Autor: Witalij

  • Metaliczny świat Def Dee na D-1000

    Metaliczny świat Def Dee na D-1000

    3–5 minut

    Każdego roku ukazuje się setki mniej lub bardziej zajmujących instrumentalnych projektów napływających z różnych zakątków świata. W miarę regularnie do głosu dochodzą nowi producenci, którzy starają się zwrócić uwagę na siebie mediów i przeciętnych słuchaczy. Problem tylko w tym, że spośród dziesiątek beatmakerów nader często wybijają się zupełnie przypadkowe osoby. Powoduje to, iż po drugiej stronie barykady stoją postaci pomijane przez ogół odbiorców. Z drugiej strony, wcale nie musi to oznaczać, że nikt ich nie docenia. Wręcz przeciwnie – przecież na scenie producenckiej bezproblemowo natkniemy się na artystów, którzy dotarli do pewnej niszy odbiorców i dobrze się w tym odnajdują. Def Dee z amerykańskiego Seattle to doskonały przykład na potwierdzenie tej tezy. W sierpniu ukazała się jego nowa płyta – „D-1000” – stanowiąca kolejny etap w jego karierze muzycznej.

    Artyści z Seattle raz po raz zadziwiają słuchaczy na całym świecie. Ze stolicą stanu Waszyngton jest związanych mnóstwo istotnych twórców, od Blue Scholars, przez Jake One’a i Macklemore’a, aż skończywszy na plejadzie mniej znanych wykonawców. W tej grupie umieścimy bohatera dzisiejszego artykułu. Oprócz tego Def Dee należy do licznej grupy producentów na dorobku, którzy przewijają się w undergroundzie od kilku lat, ale jeszcze nie wybili się na tyle, żeby można było stwierdzić, iż nadszedł ich czas.

    Twórca z Północno-Zachodniej strony Stanów Zjednoczonych prowadzi działalność na scenie hip hopowej od końca poprzedniej dekady. Jego pierwszym wydawnictwem, dzięki którym wybił się nieco na lokalnej scenie, była kolaboracyjna płyta z raperem La„Gravity”. Po pewnym czasie osobą Def Dee zainteresowało się wszystkim znane Mello Music Group. W latach 2011-13 beatmaker nagrywał właśnie dla tego labelu.

    W tym czasie wypuścił on przede wszystkim dwa materiały. W pierwszej kolejności ukazał się beat tape producenta, „Cheap Hate”. Projekt obejmujący blisko 30 utworów nawiązywał do starej szkoły rapu, co towarzyszy nagraniom beatmakera aż do dzisiaj. Drugie ważne wydawnictwo Def Dee – „33 and a Third” – pojawiło się w obiegu w połowie 2013 roku. Wydanie produkcji łączącej elementy kompilacji, zbioru remiksów i płyty producenckiej, poprzedziła EP-ka nagrana wraz z raperem Zarem, „Zulu Delta”.

    Po okresie spędzonym w Mello Music Group, mieszkaniec Seattle rozpoczął współpracę z inną dobrze kojarzoną oficyną wydawniczą – Redefinition Records. Nakładem REDEF ukazała się w drugiej połowie ub.r. płyta „Deja Vu”. Dzięki temu wydawnictwu Def Dee zyskał sporo przychylnych opinii ze strony sympatyków korzennego rapu. Wydane pod koniec sierpnia „D-1000”, to kontynuacja kooperacji beatmakera z labelem Damu The Fudgemunka i Johna Notarfrancesco.

    Przy okazji premiery „Deja Vu” Redefinition Records podawało, że to jednorazowa współpraca z producentem z Seattle. Jednak plany te zweryfikowano i zdecydowano się zatrzymać beatmakera na dłużej. REDEF rozpoczęło przygotowania do wydania tej płyty na kilka miesięcy przed jej premierą. Dłuższy okres prac nad tym wydawnictw wziął się z prozaicznej przyczyny – priorytetem było wypuszczenie materiału na płytach winylowych, na wytłoczenie których trzeba obecnie czekać w USA około 14 tygodni (sic!). W końcu, pod koniec ubiegłego lata „D-1000” trafiło do obiegu. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to tytuł nawiązujący do słynnego „Terminatora”. Na tym nie kończą się skojarzenia z sagą zapoczątkowaną ponad 3 dekady temu przez Jamesa Camerona. Def Dee postanowił nadać swojemu najnowszemu wydawnictwu odrobinę inny posmak w porównaniu do poprzednich nagrań. Beatmaker inspirował się ścieżką dźwiękową do pierwszych dwóch części „Terminatora”, co znalazło odzwierciedlenie w klimacie całej produkcji. Metaliczne brzmienie przetacza się przez całą płytę – część utworów („Tech-Com”, „The Merc”, „Sarah’s Jam ‘84”, „Mimetic Poly-Alloy”, „D-1000”), to istne hymny poświęcone Arnoldowi Schwarzeneggerowi i Bradowi Friedelowi, twórcy ścieżki dźwiękowej do „Terminatora” z 1984 roku. W pozostałych nagraniach Def Dee serwuje bardziej stonowane beaty, rozbudowując je o dodatkowe elementy (pełno wstawek i cutów) oraz warstwy. Całość uzupełniają trzy utwory wokalne z udziałem Davida Luke’a, Fisha i Blu.

    „D-1000” pojawiło się na Bandcampie. Wydawnictwo do nabycia w wersji elektronicznej (BC, iTunes) i fizycznej (płyty winylowe). Album promują dwa single – remix „Illest In Charge” z udziałem Blu i „Mimetic Poly-Alloy”. Wygląda na to, że Def Dee odnalazł już swoje miejsce pośród innych producentów. Jednak nadal jego akcje idą w górę, i tylko od słuchaczy zależy czy na dobre amerykański producent zagości w świadomości sympatyków undergroundu.

    Tracklista

    1. D-1000
    2. Movin’ It On
    3. The Merc
    4. Lets Do It
    5. Remains
    6. The Galleria
    7. Mimetic Poly-Alloy
    8. Keep Keep It On
    9. Sunrise Reese
    10. Sarah’s Jam ‘84
    11. Reconvene
    12. Tell Yo Frenz
    13. Ugly
    14. Tech-Com
    15. SFV
    16. Dee’angelo (Bonus)
    17. Feel It feat. David Luke (Bonus)
    18. Game Started feat. Fish (Bonus)
    19. Illest In Charge feat. Blu (Bonus Redef Remix by Def Dee)Zap
  • Illa J wystąpi w Polsce

    Illa J wystąpi w Polsce

    3–4 minut

    Tegoroczna jesień przysparza sporo emocji związanych z koncertami zagranicznych wykonawców w Polsce. W poprzednich tygodniach gościło u nas kilku szanowanych raperów i producentów – Fashawn, Dam-Funk, DJ Premier (w tym miesiącu ponownie zagra nad Wisłą) czy Mick Jenkins. W nadchodzącym czasie zawita do naszego kraju kolejne grono dobrze kojarzonych twórców. Wśród nich znajdzie się Illa J. Amerykański artysta, który niedawno wydał płytę „Illa J”, zagra 8 i 10 listopada odpowiednio w Katowicach i Krakowie. Imprezy na południu Polski będą połączone z tribute’ami dla J Dilli.

    8 listopada 2015 roku, klub Life, ul. Sądowa 9, Katowice
    Wystąpią: Illa J, Mikael, DJ Chester
    Cena biletu: 29 złotych w przedsprzedaży, 39 złotych w dniu koncertu. Wejściówki do nabycia za pośrednictwem serwisu Biletomat.pl.

    Aktualizacje o imprezie na stronie wydarzenia na Facebooku.

    10 listopada 2015 roku, klub Poli, ul. Dietla 97, Kraków
    Wystąpią: Illa J, DJ Chester
    Cena biletu: 29 złotych w przedsprzedaży, 39 złotych w dniu koncertu. Wejściówki do nabycia za pośrednictwem serwisu Biletomat.pl.

    Aktualizacje o imprezie na stronie wydarzenia na Facebooku.

    Scena hip hopowa w Detroit wychowała wielu znamienitych twórców. Do grona utalentowanych wykonawców z The Motor City, którzy potwierdzili już dobitnie swój kunszt, zalicza się Illa J. Większość niezaznajomionych osób z jego twórczością kojarzy rapera przez pryzmat działalności jego starszego brata, J Dilli. Jednak wypada też orientować się w płytach twórcy osiadłego w tej chwili w kanadyjskim Montrealu, ponieważ przedstawiają one wysoką wartość artystyczną.

    Illa J pochodzi z muzycznej rodziny, więc nic dziwnego w tym, że pierwsze szlify zdobywał on podpatrując swojego ojca i brata. Pomimo tego nie decydował się on początkowo na stałe zajmowanie się muzyką, wybierając kontynuację edukacji na studiach. Po śmierci Jay Dee porzucił te plany i po powrocie do swojego rodzinnego miasta rozpoczął nagrywanie pierwszych utworów.

    W szybkim tempie ówczesny mieszkaniec Detroit zebrał premierowe utwory, które następnie trafiły na demo „Illa J EP”. Projekt okazał się sukcesem i przebił się poza lokalne środowisko rapowe, co doprowadziło do zainteresowania twórczością Illa J ze strony wytwórni płytowych. Najskuteczniejsze okazało się Delicious Vinyl i właśnie z tą oficyną wydawniczą związał się raper. W 2008 roku odbyła się premiera jego debiutanckiego albumu, „Yancey Boys”. Wydawnictwo narobiło niezłego szumu w 2008 roku, przyczyniając się do znacznego wzmocnienia pozycji artysty na scenie hip hopowej.

    Po opublikowaniu tej płyty Illa J zaangażował się we współpracę z innymi wykonawcami. Tytuł albumu sprzed 7 lat posłużył też do nazwy wspólnej grupy Johna Yanceya i Franka Nitta. Przed dwoma laty duet wypuścił komplementowany projekt „Sunset Blvd.”, który również ukazał się nakładem Delicious Vinyl. Ponadto w latach 2008-14 był on związany z renomowaną formacją Slum Village. Illa J uczestniczył w nagrywaniu „Evolution” i pomagał przy powstawaniu różnych utworów zespołu pochodzącego z Michigan, co przełożyło się na kolejny wzrost notowań twórcy w branży hip hopowej. Emcee nagrywał z innymi wykonawcami, występując na płytach Black Milka, Roc CKid Sublime’a, Rappera Big Pooh, Crisa Prolifica, Astronote’a, Moka Only, Metro czy Potatohead People.

    Ostatni z ww. wykonawców podjęli też bliższą współpracę z Illa J. Na początku października ukazała się ich wspólna płyta zatytułowana po prostu „Illa J”. Wydawnictwo promowane singlami „Universe”, „Strippers”, „All Good Pt. 2” i „All I Need” wypadł and wyraz korzystnie. Klimatyczny album stanowi kolejny etap w rozwoju amerykańskiego rapera. Projekt zrealizowano w umiejętny sposób, łącząc soulfulowe klimaty z elektroniką. Potatohead People stworzyło środowisko, w którym Illa J odnalazł się bez najmniejszego problemu. Już teraz można śmiało stwierdzić, iż „Illa J” należy do najciekawszych materiałów tej jesieni.

    Już za kilka dni artysta związany obecnie z Bastard Jazz Recordings zaprezentuje się przed polską publicznością. Wydarzenia w Katowicach i Krakowie będą także poświęcone pamięci legendarnego J Dilli. W ten sposób oba wieczory będą dedykowane braciom Yancey.

    Zapis

  • Recenzja LP: Kista & Glad2Mecha – Collecting Dust

    Recenzja LP: Kista & Glad2Mecha – Collecting Dust

    4–6 minut

    Soundweight Records/Dusty Platter | 2014

    Wraz z postępem technologicznym i przemianom pokoleniowym uległo zmianie mnóstwo rzeczy dotyczących tworzenia muzyki. W tym momencie nie trzeba wiele zachodu, aby stać się raperem, producentem czy DJ’em. Wystarczy tylko posiadać stały dostęp do internetu, zapoznać się z kilkoma samouczkami, poczytać nieco o wybranych elementach muzycznego rzemiosła, zainstalować odpowiednie oprogramowanie i voila! Zdecydowanie za wiele osób wybiera drogę na skróty przystępując do nagrywania utworów bez jakichkolwiek podstaw. Wyroby twórców pretendujących jedynie do miana artystów zalewają sieć i są prawdziwą zmorą dla wykonawców spędzających niekiedy długie tygodnie na dobraniu sampli i napisaniu właściwych tekstów. Dlatego też warto doceniać płyty tworzone w oparciu o rozległą wiedzę muzyczną, w których czuć serce i duszę. Właśnie tego typu wydawnictwem jest wspólny album Kisty & Glad2Mechy – „Collecting Dust”.

    Płyty tworzone wspólnymi siłami przez amerykańskich i brytyjskich artystów nie należą do rzadkości. Bohaterowie tego artykułu gładko wpisują się w ten krajobraz. Obaj wykonawcy znają się od dłuższego czasu i naturalną koleją rzeczy było rozpoczęcie przez nich nagrywania wspólnych utworów. Zarówno pierwszy, jak i drugi artysta nie są żadnymi żółtodziobami na scenie hip hopowej i doskonale wiedzą, co chcą wyrazić za pośrednictwem swoich nagrań.

    Kista zalicza się do weteranów brytyjskiego undergroundu. Producent i DJ w jednym jest obecny w tamtejszym środowisku już od ponad 15 lat. Debiutancki projekt artysty – dwunastka „Organic Pulsation EP” powstałą w kolaboracji z Genetic 1200’s – trafiła do obiegu jeszcze pod koniec lat 90.tych. Od tamtego czasu twórca podejmował współpracę z różnymi raperami, czekając na wydanie kolejnego treściwego materiału do 2009 roku. Wtedy to ukazała się płyta „Crate Combination, Vol. 1”, która powstała przy udziale 45 Prince’a. Ostatnie lata przypadły na kolejne wydawnictwa („The Grand Emporium”, „Pushin Buttons EP”), a także na rozwój labelu założonego przez Kistę, Soundweight Records.

    Pochodzący z amerykańskiego Phoenix w stanie Arizona Glad2Mecha (sympatyczny pseudonim) powoli przebijał się na międzynarodowej scenie hip hopowej. Ze względu na to, iż lokalne środowisko rapowe odbiega od założeń i inspiracji rapera, od początku działalności próbuje on dotrzeć do odbiorców z innych krajów. Po kilku mniejszych projektach (m.in. „Uncommon Cures 4 Everyday Illness”) oraz wydawania muzyki w ramach istnienia formacji The Community Project, jazz-hopowy artysta ukierunkował się na kolaboracje z Europejczykami. W ten sposób doszło do zrealizowania albumu „Hello”. Za wszystkie podkłady na tym LP odpowiadał brytyjski beatmaker Ill Treats, zaś ten materiał uzyskał wysokie oceny od sympatyków korzennego rapu. Również wydawcy ze Starego Kontynentu docenili warsztat Glad2Mechy – w ub.r. HHV.DE opublikowało na wosku „The Jazzo Street Sessions Vol. 1”, na którym Amerykanin zademonstrował swoje umiejętności producenckie. Na tym nie skończył się udany okres w jego twórczości, o czym przekonuje „Collecting Dust”. Właśnie ta płyta przekonuje wszem i wobec, iż współcześni wykonawcy nie zapomnieli o składowych niezbędnych do stworzenia tłustej jazz-hopowej produkcji.

    Album pochodzący z sierpnia ub.r., to drugi materiał zrealizowany przez amerykańskiego Emceego, który wyprodukował brytyjski beatmaker. Jednak w przypadku ubiegłorocznego projektu Ill Treatsa zastąpił Kista. Nowy partner muzyczny Glad2Mechy w niczym nie ustępuje swojemu poprzednikowi, co już należy za sporych rozmiarów nobilitację. W końcu „Hello” wielu uznało za tzw. instant classic, będący wyznacznikiem tego, jak powinien brzmieć współczesny jazz-hop. Kista drobiazgowo podszedł do stworzenia warstwy muzycznej na „Collecting Dust”. Nie ma tutaj mowy o przypadkowej egzekucji sampli czy też realizowaniu beatu bez oglądania się na styl Glad2Mechy.

    Już od pierwszych dźwięków „Don’t Call It Luck (Intro)” widać, że mamy do czynienia z projektem, który powstał w wyniku wielu godzin spędzonych na wybieraniu poszczególnych elementów do właściwego oddania inspiracji i emocji towarzyszących wszystkim utworom. Stonowane, spokojne, ale zarazem przyciągające uwagę beaty Kisty w połączeniu z laidbackowym flow Glad2Mechy sprawdzają się znakomicie. Obaj twórcy podali, że dokładnie wymienili się swoimi poglądami muzycznymi zanim w ogóle przystąpili do realizacji tego przedsięwzięcia. Właśnie to jest największą zaletą „Collecting Dust”, gdyż nie ma mowy tutaj o przypadku czy nagrywaniu muzyki ad hoc. Przekonuje o tym również warstwa liryczna.

    Pełno na albumie inteligentnie podanych wersów, skłaniających do refleksji. Glad2Mecha nie bawi się w żadne półśrodki, zastępując to umiejętnymi spostrzeżeniami, których tak bardzo brakuje w dzisiejszym środowisku rapowym. Jeżeli nawet większość tematyki obraca się pomiędzy przyziemnymi sprawami („Dreamchaser”, „Memories”), a przy tym nie brakuje odniesień do rzemiosła hip hopowego („Nouns And Verbs”, „Droppin Mics”, „Five Keys To Success”), to trzeba przyznać, że raper robi to na tyle umiejętnie, iż po prostu słucha się jego z nieskrywaną przyjemnością. „Collecting Dust” urozmaicają przy tym cuty wyjęte ze starych płyt (wycinek opowiadający o procesie tłoczenia winyli na „Dreamchaser Reprise (Outro)” wypada świetnie). Wypada też zwrócić uwagę na old schoolowe nastawienie do miksu i masteringu albumu, co dodaje projektowi większego uroku. Wielcy jazz-hopowi artyści z lat 90.tych powinni być jak najbardziej zadowoleni z jakości idącej za wspólnym materiałem Kisty i Glad2Mechy. Niektórzy mogą kręcić nosem na długość LP (całość trwa około 30 minut) i brak jakiegokolwiek elementu zaskoczenia w nagraniach duetu. Jednak akurat o to chodziło tym wykonawcom – przy dłuższym projekcie odbiór całości mógłby zostać wypaczony, zaś materiał straciłby na wartości.

    Płyta nagrana przez brytyjsko-amerykański duet nie jest przeznaczona dla każdego. „Collecting Dust” nie znajdzie uznania w oczach osób hołubiących elektroniczne i syntetyczne rozwiązania, twierdzących przy tym, że czasy korzennie brzmiącego rapu już dawno minęły. Jednak to nie jest prawda, ponieważ właśnie takie projekty, jak ubiegłoroczny album Kisty & Glad2Mechy ucieszą dojrzałych odbiorców, wychowanych na klasycznym brzmieniu lat 80. i 90.tych. Co ważne i warte podkreślenia, w tym materiale od razu czuć ogromną pasję i radość z tworzenia muzyki, co jest znaczącą zaletą tego jazz-hopowego longplaya.

    Ocena: 4/5

    Tracklista

    1. Don’t Call It Luck (Intro)
    2. Dreamchaser
    3. Feeling Alright
    4. Who Got The Props
    5. Five Keys To Success
    6. Float
    7. Nouns And Verbs
    8. Sunrise
    9. Another Place Another Time
    10. Sunset
    11. Memories
    12. Droppin Mics feat. El Da Sensei
    13. Dreamchaser Reprise (Outro)

    Zapis

  • Premierowa płyta Howling – Sacred Ground

    Premierowa płyta Howling – Sacred Ground

    3–4 minut

    We wstępie do tego artykułu pragnę przedstawić pokrótce sytuację na rynku wydawniczym panującą pod koniec pierwszego półrocza 2015 roku. Trzeba przyznać, że ilość i jakość muzyki, która ukazała się w rozpatrywanym czasie powala na kolana. Zapewne niewiele osób spodziewało się takiego obrotu spraw, tym bardziej porównując to do analogicznego okresu z poprzedniego roku, kiedy to momentami mieliśmy posuchę w branży fonograficznej. Na potwierdzenie powyższych słów wystarczy przywołać wybrane premiery płytowe z maja. W owym miesiącu ukazały się świeże płyty Damu The Fudgemunka, Lyrics Borna, Hashfingera, BlabberMoufa, Oddiseego, Georgii Anne Muldrow, Camp Lo, Mursa, KNX-a, Onry, Kamasiego Washingtona, Kool Keitha, Prefuse’a 73 i wielu innych artystów. Pomiędzy tymi wszystkimi materiałami ukazała się także produkcja międzynarodowego duetu Howling – „Sacred Ground”.

    Wśród licznych sublabeli Ninja Tune trafimy również na Counter Records. Przez pierwsze lata działalności CR wypuszczało nagrania Pop Leviego i The Heavy, będąc w cieniu pozostałych filii słynnej brytyjskiej oficyny wydawniczej. W ub.r. sytuacja zmieniła się na korzyść Counter Records. Od tego czasu nakładem niezależnego labelu skupionego na progresywnych formach elektronicznych ukazały się płyty Submotion Orchestra, Adreyi Triany, Odeszy i Maribou State. Obok nich pół roku temu pojawiła się muzyka właśnie Howling. Od 2012 roku niepozorny duet zebrał liczne grono fanów wyczekujących premiery ich pełnego albumu.

    RY X & Frank Wiedemann poznali się zupełnie przypadkiem. Pierwszy z nich pochodzi z niewielkiej australijskiej wyspy Angourie, lecz jego cała kariera muzyczna jest przypisana do Los Angeles. W Mieście Aniołów prowadzi on solową działalność, publikując wydawnictwa „Ry Cuming” i „Berlin”, a także uczestniczy w życiu grupy The Acid. Pewnego razu Ty Cuming poznał przez internet producenta/DJ’a z niemieckiego Karlsruhe, Franka Wiedemanna. Niemiecki producent przez lata był związany z szeregiem przedsięwzięć (Innervisions Orchestra, Ame, A Critical Mass, AXS), współpracując przy tym z wieloma innymi twórcami. Jednak dopiero RY X okazał się właściwą osobą na właściwym miejscu. Australijsko-niemiecki projekt wypalił już przy pierwszym singlu, „Howling”, i stało się jasne, że obaj wykonawcy pokuszą się o dalsze nagrania. „Howling EP” i „Shortline EP” wypadły na tyle dobrze, że oczekiwania wobec debiutanckiego LP międzynarodowej formacji rosły z miesiąca na miesiąc. Jak się jednak okazuje, Howling zebrało na „Sacred Ground” pierwszorzędny materiał, którego warto było wypatrywać.

    Premiera materiału odbyła się 4 maja. Wydawnictwo trafiło do obiegu dzięki współpracy pomiędzy ww. Counter Records a Monkeytown Records. Brytyjsko-niemiecki duet wydawniczy otrzymał od bohaterów dzisiejszego artykułu doskonały, rozbudowany i wyważony projekt. RY X & Frank Wiedemann pokazują wszem i wobec, że bez względu na dzielące ich na co dzień bariery, można stworzyć dopieszczoną płytę. „Sacred Ground” brzmi po prostu niczym album nagrany przez artystów znających się na co dzień od wielu lat, wspólnie spędzających ze sobą dziesiątki godzin w studiu nagraniowym, wespół kreślących idee i wprowadzających je w życie. Niezwykłą sztuką jest zrealizowanie materiału w ten sposób. Wokale Rya Cuminga z niecodzienną gładkością opadają na pokłady Franka Wiedemanna. Już rozpoczynające LP „Signs” znamionuje, iż mamy do czynienia z nietuzinkową formacją. W następnych utworach Howling udowadnia wszelkie pozytywne przypuszczenia odnośnie dalszej części albumu. Elektronika mieszająca się z popem, folkiem, house’em czy elementami syntetycznymi rozpościera rzadko spotykany na współczesnych płytach krajobraz. „Stole The Night”, „X Machina”, „Short Line” czy „Lullaby” (cudowna kołysanka) prowadzą słuchaczy przez osobliwy świat Howling, w którym za każdym rogiem czekają coraz to bardziej interesujące niespodzianki.

    „Sacred Ground” można odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa, Spotify, Deezera i pozostałych serwisów streamingowych. Debiutancki album Howling trafił do sprzedaży w formacie elektronicznym i fizycznym (płyty kompaktowe i winylowe). Frank Wiedemann i Ry Cuming promują swoje wydawnictwo poprzez single „Stole The Night”, „Signs”, „Short Line” i „Forest”. Ponadto na Soundcloudzie pojawiło się pełno remiksów ww. utworów. Natomiast videoclipy nakręcono do otwierającego LP „Signs” i „Stole The Night”. Dodatkowo ukazała się dwunastka zawierająca alternatywne wersje tego nagrania. Howling odpowiada za jedno z najbardziej ulotnych, ale zarazem przyciągających uwagę i hipnotyzujących projektów ostatnich miesięcy.

    Tracklista

    1. Signs
    2. Stole The Night
    3. Interlude I
    4. X Machina
    5. Litmus
    6. Zürich
    7. Short Line
    8. Quartz
    9. Interlude II
    10. Forest
    11. Howling
    12. Lullaby
  • Zagadkowe opowieści Massive Suits Quartet na Full Moon Wizard

    Zagadkowe opowieści Massive Suits Quartet na Full Moon Wizard

    3–4 minut

    W tym roku niejeden europejski producent poprawił swoją pozycję na światowej scenie muzycznej. Przez dłuższy czas postaci ze Starego Kontynentu nie miały okazji do tak znacznej ekspansji na pozostałe kontynenty, jak właśnie teraz. Kilka składowych wpłynęło na polepszenie się sytuacji Europejczyków w tej niszy muzycznej. Znacznie więcej wytwórni płytowych podejmuje współpracę z przedstawicielami krajów europejskich, co wcześniej nie było wcale częstym obrazkiem. Oprócz tego część amerykańskich serwisów muzycznych przestało odgradzać się od wszystkiego, co nie pochodzi z Ameryki Północnej, dzięki czemu Europejczycy mogą swobodniej docierać do słuchaczy. Przekłada się to na lepszy odbiór muzyki osób pokroju Dandy Teru. Francuski twórca wypuścił we wrześniu płytę „Full Moon Wizard”, która ukazała się pod nazwą wyimaginowanej formacji Massive Suits Quartet.

    W świecie muzycznym nie brakuje enigmatycznych postaci pojawiających się przy okazji wybranych projektów pod różnymi postaciami. W powyższy sposób najstosowniej można określić Gregorire’a Marty’ego. tajemnicza otoczka towarzyszy jemu od początku działalności. Francuski artysta tworzy muzykę od 2006 roku. Próżno szukać w sieci wzmianek i szerszych informacji o nagraniach i projektach tego producenta do 2010 roku. Wtedy to po raz pierwszy udzielił się na płycie studyjnej, pomagając Pumpkin przy „Ainsi de Suite”. Po zebranych doświadczeniach w roli człowieka cienia (Francuz dorzucił swoje trzy grosze na m.in. materiał Supafuh, „Just Act”) artysta przeszedł do pracy nad własnymi nagraniami.

    W 2012 roku bohater dzisiejszego artykułu nawiązał bliższy kontakt z doskonale znaną amerykańską oficyną wydawniczą, Ubiquity Records. Blisko 3 lata temu ukazał się jego singiel „Fragile Things” wydany pod pseudonimem Dandy Teru. Dwunastka z udziałem duetu Ty & Sarah Gessler, uzupełniona o remix Quiet Dawna, gładko wprowadziła do pierwszego longplaya francuskiego wykonawcy. „Adventures” ukazało się w maju 2013 roku i spotkało się z pozytywnym odbiorem przez media i słuchaczy doceniających organiczne formy hip hopowe. Po udanym pełnym wprowadzeniu się Francuza na scenę muzyczną większość osób spodziewało się kontynuacji stylu i dalszego rozwoju warsztatu na kolejnej produkcji artysty. Nieco mylne wrażenie, co do następnego wydawnictwa tego twórcy, można było wynieść po krótkim „Moods & Collages” sprzed 4 miesięcy. Okazało się bowiem, że na drugim albumie – „Full Moon Wizard”Gregoire Marty zafundował wszystkim podróż pomiędzy wysublimowanymi dźwiękami, wychodzącymi od stworzonej specjalnie do tego celu formacji Massive Suits Quartet.

    Wydawnictwo trafiło do obiegu nieco ponad 1,5 miesiąca temu. Gregoire Marty nie zamierzał zmieniać wydawcy – Ubiquity Records stanowi jedną z najbezpieczniejszych i najlepiej zarządzanych przystani muzycznych dedykowanych niesztampowym i wymykającym się z powszechnej klasyfikacji projektom. Czy tak wypada powiedzieć o nowej płycie Francuza? Jak najbardziej, ponieważ „Full Moon Wizard” łączy w sobie klimat nagrań przypisanych do odmiennych nurtów. Dandy Teru uciekł od krainy zdominowanej przez pogodne i ciepłe brzmienia hip hopowe do zagadkowego i ukrytego pomiędzy nieodgadnionymi pejzażami. Eskapizm w wydaniu artysty to również, a raczej przede wszystkim, poszukiwanie świeżych pomysłów i możliwości ekspresji przełożonych na konceptualny album pełną gębą. Na potrzeby wrześniowego materiału powołał on do życia wymyśloną grupę Massive Suits Quartet, dzięki której nadał swojemu projektowi osobliwy wymiar. Drugi longplay francuskiego twórcy nawiązuje do soundtracków do filmów i czerpie garściami ze sztuki umiejętnego komponowania muzyki do filmów. Filmowa sceneria idealnie pasowałaby do „Full Moon Wizard”, szczególnie jeżeli zestawimy z tą płytą obrazy science-fiction z lat 70.tych. Brudne brzmienie wydobywające się ze skrzętnie dobranych sampli dodaje albumowi wyrazistego smaku. „The Lake”, „The Odyssey (Part 1-2)”, „Nymphs” i „Spaceship Jazz” świetnie podkreślają wartość projektu. Autorzy muzyki filmowej powinni zetknąć się z tym wydawnictwem, które mogłoby zostać wykorzystane przy wybranym dziele wyświetlanym na dużym ekranie.

    Po płytę sięgniecie na Bandcampie i Deezerze. „Full Moon Wizard” można nabyć w postaci cyfrowej i fizycznej (płyty winylowe). Wersja cyfrowa LP do nabycia za pośrednictwem iTunes czy Amazona. Wydawnictwo promują dwa single – „Dancing With Her (Woman’s Theme)” i zamykające album „Spaceship Jazz” – oraz video teaser longplaya. Massive Suits Quartet to szalenie wciągający projekt ukazujący inne, niż do tej pory oblicze Dandy Teru. Francuz stworzył produkcję, która daleko wykracza poza ramy współczesnych instrumentalnych wydawnictw.

    Tracklista

    1. Full Moon Wizard (Wizard’s Theme)
    2. The Lake
    3. March From The Moon
    4. The Odyssey (Part 1)
    5. In All Things
    6. Long Ago
    7. Nymphs
    8. Dancing With Her (Woman’s Theme)
    9. Pigeon And Swan
    10. The Odyssey (Part 2)
    11. Grand Empty (The Awakening Theme)
    12. Spaceship Jazz
  • Illa J wydaje płytę z Potatohead People

    Illa J wydaje płytę z Potatohead People

    4–6 minut

    Detroit należy do istotnych punktów na mapie hip hopowej USA, do czego zresztą nie trzeba przekonywać dobrze zorientowanych osób w amerykańskim rapie słuchacza. Przez lata stolica stanu Michigan wypracowała sobie mocną pozycję w środowisku rapowym, nie tylko za sprawą Eminema, Royce’a Da 5’9″ czy J Dilli, lecz także licznych przedstawicieli tamtejszego undergroundu. Co prawda część osób związanych z tym okręgiem spędza i/lub mieszka na stałe więcej czasu poza The Motor City, lecz w ich nagraniach nadal czuć swoisty styl tego miasta. Guilty Simpson, Black Milk, Apollo Brown, Slum Village, Nametag, Frank Nitt i pozostali w dalszym ciągu dbają o właściwe brzmienie rapu nacechowanego elementami Detroit. W tym miesiącu odbyła się premiera płyty innego twórcy pochodzącego z Michigan, Illa J. Album zatytułowany po prostu „Illa J” wyprodukował duet Potatohead People.

    Jeżeli pada hasło „J Dilla”, to automatycznie przywoływani są jego dokonania oraz długa lista artystów związanych z nim. W drugiej kategorii wielu wymieni młodszego brata Jay Dee, Illa J. Raper z Detroit nie wychylał się poza lokalną scenę aż do 2006 roku. Po śmierci swojego starszego brata i mentora, postanowił on zabrać się do pracy w studiu nagraniowym.

    Już kilka miesięcy później ówczesny mieszkaniec Michigan był gotowy na wypuszczenie dema „Illa J EP”. Wydawnictwo przyczyniło się do tego, że spore grono osób zainteresowało się jego twórczością. Pomocną dłoń do niego wyciągnęli włodarze Delicious Vinyl. Właśnie dzięki kalifornijskiemu labelowi odbyła się premiera debiutanckiej płyty Illa J, „Yancey Boys”. Wydawnictwo narobiło niezłego szumu w 2008 roku, zapewniając dobry start Johnowi Yanceyowi na międzynarodowej scenie hip hopowej. Tytuł albumu sprzed 7 lat posłużył też do nazwy wspólnej grupy IJ i Franka Nitta. Przed dwoma laty duet wypuścił komplementowany projekt „Sunset Blvd.”. Oprócz tego bohater dzisiejszej publikacji w latach 2008-14 był związany z formacją Slum Village. Illa J przyczynił się do wydania „Evolution” i pomagał przy różnych utworach tego zespołu. Pozostali artyści na scenie (około) hip hopowej również docenili jego warsztat. Emcee nagrywał z wieloma wykonawcami, w tym akurat z Potatohead People.

    Kanadyjska grupa producencka przebojem zdobyła fanów na całym świecie. Niewielu spodziewałoby się, że Nick Wisdom & AstroLogical osiągną w tym roku tak znaczący sukces. Opublikowana w marcu br. przez Bastard Jazz Recordings płyta „Big Luxury” przyciągnęła uwagę niejednego serwisu muzycznego i słuchacza. Nienaganna produkcja Kanadyjczyków oparta o klasyczne brzmienie hip hopu i elementy elektroniki szybko zaraziła odbiorców. Trzeba przyznać, iż nic nie wskazywało na powyższy stan rzeczy, ponieważ wcześniej Potatohead People wypuściło jedynie kilka pomniejszych projektów (z „Kosmichemusik EP” na czele) i współpracowało z labelem Jellyfish Recordings. Na „Big Luxury” znalazło się miejsce dla dwóch utworów nagranych akurat z Illa J („Explosives” z udziałem Moka Only i „Seeds”). Pomyślna kolaboracja pomiędzy tymi artystami dała początek ich wspólnej płycie. „Illa J” to połączenie produkcji z posmakiem Detroit i Montrealu.

    Materiał ujrzał światło dzienne 2 października, a więc w czasie, gdy pojawiło się w sprzedaży szereg innych płyt. Wydaniem projektu zajęło się nowojorskie Bastard Jazz Recordings. Illa J skorzystał z oferty współpracy z tą wytwórnią płytową za namową Potatohead People. W końcu kanadyjski duet miał jedynie pozytywne doświadczenia wyniesione ze wcześniejszej kooperacji z Amerykanami i dlatego też producenci usiłowali zachować status quo w sferze wydawniczej. Ich nowy partner muzyczny przystał na tę propozycję. Jak się okazuje, wszyscy zyskali na tym ruchu – label otrzymał dużą jakość na tym LP, zaś wykonawcy uzyskali niezbędną promocję i zapewnienie o odpowiednim wydaniu materiału. Pomimo tego iż Illa J od 3 lat mieszka na stałe w Montrealu, to w jego twórczości nadal odczuwalne są wpływy jego rodzinnego miasta. Jednak całość płyty wyznacza nowy etap w działalności amerykańskiego twórcy. Istotną rolę odegrało w tym Potatohead People.

    Charakterystyczny styl rapera fantastycznie współgra z podkładami Nicka Wisdoma & AstroLogicala. Laidbackowe flow gładko łączy się na „Illa J” z soulfulowymi beatami kanadyjskiego duetu. Jedynie w „Strippers” atmosfera zmienia się w bardziej syntetyczną, ale to ze względu na obecność Kaytranady, który dorzucił swoje trzy grosze do tego beatu. Organiczne brzmienie stanowi pierwszorzędne tło do opowieści snutych przez Illa J. W tekstach Emceego dominują odniesienia do kobiet i relacji damsko-męskich, a także zwykłej codzienności. Kompletnym zaskoczeniem jest jednak utwór „Perfect Game”, stanowiący odę do… gry w kręgle. Na płycie sympatycznie wypadły nagrania z udziałem Moka Only – doświadczony raper z Vancouver skupił się na refrenach, co wyszło mu naprawdę zacnie. Cieszy także obecność Ivana Ave’a, który aktualnie mocno rozpycha się łokciami w kręgu indie. „She Burned My Art”, „Universe”, „All Good Pt. 2”, „All I Need” i „Never Left” czynią z tego longplaya jeden z lepszych materiałów ostatnich tygodni, i to przy licznej i silnej konkurencji ze strony innych wykonawców.

    Wydawnictwo znajdziecie na Bandcampie, Soundcloudzie, Spotify, Deezerze i pozostałych serwisach streamingowych. Bastard Jazz Recordings zadbało o wydanie materiału w godnej formie – „Illa J” trafiło do sprzedaży na płytach kompaktowych i winylowych. Album promuje seria singli – „Universe”, „Strippers”, „All Good Pt. 2” i „All I Need”. Do pierwszego z tych nagrań powstał również videoclip wyreżyserowany przez znaną polskim słuchaczom ekipę Sixteen Pads. Dodatkowo „Universe” oraz „Strippers” trafiły do obiegu na winylowych siódemkach. Illa J przy walnej pomocy ze strony Potatohead People udowodnił, iż dobrze odnajduje się bez wsparcia artystów z Detroit. Amerykański twórca potrafił nadać utworom autorskiego pazura, co powinni wyłapać przedstawiciele mediów i przeciętni odbiorcy.

    Tracklista

    1. She Burned My Art feat. Moka Only
    2. Cannonball
    3. Universe
    4. Strippers feat. Kaytranada
    5. All Good Pt. 2 feat. Moka Only & Ivan Ave
    6. Sunflower feat. a l l i e
    7. All I Need feat. Moka Only
    8. French Kiss
    9. Who Got It feat. Moka Only
    10. Perfect Game
    11. Never Left
  • Fredfades & Eikrem przedstawiają Jazz Cats

    Fredfades & Eikrem przedstawiają Jazz Cats

    3–4 minut

    W poszczególnych etapach rozwoju rapu wykształciły się kolejne nurty tej muzyki. W poprzednich dekadach mieliśmy do czynienia z wieloma odmianami muzyki hip hopowej, które znacznie różniły się od siebie. Gros kategorii rapowych powstałych na przestrzeni minionych 30 lat jest już nieobecny we współczesnej muzyce. Pozostałe wypchnięto z mainstreamowego obiegu, ale to wcale nie oznacza, że odeszły do lamusa. Wystarczy tylko rozejrzeć się pomiędzy wydawcami i artystami z kręgu indie, aby przekonać się, iż choćby jazz-hop nadal miewa się całkiem dobrze. Klasyczna forma hip hopowa dawno rozprzestrzeniła się po świecie, docierając zarówno do niemal wszystkich państw europejskich, jak i Azji czy Australii. W tym tygodniu ukazała się doskonała płyta jazz-hopowa norweskiego duetu Fredfades & Eikrem. „Jazz Cats” dedykowano wszystkim jazz-hopowym kotkom i kocurom.

    Skandynawscy twórcy hip hopowi dobrze prezentują się na tle artystów z innych krajów. Właściwym przykładem na potwierdzenie powyższych słów jest właśnie osoba Fredfadesa. Producent zamieszkały w stolicy Norwegii w pierwszych latach tworzył nagrania wraz z duetem Deckdaddy & John Rice. Tak dobrani wykonawcy prowadzili działalność grupy The Oslo SP Ensemble. Formacja pokazała się kilkakrotnie z jak najlepszej strony, głównie za sprawą „SP Shit Series”. Serię instrumentalnych projektów nawiązujących do korzennego rapu doceniona na lokalnej scenie w Oslo i poza ta aglomeracją. Trio było także współodpowiedzialne za przygotowanie składanki „Produced In Norway 2”.

    W następnych latach Fredfades skupił się na solowych przedsięwzięciach oraz podjął kooperację z raperem/producentem, Ivanem Ave’em. W 2008 roku ukazała się jego pierwsza siódemka – „Track Charmer” – powstała przy udziale Blame One’a. Od końca 2013 roku artysta współpracuje z brytyjskim labelem KingUnderground Records. Nakładem tej oficyny wydawniczej ukazało się już kilka płyt Norwega z „Breathe” (nagrane wespół z Ivanem Ave’em) i „Remixes”. W tym roku Fredfades miał zamiar zrealizować dwa projekty – kolejny album z IA („Fruitful” trafi do sprzedaży 4 grudnia) oraz „Jazz Cats”. Przy okazji drugiego z tych wydawnictw beatmaker nawiązał współpracę z muzykiem jazzowym, Kristofferem Eikremem, na co dzień grającym wspólnie z Kjetilem Jervem. Otworzyło to przed nim nowe możliwości i stało się znakomitym punktem wyjściowym do stworzenia urozmaiconego projektu.

    Informacje o projekcie ujawniono przed dwoma miesiącami. Już we wstępie do płyty w postaci utworu „Focus Point” czuć było większy polot i swobodę u Fredfadesa. W końcu nic nie może równać się z brzmieniem tzw. żywych instrumentów. Delikatne akompaniamenty trąbki Eikrema wprowadzały dodatkowe elementy do organicznego brzmienia u jego partnera muzycznego. Po premierze pełnego albumu śmiało można powiedzieć, iż obaj artyści skorzystali na tej kolaboracji. „Jazz Cats” nabrało większej głębi dzięki obecności muzyka z Oslo. Obaj gospodarze płyty uzupełniają się nawzajem – Fredfades doskonale odnalazł się pośród jazzowych melodii Eikrema, dzięki którym jego produkcja nabrała nowego smaku. Nie usiłuję przez to powiedzieć, że wcześniejsze dokonania członka The Oslo SP Ensemble były mdłe i bez wyrazu, tylko tutaj chodzi o zupełnie coś innego. Nigdy nie dowiemy się, jaki potencjał drzemie w beatmakerze, dopóki nie zestawimy jego z rasowym muzykiem. Norwegowie na wspólnej płycie przywracają starego-dobrego ducha jazz-hopu, co wystawia jak najlepsze świadectwo temu wydawnictwu. Ivan Ave, Azon Blaze, SkyBlew i Lindsey Whittington dorzucili odpowiednio przygotowane partie wokalne na „Jazz Cats”. Efekt końcowy jest więcej, niż zadowalający. Na koniec wypada także zaznaczyć, że nie tylko w nocy kotom płoną oczy – jazzowy album równie dobrze sprawdza się w trakcie dnia.

    Wydawnictwo odsłuchacie za pośrednictwem Bandcampa. W tym momencie „Jazz Cats” można nabyć w wersji elektronicznej na BC. Od poniedziałku trwa przedsprzedaż winylowego wydania albumu. Winyle cieszą się dużym zainteresowaniem kolekcjonerów płyt – wyprzedano już limitowaną edycję wosków z dołączoną siódemką. Standardowe wydanie winyli (wraz z dołączonymi… podkładkami pod kubki) nadal do nabycia w sklepie KingUnderground Records. Oficjalną premierę płyt wyznaczono na 23 listopada. Projekt norweskiego duetu promują single „Focus Point” i „It’s Been a Minute”, a także snippety pełnego LP. Fredfades & Eikrem odpowiadają za jeden z najlepszych tegorocznych jazz-hopowych materiałów. Duet pochodzący z Oslo na pewno zagości w podsumowaniu 2015 roku.

    Tracklista

    1. Intro
    2. Snowflakes
    3. Obvious feat. Ivan Ave
    4. Focus Point
    5. While We Sip on This Brew feat. Azon Blaze, SkyBlew & Lindsey Whittington
    6. Ethiopia
    7. 2015 Till Infinity
    8. All Dreams, No Sleep
    9. It’s Been a Minute feat. Ivan Ave
    10. Jazz Cats
    11. Waiting Forever
    12. Take Cover
    13. All The Way Down feat. Azon Blaze
    14. Good Night (Outro)

  • DJ Ollie Teeba prezentuje solową płytę Short Order

    DJ Ollie Teeba prezentuje solową płytę Short Order

    3–4 minut

    Ninja Tune należy do wąskiego grona niezależnych oficyn wydawniczych wyznaczających trendy w szeroko pojętej muzyce instrumentalnej. Szczególne zasługi brytyjskiemu labelowi wypada przypisać za szereg kultowych wydawnictw z lat 90.tych i początku tego stulecia. Właśnie w owym okresie swoje płyty publikowali DJ Food, Coldcut, DJ Vadim, 9 Lazy 9, Funki Porcini, Hexstatic, Amon Tobin, czy też The Herbaliser. Wszyscy ww. wykonawcy wpływali następnie na brzmienie tylko brytyjskiej sceny muzycznej, ale także stawali się inspiracjami dla artystów z innych krajów. W kręgach hip hopowych mnóstwo osób docenia dokonania duetu The Herbaliser. Po latach formacja nadal jest aktywna w środowisku, zwłaszcza DJ Ollie Teeba. We wrześniu doświadczony artysta zdecydował się na wydanie pierwszego solowego projektu, „Short Order”.

    Wszyscy miłośnicy brytyjskiego hip hopu na pewno kojarzą nagrania The Herbaliser. Współzałożycielem tej wpływowej grupy jest rzecz jasna DJ Ollie Teeba. Wraz z Jake’iem Wherrym wypuścił on 7 pełnych albumów i kilkanaście pomniejszych projektów. Wszystko zaczęło się od wydanego przed 20 laty debiutanckiego longplaya „Remedies”, do których londyńska formacja szybko dołożyła następne materiały. „Blow Your Headphones”, „Very Mercenary”, „Something Wicked this Way Comes”, „Take London” i „Same As It Never Was” znalazły uznanie w oczach mediów i słuchaczy na całym świecie. Dzięki temu The Herbaliser doczekało się mocnej pozycji w branży muzycznej.

    Po opublikowaniu w 2012 roku ostatniej jak do tej pory – „There Were Seven” – oraz wypuszczeniu remiksów tego wydawnictwa, DJ Ollie Teeba w pełni skupił się na pracy w ramach międzynarodowego kolektywu Soundsci (formacja istnieje już od 2009 roku). W poprzednich latach crew pozostające wierne starej szkole rapu wydało przede wszystkim dwa albumy – „Formula 99” i „Soundsational”. Po tych wydawnictwach członkowie amerykańsko-grupowej grupy zaczęli nagrywać solowe płyty. W związku z powyższym, „Short Order” było oczekiwanym projektem zarówno przez sympatyków korzennego brzmienia hip hopu, jak i partnerów muzycznych DJ’a Ollie’ego Teeby. Doświadczony twórca postarał się o tłusty materiał.

    Pod pewnymi względami projekt członka The Herbaliser różni się od lwiej części pozostałych wydawnictw publikowanych obecnie na świecie. W tej chwili niemal każdy artysta stara się o 2-3 single promujące ich materiał (niekiedy przekracza to nawet 5 utworów). DJ Ollie Teeba stoi w opozycji do panujących teraz trendów – poza informacjami tekstowymi „Short Order” nie doczekało się żadnego utworu przewodniego, który pojawiłby się w sieci przed premierą płyty. World Expo opublikowało jedynie sampler tej produkcji. Wydawałoby się, iż tak przyjęta taktyka spowoduje, że wydawnictwo nie odniesie sukcesu i nie trafi do szerszego grona odbiorców. Jednak stało się zupełnie odwrotnie – utytułowanego artystę dostrzegły wybrane serwisy muzyczne i słuchacze, nadal wspierający korzenne formy hip hopowe. Do tego dochodzi ważna kwestia dotycząca produkcji. Przedstawiciel brytyjskiej sceny hip hopowej nie zatrzymał się w miejscu, co można zarzucić wielu innym twórcom, wydającym muzykę już naście lat temu.

    W trakcie bogatej kariery muzycznej DJ Ollie Teeba biegle opanował tajniki produkcji hip hopowej. Oprócz rozległej wiedzy na temat tworzenia nagrań od podstaw, Brytyjczyk doskonale pojmuje, w jaki sposób należy współpracować z raperami. Dzięki temu było jasne, iż londyńczyk dostarczy odpowiedniej jakości materiał. „Short Order” nie powstałoby bez walnej pomocy gości z obu stron Atlantyku. Co ciekawe, wszyscy zaproszeni Emcees na mini-album współpracowali wcześniej z Oliverem Trattlesem przy okazji produkcji The Herbaliser lub Soundsci. Starzy znajomi otrzymali od gospodarza projektu funkowe, ciepłe i starannie przygotowane podkłady. Spośród wszystkich raperów na płycie najlepiej wypadli Ghettosocks, Jean Grae i EvOn the Music Bully, która wystąpiła w najbardziej klimatycznym utworze, „Mimic”. Po tak udanym wstępie po cichu liczę, że następnym razem DJ Ollie Teeba pokusi się o złożenie dłuższego muzycznego zamówienia.

    „Short Order” ukazało się na Bandcampie. World Expo postarało się o wypuszczenie projektu na płytach winylowych, które nadal można nabyć na BC i w sklepie tej wytwórni. Przedsmak całego wydawnictwa w postaci snippetów trafił na Soundclouda. DJ Ollie Teeba postarał się o tłusty mini-album, prezentujący starą szkołę rapu ze szczyptą współczesnych elementów. Wydawnictwo sprzed miesiąca należy przy tym do kolejnego godnego polecenia materiału spod szyldu Soundsci.

    Tracklista

    1. F**kin’ Up the Music feat. Ghettosocks
    2. For the Kids feat. Jean Grae
    3. Eargasms feat. Oxygen
    4. Know feat. Audessey
    5. Ender feat. Bullet Tooth Tony
    6. Mimic feat. EvOn the Music Bully
    7. High Voltage feat. More Or Les
    8. S.O.S. feat. Soundsci
    9. As the World Turns feat. Teenburger
  • Kognitif zaprasza na Soul Food

    Kognitif zaprasza na Soul Food

    3–4 minut

    Na rozbudowanej międzynarodowej scenie producenckiej trzeba mocno starać się o to, aby zostać zauważonym i w pełni docenionym. W tym momencie beatmakerzy z całego świata próbują różnych sposobów na zwrócenie na siebie większej uwagi odbiorców. Przez kolejne zmiany w obrębie stron muzycznych (wkrótce więcej o tym u nas) artyści szukają innych rozwiązań. Coraz więcej postaci zwraca się ku starej i wypróbowanej metodzie rozpowszechniania swoich projektów – poczty pantoflowej. W końcu pełno niezależnych wykonawców może pochwalić się wieloma fanami na portalach społecznościowych czy serwisach streamingowych, dzięki czemu nie należy martwić o promocję muzyki. Właśnie ta droga okazuje się najskuteczniejsza w przypadku Kognitifa. Francuski producent wypuścił w maju kolejną płytę, „Soul Food”.

    Francuscy producenci stanowią liczną siłę na międzynarodowej scenie muzycznej. 20syl, Azaia, Al’Tarba, Alterbeats, Astronote, Lex (de Kahlex), Terem, Hugo Kant, G Bonson, Roger Molls, Jaze Baqti, DJ Brans i wielu innych beatmakerów znad Sekwany i Loary prezentuje równy poziom na swoich wydawnictwach. Obok nich znajdziemy kolejnych artystów z tego kręgu, wśród których pojawi się również Kognitif. Twórca pochodzący z Poitiers nagrywa muzykę od ponad 3 lat. Przez ten czas zdążył on zaistnieć w świadomości sympatyków abstrakcyjnego hip hopu, trip-hopu i brzmień pokrewnych.

    W początkowym stadium swojej działalności wydawniczej, bohater dzisiejszego artykułu publikował pojedyncze utwory na Soundcloudzie (ot, żadne zaskoczenie w tych czasach). W miarę szybko Kognitif postanowił skompletować nagrania na debiutancką płytę. „My Space World” ujrzało światło dzienne w maju 2012 roku i ukazała świat muzyczny widziany oczami osoby wychowanej na wydawnictwach Portishead, DJ’a Shadowa, Bonobo, Wax Tailora czy też Morcheeby. W muzyce francuskiego beatmakera można było odczuć autorskie elementy i pomysły na używanie własnych technik przy tworzeniu instrumentali, co dobrze rokowało na przyszłość. W styczniu ub.r. artysta opublikował drugi longplay – „Monometric”. Na tym materiale rozwinął on swój warsztat, nagrywając bogatsze i pełniej brzmiące ścieżki. Niedługo po premierze tego LP dzięki Melting Records doczekaliśmy się wydania „My Space World” na winylu. W ten sposób więcej słuchaczy dowiedziało się o Kognitifie, co przełożyło się na spore zainteresowanie jego kolejną produkcją. „Soul Food” stanowi przepis na to, w jaki sposób można łączyć organiczne dźwięki z trip-hopem i brzmieniami abstrakcyjnymi.

    Od premiery wydawnictwa minęły ponad 4 miesiące. Przez ten czas można z większym dystansem podejść do tego wydawnictwa i przekonać się, co tak naprawdę wyróżnia je spośród innych projektów z tej niszy. Przede wszystkim Kognitif swobodnie podchodzi do procesu twórczego i nie zamyka się w żadnych sztywnych ramach. Jego próba nadania utworom duszy i sięgnięcie po ciepłe brzmienia wypadły więcej, aniżeli tylko porządnie. Tytuł albumu świetnie oddaje klimat panujący na płycie. „Soul Food” to nic innego, jak apetyczna muzyczna strawa rozciągnięta pomiędzy różnymi nurtami. Pomimo tego iż mamy do czynienia z płytą opartą o trip-hop, to nie brakuje odwołań do lat 90.tych. Ducha minionej epoki doskonale widać w „Tribute To The Classics”, jednym z lepszych momentów na tym projekcie. Kognitif chętnie także miesza rasowy sampling z techniką cut’n’paste, wplatając różnorodne elementy w swoje kompozycje. „Just Another Day”, „Letter to My Last Love” czy „Mustang Melody” to pozostałe utwory na LP, nad którymi warto dłużej pochylić się. Dodatkowym urozmaiceniem „Soul Food” są ścieżki utworzone przy udziale wokalistów. The Mic Jordan i Oxy Hart właściwie odnaleźli się w środowisku przedstawionym przez francuskiego producenta, co jest kolejnym przejawem jego klasy muzycznej.

    Płytę można odsłuchać za pośrednictwem Bandcampa, Soundclouda, Spotify, Deezera i pozostałych serwisów streamingowych. „Soul Food” trafiło do sprzedaży w postaci cyfrowej (w tej formie album do nabycia na BC w postaci „name you price – buy it now”). Wydawnictwo promuje kilka singlowych nagrań z „Just Another Day”, „My Freedom Has No Price” i „Yeah Yeah Yeah” na czele. Wraz z majowym projektem Kognitif udowodnił, że należy się jemu miejscu obok innych francuskich niezależnych producentów, którzy są rozpoznawalni w różnych zakątkach globu.

    Aktualizacja: W styczniu 2016 roku „Soul Food” trafiło na płyty winylowe. Wydaniem albumu na wosku zajęło się francuskie Breaking Mad Records.

    Tracklista

    1. Just Another Day
    2. Soul Food
    3. My Freedom Has No Price
    4. Letter to My Last Love
    5. That’s Where It All Started
    6. Common Ground feat. The Mic Jordan
    7. Yeah Yeah Yeah
    8. The Message
    9. Tribute To The Classics
    10. Punish Me
    11. Whatever feat. Oxy Hart (trąbka Panagiotis Kapetanakis)
    12. Twenty Past Four
    13. Geronimo vs. Buffalo Bill
    14. Mustang Melody
    15. Walking On Sunshine
  • Darmowy album: Ten Million Sounds – Still

    Darmowy album: Ten Million Sounds – Still

    2–3 minut

    Wraz z upowszechnieniem się muzyki instrumentalnej przybyło nie tylko artystów, ale także wydawców zainteresowanych tą niszą muzyczną. Na przestrzeni ostatnich lat pojawiły się liczne wytwórnie płytowe dedykowane instrumentalnemu hip hopowi, elektronice, downtempo i pozostałym odmianom tej muzyki. Obok standardowych labelów wyrosły przedsięwzięcia łączące w sobie również inne aspekty działalności związanej z półką producencką (Soulection, HW&W Recordings, Cascade Records, Cold Busted, itp.), a także strony dedykowane wydawnictwom beatmakerów z całego świata. Część z nich pokusiła się też o wypuszczanie płyt, przekształcając się tym samym w platformy wydawnicze. Jedną z nich jest amerykańskie Ten Million Sounds. Po ponad dwuletniej przerwie w tym miesiącu doczekaliśmy się nowej składanki firmowanej przez TMS – „Still”.

    Jeszcze kilka lat temu wiele stron muzycznych chętnie wspierało szereg niezależnych producentów z różnych zakątków globu. W tym kręgu znalazło się amerykański Ten Million Sounds. Projekt powołał do życia Jesse Sussman w marcu 2011 roku. Po krótkim okresie nowojorski bloger zapoznał się bliżej z wieloma beatmakerami i postanowił zrobić coś więcej, aniżeli jedynie publikować wpisy dotyczące ich działalności.

    Od początku dodatkowym założeniem Jessego Sussmana było wypuszczanie charytatywnych składanek z utworami rozmaitych wykonawców.W styczniu 2012 roku ukazała się premierowa kompilacja sygnowana przez Ten Million Sounds„Morning Light”. Wydawnictwo obejmowało utwory twórców, którzy przewinęli się przez nasz serwis (Avens, Berry Weight, incise, IV The Polymath, Bugseed), jak i innych twórców (Esta, Sinitus Tempo, Gazoo, itp.). Projekt okazał się sukcesem, co przyniosło jeszcze większe zainteresowanie drugim kompilacyjnym albumem TMS„Finding Time”. W przypadku tej płyty również mieliśmy do czynienia z instrumentalnymi nagraniami, przekładającymi się na udany i wyrównany longplay. Ta-ku, Ohbliv, Handbook, Aether, Poldoore, Somepling, czy ponownie incise i IV The Polymath pojawili się na wydawnictwie ze stycznia 2013 roku. Po dłuższej przerwie Ten Million Sounds prezentuje trzecią kompilację, „Still”, która udowadnia, iż nadal istnieje zapotrzebowanie na tego typu przedsięwzięcia.

    Wydawnictwo pojawiło się w obiegu 2 września. Jesse Sussman postawił na sprawdzony przepis – utworzył przyciągającą uwagę składankę zawierającą utwory mniej i bardziej znanych beatmakerów. Wszyscy artyści zaangażowani w powstanie płyty stanęli na wysokości zadania i dostarczyli wartościowe utwory. „Still” nawiązuje klimatem do dokonań Nujabesa, Bonobo, bądź Emancipatora; dobrze można odczuć ducha tych wybitnych artystów na ścieżkach znajdujących się na tym LP. Instrumentalny materiał wypada całkiem okazale, co wcale nie powtarza się na każdym przedsięwzięciu tego rodzaju. Na trzeciej kompilacji Ten Million Sounds pojawili się producenci, którzy wcześniej nie mieli okazji gościć na płytach tej platformy wydawniczej. Wyjątkami są tutaj HandbookJimmy Whoo i Aether. Pozostali goście albumu – od A Sol Mechanika przez Vanillę, aż po snacsa nie mieli okazji do tej pory współpracować z TMS. Wszyscy wykonawcy postarali się o zacne kompozycje i wspólnymi siłami utworzyli nader wciągający projekt.

    Projekt trafił na Bandcampa i Soundclouda. „Still” można bezpłatnie pobrać za pośrednictwem BC, korzystając z poniższego linka. Istnieje też możliwość przekazania dotacji – całkowity dochód ze sprzedaży płyty zostanie przekazany organizacji charytatywnej Action Against Hunger. Ten Million Sounds promuje ten materiał poprzez singiel „1992” A Sol Mechanika. Kolejne udane przedsięwzięcie TMS, co jest godne podkreślenia.

    DOWNLOAD Ten Million Sounds – „Still”

    Tracklista

    1. A Sol Mechanic – 1992
    2. Handbook – Satin Skin
    3. Aether – Makeshift Sanctuary
    4. Vanilla – Beyond
    5. A.M. Architect – The Bull Of Heaven
    6. Freddie Joachim – Gone
    7. Croup – Singularity
    8. Jimmy Whoo – Aquarama
    9. howiewonder – always&forever
    10. rxn – thx
    11. Tensei – Robots Instrumental
    12. snacs – relax dude (float)

    Zapisz

  • Druga płyta Czarface – Every Hero Needs A Villain

    Druga płyta Czarface – Every Hero Needs A Villain

    3–5 minut

    W branży hip hopowej trzeba bacznie uważać, aby przypadkiem nie wypaść z obiegu. Po 2010 roku przeciętny cykl życia większości płyt uległ skróceniu, przez co teraz znacznie trudniej przychodzi artystom utrzymanie zainteresowania odbiorców swoimi dokonaniami. Owszem, niektóre postaci nie muszą praktycznie nic robić, a na ich płyty z utęsknieniem będą czekać słuchacze. Jednak taki komfort posiada relatywnie znikoma część sceny, do której przeważnie należą osoby, które wychowały lojalnych fanów i cieszą się szacunkiem dużej liczby przedstawicieli mediów. Do tego wąskiego grona należą zarówno współcześni twórcy, jak i wykonawcy z wieloletnim stażem w tym biznesie. Odpowiednim przykładem są tutaj wszyscy członkowie grupy Czarface. Po dwóch latach od premierowego longplaya Inspectah Deck oraz duet 7L & Esoteric pokusili się o drugi wspólny album, „Every Hero Needs A Villain”.

    Jak zapewne zdążyliście zauważyć, teraz bywa naprawdę różnie odnośnie jakości muzycznej nagrań twórców zaczynających swoje kariery jeszcze w latach 90.tych. Jedni rozmieniają swoje kariery muzyczne na drobne, inni starają się nadal nagrywać wartościowe projekty. W tej drugiej kategorii umieścimy bohaterów dzisiejszego artykułu. Kiedy ponad 2 lata temu Inspectah Deck wraz z 7L & Esoterikiem ogłosili wydanie wspólnej płyty, to w świecie hip hopowym zawrzało. Znikoma ilość słuchaczy spodziewało się takiego połączenia, które jak się później okazało, wypadło nad wyraz okazale.

    Debiutancki album formacji, „Czarface”, opublikowany przez Brick Records w pierwszej połowie 2013 roku, skupił na sobie uwagę mnóstwa osób. Wydawnictwo szeroko omawiano na łamach międzynarodowych mediów, a co ważniejsze, w parze z sukcesem artystycznym przyszło spore zainteresowanie kupujących (do tej pory doczekaliśmy się kilku edycji tego LP).

    Po wydaniu pierwszej płyty Czarface artyści byli pochłonięci różnymi projektami. Najaktywniejszym z nich był zdecydowanie Esoteric. W listopadzie 2013 roku opublikował on wspólną płytę ze Stu Bangasem, „Machete Mode”, którą komplementowano na wielu stronach muzycznych. Bostończyk współuczestniczył w nagrywaniu longplayów Army Of The Pharaohs„Heavy Lies The Crown” i „In Death Reborn”. Ponadto udzielił się na projektach Swollen Members, Slaine’a, Retrogotta & Kutmasta Kurta, King Syze’a, DJ’a JS-1, Stu Bangasa & Blacastana, Motive’a i innych.

    Inspectah Deck wypuścił w ub.r. poboczny mixtape „Cynthia’s Son” (pod pseudonimem INS). Poza tym raper dołożył swoją cegiełkę do powstania „A Better Tomorrow” Wu-Tang Clanu. Z kolei 7L poprzestał jedynie na wypuszczeniu mixtape’u „Bad Boy Original Samples” z Frankiem The Butcherem. Po nieco ponad dwóch latach trio zdecydowało się na ponowne sesje nagraniowe, czego owocem jest „Every Hero Needs A Villain”, dedykowany wszystkim miłośnikom mrocznych i złych postaci.

    Premierę płyty wyznaczono na 16 czerwca. Wydaniem materiału zajęło się ponownie Brick Records wespół z Fly Casual Creative (skorzystano też z pomocy specjalistów od kolekcjonerskich edycji płyt, Get On Down). Schemat projektu przypominał premierowy longplay – 7L wraz ze Spada4 zajął się produkcją albumu, zaś Inspectah Deck i Esoteric zatroszczyli się o warstwę liryczną „Every Hero Needs A Villain”. W porównaniu do pierwszego LP również nie zabrakło na świeżym wydawnictwie gości. Method Man, Large Professor, Juju, GZA, MF Doom, Meyhem Lauren i R.A. The Rugged Man przewinęli się przez tę produkcję, wypadając na ogół na dobrym poziomie. Autorzy płyty kontynuują na swojej drugiej płycie mroczne i nikczemne klimaty z „Czarface”. Wszyscy sympatycy złej strony komiksowych bohaterów i całokształtu z tym związanego powinni być usatysfakcjonowani takim obrotem sprawy. Obok wątków związanych z komiksami nie brakuje na „Every Hero Needs A Villain” nawiązań do filmów science-fiction, programów telewizyjnych czy komentarzy dotyczących popkultury. Całość podano w surowej formie, czego można było spodziewać się po duecie 7L & Spada4. Warto zwrócić uwagę na Esoterika, który długimi momentami prezentuje równą formę i nieprzypadkowo jest coraz bardziej doceniany w środowisku hip hopowym.

    Wydawnictwo znajdziecie u większości dystrybutorów muzyki elektronicznej (iTunes, Amazon, Spotify, Deezer, itd.). Brick Records przy współpracy z Fly Casual Creative fantastycznie przygotowało się do wydania „Every Hero Needs A Villain”. Dzięki temu projekt ukazał się w każdym możliwym formacie fizycznym (płyty winylowe i kompaktowe, kasety). Na tym nie koniec, ponieważ do materiału dołączono także… 70-stronicowy komiks pomysłu Esoterika, „Death & Abduction”. Natomiast Get On Down sprzedaje specjalne wydanie produkcji, na którą oprócz ww. elementów składa się instrumentalna wersja projektu, koszulki oraz naklejki. Na dokładkę dorzucono winylową dziesiątkę „Ka-Bang!” rozszerzoną o bonusowy utwór „Deviatin’ Septums (Hawk & Animal)”. Czarface promuje drugi longplay przez 5 singli – „Deadly Class”, „Nightcrawler”, „Ka-Bang!”, „Sgt. Slaughter” oraz „The Great (Czar Guitar)”. Do dwóch ostatnich nagrań dołożono też videoclipy. Już na pierwszej płycie Inspectah Deck oraz 7L & Esoteric udowodnili wszem i wobec, że stanowią kapitalne połączenie. Follow-up do „Czarface” jeszcze bardziej to podkreśla i można obstawiać, iż na tym wcale nie zakończy się nikczemna saga w ich wykonaniu.

    Tracklista

    1. Don The Armor
    2. Czartacus
    3. Lumber Jack Match
    4. Nightcrawler feat. Method Man
    5. World Premier feat. Large Professor
    6. The Great (Czar Guitar)
    7. Red Alert
    8. Junkyard Dogs feat. Juju (The Beatnuts)
    9. Sgt. Slaughter
    10. When Gods Go Mad feat. GZA
    11. Ka-Bang! feat. MF Doom
    12. Deadly Class feat. Meyhem Lauren
    13. Escape From Czarkham Asylum
    14. Sinister
    15. Good Villains Go Last feat. R.A. The Rugged Man
  • Gangrene powraca z płytą You Disgust Me

    Gangrene powraca z płytą You Disgust Me

    4–6 minut

    Kalifornia przywodzi na myśl dziesiątki znamienitych twórców. Czy zastanawialiście się nad tym, jak obecnie mają się artyści wywodzący się z Cali, którzy byli (lub nadal są) silnie związani z niezależnymi kręgami hip hopowymi? Część z nich nadal usilnie pracuje nad nowymi materiałami, pokazując przy tym klasę, inni zaś odcinają kupony od dawnej sławy i/lub nagrywają znacznie gorszą muzykę, niż wcześniej. W tym miejscu nie zabrakłoby gorzkich słów kierowanych pod adresem wielu artystów, ale nie czas i miejsce na to. Warto pamiętać, że nie brakuje pozytywnych przykładów pośród doświadczonymi kalifornijskimi wykonawcami. W dalszym ciągu dzielnie trzymają się The Alchemist i Oh No. Po pracach nad ścieżką dźwiękową do „GTA V” artyści powrócili ze wspólnym projektem Gangrene. 14 sierpnia odbyła się premiera ich nowego albumu, „You Disgust Me”.

    Na kalifornijskiej scenie hip hopowej można znaleźć multum ważnych i utytułowanych artystów. Do tego grona bez dwóch zdań zaliczają się The Alchemist i Oh No. Obaj producenci (występuję również w roli raperów) to dobrze rozpoznawalne postaci w branży muzycznej, posiadające bogate dyskografie. Ponad 5 lat temu mieszkańcy Cali postanowili ściśle współpracować, zakładając przy tym formację Gangrene. W latach 2010-12 grupa wydała dwa longplaye („Gutter Water” i „Vodka & Ayahuasca”) oraz 3 EP-ki („Sawblade EP”, „Odditorium” i nagrane wespół z Rociem Marciano „Greneberg EP”). Po tym okresie The Alchemist i Oh No skupili się na innych projektach. W takim razie, co obaj porabiali w ostatnich latach?

    W trakcie minionych 3 lat głośniej było o pierwszym członku Gangrene. The Alchemist stał się wziętym i szalenie istotnym beatmakerem w środowisku rapowym. Doświadczony twórca wypuścił w tym okresie pełno nowego materiału, współpracując przy tym z wieloma innymi wykonawcami. Jego solowy dorobek poszerzył się o „Russian Roulette”, „The Cutting Room Floor 3”, „Rapper’s Best Friend 2-3”, „Israeli Salad” i pozostałe projekty. Oprócz tego wyprodukował on szereg płyt – „Rare Chandeliers” Actiona Bronsona, „360 Waves” Durag Dynasty, „Albert Einstein” Prodigy’ego, „My 1st Chemistry Set” Boldy’ego Jamesa czy „The Good Book” Budgie’ego. Na dokładkę na początku 2013 roku trafił do obiegu wspólny materiał The Alchemista i Evidence’a, „Lord Steppington”. Uff, można łatwo w tym pogubić się, a trzeba wziąć poprawkę pod to, że to nie wszystkie projekty, przy których pracował członek Gangrene od 2012 roku.

    Oh No także nie próżnował i dostarczał słuchaczom świeżych wydawnictw. Dyskografia kalifornijskiego wykonawcy powiększyła się o solowe albumy – „Ohnomite”, „Dr. No’s Kali Tornado Funk”, „Oh No Vs. Now-Again 2: Now-Again Music Library Vol. 7” oraz „Disrupted Ads”. Obok nich pojawiły się płyty zrealizowane z innymi twórcami – „Stereo Jr.” (ze Strong Arm Steady), „The Subliminal Substance” (z Chaotik Stylzem) oraz „Animal Serum” (z Prince Po). Ponadto młodszy brat Madliba pracował wraz z The Alchemistem nad ścieżką dźwiękową do „GTA V” (w kwietniu ukazała się gratka dla wszystkich fanów tej gry – album „Welcome To Los Santos”). Po tych licznych produkcjach obaj bohaterowie tego artykułu powrócili do tworzenia nagrań pod szyldem Gangrene. Wydany nie tak dawno longplay „You Disgust Me” zwrócił uwagę mediów i słuchaczy na całym świecie.

    Informacje o powrocie formacji rozeszły się po świecie na początku lipca. Artyści poinformowali o zmianie wytwórni płytowej (z Decon Media przeszli oni do Mass Appeal Records) oraz upewnili wszystkich, że płyta ujrzy światło dzienne w sierpniu. Po dopięciu terminów, co wcale nie jest nigdy pewne w przypadku MAR, wydawnictwo trafiło na sklepowe półki 14 sierpnia. Przy przyjętych założeniach „You Disgust Me” miało kontynuować brzmienie z poprzednich płyt Gangrene. Konstrukcja projektu też pozostała identyczna – The Alchemist i Oh No podzielili się produkcją poszczególnych utworów oraz wymieniała się za mikrofonem. Jednym słowem – żadnego większego zaskoczenia, co akurat nie było potrzebne amerykańskiemu duetowi. Kalifornijczycy kapitalnie wręcz uzupełniają się i długimi momentami wydaje się, iż nagrywają wspólnie muzykę od nastu lat. Brudne, przedzielone dziwacznymi dialogami brzmienie płyty wypada nader korzystnie. W tej mrocznej scenerii The Alchemist i Oh No czują się, jak ryby w wodzie. W podobnym tonie można wypowiedzieć się o ich gościach – Havoc, Sean Price, Your Old Droog, Action Bronson, Fashawn, Chuck Strangers i Evidence na ogół dają radę, chociaż momentami prosiło się o więcej ze strony niektórych z nich. Wszystkie te składniki przełożyły się na wyrównany album, który wcale nie jest odpychający, tylko przykuwający uwagę.

    Po „You Disgust Me” sięgniecie na Spotify, Deezerze i pozostałych serwisach streamingowych. Wydawnictwo dostępne w sprzedaży w wersji elektronicznej i fizycznej (płyty kompaktowe znajdują się już w obiegu, na winyle trzeba zaczekać do 18 września). Gangrene postawiło na promocję albumu poprzez cztery nagrania – bonusowe „Hot Pillow”, a także „Driving Gloves”, „Reversals” oraz „Sheet Music”. Do dwóch ostatnich utworów nakręcono również videoclipy. Ponadto dorzucono obraz „The Last Great Disgrace”, stanowiący rozszerzenie pełnego LP o dodatkowy smaczek. The Alchemist i Oh No powrócili w dobrym stylu i kolejny raz pokazali wszem i wobec, że bez kłopotu dogadują się ze sobą, co słychać przez całą długość trwania płyty.

    Tracklista

    1. The Filth (Intro) [prod. Oh No]
    2. Reversals (prod. Oh No)
    3. Sheet Music feat. Havoc & Sean Price (prod. The Alchemist & Party Supplies)
    4. Flamethrowers Pt. 2 (prod. Oh No)
    5. The Man with the Horn (prod. The Alchemist)
    6. Better Things (prod. Oh No)
    7. Driving Gloves feat. Action Bronson (prod. Tommy Mas)
    8. Gluttony feat. Your Old Droog & Fashawn (prod. Oh No)
    9. Scrapyards (prod. Oh No)
    10. Noon Chuckas (prod. The Alchemist)
    11. Just for Decorations feat. Chuck Strangers & Evidence (prod. The Alchemist)
    12. Hazardous Materials (prod. Oh No)
    13. The Hidden Hand (prod. The Alchemist)
    14. Hot Pillow (Bonus track) [prod. The Alchemist]
Translate »