Tag: muzyka instrumentalna

  • Orientalna płyta Emancipatora – Baralku

    Orientalna płyta Emancipatora – Baralku

    3–5 minut

    Jeszcze kilka lat temu nie przypuszczałbym, że najwięcej czasu będę spędzał przy muzyce instrumentalnej. Kiedyś poświęcałem długie godziny na poszukiwanie płyt współczesnych raperów czy grup hip hopowych, zaś teraz nie wyobrażam sobie choćby dnia bez muzyki nowo poznanych producentów. Nie oznacza to wcale, że całkowicie porzuciłem nagrania wokalne, ponieważ nadal doceniam szereg Emcees, zarówno tych sprzed lat, jak i z obecnych czasów. Jednak ustępują oni miejsca beatmakerom i kompozytorom z różnych stron świata. Instrumentalne płyty kapitalnie wypadają szczególnie w okresie jesienno-zimowym. W ostatnich 2-3 miesiącach kilka wydawnictw z tej kategorii utkwiło w mojej pamięci. „Jukebox Buddha” Dr. Quandary’ego, „hiraeth” idealisma, „winter chill” johto (sam wise), „Casual Horns, Dog” The Jefferson Park Boys, „Venture” GrandHuita & Atamone’a, „Into The Deep Ocean” Funkonamiego i kilka pozostałych materiałów często towarzyszyły mi w tym okresie. Jednak najbliższą płytą poprzednich tygodni okazał się nowy album Emancipatora – „Baralku” – pierwszorzędny koncepcyjny materiał uznanego amerykańskiego producenta.

    Lata sprzed pojawieniem i upowszechnieniem serwisów streamingowych wydają się odległą i mroczną epoką. W tamtych czasach dotarcie do muzyki nieznanych wcześniej twórców nie było wcale takie proste i wymagało niekiedy sprytu i szczęścia. Nielicznym niezależnym producentom udało się wybić, przyciągając na dłużej swoimi nagraniami słuchaczy. W tej grupie znajduje się także Emancipator. Amerykański artysta nie nastawiał się na zrobienie zawrotnej kariery muzycznej, skupiając się początkowo na wydawaniu nagrań dla własnej przyjemności. W krótkim czasie okazało się, że jego muzyka przemawia do wielu odbiorców.

    Pierwsze płyty Douglasa Applinga„Soon It Will Be Cold Enough” i „Safe In The Steep Cliffs” – osiągnęły dużą popularność na świecie. Przyczyniła się do tego promocji albumów na zapomnianym obecnie portalu MySpace oraz obecności projektów na dziesiątkach blogów udostępniających odnośniki do nielegalnego pobierania muzyki. Już w młodym wieku Emancipator wykazywał znakomite czucie klimatów downtempo i trip-hopu z domieszką ambientu oraz instrumentalnego hip hopu. W następnych latach mieszkaniec Portland rozwijał swoje brzmienie. W jego przypadku kluczowym momentem był 2013 rok, i to nie tylko ze względu na wydany wtedy longplay „Dusk To Dawn”. Przed 5 laty beatmaker założył własną wytwórnię płytową Loci Records. Producent przyjął pod swoje skrzydła innych twórców, wydając w następnych latach projekty m.in. Frameworksa, Nyma i Tora. Emancipator nie zaprzestał tworzenia nowych produkcji. W 2015 roku wypuścił aż 3 płyty – „Dusk To Dawn Remixes”, płytę koncertową „Live In Athens” oraz następny album „Seven Seas”. Około 1,5 roku temu Amerykanin świętował 10-lecie premiery debiutanckiego longplaya „Soon It Will Be Cold Enough”. Z tej okazji ukazała się kolejne reedycja projektu oraz podwójna EP-ka „Maps & Father King”. W dalszym ciągu nieszablonowy artysta czerpie nowe pomysły na nagrywanie muzyki. Doskonale świadczy o tym „Baralku”, będące metafizyczną podróżą do odległej krainy ze snów i marzeń.

    Wydanie płyty dokładnie zaplanowano. Przed premierą albumu Loci Records nie ujawniło szczegółów produkcji, ograniczając się do 3 singli promocyjnych. Celowy zabieg miał zwiększyć zainteresowanie licznego grona słuchaczy, co zresztą powiodło się wytwórni. Przy listopadowej premierze LP ogłoszono również długą trasę koncertową Emancipator Ensemble, co dodatkowo przyczyniło się do popularyzacji projektu w Ameryce Północnej. Dzięki profesjonalnemu podejściu do kwestii wydawniczych, Emancipator stale poszerza również grono swoich sympatyków.

    Przed omawianiem zawartości LP wypada wspomnieć o otoczce towarzyszącej „Baralku”. Tytuł albumu odnosi się do mitycznej wyspy, na której duszy umarłych rozpalają światło tym, których kochały za życia, informując przy tym o bezpiecznym dotarciu do tej krainy (słowo baralku występuje w kulturze ludu Yolngu, rdzennych mieszkańców Australii). Pod tym względem producent nawiązywał też do „Seven Seas”, posiadającego również pewne cechy płyty podróżniczej i odkrywającej nowe tereny muzycznej ekspresji. Przy zetknięciu z ubiegłorocznym wydawnictwem beatmakera łatwo zauważyć odniesienia do wcześniejszych projektów. Emancipator skrzętnie korzysta ze swojego dorobku, rozwijając motywy, dodając nowe elementy do utworów. Spokojne i wyszukane dźwięki rozciągają się nad całym albumem. „Baralku” daleko odchodzi od schematycznych instrumentalnych płyt, w których na ogół poszczególne utwory nie są powiązane ze sobą. W przypadku najnowszego dzieła doświadczonego twórcy wszystkie nagrania łączą się ze sobą, odnosząc się do etapów podróży ludzkich duszy w poszukiwaniu spokojnej przystani. Instrumentalna płyta opowiada nie tylko o ekspedycjach pomiędzy myślą a czasem. Wybrane utwory snują opowieści o życiu i śmierci, a także sensie istnienia. Na pierwszy rzut oka brzmi mi pompatycznie, skomplikowanie i wymagająco ze strony odbiorców. Należy wziąć poprawkę na to, że Emancipator nie tworzy schematycznej i miałkiej muzyki. Producentowi zależało na poruszeniu i natchnieniu słuchaczy do spojrzenia wgląd siebie, przedstawiając soundtrack do podróży po zakończeniu życia doczesnego.

    „Baralku” udostępniono do odsłuchu na wszystkich platformach streamingowych (Bandcamp, Spotify, Deezer, Soundcloud, YouTube i pozostałych). Początkowo projekt opublikowano jedynie w wersji elektronicznej, co jest charakterystyczne dla poczynań Loci Records. Po pewny czasie album trafił do sprzedaży na płytach kompaktowych i winylowych. Wydawnictwo promują 3 singlowe nagrania – „Ghost Pong”, „Goodness” i „Baralku”. Do tytułowego utworu pochodzącego z płyty nakręcono również teledysk. Emancipator nie zawiódł oczekiwań odbiorców. Amerykański producent nadal potrafi tworzyć wyborne nagrania, przyciągając słuchaczy na dłużej za sprawą nietuzinkowego klimatu muzyki.

    Tracklista

    1. Baralku
    2. Ghost Pong
    3. Mako
    4. Daffodil Pickles
    5. Tree Hunt
    6. Abracadabra
    7. Goodness
    8. Udon
    9. Bat Country
    10. Pancakes
    11. Rappahannock
    12. Winter Dub
    13. Time for Space
    14. Sands
  • Enigmatyczne dźwięki Neroche’a na Roadside Oddities

    Enigmatyczne dźwięki Neroche’a na Roadside Oddities

    3–4 minut

    Instrumentalna strona muzyki sukcesywnie powiększa swoje kręgi. Jednym z najciekawszych zagadnień dotyczących tej sceny jest forma nagrywania muzyki przez poszczególnych producentów. Nie trzeba posiadać rozległej wiedzy muzycznej, aby zauważyć wyraźną granicę pomiędzy beatmakerami skupiającymi się na tworzeniu stricte instrumentalnych nagrań a artystami chętnie nagrywającymi z wokalistami. W środowisku nie sposób nie zauważyć zagorzałych zwolenników obu tych niszy, które nie zawsze wzajemnie nakładają się na siebie. Nie należy też zapominać o tym, iż część producentów posiada na tyle wyrazisty i specyficzny styl, że trudno sobie wyobrazić ich nagrania z wokalami. Jednym z takich beatmakerów jest Neroche, który w marcu wypuścił album „Roadside Oddities”.

    Od zarania dziejów ludzi pociągało nieznane. Znakomicie widać to w przypadku środowiska muzycznego, w którym enigmatyczni artyści potrafią szybko zdobyć rozgłos czy wręcz okryć się nieśmiertelną sławą (patrz: MF Doom). W ten klimat idealnie wpasowuje się Neroche. Od początku swojej działalności brytyjski producent pozostaje nader tajemniczy i nieschematyczny, co przekłada się na charakter jego niepospolitych utworów.

    Styl osobliwego beatmakera, to wypadkowa jego różnorodnych inspiracji. W nagraniach Neroche’a odnajdziemy elementy instrumentalnego hip hopu, downtempo i trip-hopu polanego grubą warstwą brzmień abstrakcyjnych. Oniryczna atmosfera towarzysząca płytom Brytyjczyka może stanowić tło do filmów klasy B lub też gier fantasy. Już na pierwszych wydawnictwach (dzisiaj trudno dostępnych w sieci) producent zgrabnie podawał utwory przypisane do tego świata. Wciągające i nieodgadnione dźwięki Neroche’a rozpościerają się na każdej z jego płyt powszechnie dostępnych w obiegu. „The Crooked Mile”, „In The Woods…They Wait!”, „Tryptamine” i „Elixir” przedstawiają nie tylko enigmatyczny instrumentalny świat kreowany przez brytyjskiego artystę, ale także wypadają na odpowiednio wysokim poziomie. Producent rozwija się z projektu na projekt, co pokazuje jego nowy longplay. „Roadside Oddities” to wyborny soundtrack dla wszystkich niespokojnych duchów.

    Przed opublikowaniem tego projektu widać było znaczącą różnicę w porównaniu do wcześniejszych wydawnictw Brytyjczyka. Wszystko sprowadzało się do tego, że za sprawą poprzednich materiałów Neroche zyskał przychylność większej liczby odbiorców, którzy pozytywnie zareagowali na wieści o zbliżającej się premierze nowego albumu producenta. Przecież w muzyce tak jak również w sporcie, osoby wspierające poszczególnych artystów potrafią nie tylko zmotywować ich do dalszej pracy, lecz także udowodnić, że ich twórczość nie trafia jedynie do internetowej próżni. „Roadside Oddities” nie zostało pominięte w środowisku muzycznym. Wręcz przeciwnie – marcowe wydawnictwo należy uznać za najlepiej odebrany materiał Neroche’a przez słuchaczy, stojący przy tym na odpowiednio wysokim poziomie artystycznym.

    Neroche za sprawą swojej muzyki stara się wnikać do wnętrza słuchacza, skłaniając jego do refleksji i rozmyśleń na temat własnego życia. Niepokojące dźwięki unoszące się nad nową płytą brytyjskiego beatmakera w pełni odzwierciedlają tytuł wydawnictwa. Producent wciela się tutaj w rolę narratora opowiadającego o niespokojnych wędrowcach krążących po ponurych i rzadko odwiedzanych ścieżkach. Nad tym wszystkim unosi się pierwiastek dziwnych i osobliwych wydarzeń, prowadzących do odkrycia prawdy o samym sobie. Drogowskaz kierujący do „Roadside Oddities” jest po części rozmyty i na pierwszy rzut okiem trudny do odczytania. Jednak przy pomocy uzupełniających się wzajemnie utworów i swoistych didaskaliów podawanych w postaci wgranych monologów ze starych płyt i programów, istnieje możliwość odnalezienia w tym sensu i zrozumienia tej zawikłanej i pełnej zagadek drogi. Instrumentalne opowieści Neroche’a posiadają wiele wdzięku i potrafią urzec odbiorcę. „As I Walk”, „Counter Clockwise”, „Day In, Day Out”, „Late Summer Sky” i „Carnivàle” doskonale oddają aurę unoszącą nad owianymi tajemnicą ścieżkami, łączącymi nieodgadnione części ludzkiej osobowości. Album przeznaczony dla sympatyków muzycznych zagadek, zdecydowanie odbiegający od typowego projektu przypisanego do tego nurtu.

    „Roadside Oddities” pojawiło się na Bandcampie, YouTube, Spotify, Deezerze i serwisach pokrewnych. Album dostępny do pobrania w wersji elektronicznej. Neroche wypuścił kilka singli promujących LP (m.in. „Day In, Day Out”, „Counter Clockwise”, „They Wait!” i „Lakeside”). Jak widać, nawet nie przykładając się działań marketingowych i bez szerokich kontaktów w niszy producenckiej, również można osiągnąć sukces.

    Tracklista

    1. A Route Obscure
    2. As I Walk
    3. Roadside Oddities
    4. The Fourth Circle
    5. Counter Clockwise
    6. Day In, Day Out
    7. Cross Country Tour
    8. Season Climate Mixer
    9. Mirror Moon
    10. Separation Of Matter
    11. Lakeside
    12. Late Summer Sky
    13. They Wait!
    14. Curious Violet Light
    15. Midnight Sun
    16. Carnivàle
    17. Morning Harvest
    18. Sunken City
  • DJ Krush powraca z Butterly Effect

    DJ Krush powraca z Butterly Effect

    4–6 minut

    W ub.r. ponownie dużym zainteresowaniem cieszyły się wydawnictwa producentów z różnych stron świata. Stricte instrumentalne projekty, płyty producenckie czy mieszane materiały często przez długie tygodnie przewijały się przez kręgi muzyczne. Pomimo tego iż w dalszym ciągu część odbiorców nie szanuje w pełni beatmakerów, nieustannie pomijając ich EP-ki i longplaye, to niejeden producent może uważać się wygranym 2015 roku. W tym miejscu powinna znaleźć się długa lista twórców, którzy zasłużyli na liczne pochwały za swoje ostatnie wydawnictwa. Pozytywne wrażenie pozostawili po sobie zarówno Ta-ku, Apollo Brown, Damu The Fudgemunk, jak i Tom Misch, Fredfades czy Phoniks. Niespodziewanie obok nich znalazł się zapomniany przez niektórych DJ Krush. Zasłużony japoński producent powrócił pod koniec roku z albumem „Butterly Effect”.

    W latach 90.tych kilku japońskich artystów przebiło się na międzynarodowej scenie hip hopowej. W czasie, gdy w Stanach Zjednoczonych znakomicie zaprezentował się DJ Honda (wszystko to za sprawą licznych nagrań z amerykańskimi raperami), na Europejczykach spore wrażenie zrobił DJ Krush. Oryginalne i rzadko spotykane w ówczesnych czasach nastawienie do tworzenia alternatywnego hip hopu błyskawicznie spodobało się Brytyjczykom. Doprowadziło to do tego, że pierwsze wydawnictwa Japończyka, w tym „Strictly Turntablized”,  ukazywały się nakładem Mo Wax. Abstrakcyjna wizja muzyki hip hopowej wymieszanej z trip-hopem w oka mgnieniu pozwoliła zdobyć tokijczykowi kolejnych fanów. Przy okazji pojawiło się także uznanie ze strony innych twórców – muzyk jazzowy Ronny Jordan zaproponował mu nagranie wspólnej płyty, „Bad Brothers”. Kapitalny warsztat Hideakiego Ishiego wkrótce poznali również mieszkańcy innych krajów, gdyż niewiele później trafił do sprzedaży jego kolejny projekt, „Krush”. Pomyśleć, że to wszystko działo się na przestrzeni 1994 roku.

    W następnych latach DJ Krush był równie aktywny. Od 1995 do 1997 roku wypuścił on szereg produkcji, które wyniosły jego do miana jednego z najwytrawniejszych twórców brzmień abstrakcyjnych na świecie. „Meiso”, „Ki-Oku”, „MiLight” i pomniejsze wydawnictwa przyniosły mu sławę i uczyniło z niego muzycznego wizjonera, na którego twórczości wzorowało się później wielu innych producentów. Japończyk zaskarbił sobie także sympatię recenzentów, zbierając mnogie pochwały za każde swoje wydawnictwo. Pozytywne opinie spłynęły następnie na jego kolejne płyty – „Kakusei”, „Zen”, „The Message at the Depth” oraz „Jaku”.

    Po wydaniu ostatniego z tych albumów w 2004 roku DJ Krush przystopował z tworzeniem nowej muzyki. W 2007 roku ukazało się DVD „History of DJ Krush”, które niektórzy traktowali w formie podsumowania dotychczasowej działalności artysty, inni zaś przewidywali zakończenie aktywności wydawniczej tego muzycznego geniusza. Okazało się, że rację mieli wszyscy ci, którzy uważali, że japoński wykonawca nie wyda już nowych nagrań. Co prawda Azjata dalej koncertował na świecie, ale przez kolejną dekadę nie wydał żadnego projektu. Kiedy większość osób straciła już nadzieję na świeże utwory w jego wykonaniu, to niespodziewanie artysta powrócił z „Butterly Effect”. Album opublikowane w trakcie minionej jesieni, to jedno z większych zaskoczeń na rynku muzycznym ostatnich lat.

    Wydaniem płyty zajęło się Vinyl Digital, co stanowiło nie lada zaskoczenie, ponieważ Japończyk do tej pory nie współpracował z żadną europejską wytwórnią płytową. Niecodzienny wybór bohatera tego artykułu przyniósł mu wiele pożytku. Niemiecka oficyna wydawnicza zadbała o odpowiednią promocję albumu i ogólnoświatową dystrybucję, umożliwiając artyście przypomnienie o sobie zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej. „Butterly Effect” skierowano nie tylko do starszych fanów DJ-a Krusha, ale także do osób do tej pory niezaznajomionych z jego twórczością. Trzeba przyznać, że ten zabieg chwycił – premiera płyty wywołała spore poruszenie w sieci.

    Premierę materiału wyznaczono na wrzesień, aczkolwiek Vinyl Digital ostatecznie przypisało wydanie „Butterly Effect” do daty ukazania się wersji fizycznych albumu, czyli na 30 października. Wszyscy odbiorcy, którzy doskonale orientują się w dyskografii DJ-a Krusha zadawali sobie podstawowe pytanie: w jaki sposób ukierunkuje on swoją nową płytę? Przecież część artystów po dłuższej przerwie całkowicie porzuca wcześniejsze wytyczne, sięgając po inne środki wyrazu. Pozostali trzymają się sprawdzonego sposobu tworzenia nagrań, nie rezygnując ze swojej muzycznej tożsamości. Doświadczony japoński wykonawca wybrał drugie rozwiązanie, z tego tak po prawdzie nikt nie powinien być specjalnie zaskoczony. Posępny i mroczny świat znany z poprzednich dokonań DJ-a Krusha doczekał się kontynuacji na „Butterly Effect”. Występuje tylko jedno „ale”. Producent swoimi utworami nie wpędza już słuchaczy w depresję i nie stara się wciągając odbiorców do swojego nieodgadnionego świata. Więcej tutaj swobody i bardziej przejrzystych nagrań. Nie zabrakło gości na tym LP, z których najciekawszą postać jest Free the Robots (w ub.r. wydał on wspólną płytę z Opio, „Sempervirens”). Wszystko to spięte nostalgiczną klamrą (na płycie znalazł się jeden utwór o takim tytule), przypominającą mimo wszystko o wcześniejszych produkcjach artysty.

    Projekt udostępniono do odsłuchu na Bandcampie, Spotify, Deezerze i serwisach pokrewnych. „Butterly Effect” ukazało się w wersji elektronicznej i fizycznej. Vinyl Digital wypuściło materiał na płytach kompaktowych i winylowych. Projekt promuje kilka singli, z których najważniejszymi są „Probability” oraz „Missing Link”. Dodatkowo do pierwszego z tych nagrań powstał również videoclip. Powrót DJ-a Krusha odnotowano w wielu krajach, chociaż oceny tej płyty są mocno rozbieżne. Nie ma się, co dziwić, ponieważ „Butterly Effect” nie jest w stanie wypełnić 11-letniej luki w dyskografii artysty, a po takiej przerwie wiele osób oczekiwało od niego zupełnie nowej jakości. Z drugiej strony, po tym albumie widać, że nie zapomniał on, jak należy tworzyć utwory, które wcale nie wypadają tak blado, jak to co poniektórym wydaje się.

    Tracklista

    1. Probability
    2. Strange Light feat. Free the Robots
    3. Coruscation
    4. My Light feat. Yasmine Hamdan
    5. Nostalgia feat. Takashi Niigaki
    6. Missing Link
    7. Song Of The Haze
    8. Sbayi One feat. Crosby Bolani
    9. Everything And Nothing feat. Divine Styler
    10. Future Correction
    11. Living In The Future feat. tha BOSS
  • Rodalquilar drugim albumem Bluestaeba

    Rodalquilar drugim albumem Bluestaeba

    3–4 minut

    Międzynarodowa scena producencka skupia mnóstwo różnych artystów z całej kuli ziemskiej. W dzisiejszych czasach szczególnie niezależne kręgi beatmakerów pozostają nad wyraz rozbudowane i co lepsze w dalszym ciągu potrafią wchłaniać kolejnych twórców. Jeżeli niezależny twórca zdecyduje się na wydawanie głównie instrumentalnych nagrań, to jest narażony na niezrozumienie ze strony części słuchaczy, aczkolwiek równie dobrze może wynieść z tego wiele korzyści. Przede wszystkim niejeden beatmaker cieszy się większą popularnością niż poszczególni raperzy czy grupy muzyczne. Producenci potrafią też zdobyć lojalnych fanów, którzy następnie chętnie obserwują ich poczynania i/lub wypatrują winylowych wersji ich projektów. Na zainteresowanie słuchaczy nie powinien narzekać Bluestaeb. Niemiec wypuścił w listopadzie drugi album – „Rodalquilar”.

    Nasi zachodni sąsiedzi mogą pochwalić się wieloma producentami prezentującymi międzynarodowy poziom. Wśród licznej grupy niemieckich beatmakerów dostarczających wartościowe nagrania należy zaliczyć Bluestaeba. Berliński artysta nagrywa muzykę od 8 lat. Przez pierwsze lata spokojnie kształtował swoje brzmienie, nie śpiesząc się przy tym z wydawaniem płyt. Wraz za namową Figuba Brazlevica wszedł on w skład kolektywu Oldschool Future Tribe, dzięki czemu uzyskał on możliwość bliższej współpracy z innymi producentami. Przełożyło się na jego późniejsze wydawnictwa.

    W 2012 roku Bluestaeb wypuścił premierowy materiał, „Neo Retro” EP. Po tym niewielkim projekcie berlińczyk zasiadł do realizacji debiutanckiej płyty. „1991 Extraterrestrial” trafiło do obiegu pod koniec 2013 roku. Instrumentalny album wydany przez Radio Juicy zachwycił niejednego odbiorcę. Klimatyczne i niezwykle wciągające wydawnictwo wypadło naprawdę okazale. Od tego momentu więcej osób zaczęło się przyglądać poczynaniom Bluestaeba. W oczekiwaniu na następny krążek, beatmaker wpadł na pomysł serii cyklicznie publikowanych singli. Wszystkie utwory z „B.L.U.E. Friday” zebrało Radio Juicy, wypuszczając całość na płytach winylowych pod koniec sierpnia. W międzyczasie wykonawca zakończył prace nad „Rodalquilar”, które miało trafić na półki sklepowe dzięki Jakarta Records. Druga płyta producenta ze stolicy Niemiec przedłuża serię jego udanych materiałów.

    Jakarta Records przygotowała na tegoroczną jesień szereg nowych wydawnictw. Jedną z ważniejszych produkcji opublikowanych w tym okresie okazał się akurat drugi album Bluestaeba. Co sprawiło, że materiał berlińskiego producenta znalazł się tak wysoko w hierarchii tej wytwórni płytowej? Ano spowodowało to kilka czynników. W informacjach prasowych poświęconych płycie Jakarta Records przekonywało o tym, że berliński beatmaker idealnie łączy w swoich produkcjach dwa terminy – future i boom-bap. Po zapoznaniu się z zawartością „Rodalquilar” trzeba przyznać, iż powyższe opinie nie były wcale przesadzone. W porównaniu do „1991 Extraterrestrial” Bluestaeb jeszcze bardziej rozwinął swój warsztat. Na poprzednim albumie miejscami można było zauważyć, że nie jest on do końca przekonany, w którym kierunku ma podążyć, bądź jaką formę nadać swoim instrumentalom. W przypadku tegorocznego LP Niemiec jasno pokazał, że zamierza mieszać muzykę hip hopową nawiązującą do Złotej Ery rapu wraz ze współczesnymi rozwiązaniami przyjmowanymi przez beatmakerów. Nie brakuje tutaj eksperymentów i prób wplecenia wyjątkowych elementów, ukierunkowujących poszczególne nagrania w bluestaebowski klimat. Przy dłuższym obcowaniu z albumem słychać także nostalgię unoszącą się nad całym materiałem. Nic w tym dziwnego – tytuł płyty odnosi się do nazwy maleńkiej hiszpańskiej miejscowości położonej w prowincji Almeria nad Morzem Śródziemnym, w której przyszły producent spędził część swojego dzieciństwa. Niewątpliwie wpłynęło to na ostateczny charakter longplaya, czyniąc z niego pewnego rodzaju powrót do przeszłości przy jednoczesnym spoglądaniu w przyszłość.

    Projekt opublikowano na Bandcampie, Spotify, Deezerze i witrynach pokrewnych. „Rodalquilar” trafiło do sprzedaży w wersji elektronicznej i fizycznej (płyty winylowe). Jakarta Records oparło kampanię promocyjną materiału na singlach „One For Papa”, „Tomorrow We Will Love Again”, „Didn’t Cha Know” i tytułowe „Rodalquilar”. Bluestaeb pozostawił po sobie pozytywne wrażenie, dostarczając mieszankę instrumentalnego hip hopu nawiązującego do lat 90.tych i brzmień eksperymentalnych, którym potrafił nadać autorski pazur.

    Tracklista

    1. Tomorrow We Will Love Again
    2. Valle de Rodalquilar
    3. Yap
    4. Message From The Inner City Blue
    5. Come On
    6. Didn’t Cha Know
    7. Rodalquilar
    8. Ta Carrière
    9. One For Papa
    10. Huebro
    11. Both Worlds feat. Blameful Isles
    12. ALP-826
    13. Outro
  • Recenzja LP: Igor Boxx – Delirium

    Recenzja LP: Igor Boxx – Delirium

    2–4 minut

    PlugAudio | 2015

    Tekst: Emilia Falkowska

    Każdy zgodzi się ze stwierdzeniem, że jazz to silna karta w historii polskiej muzyki. Takie osobistości, jak Krzysztof Komeda czy Zbigniew Namysłowski są powodami do dumy dla całych pokoleń. Zainteresowanie tym gatunkiem nie skończyło się wraz z opadnięciem emocji po „Astigmatic”, co to, to nie. Korzenie ruchu jazzowego w Polsce sięgają głęboko, jednak sam gatunek nie przestaje ewoluować. Świeże brzmienie nadaje mu obecnie nie kto inny, jak Igor Boxx, bez wątpienia jeden z najważniejszych współczesnych polskich muzyków, ½ szanowanego i wielokrotnie nagradzanego duetu Skalpel oraz świetnie radzący sobie solowy artysta. Artysta przez wielkie „A”.

    Każdy jego projekt to ujście dla szerokiej wyobraźni i genialna mieszanka stylów prowokująca wyjątkowe doznania. Perfekcyjnie łączony jazz z elektroniką i hip hopem jest wizytówką panów z Wrocławia. Igor Pudło wraz z Marcinem Cichym ponad dekadę temu zostali dostrzeżeni przez kultową londyńską wytwórnię płytową Ninja Tune, dzięki której usłyszeliśmy „Skalpel” czy też „Konfusion” – albumy rozpoznawalne na świecie i kultywowane w kraju. Warto wspomnieć, że ich „Virtual Cuts” jest uważany za najlepszy mixtape w historii polskiej muzyki elektronicznej.

    Światowy poziom projektów został dostrzeżony i doceniony, a Igorowi Boxxowi otworzył drzwi do solowej kariery. Człowiek, który, jak sam mówi, był świadkiem narodzin punk rocka i złotej ery hip hopu, pamięta przejście Polski z komunizmu na kapitalizm i wersji analogowych na cyfrowe, w 2010 roku wydał solowy album „Breslau”, osobistą ekspresję na temat historii Wrocławia. Debiut jakich mało. Wydawnictwo ruszyło w świat i przyciągnęło tłumy zainteresowanych muzyką zza żelaznej kurtyny, połączeniem klasyki z nowoczesnością, historii i emocjonalnych związków artysty z rodzinnym miastem.

    To, co w Igorze wyjątkowe, to nieposkromiona kreatywność. Dowodem na jej ogrom (jakby komukolwiek jeszcze takowy był potrzebny po wcześniejszych sukcesach) jest „Delirium” – nowy album wydany 6 listopada dzięki PlugAudio. Album dojrzały (tak samo jak jego autor, swoją drogą tworzący muzykę już od 24 lat), dopieszczony, zdecydowanie satysfakcjonujący, acz nieprzerwanie intrygujący. Wszystko to dzięki jazzowym samplom i psychodelicznym elementom, które wylewają się z głośników dosłownie, jak obrazy z ram po substancjach psychoaktywnych.

    „Delirium” to płyta ewidentnie wychodząca poza ramy, niekonwencjonalna i fascynująca. Materiał bardziej burzliwy niż dzieci Skalpela (w ub.r. ukazały się dwa nowe projekty grupy – „Transit” i „Simple”), jednak jakościowo tak samo sięga najwyższej półki łącząc jazz, krautrock i new wave. „Delirium” to dziesięć hipnotyzujących utworów tworzących psychologiczny autoportret Igora Boxxa. Zmysł kompozycyjny pełen spontaniczności i smaku pozwolił mu stworzyć futurystyczny materiał, za punkt wyjścia mający old-schoolowe brzmienia.

    Pierwszy utwór, „Nordic Crime”, to porządna dawka delirycznych dźwięków, którym nie da się oprzeć. Po pierwszym zastrzyku psychodelicznych beatów przychodzi pora na trzeci numer „Metabolix”, wymuszający całkowitą zmianę koncepcji na odbiór tego albumu. Klimatem powraca na chwilę do poprzedniego solowego wydawnictwa Igora Boxxa, „Dream Logic”, przyśpieszając tempo i dodając taneczne elementy. Podobny zabieg słychać w „Stolen Moments”. „Twisted Childhood” to kolejny ciekawy utwór, nagle w tym narkotycznym świecie słychać odrobinę dziecinności i marzeń. Dwa ostatnie utwory – „Delirious Material” i „Swamp Forever” – przybliżone są klimatem do „Nordic Crime”. W tym drugim jednak warto zwrócić uwagę na dodatkowy element wprowadzony na końcu wydawnictwa, wyjaśniający nieco całą tę grę wyobraźni.

    „Delirium” zaskakuje różnorodnością, ale i kunsztem wykonania. Najmniejsze elementy dobrane są tu by subtelnie nadać smaku całości. Fantastyczny klimat stworzony przez Igora mógłby być genialną ścieżką dźwiękową filmu lub po prostu soundtrackiem niezapomnianego jesiennego wieczoru.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Nordic Crime
    2. Paranoia
    3. Metabolix
    4. Moonbase Alpha
    5. Sorrow Tomorrow
    6. Twisted Childhood
    7. Stolen Moments
    8. Nightbreak
    9. Delirious Material
    10. Swamp Forever

    Zapisz

  • Emancipator żegluje po Seven Seas

    Emancipator żegluje po Seven Seas

    3–5 minut

    W środowisku muzycznym dosyć często dochodzi do zakładania wytwórni płytowych przez samych artystów. Zazwyczaj następuje to w przypadku, gdy poszczególni twórcy rezygnują z nagrywania muzyki dla dotychczasowych wydawców i usiłują skupić pełną działalność w swoich rękach. Powyższe zjawisko szczególnie występuje w niezależnych kręgach, co nie powinno nikogo dziwić. Redefinition Records, Computer Ugly, Mortier Music, Linear Labs, Red Apples 45, Slice Of Spice Records czy Jamla Records, to tylko niektóre firmy powstałe w ostatnich latach z inicjatywy wykonawców. Do tej grupy należy zaliczyć też Loci Records, którego założycielem jest znamienity Emancipator. Oprócz obowiązków wydawniczych popularny producent nadal tworzy muzykę. 25 września ukazał się jego nowy materiał, „Seven Seas”.

    Pod koniec poprzedniej dekady pojawiło się na świecie sporo utalentowanych producentów, o których większość osób dowiadywała się z blogów udostępniających płyty do pobrania (złote czasy tej formy piractwa). W tym kręgu znalazł się skromny Douglas Appling. Nikomu nieznany artysta z amerykańskiego Portland wydał debiutancką płytę w 2006 roku i w oka mgnieniu znalazł się na ustach sympatyków trip-hopu, downtempo i abstrakcyjnego hip hopu. W ten sposób Emancipator wprowadził się na międzynarodową scenę muzyczną, stając się jednym z objawień w szeroko pojętych nurtach instrumentalnych.

    Pierwsze dwa pełne albumy beatmakera – „Soon It Will Be Cold Enough” i „Safe In The Steep Cliffs” – zachwyciły mnóstwo odbiorców. Niezwykle nastrojowe i upajające dźwięki, rozbudowane nagrania zawieszone pomiędzy czasem a przestrzenią oraz wszechobecna nostalgia stały się znakami rozpoznawczymi Emancipatora. Od początku działalności mieszkaniec Oregonu stawiał na niezależność, przez co jego materiały nie pojawiały się w szerokiej dystrybucji i można było je nabyć najpierw jedynie w wersji cyfrowej. Amerykanina po pewnym czasie wyłowiły japońskie oficyny wydawnicze – Rockwell Product Shop i Hydeout Productions – dzięki którym „Soon It Will Be Cold Enough” i „Safe In The Steep Cliffs” trafiły do obiegu na płytach kompaktowych.

    Po okresie przejściowym przypadającym na wydanie 4 lata temu „Remixes”, Emancipator zdecydował się na założenie własnej oficyny wydawniczej. Następny album producenta, „Dusk To Dawn”, ukazał się już pod patronatem Loci Records. Wydawnictwo sprzed blisko 3 lat przysporzyło wykonawcy licznych nowych fanów. Za sprawą Jakarta Records płyta doczekała się również dystrybucji na kontynencie europejskim, co pozytywnie wpłynęło na pozycję beatmakera w hierarchii artystów z nurtu roztaczającego się od downtempo po elektronikę. Po tym wydawnictwie Emancipator skupił się na rozwoju Loci Records, co naprawdę udaje się jemu z powodzeniem. Label umożliwił wydanie muzyki Stèva, D.V.S.-a, Nyma, Frameworksa, Lapy i Tora. W pierwszej połowie br. trafiły do obiegu dwa nowe projekty bohatera tego artykułu – „Dusk To Dawn Remixes” i płyta koncertowa „Live In Athens”. Oba projekty okazały się tylko przedsmakiem do kolejnego longplaya Emancipatora. „Seven Seas” stanowi dowód na klasę amerykańskiego producenta.

    Zapowiedzi projektu pojawiły się w internecie na początku września. Właściciel Loci Records postanowił nie bawić się w długą kampanię promocyjną i nie stosował żadnych tanich chwytów marketingowych. Rzecz jasna mógł on sobie na to pozwolić, ponieważ posiada on licznych sympatyków w różnych zakątkach globu i nie musi się też martwić o zainteresowanie ze strony mediów. Już w przedsprzedaży mnóstwo osób sięgnęło po „Seven Seas”, co było dowodem na coraz większą popularność Emancipatora oraz wiarę wielu osób w odpowiednio wysoką wartość tego projektu. Po opublikowaniu albumu okazało się, że artysta z Północno-Zachodniej części USA nadal potrafi pozytywnie zaskoczyć. W czasie, gdy multum artystów dąży w kierunku minimalizmu, Douglas Appling ugryzł ten temat z zupełnie innej strony. Po wydaniu „Dusk To Dawn” nagranego przy udziale tzw. żywych instrumentów, większość koncertów producenta odbywała się przy akompaniamencie szeregu muzyków grających na basie, skrzypcach, klarnecie, saksofonie, perkusji, itd. Emancipator zdecydował się na włączenie tych osób na „Seven Seas” i rozbudowaniu konceptów z poprzedniego LP. Jaki to przyniosło efekt? Więcej niż zadowalający. Instrumenty występujące nadały utworom głębszego brzmienia. „All In Here”, „1993”, „Canopy”, „Barnacles” czy „The Key” wypadły naprawdę okazale, dobitnie pokazując, że w przypadku doświadczonych beatmakerów dalszym etapem wcale nie musi być oszczędne brzmienie, lecz próba sięgnięcia po bardziej ekspresyjne i bogatsze metody. Warto też zwrócić uwagę na wokalistkę Madelyn Grant, uzupełniającą tytułowe „Seven Seas” o dodatkowe elementy. Przy tak dobranej załodze można bezpiecznie żeglować po niezbadanych dotąd wodach.

    Projekt można odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa, Spotify, Deezera i innych serwisów streamingowych. Wersja cyfrowa „Seven Seas” jest dostępna w sprzedaży na BC i iTunes. Ponadto wydawnictwo trafiło do obiegu na płytach kompaktowych. Album promują single „Ocelot” i tytułowe „Seven Seas”, do których powstały również teledyski. Emancipator przy kooperacji z licznymi muzykami nagrał przedni instrumentalny materiał. Niewielu producentów potrafi tak umiejętnie łączyć w swoich nagraniach odmienne światy, jak akurat właściciel Loci Records.

    Tracklista

    1. All In Here
    2. Seven Seas feat. Madelyn Grant
    3. 1993
    4. Ocelot
    5. Vision Quest
    6. Land & Sea feat. Molly Parti
    7. Canopy
    8. Delta Trance
    9. The Key
    10. Oasis
    11. Honey
    12. Barnacles
  • Kompilacja nagrań The Jazz Jousters – The Vault

    Kompilacja nagrań The Jazz Jousters – The Vault

    3–5 minut

    W niezależnych kręgach muzycznych nader często przewija się temat (net)labeli i platform muzycznych. Na całym świecie można doliczyć się dziesiątek tego typu przedsięwzięć, mniej i bardziej znanych. W poszczególnych przypadkach początkowo niewielkie inicjatywy przeradzają się w działające z dużym powodzeniem firmy (patrz: Soulection, HW&W, Cold Busted). W dzisiejszych czasach przeważają kolektywy łączące artystów zorientowanych na nowoczesne formy muzyczne. Z drugiej strony, nadal możemy wyróżnić labeli zwracających się ku muzyce opartej o brzmienie z dawnych lat. W tym gronie umieścimy powstałe ponad dekadę temu Millennium Jazz Music. Międzynarodowy kolektyw zrzesza producentów kultywujących tradycje jazz-hopowe. Niedawno ukazała się kompilacja „The Vault”, zawierająca wybrane utwory najbardziej znanego ogniwa MJM, The Jazz Jousters.

    W ostatnim okresie niejedna platforma wydawnicza mocno zaznaczyła swoja obecność w środowisku muzycznym. W niszy nastawionej na instrumentalne wydawnictwa coraz lepiej stoją akcje Millennium Jazz Music. Przez dłuższy okres przedsięwzięcie zainicjowane przez Gadgeta nie wyróżniało się spośród innych kolektywów. W końcu na przestrzeni ostatnich lat do głosu doszło multum (net)labeli, które zrzeszają szereg twórców z rozmaitych zakątków świata. Problem w tym, że większość tego typu inicjatyw nie różni się między sobą w zasadzie niczym, nie wnosząc przy tym niczego specjalnego. MJM znalazło sposób na wyróżnienie się i wprowadzenie świeżego powiewu w tym środowisku, a wszystko to za sprawą The Jazz Jousters.

    Kolektyw powstał w połowie 2012 roku. Podstawowym założeniem TJJ było składanie hołdu słynnym i wpływowym muzykom jazzowym poprzez wydawanie kompilacji zawierających utwory nawiązujące do ich twórczości. Gadget wespół ze SmokedBeatem, Bonesem The Beat Headem, Stay Classym, RickMalem i pozostałymi producentami rozpoczął imponującą serię projektów (łącznie ukazało się kilkadziesiąt części tego projektu). Działalność The Jazz Jousters szybko dostrzeżono w undergroundzie. Nie mogło być inaczej, ponieważ międzynarodowe przedsięwzięcie zachwycało realizowaniem swoich pomysłów oraz umiejętnością łączenia ilości z jakością wydawnictw.

    Ponad rok temu Millennium Jazz Music przedstawiło kolejny etap w istnieniu TJJ. Gadget i spółka postanowili sięgnąć po stare nagrania pochodzące z konkretnych krajów, tworząc tym samym cykl „Locations”. Wraz z płytami dedykowanymi muzyce z Japonii, Włoch, Niemiec, Nigerii, Brazylii i Polski przyszły też pierwsze materiały kolektywy publikowane na kasetach i płytach kompaktowych. Oprócz tego MJM firmowało produkcje pojedynczych artystów i grup. W tym roku dzięki tej oficynie wydawniczej ukazała się płyta polskiej formacji NoNameKolektyf, „Piramida Maslowa”, do której dołączono później remiksy (wkrótce więcej o tym zespole na łamach naszego serwisu). Po 3. rocznicy powstania TJJ doczekaliśmy się swoistego podsumowania tego okresu w postaci składanki „The Third Pass”. W dalszej kolejności pojawiło się the best of The Jazz Jousters. „The Vault” stanowi ukłon w stronę wszystkich sympatyków działalności producentów zrzeszonych pod sztandarem Millennium Jazz Music.

    Pierwsze zapowiedzi wydawnictwa przedostały się do sieci w trakcie ubiegłego lata. Po zakończeniu sezonu ogórkowego MJM przeszło do realizacji tego przedsięwzięcia. Jak się okazało, „The Vault” nadano podniosły charakter. Składankę najlepszych utworów The Jazz Jousters przygotowywano do wydania na kasetach i płytach winylowych, które dotąd nie pojawiły się w katalogu Millennium Jazz Music. Pomocną dłoń do labelu wyciągnął doskonale znany sklep płytowy, HHV.DE (Niemcy odgrywają dużą rolę w niezależnym środowisku muzycznym) – bez ingerencji naszych zachodnich sąsiadów woski nie ujrzałyby światła dziennego. Przedsprzedaż kompilacyjnego albumu rozpoczęła się jeszcze we wrześniu. Materiał wzbudził zainteresowanie odbiorców niemal natychmiast (wszystkie winyle wyprzedano na Bandcampie w 2-3 tygodni). „The Vault” trafiło do obiegu na przełomie października i listopada. Selekcja utworów na album trwała długo i była pracochłonna. Nic dziwnego, przecież katalog TJJ jest nad wyraz rozbudowany. Ostatecznie na kompilację trafiło 25 ścieżek. Co ciekawe, każdy utwór pochodzi od innego beatmakera. Oprócz nagrań stałych członków kolektywu (Gadget, Pawcut, Bones The Beat Head, SmokedBeat, Dr. Dundiff, Slim The Chemist, DJ Mentos, Diligent Fingers) na składance nie zabrakło także produkcji osób związanych jedynie z poszczególnymi projektami MJM (Pigeondust, Es-K, FloFilz, Ja:Kova). Dzięki temu uzyskaliśmy treściwy i dogłębny przekrój przez pokaźne zbiory The Jazz Jousters, które powiększą się w przyszłości o kolejne jazz-hopowe płyty.

    Projekt trafił na Bandcampa, Spotify, Deezera oraz pokrewne serwisy streamingowe. Pomimo wysokiego zainteresowania słuchaczy, w sklepie HHV.DE w dalszym ciągu można nabyć kompilację na płytach winylowych i kasetach. „The Vault” to nie tylko podsumowanie dotychczasowej działalności The Jazz Jousters, ale także dowód na to, iż istnieje popyt na wydania fizyczne materiałów serwowanych przez platformy utożsamiane głównie z muzyką w postaci cyfrowej.

    Tracklista

    1. Joe Davies – Just Relax
    2. Pigeondust – Never Be Blind
    3. Es-K – Coolin’ In July
    4. Bones The Beat Head – Through The Window
    5. Pawcut – Goodbye
    6. SmokedBeat – CA
    7. Stay Classy – Mr. T
    8. Blue Buttonz – Darker Shades of Blue
    9. Gadget – Hall of Resonance
    10. Dr. Dundiff – History
    11. RickMal – Upstreamin’
    12. Scaley WaleZ – Una Brisa De La Isla
    13. Slim The Chemist – Power of Music
    14. Mr. Moods – Laws of Gravity
    15. Jaze Baqti – Lonesome Journey
    16. FloFilz – Adrett
    17. KNYT – Roses
    18. Diligent Fingers – Heart Strings
    19. Oldy Clap Recordz – Art & Fact
    20. DJ Mentos – Like A Memory
    21. Wriggly Scott – More Green
    22. B3NBi – One Mile Loop
    23. Ja:Kova – In This Hotel
    24. Skinnista – Dell’s Dilema
    25. Dr. MaD – Under The Gods feat. Téhu
  • Zagadkowe opowieści Massive Suits Quartet na Full Moon Wizard

    Zagadkowe opowieści Massive Suits Quartet na Full Moon Wizard

    3–4 minut

    W tym roku niejeden europejski producent poprawił swoją pozycję na światowej scenie muzycznej. Przez dłuższy czas postaci ze Starego Kontynentu nie miały okazji do tak znacznej ekspansji na pozostałe kontynenty, jak właśnie teraz. Kilka składowych wpłynęło na polepszenie się sytuacji Europejczyków w tej niszy muzycznej. Znacznie więcej wytwórni płytowych podejmuje współpracę z przedstawicielami krajów europejskich, co wcześniej nie było wcale częstym obrazkiem. Oprócz tego część amerykańskich serwisów muzycznych przestało odgradzać się od wszystkiego, co nie pochodzi z Ameryki Północnej, dzięki czemu Europejczycy mogą swobodniej docierać do słuchaczy. Przekłada się to na lepszy odbiór muzyki osób pokroju Dandy Teru. Francuski twórca wypuścił we wrześniu płytę „Full Moon Wizard”, która ukazała się pod nazwą wyimaginowanej formacji Massive Suits Quartet.

    W świecie muzycznym nie brakuje enigmatycznych postaci pojawiających się przy okazji wybranych projektów pod różnymi postaciami. W powyższy sposób najstosowniej można określić Gregorire’a Marty’ego. tajemnicza otoczka towarzyszy jemu od początku działalności. Francuski artysta tworzy muzykę od 2006 roku. Próżno szukać w sieci wzmianek i szerszych informacji o nagraniach i projektach tego producenta do 2010 roku. Wtedy to po raz pierwszy udzielił się na płycie studyjnej, pomagając Pumpkin przy „Ainsi de Suite”. Po zebranych doświadczeniach w roli człowieka cienia (Francuz dorzucił swoje trzy grosze na m.in. materiał Supafuh, „Just Act”) artysta przeszedł do pracy nad własnymi nagraniami.

    W 2012 roku bohater dzisiejszego artykułu nawiązał bliższy kontakt z doskonale znaną amerykańską oficyną wydawniczą, Ubiquity Records. Blisko 3 lata temu ukazał się jego singiel „Fragile Things” wydany pod pseudonimem Dandy Teru. Dwunastka z udziałem duetu Ty & Sarah Gessler, uzupełniona o remix Quiet Dawna, gładko wprowadziła do pierwszego longplaya francuskiego wykonawcy. „Adventures” ukazało się w maju 2013 roku i spotkało się z pozytywnym odbiorem przez media i słuchaczy doceniających organiczne formy hip hopowe. Po udanym pełnym wprowadzeniu się Francuza na scenę muzyczną większość osób spodziewało się kontynuacji stylu i dalszego rozwoju warsztatu na kolejnej produkcji artysty. Nieco mylne wrażenie, co do następnego wydawnictwa tego twórcy, można było wynieść po krótkim „Moods & Collages” sprzed 4 miesięcy. Okazało się bowiem, że na drugim albumie – „Full Moon Wizard”Gregoire Marty zafundował wszystkim podróż pomiędzy wysublimowanymi dźwiękami, wychodzącymi od stworzonej specjalnie do tego celu formacji Massive Suits Quartet.

    Wydawnictwo trafiło do obiegu nieco ponad 1,5 miesiąca temu. Gregoire Marty nie zamierzał zmieniać wydawcy – Ubiquity Records stanowi jedną z najbezpieczniejszych i najlepiej zarządzanych przystani muzycznych dedykowanych niesztampowym i wymykającym się z powszechnej klasyfikacji projektom. Czy tak wypada powiedzieć o nowej płycie Francuza? Jak najbardziej, ponieważ „Full Moon Wizard” łączy w sobie klimat nagrań przypisanych do odmiennych nurtów. Dandy Teru uciekł od krainy zdominowanej przez pogodne i ciepłe brzmienia hip hopowe do zagadkowego i ukrytego pomiędzy nieodgadnionymi pejzażami. Eskapizm w wydaniu artysty to również, a raczej przede wszystkim, poszukiwanie świeżych pomysłów i możliwości ekspresji przełożonych na konceptualny album pełną gębą. Na potrzeby wrześniowego materiału powołał on do życia wymyśloną grupę Massive Suits Quartet, dzięki której nadał swojemu projektowi osobliwy wymiar. Drugi longplay francuskiego twórcy nawiązuje do soundtracków do filmów i czerpie garściami ze sztuki umiejętnego komponowania muzyki do filmów. Filmowa sceneria idealnie pasowałaby do „Full Moon Wizard”, szczególnie jeżeli zestawimy z tą płytą obrazy science-fiction z lat 70.tych. Brudne brzmienie wydobywające się ze skrzętnie dobranych sampli dodaje albumowi wyrazistego smaku. „The Lake”, „The Odyssey (Part 1-2)”, „Nymphs” i „Spaceship Jazz” świetnie podkreślają wartość projektu. Autorzy muzyki filmowej powinni zetknąć się z tym wydawnictwem, które mogłoby zostać wykorzystane przy wybranym dziele wyświetlanym na dużym ekranie.

    Po płytę sięgniecie na Bandcampie i Deezerze. „Full Moon Wizard” można nabyć w postaci cyfrowej i fizycznej (płyty winylowe). Wersja cyfrowa LP do nabycia za pośrednictwem iTunes czy Amazona. Wydawnictwo promują dwa single – „Dancing With Her (Woman’s Theme)” i zamykające album „Spaceship Jazz” – oraz video teaser longplaya. Massive Suits Quartet to szalenie wciągający projekt ukazujący inne, niż do tej pory oblicze Dandy Teru. Francuz stworzył produkcję, która daleko wykracza poza ramy współczesnych instrumentalnych wydawnictw.

    Tracklista

    1. Full Moon Wizard (Wizard’s Theme)
    2. The Lake
    3. March From The Moon
    4. The Odyssey (Part 1)
    5. In All Things
    6. Long Ago
    7. Nymphs
    8. Dancing With Her (Woman’s Theme)
    9. Pigeon And Swan
    10. The Odyssey (Part 2)
    11. Grand Empty (The Awakening Theme)
    12. Spaceship Jazz
  • Reedycja płyty Radiusa – Time Travel Is Real

    Reedycja płyty Radiusa – Time Travel Is Real

    3–5 minut

    Płyty winylowe są obecnie powszechnie dostępne. Wraz z triumfalnym powrotem tego nośnika wielu artystów i wydawców skupiło się na publikowaniu muzyki właśnie na woskach. Wzmożony ruch w interesie można zaobserwować szczególnie pośród niezależnych twórców. W tym momencie niektórzy z nich wręcz traktują wydawanie winyli za największy ze swoich priorytetów. Oczywiście przynosi to różne efekty, ponieważ nakłady wielu nowych płyt schodzą bardzo powoli. Do tego w Stanach Zjednoczonych występują problemy natury technicznej – tłocznie otrzymują za dużo zleceń i nie wyrabiają się z terminami. Z drugiej strony, sporo wartościowych materiałów uprzednio publikowanych w innych formatach dostaje nowe życie, pojawiając się na winylach. Akurat tę drogę przybyło „Time Travel Is Real” Radiusa.

    Już wielokrotnie podkreślałem, że chicagowska scena muzyczna należy do jednych z najbardziej zajmujących na terenie Stanów Zjednoczonych. Dotyczy to nie tylko półki hip hopowej, ale też kręgów house’owych i instrumentalnych. Wszystkie powyższe nurty łączy muzyka Radiusa. Wychowanek owianej złą sławą południowej części Wietrznego Miasta tworzy nagrania już od blisko 15 lat. Początkowe lata spędził on na licznych imprezach spod szyldu beat battle oraz na graniu koncertów. Beatmaker otwierał imprezy dla wielu (u)znanych twórców – DJ’a Shadowa, Nightmares On Wax, Blu & Exile’a, Oddiseego czy Thaviusa Becka. Po drodze założył on wraz ze swoimi kompanami dwie formacje – LAGOS (należy do niej też Leo 123 z Dark Party) oraz Beyond Luck (drugim członkiem grupy jest DJ Moppy). Doświadczenia wyniesione z eventów zaprocentowały jego studyjnych płytach.

    Debiutancki album Radiusa, „Neighborhood Suicide”, trafił do obiegu w 2008 roku. Projekt wydany nakładem The Secret Life Of Sound okazał się właściwym wstępem do jego dalszych wydawnictw. Następne lata przyniosły „Scatterbrain Tapes Vol. 1”, „Etc…” i singiel winylowy „Standing On Pluto (In My Peacoat)”. W międzyczasie artysta założył oficynę wydawniczą Etc Records, pod szyldem której rozpoczął publikację materiałów innych twórców. 2013 rok przyniósł dwie nowe jego produkcje – „Infinite Roots Vol. 1” oraz „Minimal Chops & Loops In Dub Vol.1”. Po serii dobrze przyjętych płyt Radius otrzymał zaproszenie na trasę koncertową po Japonii. W ramach przygotowań do tego touru chicagowski wykonawca przygotował specjalną EP-kę – „Time Travel Is Real”. Po roku zdecydował się on odświeżyć tę instrumentalną płytę, realizując marzenia o winylowym wydaniu materiału.

    Wydawnictwo w postaci mini-albumu trafiło do obiegu nieco ponad rok temu. Oryginalne wydanie płyty zawierało 7 utworów i posiadało podtytuł „A Prelude To Japan…”. EP-ka wydana rok temu okazała się sukcesem i nawet wiele miesięcy po jej premierzy pojawiały się artykuły o niej; nie brakowało również zainteresowania materiałem wśród słuchaczy. W związku z tym Radius postanowił wyjść naprzeciw oczekiwaniom odbiorców, dokonując reedycji produkcji. Po udanej kampanii crowdfundingowej przeprowadzonej na Indiegogo stało się jasne, że doczekamy się godnego wydania „Time Travel Is Real” na wosku. Przed wypuszczeniem reedycji wydawnictwo doczekało się swoistego liftingu – EP-kę rozszerzono o 4 nowe utwory, dzięki którym już nie należy mówić o płycie w formie preludium czy dodatku do trasy koncertowej. W tej chwili mamy do czynienia z albumem zrealizowanym przez rasowego beatmakera. Przy nawet pobieżnym zapoznaniu się z zawartością projektu rzuca się w oczy uszy kunszt producencki Radiusa. Instrumentalny longplay swobodnie dryfuje pomiędzy różnymi stylami i odmianami muzycznymi, zgrabnie łącząc poszczególne elementy w całość. Zmienne tempo, rozbudowane nagrania, dbałość o najmniejsze detale i kapitalne wprowadzanie słuchacza do kreowanego przez siebie świata – wszystko to cechuje autora „Time Travel Is Real”. Płyta nagrana w Chicago, na Hawajach i w St. Louis nie ma tak naprawdę ani jednego gorszego momentu, co sprawia, iż jest produktem niemal kompletnym.Wystarczy tylko przyłożyć bliżej ucho do „One For Ferguson (Healing Factor)”, „Melanin Starburst”, „Skyliner Hologram” czy „Orange ST.”, aby przekonać się o prawdziwości tych słów.

    Pierwsze wydanie „Time Travel Is Real” można odsłuchać na Spotify, Deezerze i pokrewnych serwisach. Rozszerzona wersja wydawnictwa ukazała się na Bandcampie. Oryginalna wersja płyty pojawiła się na taśmach, które trafiły do obiegu przy współpracy z I had An Accident Records. W tej chwili trwa przedsprzedaż winylowego wydania albumu (woski w sprzedaży od 4 września). Radius odpowiada za jeden z najbardziej klimatyczny i urzekających instrumentalnych materiałów ostatnich lat. Panie i panowie, czapki z głów. Na marginesie, to miłośnicy niestandardowych płyt instrumentalnych powinni docenić nadchodzące projekty tego artysty, których powinno być naprawdę sporo.

    Tracklista

    1. Time Traveling 101 (Oahu to Osaka)
    2. One For Ferguson (Healing Factor)
    3. Bullet Trains Will Leave Me Broke
    4. Melanin Starburst
    5. ShRoOmsSs…
    6. Aquatic Sunset Sirens
    7. All Respects To Sonotheque
    8. Skyliner Hologram
    9. Bourgainserge
    10. Overnight Bus Excursion (Namba To Shinjuku)
    11. Orange ST.
  • Debiutancki album Warsaw Afrobeat Orchestra – Wendelu

    Debiutancki album Warsaw Afrobeat Orchestra – Wendelu

    3–4 minut

    Od jakiego wydawcy weźmiecie w ciemno każdą płytę? Bez stosowania żadnych ograniczeń śmiało w tym miejscu wymieniłbym Ubiquity Records. Oficyna wydawnicza z kalifornijskiego Costa Mesa istnieje już od ponad dwóch dekad. Przez ten czas amerykański label wypuścił ogrom wartościowych projektów przypisywanych do funku, soulu, rapu czy też brzmień latynoskich. Firma dzieli się na trzy części – Ubiquity, Luv N’ Haight i Cubop Records. Zdecydowanie najbardziej przyciąga zainteresowanie odbiorców pierwsza z nich. W ostatnim okresie nakładem tego labelu ukazały się nagrania The Mighty Sceptres, The Electric Peanut Butter Company, Shawna Lee, Soundsci, Ikebe Shakedown czy Brownout. Obok wydawnictw ww. artystów pojawił się również polski akcent w postaci premierowego albumu Warsaw Afrobeat Orchestra – „Wendelu”.

    Przy dzisiejszych uwarunkowanych na scenie muzycznym nikogo nie powinno zaskakiwać to, że np. amerykański wydawca publikuje płyty europejskich twórców. W ten klimat wpisuje się również polska formacja Warsaw Afrobeat Orchestra. Zespół założony w 2012 roku stanowi pod pewnymi względami nad wyraz oryginalny i nietuzinkowy kolektyw znad Wisły. WAO powstało z inicjatywy artystów współpracujących z kilkoma innymi grupami (Village Kollektiv, Żywiołak czy Elvis Deluxe). W głównym zamierzeniu warszawska formacja miała być polskimi spadkobiercami afrobeatu.

    Wydawałoby się, iż nastawienie na niewiele popularny nurt muzycznym w naszym kraju, nie powiedzie się na dłuższą metę. Jednak muzycy wchodzący w skład grupy szybko udowodnili, że co najmniej solidnie opanowali tajniki brzmienia wywodzącego się z Czarnego Lądu. W 2013 roku ukazała się debiutancka EP-ka Warsaw Afrobeat Orchestry, która została przychylnie przyjęta na świecie. Szczególnie nagranie „Only Now” zwróciło na siebie uwagę osoby spoza Polski, co przełożyło się ostatecznie na wydanie singla na winylowej dwunastce przez ww. Ubiquity Records. Po tym wstępie WAO zabrało się do prac nad długogrającym albumem. Wypuszczone w pierwszym kwartale tego roku „Wendelu” pokazuje wszem i wobec, że warszawianie posiadają własny przepis na afrobeat.

    Pierwotnie debiutancka płyta polskiego zespołu miała ukazać się nieco wcześniej, albowiem jeszcze w 2014 roku. Ostatecznie, po kilkukrotnej zmianie daty premiery związanej z opóźnienia w tłoczni, projekt ujrzał światło dzienne 10 marca. Już na wstępie spore znaczenie odegrało Ubiquity Records – wytwórnia od dawna posiada licznych i wiernych fanów, którzy w większości nie biorą się z przypadku. W związku z tym można było zakładać, iż „Wendelu” (tytuł inspirowany wierszem jednego z gości na materiale, Mamadou Dioufa) nie zostanie potraktowane po macoszemu i nie zginie pośród innych premierowych płyt wykonawców rodem z mniej znanych na świecie krajów pod względem muzycznym. Jednak posiadanie pewnego zaplecza to jedno, zaś drugie to zawartość albumu. Z drugą częścią Warsaw Afrobeat Orchestra poradziło sobie momentami wybornie. Na końcowy produkt zapracował 10-osobowy skład zespołu, którego integralną część stanowią trzy żeńskie głosy. Jedna z nich, Anna Piotrowska, jest autorką prawie wszystkich tekstów na LP. Warstwa liryczna udanie łączy się z muzyką skomponowaną przez Adama Kłosińskiego„Wendelu” stanowi połączenie afrobeatu z motywami etnicznymi, folkowymi, funkowymi czy reggae. Nad wszystkimi nagraniami unosi się zapach słowiańskiej fantazji nadającej płycie dodatkowego uroku. Wystarczy posłuchać „Only Now”, „Close To Far” z ww. Mamadou Dioufem czy „Let It Flow”, aby szybko przekonać się o niezwykłym klimacie longplaya. Całość uzupełnia remix „Your Way” w wykonaniu Masala Sound System.

    Płyta trafiła na Bandcampa oraz pozostałe serwisy streamingowe (Spotify, Deezer, itp.). Za pośrednictwem BC można nabyć wersję elektroniczną, jak i fizyczną „Wendelu” (płyty kompaktowe i winylowe). W maju Seeyousoon Recordings wydało polską wersję CD. W dalszym ciągu w sprzedaży znajduje się singiel „Only Now” (również w wydaniu winylowym). Oprócz tego utworu wydawnictwo promuje „Your Way” i remix „Only Now” w wykonaniu Bosqa. Ubiquity Records dorzuciło także obszerną zapowiedź pełnego LP. Jeżeli jesteście ciekawi, jak Warsaw Afrobeat Orchestra wypada na żywo, to odsyłam do poniższego zapisu ich występu w Polskim Radiu „Czwórka”. Warszawska formacja udowodniła, że warto rozglądać się za polskimi materiałami, które stanowią świetny muzyczny produkt eksportowy i są doceniane na świecie.

    Tracklista

    1. Stop
    2. Signs
    3. Empty Words
    4. No Such Thing
    5. Only Now
    6. Usurpation
    7. Close To Far feat. Mamadou Diouf
    8. Which Direction
    9. Your Way
    10. Let It Flow
    11. Your Way (Masala Sound System Remix)
  • Kolejny album Dota – Erratica

    Kolejny album Dota – Erratica

    2–4 minut

    Wykonawcy ze Starego Kontynentu stanowią liczną siłę w niezależnych kręgach (około) hip hopowych. Już od dłuższego czasu europejscy twórcy nie są również anonimowi dla odbiorców z pozostałych części świata. Poprawiony przepływ informacji o wydawnictwach oraz dystrybucja poszczególnych wydawnictw na cały świat postawiły w jeszcze lepszym świetle artystów z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Szwecji, Holandii i innych krajów. W szczególności na słowa pochwały zasługują nasi zachodni sąsiedzi, zwłaszcza jeżeli chodzi o tamtejszą scenę producencką. W zasadzie każdego miesiąca niemieccy beatmakerzy wypuszczają klasowe płyty, a pozycja niejednego z nich staje się coraz mocniejsza w branży. Obok bardziej znanych artystów z tego kraju znajdziemy także osoby pokroju Dota. Wykonawca rodem z Augsburga wypuścił dopiero co „Erratica” EP.

    W porównaniu do większości swoich rodaków bohater tego artykułu nie skupia się jedynie na pracy solowej i/lub nie uczestniczy w życiu żadnego kolektywu. Artysta pochodzący z południowej części Niemiec to wierny kompan rapera Mr.Feata, z którym kilka lat temu założył formację Blindspot. Właśnie z działalnością tej grupy przez większość czasu był on związany. Dot odpowiada za produkcję każdego wydawnictwa duetu, i trzeba przyznać, iż ta sztuka wychodzi mu naprawdę dobrze.

    Debiutancki projekt Niemców, „Hugs & Scissors” (ukazała się również instrumentalna wersja LP), trafił do obiegu we wrześniu 2010 roku. Płyta przygotowana przez Blindspot była wypadkową ich abstrakcyjnego hip hopu, klasycznego rapu z lat 90.tych i ich autorskich rozwiązań muzycznych. Po premierowym longplayu przyszła kolej na kolejne projekty duetu. Ostatni kwartał 2011 roku przyniósł dwa nowe materiały grupy – „A Fine Mess EP” oraz „Apart”. Następnie Dot opublikował kolekcję instrumentali zebraną na „Blindbeats” zawierającą wcześniej wykorzystane beaty, jak i niepublikowane dotąd tracki. Z kolei wypuszczone we wrześniu 2013 roku „Mars Athletics” stanowi jak dotąd ostatni materiał Blindspot. Ostatni rok przypadł na solowy album niemieckiego producenta, „Alice”. Do tego projektu dołożył on teraz „Erratica” EP, które pokazuje jego dalszy rozwój.

    Wydawnictwo pojawiło się w sprzedaży wraz z 1 lipca. Przy tym materiale beatmaker ponownie postawił na współpracę z oficyną wydawniczą Anette Records. Zachowując od strony wydawniczej status quo artysta uzyskał całkowitą swobodę do ekspresji i nagrania płyty w pełni na własnych warunkach. Już na „Alice” Dot dobitnie pokazał, że nieobce są mu wszelkie eksperymenty. Podobny kształt zdecydował się on nadać „Erratica” EP, dzięki czemu mamy do czynienia z instrumentalnym wydawnictwem pełną gębą, a nie jedynie zlepkiem beatów. Beatmaker zaserwował na lipcowym projekcie różną mieszankę stylów, aczkolwiek bez popadania ze skrajności w skrajność. Pomimo tego iż część utworów diametralnie różni się od siebie, to całość materiału brzmi spójnie i przekłada się na wartościową EP-kę. Nie należy też zapominać o wspólnych cechach nagrań, które wychodzą od przemyślanego doboru sampli, przez właściwe łączenie struktur kompozycji, aż po przyjemny dla ucha aranż. Dot posiada rękę do samplingu, co najlepiej można zauważyć po zamykającym płytę „Tristera Deluxe”. Oprócz tego nagrania wypada wyróżnić tytułowe „Erratica”, „Roookie” oraz „The Mountain Is All Broken (Jafar Panahi)”. W tych nagraniach autor EP-ki pokazuje pełną klasę.

    Płyta trafiła na Bandcampa. W dalszej kolejności projekt pojawi się na pozostałych serwisach streamingowych. Anette Records postarało się, aby „Erratica” została godnie wydana. Wobec tego materiał do nabycia na płytach winylowych i kasetach, które otrzymamy na BC. Wydawnictwo promuje singiel „Roookie”, do którego powstał również videoclip. Dot udowodnił nową produkcją, że potrafi poradzić sobie również w odmiennej stylistyce. Połowa Blindspot w niczym nie ustępuje słynniejszym niemieckim beatmakerom i wypadałoby wręcz, aby zdecydowanie więcej osób sięgnęło po jego nagrania.

    Tracklista

    1. Erratica
    2. Very Shaky Now
    3. Roookie
    4. Cold Grass
    5. The Crazy Never Die
    6. The Mountain Is All Broken (Jafar Panahi)
    7. Sepia
    8. Pie In The Sky
    9. Tristera Deluxe
  • 3:33 wydaje podwójny album Bicameral Brain

    3:33 wydaje podwójny album Bicameral Brain

    3–5 minut

    W niezależnych kręgach hip hopowych wydawców muzycznych można znaleźć bez liku. Brak barier w rozpowszechnianiu wydawnictw i mnóstwo sposobów na dotarcie do słuchaczy powodują, iż każdego tygodnia otrzymujemy nowe produkcje od wytwórni płytowych z niemal całego świata. Jednak taki obraz generuje również ogromną konkurencję w branży, przez co niektóre oficyny wydawnicze mogą czuć się pokrzywdzone, będąc mało docenianymi przez środowisko. Przykładem takiego labelu jest Parallel Thought, Ltd. Firma założona przez formację Parallel Thought sukcesywnie wypuszcza projekty od ponad 7 lat, dbając przy tym o jakość swoich nagrań, ale jednocześnie nie znajdując uznania w oczach wielu odbiorców. Pod koniec października 2013 roku ukazał się kolejny dobry materiał sygnowany logiem tej wytwórni – podwójny album „Bicameral Brain” grupy 3:33.

    Wszyscy producenci, którzy nie ograniczają się do tworzenia jedynie beat tape’ów, mają pełne pole do popisu przy nagrywaniu większych projektów. Niejeden beatmaker usiłuje przekazać poprzez swoje utwory rozmaitą gamę uczuć i zaskoczyć instrumentalnymi opowieściami. W ten krajobraz idealnie wpasowują się członkowie niebywale enigmatycznej grupy 3:33. W mediach trudno doszukać się obszernych informacji dotyczących amerykańskiej formacji, głównie z tego względu, iż nawet przy kolejnych wydawnictwach zespół praktycznie nie podaje żadnych szczegółów o swojej działalności. Należy również zapomnieć o jakichkolwiek wywiadach czy nawet stronach internetowych zawierających aktualności odnośnie tego kolektywu. W ich przypadku wszystko zawęża się do informacji prasowych towarzyszących poszczególnym płytom 3:33 oraz odgrywającej szalenie istotne znaczenie interpretacji każdego dzieła formacji.

    Działalność wydawnicza zespołu rozpoczęła się w 2011 roku. Od początku grupa jest związana z oficyną wydawniczą Parallel Thought LTD., przez co mnóstwo osób uważa, że grupa producencka jest alternatywnym wcieleniem założycieli labelu, Parallel Thought. Jednak tutaj mamy do czynienia z zupełnie innymi twórcami i poglądami na muzykę. Już od pierwszych projektów – „333EP​-​1”, „The First Thousand Days” oraz „Live From The Grove” – każdy słuchacz posiada całkowitą pewność, że brzmienie nagrań 3:33 jest inne od pozostałych formacji. Enigmatyczni wykonawcy są mistrzami w tworzeniu niepokojących i niesamowicie klimatycznych kompozycji opierających się o celowe przesterowanie dźwięku. Muzyka amerykańskiego zespołu przypomina elementy wyjęte z innego wymiaru połączone z rytmami dudniącymi przy rytualnych obrzędach nieodkrytej jeszcze cywilizacji. Właśnie tak pokrótce można podsumować wydane w 2012 roku doskonałe „In The Middle Of Infinity”. Po tym albumie przyszła kolej na dalszą część osobliwych instrumentalnych historii pod batutą 3:33, które tym razem przyniosły rozbudowany materiał „Bicameral Brain”.

    Nowa produkcja tego zespołu ukazała się równo rok po wydaniu „In The Middle Of Infinity”. Podobnie, jak przy poprzednich wydawnictwach, również i ten album trafił do obiegu w okolicach Halloween. Wybór takiej daty premiery jest nieprzypadkowy, ponieważ muzyka 3:33 kapitalnie pasuje na jesienny okres, a znajdą się i tacy, którzy stwierdzą, że ich nagrania powinny służyć jako tło do wywoływania duchów i przy próbach nawiązywania kontaktu z zaświatami. Czy podobnie sprawy przedstawiają się w przypadku ostatniego longplaya formacji? Odpowiedź na te pytanie jest twierdząca. Amerykańska grupa kontynuuje na „Bicameral Brain” większość swoich oryginalnych pomysłów z wcześniejszych wydawnictw, aczkolwiek nie poprzestaje tylko na tym. Poprzednim razem zespół wprowadził słuchaczy do mrocznego i pełnego zagadek świata zawieszonego gdzieś pośrodku nieskończoności. Z kolei na podwójnym albumie sprzed 1,5 roku 3:33 wchodzi do umysłów każdego z odbiorców, tkając zwodniczą nić nieprzystępnych dźwięków. Wydawałoby się, że niewielu będzie takich, którzy zdecydują się na rozwikłanie tajemnic kryjących się za rozdwojonymi jaźniami i dwuczęściowymi schematami utworów. W trakcie zapoznawania się z długą opowieścią grupy producenckiej należy uważnie wyłapywać momenty kulminacyjne pokroju „BB-10”. Jednak to tylko jeden z licznych sekretów ukrytych na dnie „Bicameral Brain”, co należy mieć na uwadze obcując z tą płytą.

    Podwójny album 3:33 opublikowano na Bandcampie; materiał dostępny do odsłuchu również za pośrednictwem Spotify, Deezera i serwisów pokrewnych. Wydawnictwo można nabyć w wersji elektronicznej i fizycznej. Płyty kompaktowe wydano w formie tzw. mini LP cardboard gatefold. „Bicameral Brain” to kolejny materiał w karierze muzycznej tej grupy, wymagający od słuchaczy dużego skupienia. Amerykańska grupa producencka nie tworzy muzyki łatwej, miłej i przyjemnej, wpadającej do ucha już za pierwszym razem. Zamiast tego enigmatyczni artyści kreślą skomplikowany i pełen pułapek świat. Trzeba mieć nie lada odwagę, aby zmierzyć się z nim. Jednak mogę zapewnić, iż po dłuższym obcowaniu z dźwiękami 3:33 można dobrze odnaleźć się w tym środowisku i docenić warsztat tej formacji.

    W lutym br. otrzymaliśmy kolejną produkcję od tej zagadkowej grupy producenckiej. Przed blisko trzema miesiącami trafił do obiegu projekt „White Room” stanowiący pomost pomiędzy dotychczasowymi wydawnictwami 3:33, a ich kolejnymi wizjami muzycznymi. Materiał dostępny w sprzedaży na kasetach.

    Tracklista

    „Bicameral Brain” Disc 1

    1. BB-1
    2. BB-2
    3. BB-3
    4. BB-4
    5. BB-5
    6. BB-6
    7. BB-7
    8. BB-8
    9. BB-9
    10. BB-10
    11. BB-11

    „Bicameral Brain” Disc 2

    1. BB2-1
    2. BB2-2
    3. BB2-3
    4. BB2-4
    5. BB2-5
    6. BB2-6
    7. BB2-7
    8. BB2-8
    9. BB2-9
    10. BB2-10
    11. BB2-11
    12. BB2-12
    13. BB2-13
    14. BB2-14
Translate »