płyty zajęło się ww. Ill Adrenaline Records, czyli jedna z lepszych współczesnych oficyn wydawniczych skupiających się na wypuszczaniu korzennie brzmiącego rapu. Jak przedstawia się boom-bap w wydaniu ChillxWilla? Ano naprawdę wyśmienicie. Raper młodego pokolenia legitymuje się wyrobionym flow i wyróżnia się na tle innych adeptów klasycznego rapu. W dodatku nie widać po nim większych braków w hip hopowym rzemiośle, a jego pewność siebie wyraźniej widać wraz z każdym kolejnym utworem. „Almighty” to nic innego, jak undergroundowy rap podany z gustem i dbałością o szczegóły. Po zapoznaniu się z całością można wyłapać inspiracje East Coastem z lat 90.tych lecz pomiędzy nimi widać liczne autorskie pierwiastki i rozwiązania, co czyni ten projekt czymś więcej, aniżeli kalką płyt sprzed lat. ChillxWill skorzystał również z soczystych beatów przygotowanych przez Mista Izma (utalentowany beatmaker), Figuba Brazlevica, Wireza, MPadrum’sa, Jerome’a Cobaina i HUS-a. „Warning”, „Nickel Plated”, „Pickin’ Pockets” z P. Blackkiem, „911”BriskInTheHouse’em i „1-800-Fuck-Outtahere” to najbardziej reprezentatywne utwory dla tej płyty.s

    „Almighty” znajdziecie na Soundcloudzie, YouTube i pozostałych serwisach streamingowych. Album można nabyć w postaci cyfrowej i fizycznej. Za wydanie płyt kompaktowych i kaset odpowiada Ill Adrenaline Records, zaś publikacją winyli zajęło się Chopped Herring Records (nakład wyczerpany). Longplay promują następujące single – „911” (także w remiksie HUS-a) i „Warning (MPadrum’$ Remix)”. Do obu utworów nakręcono przy okazji videoclipy. ChillxWill świetnie wprowadził się do undergroundu. Niejedna osoba wiele obiecuje sobie po jego następnych produkcjach.

    Tracklista

    1. Tape Deck
    2. Warning (prod. Mista Izm)
    3. Home Grown (prod. Mista Izm)
    4. Cents Dae Wun (prod. Mista Izm)
    5. Nickel Plated (prod. Mista Izm)
    6. Pickin’ Pockets feat. P. Blackk (prod. Figub Brazlevic)
    7. F.A.N.z feat. The 6th Letter (prod. Wirez)
    8. 1-800-Fuck-Outtahere (prod. Mista Izm)
    9. Bitch (prod. Wirez)
    10. 911 feat. BriskInTheHouse (prod. Figub Brazlevic)
    11. Warning (MPadrum’$ Remix) (prod. (MPadrum’s)
    12. The End… (Outro) (prod. Wirez)
    13. Chill Grimey feat. Raz Fresco (Bonus Track) (prod. Raz Fresco)
    14. Dead Fish (Bonus Track) (prod. Jerome Cobain)
    15. Ice Water Metallic (Bonus Track) (prod. Jerome Cobain)
    16. 911 (Platoon Remix) (Hidden Track) (prod. HUS)
  • Yoshi Blessed wydaje album Pluged

    Yoshi Blessed wydaje album Pluged

    3–4 minut

    Japońscy artyści są kojarzeni z muzyką hip hopową stojącą na co najmniej porządnym poziomie. Od lat 90.tych regularnie twórcy pochodzący z Azji Południowo-Wschodniej dostarczają wartościowych płyt, współpracując przy tym z wykonawcami z innych kontynentów. Przeważnie postaci rodem z Nippon są utożsamiane z brzmieniem przypisywanym do jednego z trzech wybitnych muzyków z tego kraju – DJ’a Krusha, DJ’a Hondy i Nujabesa. Trudno się z tym nie zgodzić – większość pozostałych japońskich wykonawców inspiruje się przynajmniej po części twórczością ww. osób. Jednak warto też spojrzeć szerzej na Japonię, ponieważ kryją się tam producenci starający się pokazać szerszemu ogółowi nagrania związane z zupełnie inną stroną hip hopu. Yoshi Blessed stanowi tutaj odpowiedni przykład takiego artysty, gdyż jego płyta „Pluged”, to ukłon w stronę organicznego rapu.

    Przy twórczości niemal każdego azjatyckiego wykonawcy wiecznie pojawia się ten sam problem. Ze względu na zupełnie inne kanały promocyjne i kształt tamtejszej sceny muzycznej trudno zasięgnąć obszernych informacji dotyczących poszczególnych wykonawców z tego rejonu świata. Podobnie sprawy wyglądają w przypadku bohatera niniejszego artykułu, aczkolwiek nie kryje się on aż tak za podwójną gardą, jak niektórzy jego rodacy. Większą otwartość można przypisać Yoshiemu Blessedowi dzięki temu, że współpracuje on z artystami z innych kontynentów, starając się przy tym zainteresować swoimi nagraniami odbiorców spoza Azji Południowo-Wschodniej.

    Japończyk zaczął na poważnie zajmować się nagrywaniem muzyki dekadę temu. Od początku postawił on na niezależność, skupiając cały zakres swojej działalności w ramach labelu Yoshi Blessed Music. Mieszkaniec Osaki sprawdza się w przemyśle fonograficznym od kilku stron – występuje on jako producent, raper, inżynier studyjny i autor remiksów. W każdym tym aspekcie radzi on sobie co najmniej przyzwoicie, o czym można było przekonać się na wydanym w 2009 roku albumie „Second Season”. Określany przez niektórych jako prekursor japońskiego gospel hip hopu postarał się o dystrybucję materiału także na Amerykę Północną. Okazało się to odpowiednim rozwiązaniem, także ze względu na listę osób, które przyłożyły się do powstania płyty – w końcu Braille, Othello (Ozay Moore), Speech, Elijah, S1, Tony Stone czy M-Phazes to nie są przypadkowe postaci w branży hip hopowej. Po wydaniu tego projektu Yoshi Blessed ograniczył się do aktywności na japońskiej scenie hip hopowej, przy okazji powoli realizując materiał na kolejny longplay. Po 5 latach od wydania premierowego LP japoński artysta wypuścił drugi pełny album – „Pluged”.

    Zapowiedź płyty pojawiła się ponad pół roku temu w sieci. Kilka tygodni po opublikowaniu przedsmaku LP japoński twórca opublikował pełne wydawnictwo. Zarys całej płyty został oparty o relacje międzyludzkie i następstwa tragicznego w skutkach trzęsienia ziemi u wybrzeży Honsiu z marca 2011 roku. Wypada tutaj nadmienić, że twórca angażuje się w losy lokalnej społeczności i nadal wspiera osoby dotknięte tym kataklizmem sprzed 4 lat. Yoshi Blessed wyznaje zasadę, według której wszyscy ludzie są połączeni ze sobą przez sieć zależności. Ważnym elementem całości może być tutaj również muzyka, dodając otuchy ludziom w trudnych chwilach i towarzyszących im przez długi okres w życiu. W związku z tym przesłanie „Pluged” jest jak najbardziej pozytywne. Organiczna warstwa muzyczna rozbrzmiewa od pierwszych sekund „Intra” aż po „Brand New Way (Outro)”. Po nawet pobieżnym zapoznaniu się z projektem rzuca się w oczy uszy jedno. Autor wydawnictwa sprzed 5 miesięcy posiada obszerną wiedzę, umiejętnie korzysta z dorobku innych artystów i stara się przy tym wnieść w swoje nagrania własne pomysły. Ciepłe brzmienie albumu przywodzi na myśl amerykański underground z połowy ubiegłej dekady. Całość produkcji uzupełniają goście – The Procussions, Theory Hazit i Othello ze Stanów Zjednoczonych, 20syl z Francji i YDG z Korei Południowej. Wszystko to przekłada się na longplay dedykowany przede wszystkim miłośnikom soulfulowego hip hopu.

    Album udostępniono do odsłuchu na Bandcampie. Za pośrednictwem tego serwisu można również nabyć elektroniczną, jak i fizyczną wersję „Pluged” (projekt ukazał się na kompaktach i winylach). Yoshi Blessed odpowiada za jedną z lepszych płyt ostatnich miesięcy. Przy okazji japoński artysta wydał materiał, który zdecydowanie bardziej powinien być eksplorowany na łamach stron muzycznych. Oby przy następnych jego wydawnictwach znacznie poprawiło się w tej kwestii, gdyż on jak najbardziej zasługuje na to.

    Tracklista

    1. Intro
    2. Plug It In feat. Theory Hazit
    3. Is The Phrase
    4. Hybrid Story feat. The Procussions
    5. Upright
    6. Online feat. Othello
    7. Pointless
    8. Touch Your Tears feat. YDG
    9. Parallel
    10. Little Closer (prod. 20syl of Hocus Pocus)
    11. Stay With You
    12. Brand New Way (Outro)
  • Jake One i Mayer Hawthorne z projektem pod nazwą Tuxedo

    Jake One i Mayer Hawthorne z projektem pod nazwą Tuxedo

    4–6 minut

    W tej chwili na każdym kroku mamy do czynienia z próbami znalezienia nowych środków wyrazu we współczesnej muzyce. Na ogół takie starania doprowadzają do powstania sezonowych zjawisk, które potrafią ni z tego, ni z owego zdobyć ogromną popularność na świecie, po czym rozpadają się niczym domek z kart. Owszem, pewni wykonawcy, czasem też wytwórnie płytowe, potrafią nadać formom muzycznym nową tożsamość, wykazując się przy tym właściwą wiedzą oraz pewnością w tym, co tworzą. Wszystko to jest momentami mocno niepewne i zamiast zaprzątać sobie głowę niedopracowanymi hybrydami, warto przynajmniej raz na pewien czas wrócić do brzmienia sprzed lat. W tym miesiącu głównymi postaciami inspirującymi do powrotu do przeszłości są Mayer Hawthorne i Jake One. Wydany przez nich wspólny album „Tuxedo” to prawdziwa uczta dla fanów funku w odświeżonej wersji.

    Obaj artyści odpowiedzialni za niniejsze przedsięwzięcie, to doskonale znane postaci na scenie muzycznej. Zarówno Mayer Hawthorne, jak i Jake One znaczą dużo w branży, choć trzeba przyznać, że więcej mówi się o tym pierwszym twórcy. Multiinstrumentalista pochodzący z Michigan już nie raz zachwycał swoimi nagraniami rzesze osób. W początkowych latach jego działalności niewiele na to wskazywało, ot MH należał do undergroundowego kolektywu Athletic Mic League i niewielu dawało jemu szanse na szerszy rozgłos. Sprawy diametralnie zmieniły bieg po podpisaniu kontraktu płytowego przez niego ze Stones Throw Records. Debiutancki album Mayera Hawthorne’a, „A Strange Arrangement”, który był poprzedzony kilkoma głośnymi singlami (m.in. „Just Ain’t Gonna Work Out”) otworzył mu drzwi do dalszej kariery. Po tym wydawnictwie ukazały się jeszcze jego dwa longplaye – „How Do You Do” (2011) oraz „Where Does This Door Go” (2013), czyniąc z niego czołowego współczesnego artystę opierającego brzmienie na funku, soulu, disco, hip hopie i nurtach pokrewnych.

    Jak już ww. Jake One również może pochwalić się kilkoma znaczącymi osiągnięciami w branży fonograficznej.Beatmaker wywodzący się z Seattle przez długie lata zajmował się głównie produkcją utworów dla niezależnych twórców, dorzucając niejako na boku kolaboracje z mainstreamowymi artystami. Co istotne, pomimo takiej rozbieżności w swojej działalności, Jacob Dutton nigdy nie stracił w oczach fanów. Wręcz przeciwnie, niemal od zawsze był on poważany za wszechstronność i umiejętne dopasowywanie się pod konkretnych raperów czy wokalistów. Po dekadzie spędzonej na produkcji utworów dla innych, w 2008 roku ukazał się premierowy projekt Jake One’a, „White Van Music”. Płyta wydana nakładem Rhymesayers Entertainment cieszyła się dużym powodzeniem w niezależnych kręgach hip hopowych. W dalszym okresie producent wypuścił doskonały wspólny longplay z Freewayem, „The Stimulus Package”. W ostatnich latach ponownie skupił się on na dostarczaniu podkładów dla innych (The Game, Brother Ali, Wale, Drake, Pusha T, J. Cole i pozostali korzystali z jego beatów). Oprócz tego, bez zbędnego rozgłosu, Jake One realizował właśnie z Mayerem Hawthorne’em muzykę utrzymaną w zupełnie innym klimacie. Tuxedo w założeniu miało być kapsułą czasu przenoszącą odbiorców kilka dekad wstecz i przypominającą o czasach, w którym królowało disco i funk.

    Przez długi okres nikt nie miał pewności czy w ogóle są jakiekolwiek szanse na to, aby amerykański duet wypuścił pełny materiał. Pierwsze single duet wypuścił jeszcze w 2013 roku, ale wtedy nikt nie wspominał o wydaniu przez nich pełnego albumu. Ponadto w kuluarach przewijały się informacje mówiące o tym, iż amerykańscy wykonawcy mają luźne podejście do tego projektu i nagrywają wspólne utworu od wielu lat lecz nie mają względem ich większych planów. Wszystkie te domysły i spekulacje ucichły po tym, jak pod koniec ub.r. Stones Throw Records ujawniło, że zamierza wydać debiutancką płytę Tuxedo. Po tej informacji stało się jasne, że ten projekt będzie jednym z najważniejszych wydawnictw następnych miesięcy. Stało się nie inaczej – „Tuxedo” to jeden z najgłośniejszych i najważniejszych debiutów tego roku. Dlaczego tak wiele osób ostrzyło sobie zęby na ten longplay? Ano dlatego, gdyż Jake One i Mayer Hawthorne postawili przywrócić ducha nagrań Chic, Shalamar i wielu innych artystów związanych z disco i funkiem z lat 70. i 80.tych. Wydawałoby się, że w dobie elektronicznych wymysłów artystów i poszukiwania za wszelką cenę nowych środków ekspresji, nie ma szansy to się udać. Jednak stało się zupełnie co innego – „Tuxedo” chwyciło niemal z miejsca. Media i słuchacze docenili oryginalny pomysł na utwory, niewiarygodny wręcz klimat nagrań oraz rozległą wiedzę muzyczną duetu, bez której nie byłoby możliwe powstanie całego LP. Dzięki Tuxedo można przenieść się w czasie i rozkoszować się tak świetnym, aczkolwiek zapomnianym obecnie brzmieniem. Nie zapomnijcie tez o jednym – dzięki tej płycie można spędzić długie chwile na parkiecie. W końcu utwory pokroju „Number One”, „Do It”, „So Good” czy „Watch The Dance” aż się proszą o to, aby pokazać swoje umiejętności taneczne.

    „Tuxedo” można odsłuchać za pośrednictwem Spotify, Deezera i pozostałych serwisów streamingowych. Album trafił do sprzedaży w postaci cyfrowej i fizycznej (płyty kompaktowe i winylowe). Jake One i Mayer Hawthorne promują wydawnictwo za pośrednictwem sporej dawki singlowych nagrań – „Do It”, „Number One”, „So Good”, „Get U Home” i „The Right Time”. Do trzech pierwszych utworów powstały również przyjemne dla oka videoclipy. Na Soundcloudzie znajdziecie też serię miksów duetu stanowiących część kampanii marketingowej LP. Przykład Tuxedo dobitnie pokazuje, że w dzisiejszej branży muzycznej nadal jest miejsce dla twórców sięgających po stare przepisy na tworzenie płyt, inspirujących się gatunkami wykształconymi wiele dekad temu. Najważniejsze jest jeszcze jedno – opinia publiczna szybko przekonała się do twórczości duetu związanego ze Stones Throw Records, co pokazuje, że wcale nie wszyscy pędzą za nowo powstałymi fuzjami brzmień. Na koniec najważniejsza wiadomość – Tuxedo planuje kontynuację pierwszej płyty, co już skrzętnie odnotowano w branży.

    Tracklista

    1. Lost Lover
    2. R U Ready
    3. Watch The Dance
    4. So Good
    5. Two Wrongs
    6. Tuxedo Groove
    7. I Got U
    8. The Right Time
    9. Roll Along
    10. Get U Home
    11. Do It
    12. Number One
  • Kenn Starr powraca z płytą Square One

    Kenn Starr powraca z płytą Square One

    3–5 minut

    Przy dogłębnej znajomości amerykańskiej sceny hip hopowej bezproblemowo można wymienić przedstawicieli rapu przypisanych do różnych regionów tego kraju. Odrzucając na bok najbardziej znane aglomeracje i stany (NYC, Kalifornia, Detroit, Chicago, Atlanta), warto skupić się na mniej medialnych częściach USA. Od lat istotną rolę w undergroundzie odgrywają reprezentanci DMV. Teren łączący Washington, D.C., Maryland i Virginię obfituje w wielu utalentowanych i ważnych artystów. Oddisee, Damu The Fudgemunk, Supastition, Kaimbr, yU, Kev Brown, Sean Born, Roddy Rod, Substantial i inni stanowią o sile tej części Stanów Zjednoczonych. Z większością ww. artystów od dawna jest związany Kenn Starr. Po ponad 8-letniej przerwie raper z DMV wydał w końcu drugi album, „Square One”, który trafił do sprzedaży w ostatnim tygodniu stycznia.

    Wracając pamięcią do niezależnych twórców rapowych, którzy wydawali pierwsze materiały 7-10 lat temu, będziemy mogli wymienić długą listę artystów. Wiele osób wróżyło świetlaną przyszłość właśnie Kennowi Starrowi. Debiutancki album amerykańskiego rapera z drugiej połowy 2006 roku – „Starr Status” – spotkał się z pochlebnymi recenzjami i opiniami. Emcee pracował 5 lat na tę płytę. Produkcja wypuszczona nakładem Halftooth Records (zapomniany label, który swego czasu mógł mocno namieszać w undergroundzie) wypadłą zadowalająco, do czego przyczynili się wszyscy beatmakerzy współpracujący z gospodarzem LP (Kev Brown, Oddisee, Illmind, Khrysis i Roddy Rod). Longplay poprzedziło kilka singli („Against the Grain”, „Waitin’ on You”, „Back at it Again” oraz „If”), co również swoja rolę w sukcesie odniesionym przez projekt. Wydawało się wtedy, że Kenn Starr wkrótce dołączy do czołówki niezależnych raperów lecz stało się zupełnie inaczej.

    W następnych latach Emcee ograniczył się do wypuszczenia jednego mixtape’u i współpracy z innymi twórcami. Jego fani liczyli na znacznie więcej, niż „It’s Still Real​.​.​.”, które nie zrobiło większego zamieszania na scenie hip hopowej. Co prawda Kenn Starr właściwie wywiązywał się ze swoich obowiązków na wydawnictwach Silent Knighta, Marco Polo, Muneshine’a, Keva Browna, Apollo Browna czy Asheru, ale to było stanowczo za mało. W temacie nowego albumu wykonawcy drgnęło dopiero po rozpoczęciu kolaboracji z Mello Music Group w 2010 roku. Jednak na pojawienie się w obiegu „Square One” trzeba było zaczekać aż do początku tego roku.

    Od pierwszych zapowiedzi do premiery płyty minęło nieco ponad 2 miesiące. Wydaniem materiału miało zająć się ww. Mello Music Group, co należało uznać za odpowiedni wybór ze strony bohatera niniejszego artykułu. Kenn Starr musiał zmierzyć się z różnymi wyzwaniami. Do najtrudniejszego zadania należało, jak najlepsze ponowne przedstawienie się mediom i słuchaczom, w końcu ponad 8 lat, które minęły od poprzedniego LP, to w branży hip hopowej niemal wieczność. Aby osiągnąć wytyczone przez siebie cele, nowy nabytek MMG postanowił oddać do rąk odbiorców osobisty album stanowiący pomost pomiędzy przeszłością, a przyszłością w życiu Emceego. Wszystkie powyższe założenia doskonale widać po poszczególnych częściach „Square One”. Kenn Starr nieprzypadkowo też postawił na podkłady od grona zaufanych producentów (Kev Brown, Black Milk, Oddisee, Kaimbr, 14KT i Roddy Rod), dzięki czemu łatwiej przyszło mu omówienie poszczególnych spraw. Nie brakuje tutaj gorzkiej i niełatwej tematyki, ukrytych metafor i licznych odniesień do relacji damsko-męskich. W ten sposób powstało podsumowanie długiego etapu w życiu artysty, który teraz z większą nadzieją może spoglądać w przyszłość.

    „Square One” znajdziecie oczywiście na Bandcampie. Za pośrednictwem tego serwisu można nabyć album w wersji cyfrowej. Oprócz tego projekt ukazał się na płytach kompaktowych i winylowych. Mello Music Group promuje materiał poprzez 3 singlowe nagrania – „The Movement II”, „The Definition” oraz „Came To Deliver”. Kenn Starr dołożył do tego kilka krótkich filmów promocyjnych. Przedstawiciel DMV udanie przedstawił się na nowo słuchaczom, odnotowując więcej niż porządny powrót na scenę hip hopową. Pytanie tylko czy ponownie nie ucichnie o nim na kolejne lata.

    Aktualizacja: Kenn Starr zebrał kilka remiksów utworów ze „Square One” i opublikował całość na Bandcampie*. Alternatywne wersje 3 utworów wyszły spod rąk L’Orange’a, Drew Dave’a i Keva Browna. EP-ka dostępna do bezpłatnego pobrania z sieci.

    Tracklista

    1. Square One (prod. Kev Brown)
    2. Say Goodbye (prod. Black Milk)
    3. Product of The Basement feat. Sean Born (prod. Kev Brown)
    4. Strangers (prod. Kev Brown)
    5. The Definition feat. Melanie Rutherford (prod. Black Milk)
    6. Exodus feat. Boog Brown (prod. 14KT)
    7. Cigarettes & Whiskey (prod. Roddy Rod)
    8. Lesson A (prod. Kev Brown)
    9. Overdue feat. Kaimbr, Hassaan Mackey, yU (prod. Kaimbr)
    10. The Movement II (prod. Kev Brown)
    11. Farewell feat. Sean Born (prod. Kev Brown)
    12. Product of The Basement (Kev Brown Remix)
    13. Came To Deliver feat. Wordsworth & Supastition (prod. Black Milk)

    *Po latach wydawnictwo jest dostępne wyłącznie na Spotify i serwisach pokrewnych

  • The Koreatown Oddity z alternatywnym projektem 200 Tree Rings

    The Koreatown Oddity z alternatywnym projektem 200 Tree Rings

    3–5 minut

    Od dawien dawna mass media i wpływowe osobistości ze świata muzycznego próbują wyznaczać trendy, które (zbyt) często są płytkie i nie niosą ze sobą żadnej jakości. Niestety pełno osób utknęło w tym, co serwują znane strony muzyczne i artyści, przez co nawet nie usiłują, bądź też nie wiedzą, gdzie szukać jakiegokolwiek powiewu świeżości. Przecież wystarczy naprawdę niewiele, choćby przynajmniej na chwilę zaglądając do alternatywnego środowiska hip hopowego, aby naocznie przekonać się o tym, że współcześni twórcy wcale nie muszą być bezbarwni. W awangardowych kręgach hip hopowych dużo dzieje się, jak zwykle zresztą, po zachodniej części USA. Jako przykład można podać enigmatycznego wykonawcę The Koreatown Oddity, który w zeszłym roku wypuścił płytę „200 Tree Rings”, będącą dowodem na to, iż nadal jest miejsce na wysoką nieszablonowość i kreatywność.

    Los Angeles może być kojarzone przez ludzi nie tylko przez pryzmat gangsta rapu czy wielu przedstawicieli undergroundu, którzy następnie mocno wybili się daleko poza tę aglomerację. Jednak warto też pamiętać o długiej liście alternatywnych wykonawców z Miasta Aniołów, na której znajduje się choćby The Koreatown Oddity. Zagadkowy kalifornijski wykonawca pojawił się zupełnie znikąd 3 lata temu i z miejsca zaskoczył zwolenników wszelkich około hip hopowych eksperymentów. Blisko związany z Rasem G (wypuścił z nim niedawno płytę „5 Chuckles”) na zewnątrz jest kojarzony jako dziwak ukrywający swoją tożsamość za maską wilka. Po zapoznaniu się z nagraniami Kalifornijczyka trzeba przyznać, że ten element dodaje kolorytu i odzwierciedla muzykę The Koreatown Oddity. W końcu ten pseudonim nie wziął się z przypadku.

    W latach 2012-14 ukazało się kilka zajmujących projektów rapera i producenta w jednym z Cali. Mieszkaniec LA z ogromnym zamiłowaniem wypuszcza swoje materiały na kasetach. W tym formacie ukazało się kolejno „Pops 45s” (wydawnictwo powstałe w oparciu o sample z siódemek podarowanych artyście przez jego ojca), „Exit The Dragon’s Mouth” i „No Health Insurance”. Do tych projektów The Koreatown Oddity dorzucił jeszcze „Eat A Dead Goat” LP, który również trafił do obiegu na taśmach. Po tych projektach Dominique Purdy zwrócił na siebie uwagę osób z lokalnej sceny w Los Angeles i nie tylko. Jedna z nowo powstałych wytwórni płytowych z Kalifornii, New Los Angeles, postanowiła przyjąć jego pod swoje skrzydła. Artysta otrzymał wolną rękę na nagrywanie muzyki i nikt nie zamierzał w jakikolwiek sposób ograniczać jego pomysłów.

    Materiał ujrzał światło dzienne w gorącym okresie wydawniczym przypadającym na wiosnę zeszłego roku. W dodatku informacje o longplayu zaczęły krążyć w sieci raptem na kilka dni przed jego premierą. New Los Angeles postanowiło także nie wypuszczać pokaźnej liczby singli, tym samym idąc pod prąd panujących trendów na świecie. Czy takie nastawienie artysty i polityka wydawcy mogło zwiastować sukces? Większość osób z miejsca stwierdzi, że nie ma mowy, aby jakakolwiek współczesna płyta wydana w ten sposób zdobyła uznanie w oczach recenzentów i słuchaczy. Jednak obrana metoda przez Kalifornijczyków sprawdziła się w pełni – „200 Tree Rings” obroniło się za sprawą wysokiej jakości wszystkich nagrań zawartych na LP. Oficjalny debiut fonograficzny The Koreatown Oddity zdecydowanie odniósł sukces. Zamaskowany twórca pokazał na ubiegłorocznym longplayu różne swoje oblicza, pokazując urozmaiconą dawkę rapu. Do realizacji wszystkich konceptów wydatnie przyczynili się odpowiednio dobrani producenci – Jeremiah Jae, Ras G, House Shoes, Kone, AshTreJinkins, Luke Cage oraz Giovanni Marks (TKO dorzucił od siebie dwa beaty na LP). Jakie są najmocniejsze momenty tego albumu? Bez dwóch zdań należy wyróżnić otwierające płytę „Title Sequence”, które zahacza o spoken word, a także „Transmission Blast” (perfekcyjny turntablism ze strony DJ’a Yugiego), „Forsee” (wpadający w ucho, prosty, aczkolwiek mądry refren) i „Film Roll Splices And The Deleted Scenes”. The Koreatown Oddity zaprezentował wysoką formę na „200 Tree Rings”, dostarczając pełnowartościowe nagrania składające się na w pełni udane wydawnictwo. Awangardowy hip hop pełną gębą.

    New Los Angeles udostępniło odsłuch albumu na Spotify, Deezerze i serwisach pokrewnych. Wydawnictwo trafiło do obiegu w wersji elektronicznej i fizycznej (płyty winylowe i kasety). Limitowana edycja wosków szybko znalazła nabywców. „200 Tree Rings” promują dwa singlowe nagrania – „Title Sequence” i „Film Roll Splices And The Deleted Scenes”. Do pierwszego z tych utworów powstał wciągający videoclip. The Koreatown Oddity może być usatysfakcjonowany odbiorem swojego LP, który mocno namieszał w alternatywnym środowisku hip hopowym. Wszystko wskazuje na to, iż kolejne materiały mieszkańca Cali odbiją się jeszcze większym echem w środowisku muzycznym.

    Tracklista

    1. Title Sequence (prod. Kone)
    2. Invisible Force (prod. House Shoes)
    3. Fngrrrz (prod. Jeremiah Jae)
    4. Black Antique Flossin’ (prod. The Koreatown Oddity)
    5. Transmission Blast feat. DJ Yugi & J-Swift (prod. Luke Cage)
    6. Strawberry Pop-Tart Ice Cream Sandwich (prod. House Shoes)
    7. Forsee (prod. Ashtre Jenkins)
    8. Film Roll Splices And The Deleted Scenes (prod. Ras G)
    9. Atmosphere Moods (prod. Giovanni Marks)
    10. 4th Quarter Ninjas feat. Jeremiah Jae, Oliver The 2nd & Trenttruce (prod. Jeremiah Jae)
    11. Mozzarella Forever feat. Aceyalone (prod. The Koreatown Oddity)
    12. Conclusion (prod. Kone)
  • Vagabond Maurice przedstawia The Dragon Who Devoured the Moon

    Vagabond Maurice przedstawia The Dragon Who Devoured the Moon

    3–4 minut

    Bogactwo japońskiej kultury zachwyca i nurtuje niejedną osobę. W każdej dziedzinie życia można zauważyć liczne odwołania mieszkańców innych części świata do Nippon. Kraj Kwitnącej Wiśni od dawna inspiruje też szereg twórców hip hopowych. Od ponad dwóch dekad amerykańscy, europejscy czy australijscy wykonawcy chętnie korzystają z wybranych elementów występujących w Japonii. Do tego dochodzi do mnogich kolaboracji z Azjatami. W końcu Japończycy wydali do tej pory multum płyt liczących się artystów pochodzących z pozostałych państw. Co pewien czas trafiają do obiegu również płyty oparte o motywy wyniesione z Japonii. W lutym trafił pojawił się jeden z takich albumów – „The Dragon Who Devoured the Moon” amerykańskiego rapera, Vagabonda Maurice’a.

    Substantial, Pismo, Cise Starr, Nieve, C.L. Smooth, Five Deez, Fat Jon, Funky DL, Mos Def i wielu innych twórców odwoływało się w swojej twórczości do Japonii i/lub współpracowało z tamtejszymi wykonawcami. Podobną ścieżką podąża wychowanek Minneapolis, Vagabond Maurice. Jeżeli jednak przyjrzymy się bliżej sylwetce tego szerzej nieznanego artysty, to okaże się, że jego twórczość nie ogranicza się jedynie do nawiązań do Nippon. Wykonawca młodego pokolenia zamieszkały w Chicago stara się za wszelką cenę łączyć w swoich nagraniach jazz-hop z mistycyzmem. Emcee nadaje także wszystkich utworom soulfulowe elementy, kontynuując przy tym wizje muzyczne postaci działających w branży we wcześniejszych latach.

    Wraz ze swoimi przyjaciółmi z The Terra Godz (kolektyw w składzie Shintendo64, Leyone Tracks, Kyd Wah-Lee, BE.water, Dale Fresco, Sdot Pdot i The Kao) pojawia się on na lokalnym podwórku, próbując przekonać do własnego wyobrażenia o muzyce kolejnych odbiorców. Chicagowskie crew występowało zarówno na stricte hip hopowych imprezach, jak i wydarzeniach jazzowych, dzieląc scenę wraz z Bop Alloy (Substantial & Marcus D), Rubym Ibarrą czy otwierając wieczory dla Saula Williamsa i Astronautalis. Na początku roku Vagabond Maurice postanowił pójść o krok dalej i zaprezentować się szerzej słuchaczom. „The Dragon Who Devoured the Moon” stanowi dowód na to, iż postąpił on słusznie, ponieważ dostarczył materiał wysokiej jakości.

    Premierę albumu poprzedziła EP-ka wprowadzająca do świata amerykańskiego rapera, „Stray Sessions”. Wydaniem materiału zajął się label związany z The Terra Godz, Onsaru. Krótkie wydawnictwo trafiło do sieci 21 stycznia i stanowiło udany teaser przed debiutanckim albumem chicagowskiego rapera. Już po styczniowej EP-ce rzeczywiście widać było czuć ducha jazz-hopu sprzed lat i lekkość z jaką Vagabond Maurice poruszał się po poszczególnych beatach. Wszystko to i wiele więcej zostało zawarte przez niego na „The Dragon Who Devoured the Moon” (produkcja ujrzała światło dzienne też pod szyldem Onsaru). Japońskie motywy i odwołania, a z drugiej strony stara szkoła rapu podana ze współczesnym pazurem i nie stroniąca od follow-upów. Obie składowe gładko zazębiają się i płynnie przechodzą w jedną całość. Gospodarz longplaya czuje się jak ryba w jazzowym środowisku, które zapewnili mu CHINSAKU, Sage Nebulous & UY, Cosmo, Okugawa Jr, Marcus D, Sage Tendou i Leyone Tracks. Dopracowane flow oraz przemyślana tematyka utworów to kolejne zalety płyty. Vagabond Maurice przyjmuje postać astralnego wędrowcy, który nie dość, że posiada rozległą wiedzę o przeszłości, to jeszcze potrafi nauczać o współczesnych sprawach. Wystarczy posłuchać tylko „Jusanyazuki / Callisto (BLVCK) Coffee”, „Nanukazuki / Titan Twilight”, „Izayoizuki / Jupiter Jazz” czy „Nemachizuki / Kaleidoscope on Kerberos”, aby przekonać się o wyjątkowości muzycznego świata kreowanego przez artystę z Wietrznego Miasta.

    Projekt można odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa i Soundclouda. Wersję elektroniczną „The Dragon Who Devoured the Moon” umieszczono do pobrania na BC jako „buy now – name your price”. Głównym singlem promującym LP jest utwór „Nemachizuki / Kaleidoscope on Kerberos”, który wiernie oddaje klimat pełnego albumu. Vagabond Maurice w piękny sposób przedstawił się słuchaczom i wypada docenić jego wizję współczesnego jazz-hopu. W przyszłości można oczekiwać po nim kolejnych zajmujących wydawnictw.

    Tracklista

    1. Tachimachizuki / Where Dragons Dream (Pt. 2) [prod. CHINSAKU]
    2. Izayoizuki / Jupiter Jazz feat. Sage Tendou [prod. CHINSAKU]
    3. Shingetsu / Solar System Shogun (Oroku Saki’s Helmet) [prod. CHINSAKU]
    4. Jusanyazuki / Callisto (BLVCK) Coffee feat. Kyd Wah-Lee [prod. Sage Nebulous & UY]
    5. Misokazuki / Ganymede [prod. Leyone Tracks] – Imachizuki / Bullet Train to Heaven’s Doorway [prod. Cosmo]
    6. Interlude / Shooting Star Summit feat. L|O|Kari & K’hala Elizabeth [prod. Cosmo]
    7. Nanukazuki / Titan Twilight [prod. Okugawa Jr]
    8. Mangetsu / Kingdom of Dreams [prod. CHINSAKU]
    9. Nemachizuki / Kaleidoscope on Kerberos feat. Cise Starr & Substantial [prod. Marcus D]
    10. Komochizuki / The Dragon Who Devoured The Moon [prod. Sage Tendou]
    11. Fukemachizuki / Good Morning Vietnam (93 Till’ Infinity) [Bonus track] [prod. Leyone Tracks]
    12. Session 00 – One Day It’ll All Make Sense feat. K’hala Elizabeth & Leyone Tracks / cuty: Jezi the Dishwasha [Bonus track] [prod. The 45 King]
  • Ratking przedstawia premierowy album – So It Goes

    Ratking przedstawia premierowy album – So It Goes

    4–5 minut

    Od wielu lat toczą się zażarte dyskusje dotyczące kondycji rapu w Nowym Jorku. W przeważającej mierze słychać krytyczne głosy odnośnie całokształtu sceny hip hopowej z NYC. Artyści wywodzący się z kolebki hip hopu już dawno zostali zdetronizowani przez licznych przedstawicieli innych części USA. Obecnym stanem rzeczy nie jest zachwyconych wielu weteranów hip hopowych (swego czasu Erick Sermon dosadnie wyraził się na ten temat). Jednak trzeba też pamiętać o drugiej stronie medalu. W niezależnych kręgach hip hopowych twórcy z The Big Apple radzą sobie naprawdę dobrze. Znaczna ich część opiera swoją twórczość o niezapomniane lata 90.te, aczkolwiek znajdziemy również raperów i producentów stale eksperymentujących ze swoim brzmieniem. W tym miejscu warto wspomnieć o wyróżniającej się grupie Ratking, której debiutancka płyta „So It Goes” narobiła niemałego zamieszania w branży.

    Jacy niezależni wykonawcy z NYC zasługują obecnie na baczną uwagę? Na tej liście można umieścić dowolną liczbę artystów solowych i zespołów, od Homeboya Sandmana i Oddiseego, przez Armand Hammer, A.M. Breakupsa, po Your Old Drooga i The Audible Doctora. Jeżeli chcielibyśmy pokusić się o przygotowanie takiego zestawienia, to nie wypada także zapominać o Ratking. Od razu należy zaznaczyć, iż właśnie grupa z Manhattanu zdecydowanie wyróżnia się na tle swoich kompanów po fachu z Nowego Jorku, i to jest największą ich zaletą.W czym tkwi przepis na sukces nowojorskiej formacji? Ano w tym, że tak po prawdzie, to ich nagrania bardziej przypominają londyńską szkołę, aniżeli współczesne eksperymenty młodych twórców ze Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

    Raperzy Wiki i Hak oraz producent Sporting Life (nie ma to, jak odpowiednio dobrane pseudonimy) jako nieliczni posiadają wyjątkowy styl, dzięki któremu mogą być rozpoznawani nie tylko w każdym zakątku Wielkiego Jabłka, jak również w innych częściach świata. Historia grupy sięga 2010-11 roku, kiedy to ww. trio rozpoczęło wspólne sesje studyjne. W międzyczasie blisko związani z grupą byli również Racerra i Ramon. W pierwszej kolejności wcale nie ukazał się żaden projekt Ratking tylko do obiegu trafiło solowe wydawnictwo Wikiego („1993”), który od początku jest frontmanem kolektywu. Materiał inspirowany działalnością Wu-Tang Clanu i Suicide (duet z pogranicza electro i punku) wyznaczył ścieżkę, jaką miał kierować zespół. Płyta została dostrzeżona przez brytyjską wytwórnię płytową XL Recordings, która następnie podpisała kontrakt płytowy z nowojorczykami. Właśnie pod szyldem tego labelu ukazała się w listopadzie 2012 roku EP-ka „Wiki93”. Produkcja w zawrotnym tempie rozprzestrzeniła się w undergroundzie i niejedna strona muzyczna komplementowała niniejszy projekt. Po udanym początku przed Ratking stanęło większe wyzwanie – zrealizowanie debiutanckiego pełnego LP. Prace nad „So It Goes” trwały dłuższą chwilę, ale trzeba przyznać, że jak najbardziej warto było czekać na ten materiał.

    Wydawnictwo ukazało się 7 kwietnia ub.r. w Wielkiej Brytanii, zaś następnego dnia odbyła się premiera płyty na terenie Stanów Zjednoczonych. Wydaniem płyty zajął się sublabel XL Recordings, Hot Charity. Premierze projektu towarzyszyło poruszenie wśród dziennikarzy muzycznych słuchaczy, wiele obiecujących sobie po premierowym longplayu formacji. Ratking wybornie poradziło sobie z oczekiwaniami wobec „So It Goes” (okładka przedstawia Manhattan) i zapoznając się bliżej z LP można być bardzo zdziwionym, że za powstanie materiału odpowiada grupa bez większego doświadczenia na scenie hip hopowej. Ostateczny kształt tej produkcji nie byłby jednak możliwy bez szeregu osób pomagających triu przy nagraniu utworów na ubiegłoroczny projekt. Na szczególne pochwały zasłużył Young Guru – niedoceniany inżynier studyjny ściśle współpracował ze Sporting Life’em, który odpowiada niemal w całości za podkłady znajdujące się na albumie. Dzięki temu otrzymaliśmy warstwę muzyczną inspirowaną latami 90.tymi, ale nie stroniącą również od elementów elektronicznych i punkowych. Wyróżnikiem wszystkich tracków jest to, że Ratking wyraźnie postanowił nadać beatom specyficznego i trudnego do podrobienia posmaku. Sztuka ta powiodła się grupie wprost wybornie. W tak stworzonym środowisku Wiki i Hak czuli się jak ryby w wodzie. Obaj raperzy momentami bezbłędnie dogadują się między sobą. Pierwszy z nich nadaje tempo poszczególnym utworom i należycie wywiązuje się z roli lidera formacji. Z kolei drugi uzupełnia nagrania o refreny i zwrotki, które potrafią niepostrzeżenie wciągnąć odbiorcę do świata nowojorskiej grupy. Swoje też robią wstawki wokalne autorstwa Raymond Mitchell oraz Kaili Paulino, a także dodatkowe rozwiązania przyjęte przez DJ’a Dog Dicka (kolejne niepowtarzalne pseudo). Jeżeli ktokolwiek chce mieć do czynienia z płytą niosącą nową jakość, to powinien niezwłocznie sięgnąć po „So It Goes”.

    Album znajdziecie na Spotify, Deezerze i podobnych serwisach. XL Recordings do spółki z HXC Recordings wypuściło „So It Goes” w wersji elektronicznej i fizycznej (płyty kompaktowe i winylowe). Ratking promuje swój materiał poprzez teledyski. Obrazy stworzono do „So Sick Stories”, „Canal”, „Snow Beach” oraz tytułowego utworu pochodzącego z LP. Wszystko to przełożyło się na jeden z najlepszych i przy okazji najważniejszych debiutów zeszłego roku.

    W tym tygodniu Ratking bez szumnych zapowiedzi opublikował darmową płytę „700 Fill”. Materiał udostępniono w sieci za pośrednictwem BitTorrenta. Taki zabieg powinien przyciągnąć jeszcze większą liczbę fanów, co przekonują przykłady innych artystów, którzy w ten sposób wypuszczali swoje projekty.

    Tracklista

    1. * (prod. Sporting Life & DJ Dog Dick)
    2. Canal (prod. Sporting Life)
    3. Snow Beach (prod. Sporting Life)
    4. So Sick Stories feat. King Krule (prod. Sporting Life & DJ Dog Dick)
    5. Remove Ya (prod. Sporting Life)
    6. Eat (prod. Sporting Life & DJ Dog Dick)
    7. So It Goes (prod. Sporting Life)
    8. Puerto Rican Judo feat. Wavy Spice (prod. Sporting Life)
    9. Protein (prod. Sporting Life & DJ Dog Dick)
    10. Bug Fights (prod. Sporting Life)
    11. Take feat. Salomon Faye (prod. Sporting Life & DJ Dog Dick)
    12. Cocoa 88 (Hidden Track) [prod. L-Vision]
  • Warner Music Poland kupił Polskie Nagrania

    Warner Music Poland kupił Polskie Nagrania

    5–7 minut

    W ostatnich tygodniach pojawiło się w sieci dużo artykułów poświęconych sytuacji Polskich Nagrań, czyli najstarszej rodzimej wytwórni płytowej. Położenie legendarnej oficyny wydawniczej z roku na rok było coraz bardziej opłakane. Gwoździem do trumny firmy było przegranie w 2009 roku sprawy sądowej ze spadkobiercami Anny German i prawomocny wyrok nakazujący zapłatę krewnym artystki 1,2 mln złotych. Jednak należy też wziąć pod uwagę ogólny zły stan przedsiębiorstwa, co miało znaczny wpływ na losy spółki. Polskie Nagrania nie wywiązało się z tych zobowiązań, w 2010 roku spółkę postawiono w stan upadłości likwidacyjnej. Syndyk upadłościowy próbował znaleźć wsparcie (czytaj: pieniądze na działalność zakładu) u Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego lecz bezskutecznie. Ostatecznie firmę przejęło 29 stycznia Warner Music Poland. Jakie to przynosi konsekwencje i co dalej z ogromnym katalogiem Polskich Nagrań?

    Historia tej wytwórni płytowej sięga jeszcze czasów przed II wojną światową. Około 1920 roku powstały w Warszawie angielsko-niemieckie zakłady fonograficzne „Odeon” umiejscowione przy ul. Płockiej 13. Po zakończeniu wojny w tym samym miejscu ulokowano Polskie Zakłady Fonograficzne, które dały początek Polskim Nagraniom. W następnych latach władze państwowe kilkakrotnie przekształcały warszawskie zakłady – od Zakładów Fonograficznych „Muza”, przez Warszawskie Zakłady Fonograficzne, Zakłady Nagrań Dźwiękowych (przy ul. Długiej 5), Fabrykę Płyt Gramofonowych „Muza”, aż skończywszy na Przedsiębiorstwo Państwowe „Polskie Nagrania”. Ostatnia faza przypadła na fuzję w 1956 roku „Polskich Nagrań” i Fabryki Płyt Gramofonowych. W tym kształcie firma działała przez następne dekady.

    Dlaczego ta wytwórnia płytowa odegrała istotną rolę w rozwoju polskiej muzyki od lat 50.tych ub. wieku? Polskie Nagrania przez lata była jedyną oficyną wydawniczą działającą w Polsce i skupiała niemal wszystkich ważnych i liczących się rodzimych artystów. Lista twórców wydających nagrania w PN jest długa niczym spis osiągnięć Michaela Jordana (katalog płyt znajdziecie na np. Discogs). Irena Santor, Maryla Rodowicz, Jerzy Połomski, Anna German, Andrzej Kurylewicz, Mieczysław Fogg, Skaldowie, Jerzy Milian, Czerwone Gitary, Marek Grechuta, Czesław Niemen, Michał Urbaniak, Tomasz Stańko i wielu, wielu innych wykonawców publikowało swoje utwory dzięki Polskim Nagraniom. Do historii przeszło kilka serii wydawniczych, w tym osławione „Polish Jazz”. Fantastyczne zbiory i ponadczasowe nagrania. Aż wypada zacytować tutaj klasyka: „Polskie Nagrania, czarny winyl do beatu trzeszczy (…)”.

    Po 1989 roku rozpoczął się powolny proces restrukturyzacji firmy. Nastąpiło uregulowanie praw autorskich i dziesiątki artystów (lub właścicieli ich nagrań) zdecydowało się na wyjaśnienie kwestii tantiem. Polskie Nagrania nie odnalazło się w nowej rzeczywistości. Od 2005 firma była jednoosobową spółką skarbu państwa Polskie Nagrania Sp. z o.o.; następnie jak ww. firma została postawiona w stan upadłości. Postanowiono sprzedać PN, co powiodło się dopiero za trzecim razem. Nabywcą okazała się polska filia międzynarodowego koncernu Warner, która zapłaciła 8,1 mln złotych za przedsiębiorstwo. Wcześniejsze przetargi kończyły się fiaskiem ze względu na zbyt wygórowaną cenę wywoławczą sięgającą 16 mln złotych. WMP nie kupiło praw do wszystkich składowych związanych z Polskimi Nagraniami. Dokumentacja i oryginały taśm nagraniowych trafią do Narodowego Archiwum Cyfrowego jako dziedzictwo narodowe.

    Po upublicznieniu tych informacji zaczęły się pojawiać mniej i bardziej obszerne komentarze napływające z różnych stron. Oczywiście najwięcej miejsca poświęcono temu, że kolejną spółkę państwa sprzedano prywatnemu zagranicznemu nabywcy, a przecież Polskie Nagrania to dobro narodowe, o które należało się troszczyć. Niektórzy też zaczęli lamentować, iż Warner Music Poland zacznie zarabiać na bogatym katalogu PN, liczącym ok. 40 tys. nagrań, w nieczysty sposób. Do tych głosów przyłączyła się część wykonawców wydających niegdyś muzykę w pierwszej polskiej wytwórni płytowej. Pominięto przy tym zapewnienia Piotra Kabaja, prezesa zarządu Warner Music Poland, który przekazał, że nowy właściciel zamierza intensywnie korzystać z archiwów PN, ale wszystko ma się odbywać w porozumieniu z właścicielami praw autorskich do poszczególnych utworów. Dodatkowo masa osób odrzuciła na bok fakty związane w ostatnich latach z Polskimi Nagraniami, a te przedstawiają się bardzo przejrzyście.

    Po przegranym procesie ze spadkobiercami Anny German, PN było zobowiązane do zapłaty 1,2 mln złotych z tytuły tantiem nagrań tej artystki. Pomimo tego iż kilka lat temu majątek firmy wyceniano na kilkanaście mln złotych (ok. 20 złotych w 2013 roku), to zrezygnowano ze starań o ugodę z krewnymi German (wraz z odsetkami dług wyniósł ok. 3,5 mln złotych). Do opinii publicznej następnie przedostała się informacja, że to właśnie ta sprawa rozłożyła na łopatki przedsiębiorstwo. Nie jest to jednak do końca prawda, ponieważ kondycja wytwórni przedstawiała wiele do życzenia już przełomu lat 80.tych i 90.tych. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego utrzymywało, że katalog Polskich Nagrań stanowi dziedzictwo narodowe, ale nie zrobiło praktycznie nic, aby pomóc wyjść spółce z podbramkowej sytuacji. Za to znalazły się środki z puli na kulturę i ochronę dziedzictwa narodowego na budowę Świątyni Opatrzności Bożej (o kolejne pieniądze na ten cel niedawno znowu poproszono w sejmie).

    Na tym nie koniec. Osoby zarządzające PN nie potrafiły przystosować się do nowych uwarunkowań na rynku muzycznym i sprostać ich wymaganiom. Nie sposób zrozumieć dlaczego tak sporadycznie w ostatnich latach ukazywały się reedycje płyt i kompletnie przepuszczono szansę dotarcia do starych i nowych odbiorców wydając repressy nagrań na winylu; wypadało postarać się o dłuższą serię wydawnictw na kompaktach. W dobie renesansu płyt winylowych takie przeoczenie nie powinno mieć miejsca. Jest więcej niż pewne, że wiele winylowych reedycji albumów znalazłoby nabywców również poza granicami Polski, o czym choćby świadczy ciągła popularność nieśmiertelnej serii „Polish Jazz”. Pokrewnym tematem jest też ta część zbiorów Polskich Nagrań, która nigdy dotąd nie ujrzała światła dziennego (dokładnie opisuje niniejsze zagadnienie Bartek Chaciński), a powinno to mieć miejsce ładnych kilka lat temu. Warner teraz będzie miało okazję zaprezentować słuchaczom perełki, o których zapewne nie pamiętają lub nie mają pojęcia nawet sami artyści.

    Polskie Nagrania nie trafiły w przypadkowe ręce. Piotr Kabaj był w latach 90.tych głównym pomysłodawcą zainicjowania serii „Złota kolekcja” (poszczególne odsłony wypuszczał Pomaton EMI na licencji PN). Podkreśla on, że posiada mnóstwo pomysłów na jak najlepsze wykorzystanie zbiorów rodzimej wytwórni – przykładowo całość utworów ma zostać poddana tzw. digitalizacji i trafi też do obiegu w wersji cyfrowej. Przy odpowiedniej selekcji materiału i promocji kultowe polskie nagrania mają szansę ponownie zaistnieć w świadomości odbiorców (na marginesie dodam, że kawał dobrej roboty w tej materii wykonuje już GAD Records i Kameleon Records). Istnieje też możliwość na zainteresowanie polską muzyką młodszych słuchaczy, którzy na ogół nie mają bladego pojęcia o kształcie polskiej sceny muzycznej w minionych dekadach. Zabawne, ale zarazem straszne, jest to, że osoby z zagranicy często posiadają większą wiedzę o naszych rodzimych wykonawcach niż Polacy (dochodzi nawet do tego, iż obcokrajowcy zakładają konta na Allegro tylko po to, aby kupować polskie płyty po niższych cenach niż na światowych portalach aukcyjnych). Edukacja muzyczna to podstawa, co jest zbyt często pomijane we współczesnym świecie.

    Poszukajmy w tej całej sprawie pozytywnych aspektów, dajmy trochę czasu Warnerowi na pierwsze kroki związane ze spuścizną po PN, a dopiero później lamentujmy, aczkolwiek wiele wskazuje na to, iż końcowy rezultat sprzedaży Polskich Nagrań wyjdzie wszystkim na dobre.

  • Hellsent i Batsauce z płytą z piekła rodem – Bat Outta Hell

    Hellsent i Batsauce z płytą z piekła rodem – Bat Outta Hell

    3–5 minut

    Podział geograficzny stanowi jedno z najczęstszych kryteriów dotyczących amerykańskich artystów hip hopowych. Oprócz Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża, Południa i Michigan, sporo miejsca wypada poświęcić wykonawcom wywodzącym się z Midwestu. Największą aglomeracją dla tej części USA jest Chicago. Tamtejsza scena przywodzi na myśl mnóstwo utalentowanych twórców, zarówno mainstreamowych, jak i undergroundowych. Niezależne kręgi hip hopowe z Wietrznego Miasta przywodzą na myśl również kilku uznanych wydawców, w tym Galapagos4. Wytwórnia płytowa założona przez Jeffa Kuglicha może pochwalić się pięknym katalogiem, wśród którego znajdziemy płyty Typical Cats, Qwela & Makera, Denizen Kane’a, Robusta, Offwhyte’a, Qwazaara i innych artystów. Ponad miesiąc temu G4 dorzuciło kolejne wydawnictwo – „Bat Outta Hell” duetu Hellsent i Batsauce.

    Galapagos4 należy do tych wytwórni hip hopowych, które od dawna trafiają do określonej niszy odbiorców, przy okazji ciesząc się też renomą pośród innych wydawców (label kompletowało Ninja Tune, Stones Throw Records i wiele innych firm). Do zdobycia tego statusu przyczynili się również Hellsent i Batsauce. Pierwszy z tych artystów współpracuje z G4 już od ponad dekady. Przez ten czas zapisał on na swoim koncie kilka solowych projektów oraz uczestniczył w powstaniu szeregu innych materiałów.

    Debiutancka płyta Hellsenta„Rainwater” – trafiła do sprzedaży w 2006 roku. Na następny jego longplay trzeba było zaczekać do 2010 roku.  Wtedy to ukazało się „False Profit”. Oba wydawnictwa dotarły do słuchaczy spoza chicagowskiej sceny hip hopowej. Emcee pochodzący z Wietrznego Miasta pokazał się na nich z dobrej strony, prezentując spory wachlarz umiejętności. W latach 2011-14 ujrzały światło dzienne mniejsze wydawnictwa artysty – „Just Another Mixtape Volume 1 Theory”, „Legendary” i „Free Shots”. Jak ww. twórca znad Jeziora Michigan brał udział w nagrywaniu innych płyt. Wraz ze swoim bliskim przyjacielem, Qwazaarem, wchodzi on w skład formacji Outerlimitz. Chicagowska formacja wydała dwa wartościowe albumy – „Wrong Actions For Right Reasons” (1999) oraz „Suicide Prevention” (2005).

    Nowy partner muzyczny Hellsenta, Batsauce, również może pochwalić się wypuszczeniem różnych materiałów. Producent rodem z Florydy, który także jest związany z Niemcami, opublikował w latach 2006-12 kilka solowych projektów – „1971” (2006), „Gypsy Diaries” (2008), „Spy Vs. Spy” (2009), „Summertime” (2010) i „Starcrossed”. Ostatnia z tych płyt stanowi zdecydowanie najważniejsze jego wydawnictwo. Oprócz tego utalentowany beatmaker odnajdujący się w niekiedy mocno odmiennych stylach dopisał do swojej dyskografii materiały powstałe przy współpracy z innymi twórcami. Wraz z Lady Daisey i Patenem Locke współtworzy on grupę The Smile Rays. Przed 8 laty formacja wydała dwa porządne longplaye – „Party… Place” i „Smilin’ On You”. Z kolei w ostatnich latach florydzki wykonawca przygotował produkcje wraz z odpowiednio Qwazaarem„Bat Meets Blaine” (ukazała się też wersja instrumentalne LP oraz płyta z remiksami) oraz „Style Be The King” – a także WaXem, „The Soledad Brothers”. Teraz przyszła kolej na wspólne nagrania Batsauce’a i Hellsenta. „Bat Outta Hell” to wypadkowa dwóch charakterystycznych stylów hip hopowych.

    Wydawnictwo trafiło do obiegu 18 listopada ub.r., czyli nieco ponad dwa miesiące temu. Jak się okazuje, obaj twórcy bezproblemowo znaleźli wspólny język, gdyż ich płyta została nagrana z dużą dbałością o szczegóły. Jednak przecież nie tylko liczą się drobnostki, ale przede wszystkim ogólny zarys płyty, nieprawdaż? Hellsent i Batsauce postanowili wciągnąć słuchaczy do świata mieszczącego się kilka stóp poniżej ziemi. Wypada podkreślić, że „Bat Outta Hell” nie stanowi tylko albumu z piekła rodem, gdyż tutaj mamy do czynienia bardziej z rozbudowanymi treściami i przesłaniami płynącymi bezpośrednio z innego wymiaru. Hellsent udowodnił już wcześniej, iż potrafi zaskoczyć przemyślanymi porównaniami czy też odpowiednio nakreślić historie. Wszystko to dominuje na listopadowym longplayu. Batsauce dopasował się do swojego partnera muzycznego i trzeba oddać mu to, iż potrafi dowolnie zmieniać klimat beatów, trzymając cały czas odpowiednio wysoki ich poziom. Niektórych może dziwić fakt, że większość utworów kończy się szybko, ale to właśnie specjalny zabieg, gdyż w ten sposób duet artystów uzyskał stosowny efekt tych nagrań. „Bob Proctor”, „Future Time”, „Uprock”, „Escapism”, „Wake Up” czy „Regrets” to najlepsze wizytówki tego albumu.

    „Bat Outta Hell” w całości można odsłuchać za pośrednictwem Spotify, Deezera i serwisów pokrewnych. Album doczekał się wydania na płytach winylowych (oczywiście wydawnictwo do nabycia również w wersji elektronicznej, tracklistę wersji fizycznej rozszerzono o instrumentale i bonusowy track „They Live”). Hellsent i Batsauce promują materiał poprzez kilka singlowych nagrań – „Bob Proctor”, „Regrets”, „Escapism” oraz „Hello”. Do pierwszych trzech utworów ukazały się też videoclipy. Listopadowy materiał pokazuje, iż nadal można tworzyć wartościową muzykę hip hopową podaną ze smakiem.

    Tracklista

    1. Hello
    2. Bob Proctor
    3. Future Time
    4. Lightspeed
    5. Intelligent Design
    6. Uprock feat. Asphate Woodhavet & DJ Touch Nice (of Maxilla Blue)
    7. Random Access
    8. Ms. Sativa
    9. Escapism
    10. Leaving
    11. Wake Up
    12. Self-destructs
    13. Not That Far Away feat. DJ Touch Nice
    14. Regrets
    15. They Live feat. Qwazaar of Typical Cats
    16. Hello (Instrumental)
    17. Bob Proctor (Instrumental)
    18. Future Time (Instrumental)
    19. Uprock (Instrumental)
    20. Random Access (Instrumental)
    21. They Live (Instrumental)
    22. Intelligent Design (Instrumental)
    23. Leaving (Instrumental)
    24. Uprock (Acapella)
Translate »