Od dłuższego czasu, liczonego w miesiącach, nosiłem się z zamiarem wprowadzenia na stronę autorskiej rubryki, spełniającej pewnego rodzaju założenia. Punkt wyjścia tkwił w stworzeniu cyklu artykułów przeznaczonego wyłącznie dla mnie; pomijającego wszystkie aspekty związane z pojedynczymi wpisami, a skupiającego się na przemyśleniach i sprawach (bez)pośrednio dotyczących działalności projektu. „Wieczorem przy herbacie” w zgrabny sposób powinno połączyć moje zamiłowanie do tego napoju (jestem przeciwnikiem kawy) i ukazanie innej twarzy U Call That Love od tej, którą do tej pory można było spotkać. W końcu wypada spędzać czas przy herbacie, pozwalającej w spokoju zasiąść do wybranych tematów i rozpocząć dyskusję lub osobisty wywód. Tylko sięgnę po kubek ze świeżo zaparzonym napojem…
Powołując do życia we wrześniu 2008 roku U Call That Love, w ogóle nie zastanawiałem się, w jaki sposób ten autorski projekt będzie wyglądał w przyszłości. W żadnym wypadku nie spędziłem tygodni, czy też miesięcy nad obmyśleniem podstawowych składowych strony. Po prostu wiedziałem, że wszystko zostanie oparte o jeden z najważniejszych elementów kultury hip hopowej – wiedzę. Bez odpowiedniego przygotowania, znajomości tematów i obeznania nie istniałby sens rozpoczynania tego przedsięwzięcia. Jednak, oprócz tego, iż jestem niejako nauczycielem, kierując stroną, to także występuję w roli ucznia, zgłębiając kolejne składowe hip hopu. Przekazuję swoją wiedzę, zarazem ją poszerzając i ucząc się z rozmaitych źródeł. Istnieją opinie, że bez internetu nie sposób prowadzić dzisiaj serwisów internetowych i pisać o muzyce. Sporo w tym racji lecz w moim przypadku, gdybym na stałe znalazł się w takim położeniu, to nie przeszkodziłoby mi to na redagowaniu artykułów. Tematyka witryny uległaby nieco zmianie, ale pozostałyby emocje, pasja, dusza, miłość. A tego nie sposób odebrać.
W styczniu 2010 roku przekształciłem blog w stronę z własną domeną, sukcesywnie rozszerzającą swoje pole działalności. Zrezygnowałem przy tym z poszukiwania ludzi, które mogliby wejść w skład redakcji UCTL. Owszem, w przeszłości na ucallthatlove.blogspot.com oprócz mnie w różnym okresie pisało 5 osób, za co jestem im naprawdę wdzięczny i pamiętam o nich. Zdecydowałem się na jednoosobowy skład redakcyjny głównie ze względu na niczym nieograniczoną swobodę i spokój w podejmowaniu wszelkich decyzji. Nabyte doświadczenie i łatwość w poruszaniu się w stylistyce, właściwy dobór tematów do tworzenia wpisów i wypracowany styl utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto postawić na samodzielne funkcjonowanie projektu. Nie oznaczało to jednak, iż pozostałem osamotniony z U Call That Love. Od strony technicznej mogłem liczyć na pomoc kilku ludzi, w tej chwili jeszcze więcej postaci wyciąga w moim kierunku pomocną dłoń. Pomimo tego iż mogę liczyć na pomoc ze strony moich bliskich znajomych, to przede wszystkim działalność opieram na swoich możliwościach. Szybko uczę się i bez przeszkód odnajduję się w różnych sferach dotyczących życia witryny, nieważne, czy od strony promocyjnej, czy załóżmy marketingu w wyszukiwarkach internetowych.
Właśnie tematy bezpośrednio związane z promocją i e-marketingiem to ciekawe zagadnienie, nadające się na długi artykuł. Z czysto technicznego punktu widzenia, wyznacznikiem ewentualnego sukcesu przy przedsięwzięciu rozwijanym w internecie, są liczby odwiedzin na witrynie, fani na Facebooku, obserwatorzy na Twitterze, Soundcloudzie, Mixcloudzie, wysokość Page Ranku (PR), ogólna rozpoznawalność marki w sieci. Oczywiście można dowolnie modyfikować ww. składowe, gdyż wszystko jest relatywne. Sukcesem dla mnie jest to, że U Call That Love stało się bliskie dla wielu ludzi, co znajduje odzwierciedlenie na portalach społecznościowych lub linkach prowadzących do strony. Nigdy specjalnie nie zabiegałem o zainteresowanie ze strony innych osób, nie wykorzystuję też nieczystych zagrywek przy pozycjonowaniu i informowaniu o projekcie. A jednak utrzymuję kontakty z osobami z zagranicy: artystami, dziennikarzami muzycznymi, właścicielami labelów. Otrzymuję coraz więcej informacji prasowych, co nie raz mnie zaskakuje. Do tej szuflady zmieściłby się szereg innych rzeczy, o których (przynajmniej teraz) nie chcę mówić.
Niektórzy mogą to wszystko podważyć, stwierdzić, że nie ma to żadna rewelacja i mierny wyczyn. Jednak, spoglądając wstecz, rozpoczynałem od najniższego pułapu, nie posiadałem niczego na swoim koncie. W tym momencie wszystko wygląda inaczej, na moją korzyść. Nie chcę tylko podkreślać swoje zasługi, ponieważ wcale tutaj nie o to chodzi. Do tego mogłoby to wszystko wyglądać lepiej; zdarzyły mi się chwile przestojów, zawsze podyktowane sprawami, na które nie miałem wpływu. Jak ktoś dobrze podsumował, życie potrafi deptać wyobraźnię, a poszczególne sprawy nie układają mi się w ten sposób, w jaki chciałbym. Czasem w ogóle się nie układają, albo długo opierają się nad ustąpieniem. Popełniam błędy i zdarza mi się mieć problemy z sumiennym wywiązywaniem się z obowiązków. Nie jestem w stanie pokonać pewnych przeszkód, przynajmniej nie w tym czasie, ale wiem, że jestem w stanie ominąć je i postawić na swoim. Staram się eliminować negatywne i kłopotliwe rzeczy, a powoli wszystko zmierza we właściwym kierunku.
Właśnie w tym momencie przyszedł właściwy moment na znaczne rozszerzenie działalności i zabranie się za pewne wartościowe projekty. Przyszedł czas na mnie i po ocenie przeszłości i teraźniejszości, przyszłość rysuje się nader pozytywnie. Koniec roku przynosi nie tylko podsumowanie poprzednich miesięcy lecz także, a raczej przede wszystkim, wyznaczanie nowych celów i dążenie do ich spełnienia. Jestem gotowy na zaprezentowanie U Call That Love od całkowicie nieznanej do tej pory strony. Po kolei plany zostaną wprowadzone w życie, wszystko w swoim niedługim czasie. Wraz z pierwszym wydaniem „Wieczoru przy herbacie” można uznać za pierwszy krok w nieznane. Oczekiwać można nieoczekiwanego, a kreatywność zostanie wyniesiona na wyższy niż dotychczas poziom. Pamiętajcie tylko o szczególnie istotnym aspekcie – nic nie powiedzie się w pełni bez Waszego wsparcia, które niezwykle przyda mi się akurat w tej chwili.
Artykuł powoli zmierza ku końcowi. Nim się obejrzałem wieczór ukradkiem zamienił się w noc, herbata została wypita oraz przesłuchałem dwa albumy – emanujący ciepłem „Long Way Back” T-Love i klasyczne LP GZY, „Liquid Swords”. Dodam też, że wypatruję już świątecznego prezentu, jaki sobie sprawiłem – winylowego wydania płyty Chucka D, „Autobiography Of Mistachuck”. W końcu jestem zagorzałym fanem Public Enemy, więc to jest idealny podarunek na koniec roku. A jeszcze lepiej będzie, kiedy wprowadzone przez mnie plany, spotkają się z godnym przyjęciem. Wtedy będę mógł powiedzieć, iż zacząłem spełniać się.











