Kategoria: Artykuły

  • Cover Art #4

    Cover Art #4

    3–5 minut

    Po okresie stagnacji i odstąpienia od publikacji w serwisie artykułów z pewnych działów U Call That Love, następuje powrót autorskich wpisów na stronę. Od początku działalności projektu, stawiam na nieustanne przekazywanie wiedzy o kulturze hip hopowej i muzyce instrumentalnej, co znajduje odzwierciedlenie przy każdym newsie lub obszernym artykule na stronie. Prowadzona przeze mnie erudycja dotyczy nie tylko sfery stricte muzycznej, ale też całej otoczki oplatającej hip hop. Jeden z elementów tej swoistej kostki Rubika, mocno zakurzony cykl Cover Art, odsłania kulisy i przedstawia historie związane z okładkami płyt. Odświeżając tę rubrykę następuje także powrót do przeszłości za sprawą wybitnego coveru powstałego do trzeciego longplaya A Tribe Called Quest, „Midnight Marauders”.

    Ponad 18 lat temu odbyła się premiera ponadczasowego albumu nowojorskiego zespołu. Q-Tip, Phife Dawg, Ali Shaheed Muhammad nagrali kawał świetnej muzyki, zajmującej wysokie miejsca nie tylko za 1993 rok, czy lata 90.te ubiegłego stulecia, lecz również w rankingach i zestawieniach dotyczących ogółu hip hopowych wydawnictw na przestrzeni ostatnich 30 lat. „Midnight Marauders” urzeka swoim pięknem już od pierwszego zetknięcia się z tą płytą, a okładka LP stanowi integralną część całości materiału, wybijającą się znacznie ponad tysiące nijakich coverów.

    Pomysł na zaprojektowanie okładki do tego wydawnictwa ATCQ został zaczerpnięty z albumu The Beatles, „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” (swoją drogą, wielu artystów hip hopowych chętnie wzorowało się na tej kultowej grupie). Nowojorskie trio postawiło na zbudowanie kapsuły czasu datowanej na koniec 1993 roku, zbierającej ich zdaniem najważniejszych przedstawicieli sceny hip hopowej z tego okresu. Cover zawiera zdjęcia artystów muzycznych, DJ’ów, bboyów, prezenterów radiowych. „Midnight Marauders” ukazało się w trzech różnych wersjach kolorystycznych – czarnej, zielonej i czerwonej. Pierwszy projekt graficzny jest najrzadziej spotykany, zielony umiarkowanie często można spotkać (przeważnie na płytach w amerykańskim wydaniu bądź winylach), a czerwony należy do pospolitych.

    A Tribe Called Quest obrazowo przedstawili hierarchię w hip hopie z początku lat 90.tych, a ich okładka stała się tematem wnikliwych analiz wielu dziennikarzy muzycznych. Autorzy „Ego Trip’s: The Book of Rap Lists” rozłożyli cover do „Midnight Marauders” na części pierwsze. Dzięki temu bez żadnych obaw o popełnienie błędu przy podaniu poszczególnych bohaterów widniejących na projekcie, można zaprezentować pełną listę postaci z trzeciego albumu nowojorskiej formacji.

    „Midnight Marauders” – czerwona okładka

    Pierwszy rząd od lewej: Nieznany, Nieznany (Zulu Nation Supreme Council), Nieznany, Charli Chase (Cold Crush Brothers), Easy AD (Cold Crush Brothers), Grandmaster Caz (Cold Crush Brothers)
    Drugi rząd od lewej: Neek The Exotic, Zulu King Muhammad (Zulu Nation Supreme Council), Nieznany, Almighty KG (Cold Crush Brothers), DJ Tony Tone (Cold Crush Brothers), Pee Wee Dance (Rock Steady Crew)
    Trzeci rząd od lewej: Ant Banks, Nieznany, Special K (Awesome Two), Imani (The Pharcyde)
    Czwarty rząd od lewej: DJ Ron G, Nieznany, DJ Silver D, AMG, MC Serch, Pharoahe Monch
    Piąty rząd od lewej: Nieznany, DJ Lord Jazz (Lords Of The Underground), Nieznany, Chi Ali
    Szósty rząd od lewej: Kool DJ Red Alert, Sweet Tee

    „Midnight Marauders” – zielona okładka

    Pierwszy rząd od lewej: Daddy-O (Stetsasonic), Chuck D, Too $hort, Heavy D, Kool Moe Dee, Grandmaster Flash
    Drugi rząd od lewej: Large Professor, Afrika Bambaataa, DJ Jazzy Joyce, Prince Poetry (Prince Po), Mike D (Beastie Boys), Pee Wee Dance (Rock Steady Crew)
    Trzeci rząd od lewej: Mike G (Jungle Brothers), Afrika Baby Bam (Jungle Brothers), Adrock (Beastie Boys), MCA (Beastie Boys)
    Czwarty rząd od lewej: Nieznany, P.A. Mase (De La Soul), Posdnous (De La Soul), Mr. Wiggles (Rock Steady Crew), Doug E. Fresh
    Piąty rząd od lewej: MC Lyte, Ice-T, Grandmaster Dee (Whodini), Diamond D (Diggin’ In The Crates)
    Szósty rząd od lewej: Busta Rhymes, Doitall (Lords Of The Underground), 5Ft. Excellerator (Black Moon), Crazy Legs (Rock Steady Crew)

    „Midnight Marauders” – czarna okładka

    Pierwszy rząd od lewej: Slim Kid Tre (The Pharcyde), Romye (The Pharcyde), Fat Lip (The Pharcyde), Teddy Ted (Awesome Two), Nieznany (Zulu Nation Supreme Council), Nieznany
    Drugi rząd od lewej: Casual (Hieroglyphics), Del The Funkee Homosapien (Hieroglyphics), A-Plus (Souls Of Mischief), Prime Minister Pete Nice, Ruel (Rock Steady Crew)
    Trzeci rząd od lewej:  Tajai (Souls Of Mischief), Phesto (Souls Of Mischief), Mr. Funkyman (Lords Of The Underground), Dallas Austin
    Czwarty rząd od lewej: DJ Kid Capri, Sean „Puffy” Combs (P. Diddy), Opio (Souls Of Mischief), Skeff Anselm, Jazzy Jay
    Piąty rząd od lewej: Pee Wee Dance (Rock Steady Crew), Buckshot (Black Moon), Nieznany, Special Ed
    Szósty rząd od lewej: DJ Evil Dee (Black Moon), 5Ft. Excellerator (Black Moon), Rashad Smith

    W następnej części Cover Art przedstawię kolejne trzy, również pochodzące sprzed kilkunastu lat, niezapomniane okładki płyt hip hopowych.

  • Wieczorem przy herbacie: Hip hop lives?

    Wieczorem przy herbacie: Hip hop lives?

    5–7 minut

    W ostatniej odsłonie cyklu artykułów „Wieczorem przy herbacie”, wnikliwie przedstawiłem temat darmowej muzyki. Pozostając przy sprawach stricte muzycznych, tym razem wybrałem zagadnienia dotyczące wszystkich słuchaczy i osób związanych z kulturą hip hopową (lub mieniących się nimi). Nieodłączny element hip hopu oraz każdej innej dziedziny życia, wiedza, stanowi wyznacznik osobowości człowieka. W przypadku kultury powstałej przeszło 40 lat temu na Południowym Bronksie w Nowym Jorku, nie wypada chełpić się tytułem hip hopowego omnibusa bez uprzedniej dogłębnej erudycji. W tym artykule będę poruszał pomiędzy poniższymi pytaniami. Czy istnieje szansa na pojęcie muzyki hip hopowej bez szerokiej wiedzy o składowych przypadających na wszystkie elementy całego ruchu? Jak przedstawia się kwestia edukacji wśród twórców hip hopowych?

    Element poznania i znajomości poszczególnej tematyki doskonale określa sposób wewnętrznego doskonalenia się i poglądu na świat poszczególnych osób. Kształtuje to ludzi, odgrywa znaczną rolę w kierunku rozwoju i doskonalenia się jednostek. Wiedza obok doświadczenia pojawia się na każdym kroku. Nie inaczej powinno być w przypadku kultury hip hopowej, ale czy tak jest w rzeczywistości? Oczywiście, że nie i próżno szukać głębszych przesłanek na zmianę tego stanu rzeczy. W czym tak naprawdę należy upatrywać stopień erudycji w hip hopie? Odpowiedź nasuwa się samoistnie – od znajomości korzeni i początków ruchu. Pozostaje tylko jeden „drobny” szkopuł – w jaki sposób to udowodnić? I tutaj zaczynają się schody, bowiem z poziomem zaawansowania przeciętnego sympatyka tej kultury bywa bardzo kiepsko. Żyjąc w dobie niemal nieograniczonego dostępu do informacji, daleko posuniętego w rozwoju internetu 2.0, przywykło się mówić, iż po każdą wiadomość na dany temat można łatwo sięgnąć. Zapomina się przy tym o ważniejszym temacie – chęci człowieka do zdobycia wiedzy.

    Pod frazą „hip hop history” można odnaleźć za pośrednictwem wyszukiwarek internetowych multum publikacji – lepszych i gorszych, obszernych i podających wiadomości w pigułce. Poszerzyć swoje horyzonty można korzystając z pomocy znajomych lub innych autorytetów w tej dziedzinie. Równie dobrze można odwołać się do publikacji książkowych, dostępnych w Polsce, jak i na rynku zagranicznym. Osobiście zawsze optuję za bezpośrednim poznaniem pogłębianiem wiedzy, znalezieniem wartościowych książek, filmów i stron internetowych – w końcu to żadna sztuka. Z drugiej strony, doskonale zdaję sobie sprawę i wiem z doświadczenia, iż różnie z tym bywa u osób z kręgów hip hopowych, a najczęściej nijako. Jeszcze z filmami o hip hopie, to pół biedy – „Scratch”, „The Freshest Kids”, „Style Wars”, „Wildstyle”, „Beat Street”, „Brown Sugar” kojarzy wielu ludzi (wzmianki honorowe – około hip hopowe: obrazy z 2 Paciem, „Friday”, „How High”, „8 Mila”, „Ali G Indahouse”). Z wydawnictwami książkami już znacznie gorzej, na co wpływ ma znikoma liczba publikacji o kulturze hip hopowej w języku polskim (z tych najlepszych pozycji, znajdziemy jedynie „Ego Trip: Książka o rapie”; „Beaty, rymy, życie. Leksykon muzyki hip-hop” należy rozpatrywać w odrębnej kategorii). Przecież wystarczy nieco wysilić się i odnaleźć programy telewizyjne – „Beat This! A Hip Hop History”, „The Hip Hop Years”, „Graffiti Rock” (koniecznie z behind scenes). Dotyczy to też licznych dokumentów – „5 Sides of a Coin”, „Copyright Criminals” („Złodzieje Praw Autorskich”), „Deep Crates”, „Rhyme and Reason”, „The Show”, „Freestyle – The Art Of Rhyme”, „Bomb It!”. Jeżeli chodzi o tytuły książkowe, to na dobry początek wystarczą „Hip Hop America” Nelsona George’a, „Can’t Stop Wont Stop” Jeffa Changa i „How To Rap” Paula Edwardsa. A to są dopiero podstawy. Dlaczego wypowiadam się o tym w ten sposób? Wszystkie powyższe tytuły należą do kanonu wiedzy o kulturze hip hopowej.

    Historyk hip hopu, Davey D, w swoich licznych rozważaniach, drobiazgowo przeprowadzał przez wszystkie stadia rozwoju tej kultury. W jednym z jego artykułów ściśle łączących rap i politykę, dziennikarz wspólnie z Paulem Scottem szczegółowo opisał zaangażowany hip hop. Jaki wydobędziemy najważniejszy wniosek z „How Conscious Hip Hop Failed Us”? Nikt nie jest w stanie w pełni zrozumieć muzyki hip hopowej bez wnikliwego przestudiowania albumów z lat 1988-92. „By All Means Necessary” Boogie Down Productions, „It Takes a Nation of Millions to Hold us Back” Public Enemy, „We Can’t Be Stopped” Geto Boys, „One For All” Brand Nubian, „Straight Outta Compton” N.W.A. otwierają długą listę ponadczasowych dzieł z tamtego okresu w rozwoju hip hopu. Rap polityczny, afrocentryzm, gangsta rap, wykształcenie się scen hip hopowych poza Nowym Jorkiem, schyłek Złotej Ery – wszystko to przypada właśnie na przełom lat 80.tych i 90.tych XX wieku.

    W odniesieniu elementu wiedzy i zrozumienia hip hopu do wykonawców z całego świata nie jest też wcale kolorowo. Utkwiło w mojej pamięci jedno nagranie video z udziałem legendarnego KRS-One’a i pieszczoszka nastolatków, Soulja Boya. W rozmowie przeprowadzonej między nimi ze strony dziennikarza padło pytanie skierowane do autora „Crank That”: czym dla ciebie jest old school? Soulja Boy bez namysłu odparł, iż niniejsze określenie przywodzi mu na myśl 50 Centa, a The Teacha w ogóle nie skrytykował jego, tylko okazał zrozumienie. To tylko jeden z przykładów na to, iż nawet w Stanach Zjednoczonych poziom wiedzy o hip hopie mocno kuleje. Obecny kształt mainstreamu na siłę promuje raperów bez solidnego warsztatu i umiejętności; liczy się sposób sprzedania i pokazania własnej osoby innym. Dominuje coraz popularniejszy luxury rap, wszędzie słychać powtarzany do znudzenia zwrot swag, a klasyczna hip hopowa forma wśród święcących teraz triumfy wykonawców poszła praktycznie w zapomnienie.

    Z kolei na polskim gruncie jest jeszcze gorzej, a rozprawka nad traktowaniem erudycji i pogłębiania wiedzy przez rodzimych twórców zajęłaby dużo miejsca na stronie. Obecnie raperem, producentem, DJ’em może stać się każdy. W dzisiejszych czasach pierwszy-lepszy twórca po nagraniu jednego utworu chce mieć 3 zapowiedzi do przyszłego teledysku nagranego do tego tracku – przecież trzeba pokazać się na YouTube lub Vimeo z videoclipem w jakości HD. Jeżeli nie nagrywasz aparatem w high definition, to jesteś nikim. Patrząc na to, kto w przeciągu ostatnich lat stał znany i lubiany, można odnieść wrażenie, iż społeczeństwo cofnęło się w rozwoju o kilkanaście lat wstecz. Ale co ja tam będę nad tym roztrząsał, w końcu zaraz zostanę uznany za hejtera. Zwrot ten zastąpił niemal całą polemikę, czy konstruktywną krytykę oraz ukrócił jakiekolwiek większe debaty o poziomie zaawansowania erudycji hip hopowej nad Wisłą i wszelkich tematów związanych z rapem i nie tylko. Problem w tym, że zupełnie nie widzę postępu, pomimo tego, iż hip hop w naszym kraju posiada już pewną historię. I tego nie przesłonią liczby wyświetleń teledysków w internecie, statystyki fan page’y na Facebooku, czy liczby sprzedanych płyt. Bo jeżeli tak byłoby, to Grubson sprzedałby najwięcej egzemplarzy swojego albumu ze wszystkich muzyków w całym kraju. Niestety – co innego obejrzeć (przepraszam, „zobaczyć”) teledysk, co innego kupić płytę CD. A za tym wszystkim nie idzie chęć zapoznania się z całokształtem twórczości artystów, a pamięć odbiorców o poszczególnych osobach sięga najwyżej ostatniego klipu bądź wydawnictwa muzycznego.

    Oglądając teledysk do singla „Forever” z płyty Gensu Deana „Lo-Fi Finghaz”, wierzę w możliwość przekazywania wiedzy w sposób, w jaki czyni to Large Professor. Wszystko właściwie zależy od jednostek, mogących wpływać nie tylko na siebie lecz też na najbliższe swoje otoczenie. Odpowiedzcie sobie na zasadnicze pytanie: czy hip hop w pełni żyje w Waszych sercach? Jeżeli nie, to wystarczy tylko chcieć, aby to zmienić. Na lepsze.

  • Wspomnienie o J Dilli i Nujabesie oraz wpływ internetu na ich popularność

    Wspomnienie o J Dilli i Nujabesie oraz wpływ internetu na ich popularność

    3–5 minut

    Wiele stron internetowych, aktywistów i promotorów muzycznych uznało luty miesiącem J Dilli. W związku z przypadającą na poprzedni miesiąc rocznicę urodzin i śmierci niezapomnianego beatmakera, położono duży nacisk na zachowanie w pamięci słuchaczy jego postaci. Obok niego postawiono kolejną ikonę muzyki, japońskiego producenta Nujabesa. Zmarły przed dwoma latami artysta pozostawił po sobie rozległy dorobek, który należy pielęgnować. Kiedy emocje opadły i przeszła kolejna fala licznych tribute’ów dla ww. przedstawicieli sceny muzycznej, na spokojnie można wspomnieć o tych świetnych artystach w jednym artykule. Punktem wyjściowym publikacji będzie temat sieci internetowej i wpływu na ich popularność za życia, jak i po śmierci.

    Jay Dee przez długie lata budował swoją pozycję na scenie hip hopowej. Pierwszy raz zrobiło się o nim głośno w połowie lat 90.tych XX wieku, gdy podjął współpracę ze znaczącymi twórcami hip hopowymi – The Pharcyde, A Tribe Called Quest, De La Soul, Bustą Rhymesem. Artysta stał się także kluczową postacią powstałej grupy z Detroit, Slum Village. Wychowanek The Motor City walnie przyczynił się do tego, iż dzisiaj uważa się debiutancki album zespołu, „Fantastic Vol. 1” za undergroundowy klasyk. Jednak na szersze wody wypłynął głównie za sprawą projektu współtworzonego wraz z Madlibem, Jaylib oraz solowego LP, „Welcome 2 Detroit”. Przy raczkującym wówczas internecie 2.0, beatmaker korzystał z innych form promocji, uzyskując przy tym liczne grono sympatyków.

    Ostatnie dni jego życia ściśle są związaną z premierą na jego urodziny długo oczekiwanej płyty wydanej przez Stones Throw Records, „Donuts”. Trzy dni później J Dilla zmarł po długiej walce z chorobą (borykał się z zakrzepową plamicę małopłytkową i toczeniem rumieniowatym układowym), a jego śmierć poruszyła wiele osób na świecie. Ogromną rolę odegrał tutaj internet, dzięki któremu w błyskawicznym tempie przekazywano wiadomości o odejściu z tego świata beatmakera, stając się samonapędzającą się machiną w budowaniu pamięci o nim. Powstawały pierwsze tribute’y („The Shining”, „Jay Love Japan”), sprzedaż „Donuts” długo utrzymywała się na wysokim poziomie, a każdy chciał pokazać ile znaczył dla niego James Dewitt Yancey. W pewnym momencie człowiek tak naprawdę nie wiedział ile potrwają hołdy składane dla twórczości byłego członka Slum Village. Można było odnieść wrażenie, iż wręcz jest modne podkreślanie znaczenia Jay Dee w procesie twórczym innych przedstawicieli muzycznych, a słuchacze prześcigali się jeden za drugim w poematach dziękczynnych i znajomości dorobku pozostawionego przez artystę. Nie ma nic złego w czczeniu pamięci o nieobecnych już na świecie osobach, jednak należy robić to z taktem, a nie próbować korzystać na tym i poszukiwać profitów.

    W porównaniu do urodzonego w tym samym dniu J Dilli, kariera muzyczna Nujabesa potoczyłaby się zupełnie inaczej bez ingerencji sfery internetowej. Nie trzeba być omnibusem, żeby szybko znaleźć poparcie na powyższe stwierdzenie. Jak już wielokrotnie podkreślałem na stronie, dostęp do wydawnictw muzycznych pochodzących z azjatyckiego rynku fonograficznego jest znacznie utrudniony dla mieszkańców innych kontynentów. Bez dobrodziejstw płynących ze strony świata elektronicznego, geniusz muzyczny tkwiący w Japonii długo nie zostałby odkryty przez ogół słuchaczy na całym globie. „Metaphorical Music” i „Modal Soul” nie spotkałyby się z tak pozytywnym odzewem, a specyficzny wymiar nagrań Jun Seby znałaby tak naprawdę garstka ludzi. Z drugiej strony, to całe nic do tego, co stało się po przedwczesnej śmierci japońskiego beatmakera. Od końca lutego 2010 roku łatwo zaobserwować niesamowity boom na melodyczny hip hop wywodzący się z kompozycji Nujabesa. Owszem, do inspiracji twórczością tego przedstawiciela sceny muzycznej przyznaje się multum postaci nagrywających muzykę długo przed jego odejściem, aczkolwiek właśnie od dwóch lat notuje się wzrost płyt w tej odmianie muzycznej. Naturalnie powstały dziesiątki tribute’ów poświęconych dla sztukmistrza klimatycznego hip hopu opartego o jazzowe i fortepianowe sample płynące z Azji, Europy, Australii, Ameryki Północnej. Po wpisaniu do wyszukiwarki internetowej frazy „tribute for nujabes” otrzymamy pełno wyników z dziesiątków stron. Odbiorcy muzyki docenili nagrania Japończyka, a niejeden redaktor serwisu internetowego przekonał się o tym, że należy poświęcać miejsce takim brzmieniom. Kompozycje japońskiego artysty już w tym momencie można nazwać ponadczasowymi.

    Nie wszystko pochodzące z internetu i kształtujące na obraz obu nieżyjących artystów można uznać za dobre. W obu przypadkach gołym okiem zauważymy masę dziwnych ruchów, dziwne tribute’y, próbę wykorzystywania ich wizerunku przy promocji materiałów innych przedstawicieli sceny muzycznej. J Dilla i Nujabesa działają na wyobraźnię słuchaczy, więc na takie przykłady zachowań będziemy dość często trafiać w bliższej i dalszej przyszłości. Odnośnie Jay Dee ogromną rolę odgrywają raz po raz wynajdowane pośmiertne nagrania, przez co nadal trafiamy na tracklisty zawierające utwory rzekomo wyprodukowane przez niego. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Natomiast w przypadku założyciela Hyde Out Recordings, wykorzystuje się nie raz praktyki, na które nie powinno być miejsca. Kiedyś dowiedziałem się od zaufanego artysty, iż niektóre labele specjalnie dodają do wybranych utworów podtytuł „Tribute for Nujabes” bez wiedzy autorów nagrań. No tak, w końcu swoje trzeba zarobić i przyciągnąć słuchaczy, nawet idąc po trupach do wyznaczonego celu.

    Przechowujmy pamięć o J Dilli i Nujabesie we właściwy sposób, z dala od niepotrzebnych działań i przejawów aktywności. Obaj zasługują na to, aby ich dorobek muzyczny przetrwał długie pokolenia.

  • Nujabes – ikona melodycznego hip hopu

    Nujabes – ikona melodycznego hip hopu

    3–4 minut

    Muzyka instrumentalna zajmuje ważne miejsce wśród ogółu wydawnictw publikowanych na stronie. Instrumentalne brzmienia wywodzące się ze stylistyki hip hopowej z roku na rok zyskują coraz większą popularność i trudno negować pozycje tego nurtu na światowej scenie muzycznej. Istotną rolę w rozwoju tej muzyki odegrali artyści rodem z Japonii. Melodyczny instrumentalny hip hop bardzo wiele zawdzięcza wykonawcom z Kraju Kwitnącej Wiśni, wśród których na pierwszym miejscu znajduje się inspirator mnóstwa innych twórców, Nujabes. Niezrównany producent muzyczny wyznaczył kierunek rozwoju muzyki opartej o bogate sample jazzowe łączone ze spokojnymi brzmieniami fortepianu i saksofonu. Spadek pozostawiony po tym nieżyjącym już dzisiaj artyście jest znaczący i w wielu aspektach porównywalny z dorobkiem J Dilli.

    Działalność artystyczna japońskiego beatmakera przypada na lata 1996-2010. W czasie tego okresu Nujabes wykreował niezwykle charakterystyczne brzmienie swoich produkcji, rozpoznawalne obecnie pod każdą długością i szerokością geograficzną. Współpracując z undergroundowymi raperami z Japonii, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, stworzył momentami nawet wyprzedzające swoje czasy kompozycje. Wszystko zaczęło się od rozpoczęcia kooperacji wraz z Funky DL-em i L Universem, z którymi nagrał na początku kilka singli – „Don’t Even Try It”, „Unstoppable”, „People Don’t Stray”, „Ain’t No Mystery”. Wydanie debiutanckiego albumu „Metaphorical Music” (Dimid Recordings/Hyde Out Recordings) zostało poprzedzone serią singli wypuszczanych na 7″ i 12″ płytach winylowych.

    Wraz z kolejnymi produkcjami ranga Nujabesa znacznie wzrastała, a najlepiej o tym świadczą dwie części soundtracku do japońskiego anime, „Samurai Champloo” (w wolnym tłumaczeniu: scratchujący samuraj). Serial produkowany dla dla japońskiej Fuji TV stał na wysokim poziomie i mógł pochwalić się zacną ścieżką dźwiękową. Obok Jun Seby swoje trzy grosze do powstania „Samurai Champloo Music Record – Impression” i „Champloo Samurai Champloo Music Record – Departure” dołożyli Force Of Nature i Fat Jon. Co ciekawe, oba albumy można w miarę łatwo znaleźć w sklepach płytowych lub na eBayu – i co ważniejsze – w uczciwej cenie, czego nie da się powiedzieć o pozostałych wydawnictwach producenta wywodzącego się z Tokio. Wydany w 2005 roku longplay „Modal Soul” (Libyus Music/Hyde Out Recordings) obfitował w kolejne klasyczne już dzisiaj utwory producenta – „Reflection Eternal”, „World’s End Rhapsody”, „Flowers”, czy „Horizon”. Pomimo utrudnionego dostępu do muzyki Nujabesa (urok płyt wydawanych w Nippon), artysta mógł pochwalić się nieprzebraną rzeszą sympatyków, oddających mu szacunek i doceniających niezwykłą atmosferę zawartą w nagraniach tego wykonawcy.

    Nieoczekiwana śmierć producenta dwa lata temu spotkała się z ogromnym smutkiem od Los Angeles po Auckland. Z drugiej strony, rzesze osób natychmiast zatroszczyły się o pielęgnowanie pamięci o Nujabesie, wydając liczne tribute’y na jego cześć. Jednym z najciekawszych projektów oddających hołd postaci japońskiego beatmakera jest wspólne wydawnictwo Boba42jh & The Word Is Bond„Flowers For Jun (Nujabes Tribute Compilation)” (darmowe wydawnictwo do pobrania poniżej). W sieci internetowej można natknąć się na mnóstwo nagrań, czy też filmów obarczonych podtytułem „Tribute To Nujabes”. Wśród nich wypada wyróżnić osobiste nagranie przyjaciela Jun Seby, Funky DL-a„Ode To Nujabes”. W ub.r. ukazał się pośmiertny longplay tokijskiego twórcy – „Spiritual State”, co wywołało znaczne poruszenie na całym świecie. Jednak najważniejszą rolę odgrywa tutaj muzyka niezrównanego beatmakera; jej uniwersalność i ponadczasowość przez długi czas będzie podbijała serca słuchaczy. Pamięć o nim pozostanie na zawsze wśród tysięcy sympatyków jego twórczości.

    DOWNLOAD Various Artists – Flowers For Jun (Nujabes Tribute Compilation)

    Tracklista

    1. Eternal Soul – Ruto
    2. Homeward Journey – Uyama Hiroto
    3. Tribute to Nujabes – Kondor
    4. Hope Springs Eternal – Witness
    5. In Memory of Nujabes – Blazo
    6. Long Live Nujabes – Marcus D
    7. ヌジャベスへ (To Nujabes) (Interlude) – KUROISOUL
    8. Soul Departure – Mark Meronek
    9. Nujabes Tribute – Jason Yang
    10. Keep Moving – Nak x Michita x Evan Awake
    11. The World Loves You – FreshGalaxy
    12. Seeking – Otso
    13. Autumn – ????
    14. Stairway to Heaven – Ajay
    15. Poem of Sky and Sea (Robotaki Remix) – Tenmon
    16. L’Ange Dans Le Ciel – Rookie
    17. Counting Stars (Nujabes Tribute) – Freddie Joachim
    18. A Verse For Life – Ash Day
    19. Another Wind – Senpai
  • Wieczorem przy herbacie: artyści i ich darmowa muzyka

    Wieczorem przy herbacie: artyści i ich darmowa muzyka

    4–5 minut

    Przy licznych artykułach ukazujących się na stronie, często poruszanymi tematami są zagadnienia współczesnego kształtu przemysłu fonograficznego, niezależnej sceny muzycznej i darmowych wydawnictw z całego świata. Obserwując popularne trendy kształtujące się na świecie oraz tematykę bezpośrednio związaną z prawami autorskimi (patrz: zachowanie „obrońców” wolności słowa i internetu wobec SOPA/PIPA/ACTA), można dojść do wielu różnych wniosków. Swoje trzy grosze dorzuciły reakcje opinii publicznej na zamknięcie Megauploadu (jeżeli nadal uważacie, iż serwis został zamknięty z powodu piractwa, to żyjecie w błędzie). Tak naprawdę, to wszystkie sprawy wystarczy sprowadzić do odpowiedzi na pytanie: jakie relacje panują na linii artysta-darmowa muzyka-słuchacze? Niby takie proste, ale tylko powierzchownie.

    Gdzie teraz znajduje się miejsce artystów muzycznych w dzisiejszym świecie? Czy to powinno być (domowe) studio nagraniowe, scena muzyczna kameralnego klubu lub ogromnego plenerowego festiwalu? Odpowiedź na powyższe pytania jest bardzo prozaiczna: wykonawcy znaleźli swoją przystań w sieci internetowej. Nieważne, czy mamy na myśli niezależnych twórców, czy też światowe gwiazdy, doskonale rozpoznawalne w Singapurze, Rostocku, Lagos, czy La Paz – wszystko sprowadza się teraz do internetu. Prywatność postaci przemysłu muzycznego już dawno została naruszona. Obecnie niemal każdy może przynajmniej spróbować skontaktować z poszczególnymi przedstawicielami sceny muzycznej, nie dbając przy tym, czy mają do przekazania istotne informacje, czy też zupełnie nikomu niepotrzebne typu – Cześć, lubię twoją muzykę, nagrasz ze mną singiel? Już mniejsza o to, że dochodzi do kuriozalnych sytuacji i raperów prosi się o wysmażenie dobrego beatu, a DJ’ów o dogranie zwrotki do utworu. W związku z powyższym, muzyka w postrzeganiu artystów też egzystuje głównie w formie elektronicznej (sprzedaż płyt CD, to temat na odrębną publikację, podobnie jak „renesans” winyli – moda na retro i old school też przeminie). To również jedna z przyczyn znacznego wzrostu darmowych płyt w ostatnich latach.

    Darmowa muzyka jest ukłonem artystów w stronę słuchaczy, chociaż ze strony twórców, to nie powinno używać się takiego określenia. Nagrywając niszowy aż do bólu projekt, trzeba liczyć się z zapłatą rachunków za światło (chyba, że żyje się w świecie Method Mana i Redmana), poświęceniem czasu na przygotowanie okładki, nadaniem ostatecznych szlifów materiałowi. Proces twórczy wymaga wyrzeczeń i często rezygnacji ze wszelkich innych spraw codziennych na rzecz powstania danej kompilacji, EP-ki, LP, mixtape’u, beat tape’u. Trzeba liczyć się też z tym, iż szalenie popularny Bandcamp już dawno wprowadził ścisły limit dla darmowych pobrań nagrań muzycznych, a rozszerzając działalność na Soundcloudzie należy mieć na uwadze obowiązek opłaty wysokich (czytaj: złodziejskich) stawek za dodatkowe minuty uploadu na tym serwisie. Tysiące osób na całym globie decyduje się na to, nie mając pewności, iż zostaną przez kogokolwiek zauważeni, a co dopiero docenieni. Nawet ci powszechnie znani wykonawcy muszą liczyć się z ogromną konkurencją na rynku muzycznym. Przynajmniej w ich przypadku, muzyka rozdawana za darmo może przełożyć się na większą liczbę ofert koncertowych, ale też nie zawsze do tego dochodzi. Pozostaje tylko kwestia tego, co z wydawnictwami, za które należy zapłacić?

    Z punktu widzenia (ponad) przeciętnego odbiorcy muzyki – wszystkie wydawnictwa są dzisiaj darmowe. Ludzie nie przykładają wagi do tego, czy poszczególne nagrania są dostępne do pobrania za free, czy też należy za nie zapłacić. Przecież muzyka, to jak filmy pełnometrażowe i seriale, jest powszechnym dobrem, do którego dostęp powinien mieć ogół użytkowników sieci internetowej. Słuchaczy nawet nie interesuje to, czy artyści umieszczają swoje produkcje do darmowego odsłuchu na jednym z przeznaczonych ku temu serwisów, czy też dbają o to, aby materiał nie wyciekł przed premierą do internetu (to już należy do rzadkości). Nie ma mowy tutaj o żadnej symbiozie, o przejawach jakiegokolwiek szacunku, czy też pozytywnych relacji na linii słuchacze-artyści. Zresztą, po co płacić za cokolwiek, skoro inni mają to „za darmo”? Podpieranie się argumentami rzucanymi przez niektórych wykonawców, wręcz zachęcających do pobierania z różnych serwerów ich wydawnictw jest śmieszne. Takie stwierdzenia pochodzą najczęściej od osób i tak zarabiających swoje ma muzyce, grających mnóstwo koncertów lub postaci za wszelką cenę próbujących dotrzeć do szerokiego spektrum odbiorców. „Darmowa muzyka” w tym znaczeniu dotyczy zarówno bezpłatnych projektów praktycznie nikomu nieznanych producentów/raperów (w wymiarze międzynarodowym) lub artystów będących na firmamencie. W końcu, co za różnica, ponieważ pierwszemu-lepszemu użytkownikowi internetu przecież wszystko wolno.

    W tym wszystkim wcale nie chodzi o to, aby piętnować zachowanie ludzi kradnących muzykę, tylko zrozumienie poszczególnych zależności pomiędzy artystami wydającymi nagrania za free oraz ludzi, do których są skierowane tego typu wydawnictwa. Jeżeli ktokolwiek decyduje się na wypuszczenie bezpłatnego projektu, to wypada docenić taką inicjatywę. Jeżeli ten sam twórca wyda następnie projekt, za który należy zapłacić, to nie można reagować z oburzeniem, domagając się wciąż od niego wszystkiego, co ma etykietę „darmowe”. Ogół muzyki nie powinien nigdy stać się darmowy, gdyż w żaden sposób nie wynagrodzi wykonawcom trudu włożonego w postanie całości materiału. Zjawisko tzw. kultury słuchania powinno zostać upowszechnione, wszelkie ustawy o prawach autorskich – od zarania dziejów faworyzujące korporacje, właścicieli wytwórni płytowych, a nie artystów – zmienione. Jednak wygląda na to, że wszystko zmierza w przeciwnym kierunku i prędzej doczekamy się apokalipsy niż poprawy tego stanu rzeczy. Z drugiej strony, przy obecnym zachowaniu internetu, niebawem dostęp do „darmowej muzyki” może zostać znacznie utrudniony niż po śmierci Megauploadu.

    Pytanie tylko: co się dzieje z pojęciem „muzyka za free” po odejściu od komputera i zetknięciu się ze światem rzeczywistym? W zderzeniu z rzeczami materialnymi odpowiedź jest prosta – nie pozostaje po niej nic, tylko pustka.

  • Luty miesiącem Jamesa Dewitta Yanceya

    Luty miesiącem Jamesa Dewitta Yanceya

    3–5 minut

    Z każdym rokiem lista nieobecnych już artystów ze świata muzycznego staje się coraz dłuższa. Zawężając kategorię tylko do muzyki hip hopowej, łatwo dostrzec brak znaczących osobistości, wpływających w istotny sposób na innych wykonawców. W ostatnich latach odeszli z tego świata m.in. święcący swoje triumfy pod koniec lat 80.tych i na początku lat 90.tych ubiegłego stulecia Heavy D, obdarzony niezwykle charakterystycznym głosem Guru, niezwykle lubiany Nate Dogg, ikona turntablismu Roc Raida, pionier hip hopu Mr. Magic i kilku niemniej istotnych postaci. Luty należy do szczególnego okresu, ponieważ na ten miesiąc przypada rocznica urodzin i śmierci nieodżałowanego producenta muzycznego – J Dilli. Wpływ tego beatmakera na kształt hip hopu i twórczość mnóstwa osób z całego świata jest niebagatelny.

    W przeciągu ostatnich lat pojawiło się tyle publikacji i tribute’ów dedykowanych nieżyjącemu już dzisiaj artyście, że kolejne działania mające na celu przedstawienie jego postaci, wydaje się zbyteczne. Pomijając zagłębianie się w życiorys producenta, odrzucając na bok tworzenie list najlepszych dokonań i zestawienie dorobku artystycznego J Dilli, warto skupić się na spadku pozostawionym przez niego. James Dewitt Yancey pozostaje żywy w pamięci mnóstwa osób na całej kuli ziemskiej, a jego wpływ na brzmienie muzyki i estetykę wykonawców muzycznych wzrasta z każdym rokiem.

    J Dilla aktywnie działał na scenie muzycznej od pierwszej połowy lat 90.tych. Wykształcone przez niego specyficzne brzmienie, niezwykle charakterystyczne, pełne soulowych sampli, przez lata stanowiło jego wizytówkę. Współpracując z renomowanymi artystami solowymi i zespołami – Ghostface Killah, Raekwonem, Commonem, Bustą Rhymesem, A Tribe Called Quest, The Pharcyde – już za życia wyrobił sobie dużą markę i mógł pochwalić się setkami pochlebnych opinii na swój temat. Czy Slum Village odnieśliby tak duży sukces artystyczny i komercyjny bez niego? Wystarczy porównać wyprodukowane przez niego albumy „Fan-Tas-Tic (Vol. 1)” i „Fantastic, Vol. 2” z opartym o instrumentale różnych beatmakerów „Trinity (Past, Present And Future)”, a powyższe pytanie wyda się wręcz retorycznym. Czy właściciele BBE Records mogli liczyć na lepsze otwarcie serii „Beat Generation” niż wydany w 2001 roku album „Welcome 2 Detroit”? Wątpliwe. Czy Stones Throw Records uzyskałoby rzesze wiernych fanów i miłośników tej wytwórni, gdyby nie wypuszczona 6 lat lat temu płyta „Donuts”. Instrumentalne wydawnictwo płytowe, tak blisko związane z przedwczesną śmiercią Jay Dee (LP trafiło do sprzedaży w dniu jego 32. urodzin, na trzy dni przed jego nieoczekiwanym odejściem), wywarło ogromny wpływ na środowisko producentów muzycznych i tysięcy sympatyków Jamesa Yanceya z całego świata. W podobnym tonie należy wypowiadać się o utworzonym wraz z Madlibem projekcie Jaylib – wypuszczony przez nich longplay „Champion Sound” nadal zajmuje ważne miejsce wśród kolaboracyjnych materiałach pochodzących z XXI wieku.

    Potężne grono artystów inspiruje się dorobkiem muzycznym byłego członka Slum Village, a liczbę wszelkiego rodzaju tribute’ów tworzonych dla uczczenia jego osoby, po prostu nie sposób zliczyć (zarówno projektów muzycznych, jak i imprez organizowanych dla pamięci o nim). J Dilla zajął nie tylko szczególne miejsce na liście artystów wywodzących się z Detroit, ale także znalazł się w niejednym zestawieniu najlepszych producentów hip hopowych wszech czasów. Spadek pozostawiony przez niego jest trudny do ocenienia, tak jak ww., z każdym rokiem sukcesywnie się powiększa. Z ostatnich wydawnictw mieszczących się w tej kategorii, na uwagę zasługuje kompilacja zatytułowana „Do The Dilla (A Tribute To The Drum Master)”. Projekt przygotowany przez szwajcarski label Feelin’Music i kolektyw Food For Ya Soul zawiera 18 tracków autorstwa plejady beatmakerów (Mr. Diabiase, Abby Lee Tee, BoomBaptist, Moka Only, Lefto, Jazzo & Melodiesinfonie, Ta-ku, Elaquent, Chief i pozostali), otwierający serię przedsięwzięć pod tą nazwą.

    „Do The Dilla (A Tribute To The Drum Master)” znajdziecie na Bandcampie. Za pośrednictwem tego serwisu można także pobrać ten darmowy album.

    DOWNLOAD „Do The Dilla (A Tribute To The Drum Master)”

    Tracklista

    1. Mr.Dibiase – Slum Village – The Look Of Love Pt. 1 (remix)
    2. Deheb – De La Soul – Relax (remix)
    3. Abby Lee Tee – Weird Circus Retwist
    4. BoomBaptist – Toucan Wing
    5. Willy Sunshine – Dj Cam feat. Cameo – Love Junkee (remix)
    6. Oogo – Thinkin’ About J
    7. Noza – Ever n’ Ever Again
    8. Richard Colvaen – Oh No feat. J-Dilla & Roc C – Move (remix)
    9. Moka Only – A Tribe Called Quest – Get A Hold (remix)
    10. Lefto – Find Someone
    11. Mr Comb – Love Seasons
    12. Jazzo & Melodiesinfonie – DonutsVibesLove
    13. Ta-Ku – Side To Side
    14. Quiet Dawn – My Untitled Dilla Dawn
    15. Elaquent – Slum Village – The Look Of Love Pt. 1 (remix)
    16. Chief – Common & D’Angelo – So Far To Go (remix + Moka Only additional vocal)
    17. Teru – Autumn Magic
    18. Sebb – Phat Kat – Don’t Nobody Care About Us (Bash CP70 remix)
  • Wstęp do podsumowania 2011 roku

    Wstęp do podsumowania 2011 roku

    1–2 minut

    Czas płynie nieubłaganie. Nim się obejrzeliśmy, mamy już koniec stycznia, a przecież jeszcze niedawno obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. W związku z tym, warto wrócić do ubiegłego roku, dokonując podsumowania poprzednich 12 miesięcy. Serię artykułów traktujących o minionym roku wypada opatrzyć krótkim i informatywnym w jednym wstępem, przestawiającym poszczególne składowe nadchodzącego zestawienia.

    Na pierwszy rzut oka, szykowane podsumowanie nie będzie niczym różniło się od dziesiątek podobnych artykułów pojawiających się na stronach internetowych. Nie należę do grona zwolenników tego typu rozliczeń poprzednich miesięcy, zwykle bliźniaczych do siebie, nie cechujących się żadną kreatywnością, tworzonych wokół magicznych słów „najlepszy/best”. W najmniejszym stopniu nie zajmują mnie takie roczne bilansy w przemyśle muzycznym, prowadzące najwyżej do dyskusji dotyczącej (nie)znalezienia się takich, a nie innych wydawnictw muzycznych na listach.

    Podsumowanie 2011 roku na stronie skupi się na zebraniu artystów i projektów muzycznych, tworzonych z duszą. Właśnie tego elementu z roku na rok coraz bardziej mi brakuje wśród przedstawicieli sceny muzycznej na całym świecie, idących w stronę prostych i kiepskich trendów. Na dalszy plan schodzą ludzie wkładający serce w to, co robią, starający się przede wszystkim o przekazanie ciepła i miłości w swoich działaniach. Jestem daleki od streszczania roku i sprowadzenia wszystkiego do przedrostka -naj. Zdecydowanie bardziej jestem za określeniem poszczególnych albumów, EP-ek jako tych, których można obdarzyć miłością i wykonawców przekazujących to uczucie.

    W skrócie, przed Wami cykl publikacji składający się z wpisów o płytach hip hopowych, instrumentalnych wydawnictwach, twórcach muzycznych, oficyn wydawniczych. Wszystko spina z klamrą zwrot „muzyka z duszą”. Bez tego nic innego nie miałoby większego znaczenia.

  • Jak SOPA, PIPA i ACTA mogą wpłynać na funkcjonowanie internetu

    Jak SOPA, PIPA i ACTA mogą wpłynać na funkcjonowanie internetu

    5–7 minut

    Internet odgrywa znaczącą rolę w życiu milionów ludzi na całej kuli ziemskiej. Najbardziej pożądana obecnie wiedza – informacja – zawsze trafia do sieci internetowej i właśnie poszukiwanie danych zajmuje najwięcej czasu internautom. Już w tym momencie Web 2.0 stała się niezwykle rozbudowana, a znakomitych pomysłów i inicjatyw wpływających na życie ludzi przybywa z każdym miesiącem i rokiem. Gdyby nie powszechny dostęp do zamieszczanych w internecie informacji, to wiedza każdego współczesnego człowieka znacznie zubożałaby, co wpłynęłoby także na pozostałe sfery codziennego życia. Czy potraficie wyobrazić sobie, że pewnego dnia dochodzi do wprowadzenia cenzury i ograniczeń w sieci, dotyczącej najpierw praw autorskich, a następnie dotykających zwykłych użytkowników popularnego netu? Groźba ta zawisła nad siecią internetową za sprawą amerykańskich ustaw – SOPA (Stop Online Piracy Act) i PIPA (PROTECT IP Act) oraz międzynarodowego projektu – ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement).

    Na początek należy odpowiedzieć na pytanie – co to jest SOPA, PIPA i ACTA? Pierwsze dwie nazwy oznaczają ustawy zgłoszone w amerykańskim Senacie mające w zamierzeniu dać właścicielom praw autorskich narzędzia do walki z łamaniem ich praw do własności intelektualnej w internecie. Narzędzia te pozwalałyby walczyć, między innymi, z zagranicznymi serwisami internetowymi pozostającymi poza jurysdykcją amerykańską. Ustawy pozwalałyby Departamentowi Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych i właścicielom praw autorskich na uzyskiwanie nakazów sądowych przeciwko właścicielom stron internetowych oskarżonym o łamanie lub pozwalanie na łamanie praw autorskich. Natomiast ACTA jest wielostronną umową określającą międzynarodowe standardy egzekwowania prawa własności intelektualnej. ACTA ma na celu zacieśnienie współpracy pomiędzy krajami członkowskimi na całym świecie by zwalczać piractwo i handel nieoryginalnymi towarami. Wydawałoby się, że nie ma nic złego w tych projektach, w końcu chodzi o walkę z międzynarodowym piractwem i budowanie lepszego jutra dla artystów, producentów i firm. Jednak, jak zwykle w takich sprawach, diabeł tkwi w szczegółach.

    SOPA wzbudza największe kontrowersje. Wystarczy przyjrzeć się kilku punktom tej ustawy i przekonać się o zawartości tego aktu. SOPA powiększa kary za łamanie praw autorskich, uznaje publikowanie treści łamiących prawa autorskie za przestępstwo zagrożone pozbawieniem wolności do lat 5. Ponadto zakazuje publikowania odnośników (linkowania) i reklamowania na stronach łamiących prawo, nakazuje wyszukiwarkom internetowym, serwisom reklamowym, systemom obsługującym płatności blokowanie stron i/lub domen łamiących prawo. Abolicja została przewidziana jedynie dla serwisów dostosowanych do wymogów SOPA. Jednym słowem, za niniejszą ustawą stoi cenzura internetu, ograniczenie wolności słowa, blokowanie treści na stronach, zagrozi informatorom i doprowadzi do paraliżu globalnej sieci internetowej.

    PIPA to projekt ustawy powiązanej z SOPA. Propozycja złożona w Senacie Stanów Zjednoczonych, mający na celu dać rządowi i właścicielom praw autorskich dodatkowe narzędzia blokowania „zbójeckich stron oferujących podrobione i łamiące prawo autorskie towary”, zwłaszcza stron zarejestrowanych poza Stanami Zjednoczonymi. Pozwoliłoby to posiadaczom praw autorskich na domaganie się wyroków sądowych nakazujących reklamodawcom, dostawcom usług płatniczych zaprzestania współpracy z serwisami, wobec których zostałyby podjęte powyższe działania. Oprócz odcięcia stron od funduszy, ustawa umożliwiałaby usunięcie wszystkich linków prowadzących do stron internetowych, znajdujących się na czarnej liście właścicieli praw autorskich.

    Ustawy popierają organizacje opierające się na prawach autorskich, Motion Picture Association of America, Recording Industry Association of America, Macmillan Publishers, Viacom, oraz inne firm powiązanych z telewizją, filmem i muzyką. Po stronie zwolenników SOPA/PIPA znajdują się także światowe marki, jak Nike, L’oreal, czy też NBA.

    Lista przeciwników propozycji ustaw jest równie pokaźna i zawiera gigantów branży internetowej: Google, Yahoo, Twitter, Facebook, AOL, eBay, LinkedIn, Mozilla, Reddit, Wikimedia Foundation, ale też organizacje broniące praw człowieka: Reporterzy bez Granic, Human Rights Watch, Electronic Frontier Foundation, ACLU.

    18 stycznia odbyła się zaplanowana wcześniej akcja SOPA Blackout Day, której inicjatorem został Reddit. Protest polegał na jednoczesnym wyłączeniu usług internetowych przez strony i portale na całym świecie. Zaciemnienie stron internetowych rozpoczęło się o 13:00 UTC i potrwała 12 godzin. Akcję poparło m.in. Google, Facebook, Mozilla, a dziesiątki serwisów i portali przyłączało się do niej w trakcie jej trwania. Protest należy uznać za najbardziej znaczące wystąpienie przeciwko danej sprawie w historii internetu. Paradoksalnie, dzień po tym przedsięwzięciu zakrojonym na ogromną skalę, FBI zamknęło niezwykle popularną stronę Megauploadu. Krótko po zniszczeniu tego serwisu, grupa hakerów pod nazwą Anonymous dokonała ataku odwetowego na witryny amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości, wytwórni Universal Music, organizacji RIAA i MPAA. To dopiero przedsmak wojny w internecie, do której może dojść już niebawem.

    Mechanizm działania SOPA i PIPA dogłębnie został przedstawiony na poniższym filmie. Do głosowania nad PIPA w amerykańskim Senacie dojdzie już 24 stycznia.

    Niewiele czasu pozostało także do podpisania przez Polskę niezwykle kontrowersyjnego projektu ACTA. Międzynarodowe porozumienie dotyczące walki z naruszeniami własności intelektualnej istnieje już od 2007 roku, jednak dopiero niedawno – pod koniec ub.r. – doszło do „upublicznienia” prac Unii Europejskiej nad niniejszą ustawą. Niezwykle rozbudowane porozumienie zawiera wiele szczegółowo podanych informacji, obszernie przedstawionych w Dzienniku Internautów. W tym przypadku również wszystko rozbija się nie tyle o walkę z piractwem, ale o sposób jej przeprowadzenia i konsekwencji jakie za sobą niesie ta ustawa. Jak podaje AntyWeb „porozumienie ACTA jest porażką demokracji – od samego początku przepychane jest bez wiedzy obywateli, rząd pracuje w trybie obiegowym (…), a prawdziwe porozumienie jest wciąż przepychane za plecami obywateli”.

    Prace nad ustawą zostały w pewnym momencie całkowicie utajnione i nagle setki tysięcy internautów w Polsce dowiaduje się, że Polska podpisze ACTA już 26 stycznia. Przeniesienie walki z naruszeniami praw autorskich na dostawców internetu (ISP), tworzenie podziałów w miejscach, gdzie już osiągnięto porozumienie, ograniczenie wolności internautów, utrudnienie obywatelom dostępu do leków ratujących życie, to tylko niektóre z zagrożeń niesionych przez niniejsze porozumienie. Natomiast mianem największego skandalu należy uznać prowadzenie przez Parlament Europejski prac nad ustawą za plecami obywateli i reprezentujących ich parlamentów.

    Więcej o ACTA znajduje się w tym krótkim, aczkolwiek niezwykle treściwym filmie (jednak lepiej bliżej zapoznać się z tym, korzystając z innego nagrania):

    Wolność słowa, swoboda obywateli krajów na całym świecie, jeszcze nigdy nie zostały aż tak zagrożone. Nie wyobrażam sobie, żebym za treści publikowane na U Call That Love podlegał pod jurysdykcję Stanów Zjednoczonych, a dostawca internetu z góry narzucał mi do jakich stron będę mógł mieć dostęp, a jakie zostaną zablokowane. Po zatwierdzeniu tych ustaw i porozumień znikną strony tworzone przez użytkowników – YouTube, Vimeo i pozostałe serwisy służące do wgrywania filmów, działalność Soundcloudu oraz Bandcampu stanie pod wielkim znakiem zapytania. Wymierałyby jedna po drugiej strony informacyjne, do lamusa odeszłyby podcasty i streaming w sieci internetowej. Tak można wymieniać bez końca, ponieważ negatywnych aspektów SOPA/PIPA/ACTA można znaleźć setki. Oddanie decydowania o kształcie internetu kilku korporacjom z siedzibami w Stanach Zjednoczonych oraz wprowadzenia w życie międzynarodowego porozumienia, będącego tak naprawdę odebrania obywatelom swobody w internecie, nie jest w żadnym wypadku krokiem naprzód. Walczyć z piractwem należy, ale nie w tak drastyczny i wzbudzający ogromne kontrowersje sposoby.

    Zmierzamy w stronę największych jak do tej pory batalii o wolność słowa, brak międzynarodowej cenzury i zachowanie ludzkich praw w internecie. Przyczyńcie się do tego, aby zdeprawowani rządzący oraz szefowie korporacji nie odnieśli zwycięstwa. Jak pokazał SOPA Blackout Day jeszcze nie wszystko stracone i można przyczynić się do lepszego i spokojniejszego jutra dla globalnej sieci internetowej.

  • Wieczorem przy herbacie: czytelnicy, a strony muzyczne

    Wieczorem przy herbacie: czytelnicy, a strony muzyczne

    6–9 minut

    Tradycyjne życzenia noworoczne postanowiłem zamienić na dłuższy artykuł zawierający także, a raczej przede wszystkim, poglądy dotyczące czytelników stron muzycznych. Jednak na wstępie pragnę życzyć wszystkim osobom, mniej lub bardziej kojarzącym U Call That Love, pomyślności, pogody ducha niczym u Shaquille’a O’neala, pozytywnego szaleństwa jak u Dennisa Rodmana, niezniszczalnego zdrowia jak u A.C. Greena, wszechstronności w swoich talentach jak u Scottie Pippena, podejmowania właściwych decyzji niczym u Johna Stocktona. Przyznaję, ucieszyłem się z zakończenia lockoutu w NBA, aczkolwiek nie należę do fanów współczesnej ligi. Nawet nie chodzi o poziom prezentowany przez obecnie występujących w rozgrywkach zawodników. Po prostu jestem zagorzałym sympatykiem NBA z lat 80.tych i 90.tych (podobnie rzecz się ma z hip hopem). Dobra, dosyć odniesień do koszykówki, bo jeszcze całkowicie zerwę ze z góry ustalonym planem wpisu, w pełni poświęcając się sprawom bliskim erze Michaela Jordana. A przecież w drugim wydaniu „Wieczorem przy herbacie” miało być zupełnie o czym innym, choć analogia do tej dyscypliny sportu jest jak najbardziej na miejscu…

    Na początek lekcja historii i technologii informacyjnej. Web 2.0, to umowne określenie serwisów internetowych powstałych po 2001 roku, w których działaniu i rozwoju największą rolę odgrywają użytkownicy danego serwisu. Wydaje się skomplikowane? Zawsze można uprościć. Internet 2.0 od pewnego momentu, to nic innego jak portale społecznościowe, platformy blogowe, systemy zarządzania treścią oraz wszelkie strony pomagające dzieleniu się odnośnikami do innych miejsc w sieci. Rewolucja w publikowaniu i zdobywaniu informacji przypada na powstanie Wikipedii, Bloggera, YouTube, Digg/StumbleUpon/Delicious, Joomli/WordPressa/Drupala, Twittera, Facebooka i wielu mniejszych projektów. Ograniczając wszystkie strony do muzyki pozostaje przede wszystkim Wiki, Blogger, YouTube, CMS-y, Twitter, Facebook; dochodzi jeszcze MySpace, Last.fm, Mixcloud, Soundcloud, Bandcamp. Obecnie z powyższej listy należy wykreślić MySpace, znikomą rolę odgrywa już Last.fm, podobnie Blogger. Przenosząc to na polskie warunki ostatecznie zostaje Facebook, YouTube, następne w kolejce są ww. serwisy do publikacji muzyki i streamingu, a na końcu znajdują się tematyczne strony internetowe, a gdzieś na horyzoncie widnieje Wykop. Ano i nie należy zapominać o różnych forach internetowych.

    Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Aby przedstawić obraz współczesnego czytelnika stron muzycznych i odpowiedzieć sobie na pytanie: jaki wpływ wywierają serwisy na wiedzę osób o hip hopie i gatunkach pokrewnych. Obszerne zagadnienie, jednak znacznie łatwiejsze do zobrazowania, kiedy pominiemy polski rap. Po informacje dotyczące rodzimych raperów i producentów oraz wydawców można udać się na jedną z wybranych stron traktujących o tym (w ostatnich latach nastąpił istny bum na takie witryny internetowe), zajrzeć po linki na Facebooka, czy odwiedzić pierwsze-lepsze forum w celu zdobycia odnośników do pobrania „za darmo” muzyki. Sytuacja diametralnie zmienia się, gdy zajmiemy się zagranicznym rapem. Owszem, nie będzie żadnego problemu z mainstreamem, zresztą to nic dziwnego. Natomiast w przypadku hip hopu i brzmień pokrewnych w mniej komercyjnym opakowaniu już nie jest tak kolorowo. Często aktualizowanych stron muzycznych z wartościowym contentem jest jak na lekarstwo, a niektóre z nich serwują totalną papkę bez jakiejkolwiek selekcji publikowanego materiału. Z drugiej strony, czy dla przeciętnego polskiego czytelnika-słuchacza muzyki, takie miejsca w internecie są w ogóle potrzebne?

    Podstawowe źródło informacji stanowi Facebook. „Skąd wiesz? – Z Facebooka.”; „Skąd masz ten link? – Znajomy udostępnił na Facebooku.”; „Słyszałeś o imprezie z udziałem…? – Nie. – Zajrzyj na Facebooka, właśnie o tym napisali.” – zwykłe przykłady z dnia codziennego dosłownie każdego użytkownika tego portalu społecznościowego. Kolejne istotne miejsce w hierarchii należy do YouTube’a. Przecież właśnie tam oglądamy teledyski i wszelkie inne nagrania video, czy odsłuchujemy utwory. Fora internetowe nadal odgrywają dużą rolę w polskojęzycznej części internetu. Właśnie za pośrednictwem takich miejsc łatwo, szybko i bezproblemowo trafia się na linki i zdobywa się pliki muzyczne. Nieliczne fora oferują interesującą treść, z której można wiele dowiedzieć się i poszerzyć zasób swojej wiedzy na poszczególne tematy. I tutaj pojawia się problem, ponieważ tematyczne strony muzyczne mają nadal pod górkę. Przeciętny odbiorca muzyki wręcz nie chce poszukiwać informacji o danym wydawnictwie płytowym, czy artyście. Wystarczy dla niego pakiet: link do pobrania płyty+teledysk+opinia znajomych. Dodatkowym minusem jest zwykła niechęć ludzi do czytania. Okazuje się, iż przebrnąć przez obszerniejszy artykuł, składający się z kilkuset słów, to nie lada wyczyn, a spotkałem się ze stwierdzeniami pokroju „Nie czytam, wolę wersję obrazkową”, albo „poczytaj mi mamo/tato/siostro/bracie/partnerze”. Smutne to i prawdziwe. Widoczne są też braki w nowościach i popularnych trendach z zagranicy. Nadal nie można powiedzieć, iż Mixcloud, Soundcloud i Bandcamp upowszechniły się w świadomości Polaków. Nie mówiąc już o tym, że Twitter u nas nie przyjął się, bo w Polsce musi być koniecznie po polsku (komentarze w rodzimym języku pod obcojęzycznymi filmami na YT, to podstawa). Dlatego powstał marny Blip.

    W anglojęzycznej sferze internetu jest zgoła inaczej. W porządku, target docelowy każdej strony prowadzonej po angielsku jest znacznie szerszy, ale należy zwrócić uwagę, jak dużą rolę w promocji muzyki odgrywają tematyczne serwisy muzyczne. Koronny przykład, to Kevin Nottingham – projekt powstały za sprawą kilku osób znajduje się obecnie w ścisłej czołówce witryn piszących o hip hopie. Redaktorzy strony codziennie otrzymują mnóstwo wiadomości od artystów i wydawców, pragnących znaleźć się na KN. A takich stron jest znacznie więcej. 2DopeBoyz jakieś 1,5 roku temu otrzymywali dziennie (sic!) kilkaset wiadomości o nowych utworach, teledyskach, płytach od ludzi z całego świata. Podobnie rzecz się ma z DJBooth.net. The Word Is Bond, The Find Magazine, BamaLoveSoul zanotowały w ostatnich miesiącach niesamowity progres i bardzo prężnie rozwijają się. Skąd takie sukcesy tych serwisów muzycznych? Głównie dlatego, ponieważ ludzie szanują pracę wykonywaną przez osoby odpowiedzialne za te projekty. Doceniają, chętnie odwiedzają, wspierają, dzielą się publikowanymi tam informacjami. Istna symbioza, gdyż w ten sposób, prowadzący serwisy otrzymują potężny zastrzyk pozytywnej energii i mają pewność, iż ich praca jest wynagradzana i dociera do czytelników (dochodzi też możliwość zarabiania przez właścicieli witryn internetowych, nie tylko poprzez reklamy). Jednak najważniejszym czynnikiem generującym ruch na tych stronach jest tak naprawdę chęć zdobywania wiedzy przez słuchaczy muzyki.

    W rodzimych warunkach nie jest to możliwe. Spoglądając na to z pozycji osoby samodzielnie prowadzającej serwis muzyczny, czy też odbiorcy muzyki, poszukującego informacji o danych artystach, płytach, itd., doskonale wiem, że to trudny temat. Występują tutaj także pewne zjawiska, które w ogóle nie powinny mieć miejsca. W Polsce użytkownicy internetu ograniczają się z korzystania z sieci do swoich ulubionych stron, a przy tym nie chcą i/lub boją się poznawać nowych miejsc. Powracający czytelnicy na stronę, to skarb, jednak poziom wybredności w polskojęzycznym internecie stoi na wysokim poziomie. Jednak całokształt tego nie wypada zachwycająco. Nawet jeżeli Polak znajdzie chęci i czas na przeglądanie witryn, to spędza na nich najmniej czasu w Europie. A to tylko odniesienie do ogółu stron internetowych, aż strach pomyśleć, jak to wygląda przy tematycznych serwisach, będących niszą internetu. Oczywiście, zadowoli nas również najnowsza informacja o długo wyczekiwanym videoclipie do singla np. Commona, Wiz Khalify, Drake’a, czy Evidence’a. Czy za tym słuchacze pójdą dalej, zapoznają się z sylwetką artysty, przejrzą jego dyskografię? Szanse na to są znikome. Jeżeli poruszymy kwestię historii kultury hip hopowej, to okazałoby się, że old school stanowi 50 Cent, Mos Def, Talib Kweli, najlepszym raperem jest Lil’ Wayne, a producentem Kanye West. To tak, jakby powiedzieć, że Miami Heat z LeBronem Jamesem, Dwayne’em Wade’em, Chrisem Boshem są lepsi od przykładowo Houston Rockets z połowy lat 90.tych (Hakeem Olajuwan, Clyde Drexler, Robert Horry, Sam Cassell), czy New York Knicks z tego samego okresu (Patrick Ewing, John Starks, Mark Jackson/Derek Harper, Charles Oakley). Team prowadzony przez Jamesa i Wade’a zostałby zmieciony z parkietu przez te ww. drużyny, podobnie jak ww. artyści hip hopowi, gdyby na jednej scenie stanęli z postaciami z lat 80.tych i 90.tych. Dlaczego więc jest tak, a nie inaczej? Wszystko znowu rozbija się o wiedzę, a raczej jej brak. Przy właściwym podejściu do zdobywania informacji i korzystaniu ze stron internetowych wyglądałoby to lepiej.

    Osobiście subskrybuję 96 witryn poświęconych czarnej muzyce i brzmieniom instrumentalnym, doceniając i darząc sympatią większość z takich projektów. Jeżeli natknę się na cokolwiek wartościowego, to w jakikolwiek sposób to docenię. Nie obchodzi mnie to, czy dana strona utrzymuje bliskie kontakty z wybranymi artystami, labelami, promotorami; kolesiostwo i wzajemne kontakty pomiędzy właścicielami wybranych serwisów także schodzą na dalszy plan (powszechne zjawisko w Polsce i zagranicą). Liczy się zawartość witryny i to, co ma w ofercie. Warto zdobywać informacje, poszerzać swoje horyzonty, nie być przywiązanym do tych samych miejsc w internecie i odkrywać nowe. W końcu, każda strona muzyczna jest przeznaczona dla czytelników i należy mieć to na uwadze.

    I tylko proszę nie mówić, że u nas praktycznie nikt nie słucha niezależnego lub oddalonego od blichtru i poklasku rapu. Wystarczy wpisać do Google.pl tytuły kilku wybranych wydawnictw płytowych, po czym otrzymamy podpowiedzi zawierające frazę „peb” lub innego powszechnie znanego forum. Wyszukiwarek internetowych nie sposób oszukać.

  • Rap po godzinach #8

    Rap po godzinach #8

    3–5 minut

    Ostatnie dwie odsłony „Rapu po godzinach” zostały poświęcone serii reklam Sprite’a z udziałem postaci ze świata hip hopu. Wraz z początkiem nowego roku kontynuuję ten wątek, zaglądając tym razem nie tylko do krainy napoju koncernu Coca-Cola. W tej odsłonie luźnych tematów związanych z komercyjnym wykorzystywaniem przedstawicieli kultury hip hopowej, oprócz ostatniej reklamówki Sprite’a, zaprezentuję materiały promocyjne innych marek, również doskonale znanych na wszystkich kontynentach. Goodie Mob, Fat Joe, Common, Mack 10, Afrika Bambaataa, Jazzy Jay, a także Run-DMC, Young MC, MC Hammer i LL Cool J zaprezentują się w archiwalnych nagraniach video. Całkiem zacne towarzystwo, nieprawdaż?

    Pozostawiłem na koniec wszystkich reklam zrealizowanych przez Sprite’a mini cykl materiałów video złączonych w jedną całość. W 1998 roku Coca-Cola wypuściła serię wykorzystującą hip hop oraz serial animowany z lat 80.tych, „Voltron – Obrońca Wszechświata” („Voltron: Defender of the Universe”). Emitowana w latach 1984-85 amerykańsko-japońska produkcja zdobyła popularność, pomimo nie odbiegającej od reguły w takich przedsięwzięciach fabuły. W skrócie przedstawia się to następująco: gdzieś w galaktyce zły Zarkon najechał pewną planetę, wobec czego trzeba ożywić bohatera o imieniu Voltron, żeby rozprawił się z najeźdźcą. Potrzebnych do tego jest pięć lwów-robotów, które należy odnaleźć. Po kolei Goodie Mob, Fat Joe, Common & Mack 10 wcielają się w rolę dowódców swoich pojazdów. Początkowo wszyscy ponoszą klęski, jednak Afrika Bambaataa z pomocą Jazzy Jaya, odwraca losy rywalizacji, a ożywiony Voltron zwycięsko wychodzi z konfrontacji z przeciwnikiem. Symbolicznie wygląda umiejscowienie pionierów hip hopu jako kierujących ostatnim czarnym lwem-robotem, najpotężniejszym ze wszystkich. Wszystkie reklamy połączone w jedną znajdują się poniżej.

    Odchodząc od kampanii promocyjnej Sprite’a, zabierzemy się za podróż w czasie wraz z niekwestionowanymi legendami hip hopu. Gap Inc., największa sieć handlowa sprzedająca odzież w Stanach Zjednoczonych zwróciła się kilkanaście lat temu do grupy rodem z Hollis w Queens, doskonale wszystkim znanej pod nazwą Run-DMC. Run, DMC i nieżyjący już dzisiaj Jam Master Jay zaprezentowali swoją wizję postrzegania tej firmy. Minimalizm, call-and-response w wykonaniu raperów, JMJ wykonujący swoją robotę za gramofonami, to czysta perfekcja. Reklamę właściwie podsumowują ostatnie słowa Run-DMC: This is Original. Check this out, Fall into the Gap.

    Nie tylko nowojorscy artyści reklamowali powszechnie znane marki. Po drugiej strony USA również producenci skwapliwie wykorzystywali popularność osób z branży hip hopowej. Amerykański raper urodzony w Londynie, Young MC, w oka mgnieniu zrobił zawrotną karierę i znalazł się w centrum uwagi opinii publicznej. Ogromny sukces osiągnięty za sprawą singla „Bust A Move”, co przełożyło się na wysoką sprzedaż jego debiutanckiego albumu „Cold Rhymin’” (Delicious Vinyl). Sprawiło to, iż młody raper stał się pożądanym towarem na rynku, a spece od marketingu szybko wychwycili, jak wykorzystać jego osobę w kampaniach promocyjnych różnych produktów. W 1990 roku artysta wystąpił w reklamie głównego rywala Coca-Coli, Pepsi. W przebojowym nagraniu video, Young MC gra pierwsze skrzypce, podkreślając zalety napoju choćby takimi wersami: Cool cans are coming so don’t be afraid / Crawl up a chicken’s ass and you might get laid.

    Young MC, czy Tone Loc mogli liczyć na zainteresowanie światowych koncernów i firm, jednak daleko im było do najbardziej eksploatowanego wykonawcę hip hopowego z Zachodniego Wybrzeża USA. Oczywiście, w tym miejscu mowa o MC Hammerze, którego zawrotna kariera muzyczna i szereg sukcesów komercyjnych zaskoczyły cały świat na przełomie lat 80.tych i 90.tych ubiegłego stulecia. Wypracowana przez artystę pozycja na rynku pozwalała mu na przebieraniu w ofertach niemal od wszystkich wielkich marek, niezależnie od branży produkcyjnej. Jedną z najbardziej znanych reklam, w jakiej wystąpił pochodzący z Oakland raper, dotyczyły promocji produktów Kentucky Fried Chicken, czyli znanego tu i ówdzie KFC. MC Hammer, zajadający z apetytem zestaw tej firmy, stanowił gwarantowany sukces i nikt nie śmiał w to wątpić.

    Na koniec znowu przenosimy się na Wschodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych, aby przyjrzeć się z bliska reklamie, w której wystąpił jeden z ulubionych raperów damskiej części publiczności, LL Cool J. Ikona rapu, symbol seksu, jeden z najbardziej rozpoznawalnych artystów hip hopowych w latach 80.tych i 90.tych, zdobywca wielu prestiżowych nagród. Lista zasług i osiągnięć Jamesa Todda Smitha jest pokaźna niczym dzierżone przez Michaela Jordana rekordy w lidze NBA (swoją drogą, oglądacie niedawno rozpoczęty sezon, czy czekacie dopiero na play-offy?). Nic więc dziwnego, że w kilkanaście lat temu włodarze założonej w Hollis, czyli tam, skąd wywodzą się członkowie Run-DMC, firmy odzieżowej FUBU. Nazwa tej marki, powstała od skrótu „For Us By Us”, to powszechnie znany i lubiany producent ubrań w Złotej Erze hip hopu. Reklama z LL Cool J’em oddaje klimat a’la teledysku do „Doin’ It”. Nie zapominajcie też o konkurencie FUBU, niejakiej firmie BUFU i ich sloganie: „By Us F*** You”.

    W dalszej kolejności zaprezentuję w serwisie kolejną porcję reklam z udziałem artystów hip hopowych, zahaczając tym razem też o lata współczesne.

  • Historia Lisy Left Eye Nicole Lopes

    Historia Lisy Left Eye Nicole Lopes

    5–8 minut

    Pamięć o nieobecnych już artystach muzycznych jest istotna i ważna. 25. kwietnia 2002 roku miał miejsce wypadek w którym zginęła znana raperka i członkini zespołu TLC – Lisa Nicole Lopes. 25 kwietnia 2012 roku odbędzie się 10. rocznica śmierci Left Eye. Kilka miesięcy temu powstał polskojęzyczny blog poświęcony tej artystce, 10 Years Without Left Eye. Strona ma na celu rozpowszechniania muzyki, zdjęć i informacji na jej temat. Burzliwe losy członkini TLC najlepiej przedstawi osoba odpowiadająca za powstanie tej witryny – Eye Ma. Wpis gościnny założycielki ww. bloga w drobiazgowy sposób ukazuje historię Lisy Lopes.

    Tekst: Eye Ma

    Lisa Nicole Lopes przyszła 27 maja 1971 roku w Filadelfii. Spędziła tam dzieciństwo mieszkając ze swoją rodziną. Nie było jej łatwo, despotyczny ojciec pracujący w wojsku był przyczyną późniejszych problemów Lisy. Z drugiej strony, to właśnie on nauczył ją grać na pianie, kiedy miała zaledwie cztery lata! Początki jej kariery muzycznej sięgają końca lat 80.tych, kiedy to sporadycznie występowała w klipach południowych artystów. Przełom nastąpił, gdy dołączyła do Crystal Jones i Tionne Watkins w 1991 roku. Dziewczyny utworzyły zespół 2nd Nature i w krótkim czasie zainteresowała się nimi Pebbles. Kiedy miało dojść do podpisania umowy z LaFace, Crystal wycofała się i zastąpiono ją tancerką Damianą DameRozondą Thomas. Pebbles zmieniła nazwę grupy na TLC, tak aby każda z dziewczyn miała „swoją” literę.

    W ten sposób pojawiły się ksywki: T-Boz, Left Eye oraz Chilli. Wizerunek girlsbandu był nieco kontrowersyjny jak na tamte czasy: nosiły ubrania w stylu baggy, promowały bezpieczny seks. Debiutancki album „Ooooooohhh… On the TLC Tip” przepełniony był rapem, funkowym dźwiękami, R&B połączonym z dancem i bardzo feministycznymi tekstami. Album został dobrze przyjęty w środowisku, głównie ze względu na inspiracje nurtem new jack swing. Do 1996 roku krążek pokrył się czterokrotną platyną. Mniej więcej dwa lata później Lisa zaczęła mieć poważne problemy. Jej związek z futbolistą Andre Risonem nie należał do udanych. Okazało się, że wykorzystywał ją psychicznie i fizycznie. W akcie zemsty podpaliła jego buty w wannie, po czym ogień rozprzestrzenił się na cały dom! Po tym incydencie stała się ulubienicą mediów. Musiała przymusowo iść na odwyk z powodu uzależnienia od alkoholu. LaFace opłaciło sprawy sądowe oraz koszty wyrządzonych szkód przez Lisę.

    Po tych incydentach, nikt nie przypuszczał, że kolejny album  grupy „CraZySeXyCool” wydany w 1994 przyniesie ogromny sukces. Szalona Left Eye, seksowna Chilli oraz fajna T-Boz zrezygnowały z szybkiego tempa piosenek, stawiając na soulowe i bardziej dojrzałe kompozycje. Krążek zebrał świetne recenzje i stał się jednym z najbardziej wpływowych płyt z gatunku R&B. Najważniejszą kompozycją na płycie jest na pewno utwór „Waterfalls”, który porusza problemy handlowania narkotykami oraz choroby związane z AIDS. Zwrotka Lisy jest bardzo emocjonalna, nacechowana pozytywnym przesłaniem mimo kilku wcześniejszych niepowodzeń. W 2003 magazyn Rolling Stone umieścił płytę na liście 500. najlepszych albumów wszech czasów na pozycji 377. Materiał łącznie rozszedł się w nakładzie 15 mln sprzedanych egzemplarzy płyt. W niedługim czasie po sukcesach pojawiły się problemy z Pebbles, która rzekomo źle zarządzała finansami grupy. Ostatecznie odsunięto ją od funkcji menadżera. Zespół ogłosił bankructwo, po czym na nowo podpisał kontrakt z LaFace.

    W międzyczasie Lisa zaczęła udzielać się solowo na innych projektach, m.in. w nagraniu Method Mana z 1999 roku „Cradle Rock”. MTV zaproponowało jej prowadzenie programu MTV Cut, na którym wzorowane były później American Idol czy X-Factor. Zainspirowana reality show otworzyła Left Eye Productions i sama zaczęła wspierać młode talenty. Dzięki niej zespół Blaque podpisał kontrakt z Columbią Records. Na kolejny featuring namówiła ją inna znana raperką – Lil’ Kim, która wraz z Missy Elliott, Da Brat oraz Angie Martinez nagrywała remix „Not Tonight”. Wersja „Ladies Night” dostała nominacje do Grammy. Po długiej ciszy, w 1998 roku członkinie TLC wróciły do studia, żeby nagrać trzeci album. „FanMail” był bardzo futurystyczny jak na tamte czasy, zawierał nawet elementy electro. Mimo dużego sukcesu singli „Unpretty” oraz „No Scrubs”, a także dochodowej trasy koncertowej, między dziewczynami doszło do spięć. Definitywnie potrzebowały przerwy od siebie i odpoczynku. Po konflikcie każda z dziewczyn zajęła się swoimi sprawami. Lisa wróciła do nagrywania featuringów.

    Najbardziej znanym jest udział w piosence Melanie C „Never Be The Same Again”. Utwór stał się numerem jeden w 35 krajach! Ponadto zagościła na albumach: Toni Braxton oraz *NSync. Kilka miesięcy później zaczęła nagrywać pierwszy, w pełni solowy album. „Supernova” ukazała się 14 sierpnia 2001 roku. Niestety z powodu słabej promocji singla „The Block Party”, dystrybucję odwołano w Stanach Zjednoczonych. Krytycy byli raczej zdystansowani do wydawnictwa, ale zdołali zauważyć, że Lisie bliżej do Jay-Z czy Jadakissa niż do Lil’ Kim i Foxy Brown. Na płycie wykorzystano nagranie Tupaca, z czego powstała piosenka „Untouchable”. Lisa w wywiadzie dla 2PACLegacy.com ujawniła fakt, że spotykała się z nim kilka miesięcy przed jego śmiercią. Niedługo po tym, zamknięto erę „Supernovej”. Beznadziejna sytuacja solowej płyty nie powstrzymała Left Eye przed kolejnymi działaniami.

    Przyjęła nową ksywkę i po odejściu z LaFace, podpisała kontrakt z Tha Row Records. Suge Knight przyjął ją pod swoje szeregi. Nagrała kawałek „Too Street 4 TV”, w którym bardzo mocno słychać wpływy zachodniego wybrzeża. Album został wprawdzie ukończony, LaFace blokowało jednak Suge’a przed wydaniem go… również po śmierci Lisy. Kiedy TLC doszło w końcu do porozumienia i mogło zacząć z powrotem rozmawiać o nagrywaniu płyt, w lutym 2002 roku dziewczyny weszły razem do studia. Udało im się wtedy nagrać jedynie piosenkę „Girl Talk”, myśląc, że mają dużo czasu na przygotowanie kolejnego materiału. Niestety już nie zdążyły… Sprawa śmierci Lisy budzi wiele kontrowersji.

    W kwietniu 2002 roku postanowiła wyjechać na wakacje do Hondurasu. Podczas swojego 30-dniowego wypadu nagrywała dokument o sobie. Praktycznie non stop chodziła z kamerą. Odpoczywała, uprawiała jogę, opowiadała o swoim życiu: o początkach istnienia TLC, swoim zainteresowaniu numerologią oraz reinkarnacją, o Tupacu, swojej rodzinie i relacjach z Andre. Wyjaśniała, tłumaczyła – chciała, żeby w końcu wszyscy poznali prawdziwą Lisę Nicole Lopes. Było to coś w rodzaju oczyszczenia. Kiedy któregoś dnia wyjechała do miasta po zakupy, jej samochód cofając się potrącił małego chłopca o nazwisku Lopez. Chłopczyk zmarł następnego dnia w szpitalu. Lisa zapłaciła za pogrzeb. Później, kiedy wróciła do wioski na nagraniu mówiła, że myśli o tym, że „duch” pomylił się z nazwiskami (LopesLopez) i to ona ma zginąć. Kilka dni później prowadząc samochód, w którym była także jej siostra oraz zespół Egypt zjechała na pobocze powodując wypadek. Wszystko zostało zarejestrowane przez kamerę. Zmarła około 20. minut po katastrofie. Pozostałe dziewczyny wyszły z wypadku bez większych obrażeń. Na pogrzeb przybyło około 30. tysięcy ludzi, m.in. Whitney Houston, Jermaine Dupri, Usher oraz oczywiście Tionne i Rozonda. Wiele gwiazd ze środowiska hip hopu podkreślało, że to wielka strata dla muzyki. Materiał z kaset, które nagrywała Lisa ujawniono dopiero w 2007 roku jako dokument wyreżyserowany przez Lauren Lazin „Ostatnie Dni Życia Lisy Lopes”.

    Od początku Tionne oraz Rozonda podkreślały, że zespół TLC nie może istnieć bez Lisy. W kilka miesięcy dokończyły album „3D”, wykorzystując stare nagrania Left Eye. Wraz z Missy Elliott nagrały dla niej tribute „Can You Hear Me?”. W kolejnych latach wyszły składanki najlepszych hitów TLC. W 2009 roku zrealizowano pierwszy pośmiertny album Lisy zatytułowany „Eye Legacy”. Nie cieszył się on jednak wielkim poparciem ze strony mediów. Piosenki, które się tam znalazły były odgrzewanymi nagraniami z „Supernovej” w nowych aranżacjach. Przy „Eye Legacy” pomagali m.in. Lil Mama oraz Chamillionaire.

    Nikt nie wie jak dalej potoczyłyby się jej losy, ale to, co do tej pory zdążyła zapisać na kartach historii muzyki R&B ma w jakimś stopniu wpływ na teraźniejszą muzykę R&B i rap. Lisa Lopes powinna być przykładem dla dzisiejszych raperek, ze względu na swoją kreatywność i szczerość. Oby znaleźli się ludzie, którzy wciąż pamiętają o niej. Nawet 10 lat po jej śmierci.

  • Przegląd anglojęzycznych stron muzycznych #2

    Przegląd anglojęzycznych stron muzycznych #2

    3–5 minut

    W anglojęzycznej sferze internetowej można napotkać dzisiaj na dziesiątki mniejszych i większych stron muzycznych. Niektóre z nich sprowadzają się funkcjonowania jako blogi, inne są nie raz niezwykle rozbudowane i osiągają rozmiary portali lub wortali. Z drugiej strony, wśród serwisów muzycznych znajduje się multum bliźniaczo podobnych do siebie witryn opierających się na zamieszczaniu informacji na zasadzie „kopiuj & wklej”. Prowadzi to do powstawania tzw. duplicate contentu i zaśmiecania internetu niepotrzebnymi takimi samymi stronami. W takim razie, które anglojęzyczne serwisy informacyjne ukierunkowane na kulturę hip hopową i muzykę instrumentalną, można uznać za godne polecenia? U Call That Love śpieszy z pomocą, przedstawiając drugą część artykułu poświęconego temu zagadnieniu.

    W pierwszej odsłonie tego mini cyklu wpisów z lutego b.r. nakreśliłem ogólny zarys przedstawianych stron internetowych oraz kryteria przy wyborze poszczególnych witryn. Pokrótce przypomnę, iż liczy się przede wszystkim wartość merytoryczna danego miejsca w internecie, układ strony oraz dopasowanie do potrzeb czytelnika. Poniżej kolejnych pięć zacnych serwisów muzycznych skupionych na hip hopie i gatunkach pokrewnych.

    1. The Find Magazine – strona będąca wizytówką internetowego magazynu muzycznego o tej samej nazwie. Do tej pory ukazały się 4 numery elektronicznego czasopisma, z czego ostatnie wydanie doczekało się wersji fizycznej. Pomysłodawca projektu, Danny Veaks z Holandii, w ostatnich kilkunastu miesiącach ukierunkował się w nieco inną stronę (ani widu ani słychu 5. numeru pisma) i rozwinął reprezentatywne miejsce swojego przedsięwzięcia. W ostatnim czasie zmienił się całkowicie layout serwisu (postawiono na przejrzysty układ z jednym sidebarem, szkoda tylko, iż ta skórka jest nader często wykorzystywana przy budowaniu innych witryn). Znacznie przybyło wpisów na TFM, utrzymujących się w niszy niezależnych artystów i wydawców muzyki około hip hopowej z całego świata. Anglojęzyczny serwis z Niderlandów posiada już wyrobioną markę w Europie, USA i Japonii, dzięki czemu raz po raz dostarcza ekskluzywne materiały, konkursy, czy wywiady.
    2. BamaLoveSoul – całkiem rozbudowany serwis muzyczny prowadzony przez kilka osób. Główną postacią przewodzącą projektowi jest DJ Rahdu, w skrupulatny sposób łączący obowiązki redaktorskie oraz wykonujący świetną robotę „radiową” – wydawanie mixów, podcastów i innych materiałów sygnowanych logotypem BamaLoveSoul, to głównie jego zasługa. Content strony został ukierunkowany na nowości wydawnicze płynące od przedstawicieli ciepłych gatunków muzycznych, przerzedzonych przez niezależnych wykonawców hip hopowych. Redakcja serwisu utrzymuje bliskie kontakty z różnymi osobami ze świata muzyczna, co przekłada się też na ciekawe projekty powstające przy współpracy z różnymi twórcami. Poruszanie się po stronie jest proste, a dostęp do poszczególnych działów BamaLoveSoul nie stanowi żadnej trudności. Jedynie można było ze względów językowych bardziej przemyśleć nazwę witryny.
    3. Bloggerhouse – witryna nastawiona przede wszystkim na silny content. Prowadzący serwis wywodzą się z innego projektu, WYDU (Wake Your Daughter Up), gdzie raz po raz demonstrowali obszerną wiedzę o hip hopie sięgającą old schoolu i lat 90.tych. Od strony wizualnej Bloggerhouse może nie prezentuje się nadzwyczajnie i można wprowadzić kilka poprawek do layoutu, ale tutaj naprawdę liczy się wartość merytoryczna. Rozbudowane podsumowania (wystarczy przejrzeć zawartość zestawienia 2010 roku wg redakcji serwisu), wydawanie kompilacyjnych materiałów (np. 100 tracków wyprodukowanych przez Buckwilda). Pod względem tematyki, stronie bliżej do projektów Philaflavy, niż do innych miejsc w internecie zajmujących się aktualnościami ze sceny hip hopowej. Pomimo tego iż na Bloggerhouse w ostatnich miesiącach nie trafiają zbyt często nowe artykuły, to zdecydowanie warto odwiedzać tę stronę.
    4. Okayplayer – jedna z wiodących stron poświęcona czarnej muzyce, rozmachem działalności przewyższająca 90% innych serwisów internetowych. Historia Okayplayera sięga jeszcze lat 80.tych XX wieku. Społeczność utworzona w 1987 roku przez Questlove’a, następnie przekształcona w 1999 roku na witrynę (portal) internetową, została określona przez The Rolling Stone mianem „tastemakera”. Oprócz newsów ze świata muzycznego, na stronie znajduje się multum innych informacji, w tym podstrony, takie jak LargeUp. Ogromne forum (zakładka Boards) zawiera dodatkowe pokłady wiedzy. Specyficzne podejście do recenzji płyt, tak naprawdę, do końca niezrozumiałe (nie mam pojęcia, co świadczy o 84, czy 90 punktach na 100 możliwych przyznawanych poszczególnym wydawnictwom), także stanowi interesującą składową Okayplayera. Minimalistyczny układ witryny nie sprawia problemów w poruszaniu się po stronie.
    5. Above Ground Magazine – obok Okayplayera stanowi najbardziej rozwinięty serwis muzycznych znajdujący się na tej liście przeglądu stron anglojęzycznych. Meta opis strony – „Best Underground Hip Hop, Best Underground Rap, New Underground Hip Hop” – ma na celu nie tylko zwiększenia trafficu, ale również ukierunkowanie contentu magazynu. Główna strona serwisu może nieco odtrącać swoim pozornym nieuporządkowaniem lecz zwyczajnie niezwykle trudno jest pomieścić całą zawartość witryny bez rozbicia na tematyczne działy. Newsy z branży hip hopowej, też w mainstreamowym wydaniu, nowe single i teledyski, wywiady, to główne składowe Above Ground Magazine’u. Wyróżniającą się częścią strony są recenzje, używające oryginalnego przelicznika ocen płyt (wartości od $0-$20). Jeżeli ktokolwiek z odwiedzających witrynę ma problemy z odnalezieniem się w tym miejscu, to może skorzystać z sekcji „You Need This Music” lub zapisać się do przydatnego newslettera.

    Trzecia edycja przeglądu anglojęzycznych serwisów muzycznych trafi na U Call That Love pod koniec stycznia przyszłego roku w bliżej nieokreślonym terminie.

Translate »